Advertisement
PublicystykaZestawienia

Zestawienie 10 najgorszych filmów – [Podsumowanie roku 2018 #3]

Maja Głogowska

Nasza redakcja na każdym kroku podkreśla, że ubiegły rok był bardzo dobry dla kina. Polskie ekrany kinowe coraz bardziej otwierają się na perełki z całego świata, stąd wydaje się, iż tak kolorowo nie było na nich od dawna! Niestety (lub na szczęście!) ani kino ani widzowie nie są idealni i tak jak każdego miesiąca możemy podziwiać dzieła, które muskają o lub trafiają prosto w sedno niesamowitości, tak i oglądamy takie o których… Lepiej zapomnieć. Co prawda, niektóre z przedstawionych przez nas w tym zestawieniu filmy to tylko niewinne blockbustery, ale damy sobie uciąć rękę, że niektóre z nich są wręcz społecznie szkodliwe. Zapraszamy do lektury naszego kolejnego zestawienia!


10. “Rampage. Dzika Furia” 


Rampage: Dzika Furia to jeden z wielu filmów, które cechuje schematyczność i bardzo proste rozwiązania. Przy absurdalnej fabule, w której centralną postacią jest grany przez Dwayne’a Johnsona Davis Okoye, otrzymujemy masę niezbyt dobrze zrealizowanej akcji, nachalnych efektów specjalnych i absurdów, atakujących nas przy okazji każdej kolejnej sceny. Co ciekawe, również aktorsko produkcja ta wypada co najwyżej przeciętnie. Po samym Johnsonie nie spodziewałem się co prawda popisu godnego nominacji do Oscara, jednak grając tu tak, jak w każdym innym filmie, skutecznie utrzymuje poziom swoich kolegów z filmu. Ci wypadali co najwyżej przeciętnie, choć również postacie, w które mieli się wcielić, nie powalały swoją kreacją. Seans tego filmu z pewnością może sprawić niektórym osobom przyjemność, choć będzie to bardziej na zasadzie guilty pleasure niż faktycznej wartości rozrywkowej. Wszystko dlatego, że Rampage to produkcja po prostu słaba, której nie jestem w stanie usprawiedliwić za pomocą żadnej logicznej argumentacji. (Bartek Rusek)

Zobacz Również:„Rampage. Dzika furia” – Recenzja

9. “Na plaży Chesil”


O Na plaży Chesil nie pamiętałby już prawdopodobnie nikt gdyby nie ważny temat jaki podejmuje – bo prawda jest taka, że na palcach jednej ręki można policzyć opowieści traktujące o aseksualizmie. Problem w tym, że jest to historia nie tyle nudna, bo to można byłoby jej jeszcze wybaczyć, ale całkowicie nijaka. Trudno bowiem wskazać jakąkolwiek myśl przewodnią całego filmu, łączącego w jedno miałkość dworskiego romansu i wszechobecną bylejakość, gdy również my – podobnie jak główna bohaterka – odczuwamy nieodpartą chęć ucieczki. W tym wszystkim najbardziej żal Saoirse Ronan, która nie zasłużyła na takie marnotrawienie jej talentu. Nie ważne jak bardzo by się nie starała, nie uratuje sama pisanego na kolanie scenariusza, nie wyniesie całkowicie nieudanej produkcji ponad przeciętność. Ale może to i dobrze, bo przynajmniej nikt nie usłyszy o plażach Chesil, którą są zimne, puste i nie warte zobaczenia. (Maciej Kędziora)

Zobacz Również: „Na plaży Chesil” – Recenzja

8. “Paradoks Cloverfield”


Odległy już nieco dzień premiery Paradoksu Cloverfield wciąż jeszcze pamiętam doskonale. Błyskawiczna, rozgrzewająca dyskurs do czerwoności kampania reklamowa podczas meczu Super Bowl sprawiła, że w jednej chwili przypomniałem sobie o istnieniu tego filmu, a w drugiej już postanowiłem, że obejrzenie go będzie pierwszą rzeczą, którą zrobię po powrocie do domu. „Przyjemności” tej nie mogłem sobie odmówić zarówno jako fan serii Cloverfield, jak i jako dumny abonent Netflixa i mimo moich najszczerszych intencji, szybko zrozumiałem, dlaczego umieszczenie pierwszego słowa tego zdania w cudzysłowie okazuje się być niezbędne. Jasne stało się także to, że dystrybucja tego kosztującego ponoć ponad czterdzieści milionów dolarów filmu odbyła się w internecie nie z powodu rośnięcia w siłę streamingowych gigantów, ale raczej w związku z tym, że nikt normalny nie puściłby w świątyni sztuki, jaką jest sala kinowa, najnowszego filmu Juliusa Onaha.

Chociaż dla czekających na ten film jawiło się to jako największa gratka, największą bolączką Paradoksu… okazała się być obecność słowa „Cloverfield” w tytule. Niesamowicie frapujący koncept, na którym oparty został ten projekt – oto śledzimy losy załogi międzynarodowej misji kosmicznej, która pewnego dnia odkrywa z przerażeniem, że z ich radaru zniknęła planeta Ziemia – szybko ustępuje miejsca scenariuszowym dziurom i uproszczeniom, których głównym celem było utworzenie ciągłości pomiędzy światem przedstawionym tutaj i w jedenastoletnim już Projekcie: Monster. Oczywiście skutek tego okazał się mierny. Nielogiczności narastają, ogromne potwory spadają z nieba i podróżują przez równoległe wszechświaty, a całość coraz bardziej zaczyna przypominać nieudolny fanfik, który w ułomnej wyobraźni swojego twórcy bezczelnie korzysta ze sprawdzonego uniwersum. I nawet jeżeli niektóre rozwiązania formalne i fabularne skutecznie unikają amatorskości i potrafią zaspokoić widzów żądnych horrorowych uciech, ostatecznie najbardziej przeraża zmarnowany potencjał tej produkcji. Kosmiczny potencjał, który zostaje zaprzepaszczony na rzecz efekciarskości, pomieszanych miejsc akcji i niesatysfakcjonujących wątków pobocznych.

Aż chciałoby się zignorować slogan pierwszego Obcego i wydać z siebie beznadziejny krzyk rozpaczy. A nuż ktoś go usłyszy. (Michał Piechowski)

Zobacz Również: “Paradoks Cloverfield” – Recenzja 

7. “Venom”


Venom, mat. prasowe

Poprzednia epoka kina superbohaterskiego miała Batmana i Robina, ta ma Venoma. Ciężko, by film nie był chaotyczny, gdy za pisanie scenariusza bierze się dream team złożony z ludzi odpowiedzialnych za 50 twarzy Greya, Mroczną wieżę czy 60 sekund (to z Nickiem Cage’em). Czy naprawdę na planie nie było nikogo, kto uszczypnąłby reżysera i powiedział, że sceny gdy Tom Hardy wyciąga ze śmietnika udko kurczaka i pałaszuje je z uśmiechem to zły pomysł? Sam aktor zdaje się być świadomy, w czym bierze udział, co sprawia, że ten blockbuster można też odbierać na poziomie metażartów, jednak przez większość czasu nad tą ironią dominuje uczucie autentycznego cringe’u.

Postaci kobiece napisane bez pomysłu, tandetne CGI i cytujący Biblię sztampowy miliarder-geniusz zła dopełniają czarę goryczy. Ponad 800 milionów dolarów zarobionych przez ten film na całym świecie dowodzi, że to na co narzekam niestety nie ma raczej znaczenia dla masowego widza. Na szczęście żyjemy w czasach blockbusterów prezentujących znacznie wyższy poziom, i Venom jest tu jedynie wyjątkiem od reguły. Oby tylko sukces finansowy tego filmu nie sprawił, że producenci znów pomyślą, że można nam masowo serwować tak głupie i niechlujne obrazy, bo to by oznaczało krok wstecz z powrotem do lat 90. (Maksymilian Majchrzak)

Zobacz również: „Venom” – Guilty pleasure roku – Recenzja

6. “Kobiety Mafii” 


Patrykowi Vedze, czyli mistrzowi filmów stricte złych, po raz pierwszy udało się zrobić film tak zły, że aż dobry. Niesamowite jak wiele jest tutaj inspiracji kinem eksploatacji, gdzie kobiety stają się Aniołami Śmierci i wymierzają sprawiedliwość przesiąkniętym złem mężczyznom. Niestety, mimo tego, że jak na Vegę jest to film niezły, to Kobiety Mafii nadal są bardzo ciężkie w odbiorze. To co reżyser nadrabia niezwykłym jak na polskie warunki feminizmem, traci przy wątkach rasistowskich, czy też po prostu obrzydliwych. I choć każdy aktor wspina się tutaj na szczyt swoich możliwości – mogąc de facto pokazać tutaj wszystko, bo i tak nic nie jest nas w stanie zaskoczyć – to plan filmowy twórcy Pitbulla nadal przypomina wielką piaskownicę, do której wrzucono tanie efekty specjalne, znane nazwiska i wszystko to okraszono podpisem “Baw się dobrze”. Kończąc na pozytywnej nucie – rodzimy Ed Wood począł kroczyć w dobrą stronę. 

(Maciej Kędziora)

Zobacz również: FilmoTony #02 – Patryk Vega jako twórca polskiego kina eksploatacji cz.1

5. “Strażnicy Cnoty”


Amerykańskie komedie zajmują szczególne miejsce w sercach wielu kinomanów, wszak takiej dawki zażenowania może dostarczyć jedynie pijany wujek przy wigilijnym stole. Strażnicy cnoty dumnie wpisują się w nurt komedii “tak złych, że aż złych”, oferując stuminutową podróż w głąb zwichrowanej psychiki scenarzystów. Bo o ile pomysł zderzenia rodzicielskiej moralności, a często też hipokryzji (bo wprawdzie za młodu się imprezowało, ale teraz to są już zupełnie inne czasy) z nastoletnią potrzebą doświadczania przeróżnych przygód nie jest taki głupi, o tyle wykonanie tego przedsięwzięcia okazało się zbyt trudnym wyzwaniem dla reżysera Kaya Cannona. 

I tak dostaliśmy film okrutnie zły, z żartami na poziomie rozluźnionego Karola Strasburgera, z “piciem” piwa przez rurkę wsadzoną w odbyt na czele. Paradoksalnie najlepiej w tym wszystkim wypadł John Cena, na tle innych aktorów naprawdę prezentował się jak ktoś, kto ma za sobą jakąś szkołę aktorską. Ale może to też wynik odwalonej pańszczyzny, jakiej dopuściła się reszta obsady. Wprawdzie kariery na miarę Dwayne’a Johnsona (nieironicznie przeze mnie szanowanego) Cenie nie wróżę, niemniej jednak jest on jedynym jasnym punktem w Strażnikach cnoty. Mózgu ten film nie odbiera, można wrócić po projekcji do normalności, ale gdy pomyślę, że straciłem 100 minut na oglądanie żenującej gonitwy rodziców za napalonymi nastolatkami… (Marcin Kempisty)

Zobacz również: „Strażnicy Cnoty” – Recenzja

4. “Kamerdyner”


Filip Bajon miał nakręcić film, który przywróci Kaszubom godność i po raz pierwszy poruszy debatę publiczną tragedią ludzi pomordowanych przez Niemców w Piaśnicy. Tymczasem ich skomplikowane losy, poczucie dumy i siły, oraz unikalna tożsamość zostały po prostu nieuczciwie wykorzystane. Prowadzona przez dekady historia opiera się bowiem głównie na mizernych dialogach i one-linerach w stylu “twój tyłeczek jest wart mapy Europy”, a całe nazistowskie zło opiera się na jednej postaci nauczyciela muzyki – być może tak było prościej, ale na pewno nie było to sprawiedliwe. Film, mimo iż miał być zrobiony z rozmachem, to tylko momentami potrafi zachwycić zdjęciami, oddającymi klimat regionu, a dynamiczny montaż choć jest zapewne celowy, to jednak pełen niedociągnięć i w efekcie końcowym film to jeden wielki chaos. Kamerdyner to kolejny już polski film podejmujący ważny temat w zupełnie nieprzemyślany sposób. I tylko tych Kaszubów mi szkoda – bo ich historia zasługuje na dzieło, które twórcy uniosą na swoich barkach. (Szymon Pietrzak)

Zobacz również: „Kamerdyner” – Recenzja

3. “Gotti”


Ta biograficzno-hagiograficzna opowiastka o słynnym szefie nowojorskiej rodziny mafijnej Gambino to tylko z pozoru coś więcej niż doświadczalny poligon dla przeróżnych min zaskakująco mocno ucharakteryzowanego Johna Travolty. Aktor ten doskonale się tutaj odnalazł i na poważnie wziął sobie do serca określenie „tytułowa rola”, ale nietrudno błyszczeć na tle tak nijakiego bałaganu, jaki stanowi cała reszta. Poszatkowana chronologicznie fabuła daje nadzieje, że Kevin Connolly (reżyser) z Pulp Fiction zapożyczył coś więcej niż tylko aktora i jego profesję, ale niestety na tym podobieństwa się kończą. Tarantinowski zlepek scen układał się bowiem w scenariusz, a przywoływane w mocno losowej kolejności momenty z życia Gottiego żadnego konkretnego sensu nie tworzą. Trudno ułożyć w całość ten rozmyty kolaż bezbarwnych postaci drugoplanowych, trudnych do uzasadnienia decyzji bohaterów, średnich efektów specjalnych i wymuszonych one-linerów.

Przychodzi taki moment, albo nawet kilka takich momentów, w którym widz zadaje sobie pytanie: „po co ten film powstał?”. To jest naprawdę dobre pytanie, na które nie znam niestety odpowiedzi. Praktycznie nic tu nie gra tak, jak powinno i radość można czerpać tylko i wyłącznie z wiary, że ten chaos chociaż w pewnym stopniu był kontrolowany. Każda kolejna minuta wysysa coraz to więcej energii z oglądającego i nawet podejście do odbioru tego filmu polegające na ironicznym zachwycaniu się rolą Travolty i wszystkim innym, co nam na to pozwala na dłuższą metę nie ma sensu.

Odnoszę nieodparte wrażenie, że Gotti obiecuje dużo nie tylko widzom, ale także sobie samemu. Mam tylko nadzieję, że ta druga strona również czuje niedosyt w związku z efektem końcowym. (Michał Piechowski)

Zobacz również:  „Gotti” – Recenzja

2. “Nowe oblicze Greya”


Nowe oblicze Greya - mat. prasowe

Chyba nie myśleliście, że zakończenie najgorszej serii tej dekady nie pojawi się w tym zestawieniu. Nawet jeśli z każdym filmem jakość minimalnie rosła, to i tak otrzymywaliśmy żałosne, bezbarwne, nudne, przepełnione kiczem i żenadą widowisko o bardzo wątpliwej wartości. Jeśli do tego zestawu dołączymy beznadziejną parę głównych bohaterów, których jedyna chemia jaka łączy to wspólnie zjedzone lody pewnej marki, której pretensjonalny product placement był i tak mniej nachalny niż te wszystkie „niespodziewane” zwroty akcji i „widowiskowe” sceny pościgów. Problemy tej serii to jednak nie tylko problemy stricte filmowe. Podobnie jak autorka Zmierzchu, E.L. James to bardzo słaba pisarka, od której bije kryzys wieku średniego. Nawiązanie do Stephanie Meyer nie jest zresztą przypadkowe. Bo powiedzmy sobie szczerze – czy jakakolwiek seria, która powstała po inspiracji serią o wampirach ma jakąkolwiek szansę na bycie czymś więcej niż makulaturą produkującą dolary? I właśnie czymś takim były te wszystkie strony i oblicza Greya. (Martin Reszkie) 


1. “Sierra Burgess jest przegrywem”


Sierra Burgess jest przegrywem, mat. prasowe

W swoim całym popkulturalnym życiu jeszcze nigdy nie byłam odbiorcą tak szkodliwego filmu. Tytułowy “przegryw” tej historii, Sierra Burgess to osoba, której czyny z kadru na kadr są coraz bardziej niemoralne. Niestety, twórcy nie widzą tego w ten sposób i albo każde przewinienie jej “wybaczają” albo je po prostu ignorują. Pewnie teraz zastanawiacie się nad tym co tak złego zrobiła bohaterka? Od początku filmu podszywała się pod swoją nemezis ze szkoły, choć chłopak z którym flirtowała nie dawał jej żadnych złudzeń – to do niej wzdychał. Bohaterka, która całe życie zderza się ze ścianą osądów powinna być wrażliwa i pełna empatii… Prawda? Według twórców tej produkcji nie. Sierra dzieli ludzi na ładnych i inteligentnych oraz dosadnie podkreśla, że nie można mieć tych dwóch rzeczy jednocześnie!

Jeśli myślicie, że przesadzam to naprawdę polecam  zapraszam was do zapoznania się z tą produkcją na Netflixie, bo to ich logiem sygnowana jest Sierra Burgess. Oczywiście, film, który wybraliśmy jako najgorszą produkcję ubiegłego roku nie kuleje tylko pod względem scenariusza. Aktorstwo również pozostawia wiele do życzenia. Między bohaterami nie lecą iskry, a to, że aktorce stojącej za Sierrą udało się osiągnąć cokolwiek musi być kwestią przypadku. Żałuję, że twórcy nie mogli choć trochę pomyślunku włożyć w casting, charakteryzacje i kostiumy. W tym filmie wszyscy są piękni, ich ubrania wyglądają jak wyjęte z Teen Vogue, a każda (tak, nawet Sierra) dziewczyna ma idealnie dopasowany makijaż. Mam nadzieję, że długo nie uświadczymy tak złego, koszmarnie napisanego filmu!


Zgadzacie się z naszymi wyborami? A może uważacie, że któraś z produkcji znalazła się na tej liście niesłusznie? Koniecznie dajcie znać w komentarzach!

Zobacz również: Zestawienie 7 najlepszych polskich filmów – [Podsumowanie roku 2018 #2]

Recenzje

“Vice”: ten wredny facet, który pociąga za wszystkie sznurki – Recenzja

Maksymilian Majchrzak

Kiedyś uważany za odnowiciela amerykańskiego konserwatyzmu i pogromcę terroryzmu, obecnie George Bush młodszy to niemal synonim skompromitowanego polityka. Choć dzisiaj, z uwagi na upływ czasu mówi się o nim zdecydowanie mniej, to na przełomie pierwszej i drugiej dekady XXI. wieku prezydent ten uchodził wręcz za źródło wszelkiego światowego zła, a według różnych badań blisko połowa Amerykanów wierzyła, że zamachy z 11 września 2001 roku były zorganizowane przez niego samego albo wiedział o nich wcześniej i nic nie zrobił, by im zapobiec. A przecież ledwie kilka lat wcześniej, w 2004 roku Bush zapewnił sobie drugą kadencję wyraźnym zwycięstwem wyborczym. Nad zmianą tej “mądrości etapu”, która kiedyś kazała Amerykanom tłumnie głosować na tego polityka i popierać jego sposób rządzenia, a dziś narzuca jednoznaczne jego potępienie, pochyla się Adam McKay w swoim najnowszym filmie.

Ale samemu Bushowi, który jest tutaj przepuszczony przez groteskowy pryzmat kreacji Sama Rockwella, reżyser poświęca stosunkowo mało czasu. Za najbardziej emblematyczną postać tamtych czasów służy tutaj oczywiście demoniczny wiceprezydent Dick Cheney, uważany za człowieka posiadającego największe wpływy ze wszystkich polityków piastujących to niezbyt eksponowane stanowisko przed nim i po nim. Szara eminencja, orkiestrator zbrojnej interwencji w Iraku oraz ojciec chrzestny tak zwanych rozszerzonych metod przesłuchania, w tym słynnego waterboardingu (rodzaj tortury polegającej na wylewaniu wody na przykrytą ręcznikiem twarz więźnia, szeroko stosowanej wobec islamskich terrorystów). Film jest próbą odpowiedzi na pytanie, kto faktycznie rządzi i dlaczego wyborcy powinni zwracać uwagę nie tylko na samego prezydenta, który jest tutaj swoistym frontmanem, ale i resztę jego administracji, w tym przypadku pełną karierowiczów, oportunistów instrumentalnie traktujących prawo i z niejasnymi powiązaniami z wielkim biznesem.

Kadr z filmu “Vice”

Gwoździem programu jest tutaj oczywiście przemiana Christiana Bale’a, który przybrał na wadzę ponad 20 kilogramów by wcielić się Cheneya. Jego grze należą się same superlatywy, kreowany przez niego wiceprezydent swoją aparycją i sposobem mówienia jest niemal doskonałą kopią autentycznej postaci. Nie jestem pewien, czy gdybym nie wiedział, jaki film oglądam i kto w nim występuję, to czy byłbym w stanie rozpoznać brytyjskiego aktora. McKay podejmuje próbę dekonstrukcji prywatnego życia Cheneya, choć z różnym skutkiem – zdecydowanie mocniejszym punktem filmu są te typowo polityczne momenty. Burzliwą młodość i początki kariery przyszłego wiceprezydenta w administracji Nixona obserwujemy jakby na przyspieszeniu i przez dosyć chaotyczne zwierciadło. Zresztą w całym filmie Cheney wydaje się być raczej figurą retoryczną niż postacią z krwi i kości, ale reżyser też nie ukrywa, że nie chodzi mu o pełnoprawną biografię, a raczej polityczny manifest. Najmocniejszym elementem części fabuły poświęconej prywatnemu życiu wiceprezydenta jest jak zwykle dobra aktorsko i przyjemna w oglądaniu Amy Adams jako jego żona Lynne.

McKay, znany z wyśmiewania południowego (a to rejon USA będący bastionem republikanów, których reprezentowali Cheney i Bush) stylu życia w głupiutkich komedyjkach w rodzaju Ricky Bobby: Demon prędkości czy Legenda telewizji wyjątkowo ostro sobie używa na znienawidzonych politykach, posuwając się wręcz do granic bezczelności. Widać, że liberalnej części społeczeństwa USA, teraz jeszcze dodatkowo sfrustrowanej prezydenturą Donalda Trumpa potrzebny był taki seans biczowania dawnych przywódców kraju odpowiedzialnych za klęskę w Iraku, którzy obecnie są łatwym celem. Trzeba jednak przyznać, że choć satyra jest ostra, to trzyma się faktów. To, co kiedyś Cheney mógł zamaskować za pomocą usłużnych mediów czy manipulacji opinią publiczną, dziś staje w niezakłóconym świetle dnia: od wykorzystania znajomości z członkami Sądu Najwyższego w rozwiązywaniu kontrowersji dotyczących wyborów z 2000 roku (gdzie Bush wygrał z demokratą Alem Gore’em, mimo tego, że otrzymał mniej głosów), przez stosowanie wątpliwych interpretacji przepisów konstytucji w celu rozszerzenia władzy prezydenta, aż po niechlubne kolportowanie nieprawdziwych informacji dotyczących powiązań Saddama Husajna z terroryzmem, by jakoś usprawiedliwić inwazję na Irak.

Kadr z filmu “Vice”

Choć McKay pokazuje solidne podstawy tej krytyki oraz występuje z pozycji, którym przyznałbym moralną słuszność to nie sposób nie odnieść wrażenia, że nieco przesadził z tą tendencyjnością w przedstawianiu administracji Busha jako swoistego dworu Lucyfera. Dick Cheney jako uosobienie wszelkiego zła i oportunizmu? W porządku, ale czemu nie dać tutaj jeszcze bardziej zepsutego i przeżartego moralną korupcją sekretarza obrony Donalda Rumsfelda (Steve Carell)? Takie doprowadzenie satyry do ściany ekstremizmu odbiera jej nieco wpływu wśród niezdecydowanych i sprawia, że dotrze ona głównie do tych, którzy za Bushem i jego palatynami nie przepadali już przed seansem. Merytoryczna wartość filmu, który z emfazą podkreśla swój edukacyjny aspekt podobnie jak wcześniejszy Big Short jest jednak niezaprzeczalna i stanowi on dobrą lekcję realiów i meandrów amerykańskiej polityki początków XXI. wieku.

Vice, mimo komediowej formy, średnio się nadaje jako kandydat na niezobowiązujący weekendowy wypad do kina. Jest to film bardzo mocno zakorzeniony w realiach kulturowych USA i wymagający od widza podstawowej wiedzy na temat tamtejszej polityki, by móc w pełni zrozumieć co się dzieje na ekranie. Seans generalnie dostarcza dobrych komediowych wrażeń, nie udało się jednak uniknąć kilku przestrzelonych metafor i paru dłużyzn. W sezonie oscarowym na pewno będę trzymał kciuki za obsadę tego dzieła, bo wszyscy aktorzy dostarczyli naprawdę świetnych kreacji.

Recenzje

“Underdog” – Recenzja

Mikołaj Krebs

Niewiele tworzy się w Polsce filmów podobnych do Underdoga. To w zasadzie jedyny tego typu rodzimy blockbuster (chociaż sceptycznie podchodzę do tego określenia), gdyż na naszym rynku królują komedie romantyczne, a jedyną ich alternatywą zdają się być dzieła autorstwa Patryka Vegi. Z tym większą nadzieją spoglądałem w stronę produkcji Macieja Kawulskiego, który w swoim debiucie zajął się najbliższym mu tematem, czyli MMA. Nawet niezachęcający zwiastun nie spowodował u mnie uprzedzeń i pełen nadziei dałem owej produkcji szansę.

Borys „Kosa” Kosiński (Eryk Lubos) jest byłym zawodnikiem KSW, który zakończył karierę w wyniku wpadki na kontroli doppingowej po wygranej nad swoim rywalem, Denim Takaevem (Mamed Chalidow). W tę historię wprowadza nas sekwencja, w której oczami samego Kosińskiego otrzymujemy mowę motywacyjną od trenera z zespołem Tourrete’a (Janusz Chabior). Po usłyszeniu pięknej metafory o dwóch życiach, dostajemy bardzo enigmatyczny, pourywany obraz tego, co działo się w ringu – cały czas widząc wszystko z perspektywy Kosy. I tu pojawił się mój pierwszy zgrzyt. Choć nie oczekiwałem wprawdzie niesamowitych ilości scen walki jak w Wojowniku O’Connora, ale to jedno z zaledwie dwóch starć w klatce jakie zobaczymy w całej produkcji, gdzie drugie oczywiście będzie dopiero walką finałową. Tym bardziej boli, że zamiast stworzyć płynną choreografię, zdecydowano się pociąć obraz tworząc wrażenie mglistego wspomnienia. Myślę, że nie tylko ja oczekiwałem po prostu czegoś więcej.

Plakat Underdoga zwraca się do nas słowami Kochaj, Szanuj, Walcz. Skoro skreśliliśmy to ostatnie, to warto powiedzieć o czym tak naprawdę jest przedstawiona w filmie historia. Kosa po skończeniu kariery znajduje się na dnie. I nie mam tu na myśli Ełku, któremu sam film robi ładną laurkę. Nie, Borys wstając z łóżka potyka się o puste, szklane butelki po alkoholu, a pierwsze od czego zaczyna swój dzień to dawka leków przeciwbólowych. Nocami pracuje na bramce w klubie. Muszę pochwalić twórców za dobre nakreślenie widzowi obrazu Kosy jako prostego, bardzo bezpośredniego człowieka kierującego się swoimi zasadami i kodeksem moralnym, posiadającego w swoim rodzinnym mieście status celebryty. Jedyną jego słabością zdaje się być miłość do psów, dzięki której to poznaje weterynarkę Ninę (to do niej odnosić się będzie pierwsze hasło z plakatu) czyli główną odpowiedzialną za jego przemianę. Na jego nieszczęście, w momencie wychodzenia na prostą, dogonią go demony przeszłości i stary rywal poprosi o ostatnią walkę.

Innymi słowy, Underdog to kolejna historia odkupienia, podniesienia się z desek i wygranej z własnymi słabościami. Pochopnie więc skreśliłem „walcz” z plakatu, bo walka ze samym sobą to cała oś fabularna. I bardzo ten aspekt kupiłem, ale nie było to zasługą ani Kawulskiego, ani słabego scenariusza, a raczej Eryka Lubosa. Jego kreacja aktorska to absolutne mistrzostwo. Zresztą nie on jeden wypada w tym filmie dobrze – Chabior dość konsekwentnie gra samego siebie, natomiast solidnie prezentują się Aleksandra Popławska i Emma Giegżno, czy nawet Jarosław Boberek, choć jego rola jest epizodyczna. Na szczególne wyróżnienie obok Lubosa zasługuje jednak Tomasz Włosok wcielający się w brata Kosy – nie spodziewałem się bowiem zobaczyć takiego wkładu pracy w tak, mogłoby się zdawać, niewymagającą rolę.

Zaspokoję też ciekawość osób, zastanawiających się jak wypadł Mamed Chalidow – w ringu jest fenomenalny, w scenach w których musiał coś mówić odnajduje się o wiele gorzej. Nadmienię również, że w jednej scenie występują włodarze KSW i muszę przyznać, że nigdy nie podejrzewałbym, że można wypaść nieautentycznie grając samych siebie.

To właśnie obsada aktorska, a raczej jej główna część, ciągnie na swoich barkach reżysera, który ewidentnie nie miał pojęcia, co robi. Nie pamiętam kiedy oglądałem tak beznadziejny technicznie film. Pomijam już kwestię wspomnianego wcześniej scenariusza, który jest bardzo nierówny i momentami wypada autentycznie, a momentami niesamowicie sztucznie. Kamera często nie ma pomysłu, gdzie się podziać, co prowadzi do ogromnej ilości cięć montażowych, a całość wypada niezgrabnie. Innym „genialnym” pomysłem jest zamiana połowy filmu w jeden wielki teledysk – jeśli tylko nie widzimy dwóch postaci, które mogłyby poprowadzić dialog, w tle leci piosenka mniej lub bardziej, choć przeważnie mniej, pasująca do tego, co się dzieje na ekranie. Kulminacją tego zabiegu jest kilkunastominutowa sekwencja treningu Kosy, przeplatana przynajmniej trzema piosenkami, z losowo wplatanym slow-motion, która wygląda naiwnie i sprawiła, że przeszedł mnie dreszcz zniesmaczenia. Podobnie wygląda też finałowa walka (chociaż już bez piosenek w tle), gdzie dostajemy spowolnienie tempa zaraz po spowolnieniu tempa, zaraz po spowolnieniu tempa. Psuje to dynamikę i niewątpliwie o wiele lepiej oglądałoby się Lubosa i Chalidowa w niezmąconej niczym choreografii, tym bardziej, że panowie naprawdę się w tej klatce bili.

Nie daje mi spokoju wprowadzenie w to wszystko wątku rosyjskiej mafii w Ełku postępującej kompletnie nielogicznie i niezgodnie ze wszystkimi zasadami rozumu i godności człowieka. Nie dość, że jest to wątek nikomu niepotrzebny to w dodatku szkodliwy i niweczący próby zanurzenia się w historii Borysa. Chciałbym kiedyś dowiedzieć się, co natknęło scenarzystę, Mariusza Kuczewskiego, na zdecydowanie się na taki krok, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi musiały być przeciwko.

Reasumując, Underdog jest słaby, ale nie tragiczny. Ma w sobie jasne punkty, choć wzbudził we mnie niesamowitą irytację. Irytację, gdyż pomysł zasługiwał na o wiele lepszą realizację, niż to, co było mi dane zobaczyć. Z każdym kolejnym kwadransem stawał się co raz gorszy i zdecydowanie nie jest filmem, który poleciłbym komukolwiek. Poleciłbym jedynie szybko o nim zapomnieć i mieć nadzieję, że znajdzie się kiedyś w Polsce miejsce dla jakościowych blockbusterów.

Seriale

8 powodów, by obejrzeć trzeci sezon “True Detective”

Maksymilian Majchrzak

Po zimnym prysznicu jakim było mocno mieszane przyjęcie przez krytykę i widzów drugiego sezonu, co spowodowało, że na nowego Detektywa musieliśmy czekać aż 3,5 roku, Nic Pizzolatto powraca. Teraz stając także za kamerą jako reżyser poszczególnych odcinków, showrunner postara się nawiązać do wielkości pierwszej odsłony serialu, która za sprawą duetu Rusta Cohle’a i Marty’ego Harta stała się tak kultową. Premiera na HBO 13 stycznia, my póki co mogliśmy zobaczyć pięć odcinków z ośmiu, jakie będzie miał trzeci sezon. Oto aspekty widowiska, które spodobały nam się najbardziej.

Zobacz również: Zestawienie 7 najlepszych polskich filmów – [Podsumowanie roku 2018 #2]

1. KLIMAT
Senne pustkowia południowych stanów USA, izolowane miasteczka, lasy i mokradła to idealne miejsce do snucia okultystycznej, tajemniczej atmosfery z której słynął pierwszy sezon serialu. Na odludziu wszechobecne, wyczuwalne zło ma nieskończone możliwości skutecznego ukrywania swoich zbrodni. W trzecim sezonie poznajemy rustykalne Arkansas, otoczone górami Ozark. Ziemia niezbyt gościnna, pełna ciężko pracujących ludzi o surowych obyczajach. Idealna sceneria dla naszej kryminalnej zagadki.

2. OKULTYZM
Lata 80. i 90. to w Ameryce okres strachu przed satanistycznymi kultami i fascynacji zbrodnią o rzekomo nadprzyrodzonych cechach. To co David Lynch tak barwnie i cukierkowo pokazał w serialu Miasteczko Twin Peaks, tutaj mamy w bardziej surowej i jeszcze bardziej niepokojącej formie. Zaginięcie dwójki dzieci, tajemnicze lalki, niepokojące zdjęcia komunijne. A wśród podejrzanych słuchający mrocznego metalu nastolatkowie. I towarzyszące nam przekonanie, że tak zawiła zbrodnia nie mogła być dziełem naturalnych sił.

Kadr z serialu “Detektyw”

3. ATMOSFERA
Trzeci sezon sięga do niemal horrorowych metod budowania napięcia. Niepokoić widza może tutaj niemal wszystko, od dziwnego, monotonnie zielonego widoku za szybami samochodu, po demoniczne rysunki zaginionych dzieci przeglądane przez policjantów. Atmosfera jest gęsta i dostarcza naprawdę intensywnych, thrillerowych wrażeń. Odkrywanie kolejnych szczegółów zbrodni regularnie zapewnia uczucie gęsiej skórki.

4. “RYCIE BANI”
Im więcej wiemy, tym mniej wiemy, im więcej detali sprawy poznajemy, tym bardziej zdajemy oddalać się od rozwiązania zagadki. Takie wodzenie widza za nos do mistrzostwa opanował pierwszy sezon Detektywa, a trzeci niewiele mu w tym ustępuje. Po obejrzeniu 5 z 8 odcinków mam niewiele większą wiedzę, co się faktycznie stało niż ludzie, którzy w ogóle jeszcze tego serialu nie zaczęli. Gęsta sieć plot twistów i dziwnych wątków sprawia jednak, że można żywić ogromne nadzieje co do finału sezonu, który to wszystko wyjaśni. A może przeciwnie, zostawi nas z jeszcze większą liczbą pytań?

Zobacz również: „Powrót Bena” [czyli „Wracaj do domu”] – Recenzja

5. POMIESZANIE WĄTKÓW CZASOWYCH
Powrót do znanego z pierwszego sezonu zabiegu równoległych historii z różnych lat, tylko że tutaj zamiast dwóch są aż trzy – w 1980 roku, 1990 roku i współcześnie. Trzy różne śledztwa na temat tej samej sprawy tworzą skomplikowaną mozaikę faktów, poszlak i niedomówień.

Kadr z serialu “Detektyw”

6. MAHERSHALA ALI 
Amerykański aktor jest obecnie na topie, po odebraniu Oscara za Moonlight pewnie zmierza po nominację na tegorocznej ceremonii za Green Book. Trzeci sezon bardzo wyraźnie koncentruje się na odgrywanej przez niego postaci, Detektywie Wayne’ie “Purple” Haysie. Ali posiada odpowiednią charyzmę i umiejętności aktorskie, by ponieść cały serial na swoich barkach. Możemy podziwiać jego kunszt, gdy zmienia sposób mówienia, gestykulacji i mimiki zależnie od tego w jakim wieku jest jego bohater. Murowany kandydat do Nagród Emmy czy Złotych Globów dla najlepszego aktora w serialu telewizyjnym.

7. WIETNAM
Przełom lat 70. i 80. to okres bolesnej konieczności uporania się z flashbackami z Namu dla wielu weteranów tego konfliktu, których znajdziemy także w obsadzie trzeciego sezonu. Niby detal, ale po prostu wszystko jest fajniejsze, gdy główny detektyw wykorzystuje swoje umiejętności zwiadowcy z tropikalnej dżungli do prowadzenia śledztwa. W jednej z najlepszych scen całego serialu podejrzany o popełnienie zbrodni rdzenny Amerykanin, który także służył w Wietnamie daje upust całemu swojemu bagażowi emocjonalnemu związanemu z tą wojną.

8. KOMENTARZ SPOŁECZNY
Realia pracy czarnoskórego detektywa w jednym z najbardziej redneckich stanów twórcy serialu ukazali w niezwykle subtelny, zniuansowany sposób. Chciałoby się powiedzieć, że hola hola, to już lata 80., jaki rasizm? Ale on jest podskórnie mocno wyczuwalny, zwłaszcza w środowisku prostych robotników, w jakim dzieje się historia. Lecz bez narzucania niczego i walenia truizmami po głowie, dostajemy autentyczny obraz zmagań Haysa z niezbyt przychylną mu rzeczywistością.

Kadr z serialu “Detektyw”
Zobacz również: „Bumblebee” – Recenzja świetnego filmu o zabawkach

Zdaję sobie sprawę, że na wyciąganiu wniosków na temat takiego serialu jak True Detective bez dostępu do wszystkich odcinków można się nieźle przejechać. To co zobaczyłem daję jednak graniczącą z pewnością nadzieję, że widowisko wraca do bardzo wysokiej formy. Finał może wszystko wywrócić do góry nogami i miejmy nadzieję nadać sezonowi równie ikonicznego statusu, jak to miało miejsce w przypadku pierwszej odsłony Detektywa.

Recenzje

“Powrót Bena” [czyli “Wracaj do domu”] – Recenzja

Maciej Kędziora

Minęły dopiero dwa tygodnie nowego roku, a otrzymaliśmy już trzy produkcje podejmujące temat walki z uzależnieniami, w tym dwie pozostawiające wiele do życzenia. Mój piękny syn opierał się na wybitnych kreacjach aktorskich ratujących kiepski scenariusz, a Zabawa Zabawa mimo bardzo mocnego wydźwięku, była momentami zbyt jednostronna. Ku mojemu dużemu zaskoczeniu, to Powrót Bena okazał się najlepszą z nowości, będąc idealną mieszanką emocjonalnego minimalizmu i subtelnych, acz znakomitych ról pierwszoplanowych.

Pierwsze sceny są iście sielankowe – ot Holly Burns (Julia Roberts) obserwuje swoje dzieci na finalnej próbie przed pasterką – patrzy jak Ivy iście anielskim głosem prowadzi niebiański chór, a pozostała dwójka uroczo baraszkuje wśród stajenki, grając owcę i aniołka. Nikt z nich nie spodziewa się, że przed domowymi drzwiami czeka wigilijny, niezapowiedziany gość – wracający z odwyku Ben (Lucas Hedges). Problem w tym, że miał on nie opuszczać ośrodka dla uzależnionych przez najbliższe parę miesięcy, będących kluczowymi dla jego terapii.

Powrót Bena już od początku operuje wieloma niedopowiedzeniami. Nie wiemy czy Ben mówi prawdę, czy jego sponsor faktycznie pozwolił mu wyjść na jednodniową przepustkę, czy faktycznie nie chce wrócić do brania narkotyków i wreszcie – czy chwile spędzone w rodzinnym gronie dobrze wpłyną na jego proces leczenia. W momencie, gdy wychodzi bawić się ze swoim młodszym rodzeństwem, Holly panicznie chowa wszystkie leki, biżuterie, jednocześnie próbując unikać wzroku syna. Nie chce bowiem, by wiedział, że wciąż się boi nie tylko o niego, ale również jego i jego choroby.

Nie odczujemy tutaj świątecznego klimatu. Każdy moment jest bowiem przepełniony prawie namacalnym niepokojem i gęstą atmosferą. W końcu – przez obecność wielu różnorakich “wyzwalaczy” – Ben w każdym momencie może uciec. Nawet najprostsze czynności potrafią wytrącić go z równowagi – czy to gdy wchodzi na strych w poszukiwaniu ozdób na choinkę i dostaje ataku paniki przypominając sobie każdą chwilę, spędzoną tam na wstrzykiwaniu sobie w żyły heroiny, czy też gdy widzi swojego starego, zniszczonego przez wpływ używek przyjaciela, będącego uosobieniem tego od czego chce uciec, od czego chce się odciąć.

Powtarzane jak mantra zdanie Nie wierz mi na słowo, jest idealnym odzwierciedleniem stanu widza, gdyż przez cały seans będziemy oczekiwać na moment złamania się Bena. Oczekiwać na chwilę, w której zdecyduje się wrócić do nałogu, próbując w ten sposób odreagować ciągłe wyrzuty ojczyma, pasywno-agresywne ataki jego siostry, a także wstyd jaki czuje patrząc w oczy swojej matce, będąc świadomym tego, że całkowicie zniszczył jej życie. I choć – podobnie jak Holly –  z całego serca chcemy uwierzyć, że chłopak naprawdę się zmienił i skończył z wyniszczającym światem psychotropów, mamy poczucie, że zaraz stanie się coś okropnego, że Ben ukrywa przed nami straszną prawdę – ale zdecydowaliśmy się, zgodnie z jego prośbą, Nie zadawać żadnych pytań.

Peter Hedges wraca w swoim filmie do problemów tak dobrze znanych z jego twórczości – czy to konfliktów rodzinnych przywołujących na myśl słynne Co gryzie Gilberta Grape’a, szczególnie gdy Ivy po raz kolejny wypomina bratu jego wpływ na jej życie, czy też motyw uzależnienia tak świetnie ukazany przecież w Był sobie chłopiec. Reżyser po raz kolejny udowadnia, że mało jest autorów, którzy w równie nieoczywisty sposób budują relację wewnątrz familii – szczególnie w przypadku konfliktu Bena z Nealem (znakomity Courtney B. Vance), surowym i ostrym ojczymem, który jednak oddał wszystko w swoim życiu by spróbować uratować chłopaka i dać mu nadzieję na lepsze jutro.

W przeciwieństwie do większości produkcji poruszającej tematykę uzależnień, w Powrocie Bena im dłużej obserwujemy relację głównych bohaterów, tym bardziej mamy wrażenie, że zaraz stanie się coś złego. W końcu Ben wygląda tutaj nazbyt perfekcyjnie – jest wodzirejem rodzinnych zabaw, próbuje uratować życie uzależnionej dziewczyny (starając się w ten sposób przepędzić poczucie winy i demony przeszłości), a także w momencie kryzysowym błaga matkę, by zawiozła go na spotkanie dla narkomanów. Dopiero z czasem, gdy w niewyjaśnionych okolicznościach zaginie jego ukochany pies, prawdziwa natura chłopaka zacznie się powoli uzewnętrzniać i będzie on zmuszony wystawić swoją trzeźwość na bardzo trudną próbę.

Powrót Bena opiera się na dwóch znakomitych kreacjach aktorskich. Z jednej strony zmęczona życiem, acz przepełniona miłością do swojego ukochanego (chciałoby się rzec pięknego) syna Julia Roberts, odgrywająca tutaj swoje najlepszą rolę od ostatniej dekady, z drugiej Lucas Hedges, perfekcyjnie odnajdujący się w stylistyce swojego ojca, po raz kolejny udowadniający, że jest jednym z największych talentów współczesnej kinematografii. To dzięki ich duetowi od początku wierzymy w całą historię, od początku chcemy by wyszli na prostą, jednocześnie z ukrytą w ich oczach prawdą – że “lepiej” nigdy nie nadejdzie.

Peter Hedges wie, że do opowiedzenia tak trudnej historii nie potrzebne są wzniosłe sceny. Zamiast tego postanawia postawić na realizm i bardzo dużą naturalność w całej produkcji. Choć – niestety – momentami ucieka w zbyt oczywistą symbolikę, szczególnie z “magią świąt” w tle, to nadal tworzy jeden z najbardziej udanych obrazów uzależnienia, zostawiając w tyle Zabawę zabawę. Przypomina on również jak bardzo brakowało jego umiejętności do subtelnej i nienachalnej narracji.

Powrót Bena to zdecydowanie najdojrzalsza i najbardziej wyważona opowieść o uzależnieniu jaką znajdziecie teraz na dużym ekranie. Trudno bowiem wskazać równie dobrze napisaną relację matka-syn w ostatnich latach w kinie – jedyne co przychodzi mi na myśl to Boyhood – trudno także o wskazanie równie subtelnego przedstawienia narkomanii. Peter Hedges, niczym Kortez mówi widzowi i Benowi :

Więcej niż inni szczęścia masz.
Wracaj do domu,
tutaj zostaniesz sam.

PublicystykaZestawienia

Zestawienie 7 najlepszych polskich filmów – [Podsumowanie roku 2018 #2]

Maja Głogowska

Rok 2018 był kolejnym, bardzo ekscytującym rokiem dla polskiego kina. Swój debiut święciła Jagoda Szelc i nasz cały rodzimy światek zamilkł, by wsłuchać się w bardzo zbieżne opinie na temat jej produkcji. Wydaje się, że odkąd ta reżyserka zaprezentowała nam swoje pierwsze dzieło minęło już kilka lat, bo przecież wniosła tak dużo świeżości do polskiej popkultury, że już ciężko jest sobie wyobrazić współczesne polskie kino bez niej.

W środku roku, po premierze na festiwalu w Cannes, na ekrany kin weszło nowe dzieło Pawła Pawlikowskiego, który został we Francji wyróżniony Złotą Palmą za reżyserię. Zimna Wojna zawładnęła sercami krytyków filmowych na całym świecie, tym samym przypominając naszym rodakom, że polskie kino ma się świetnie. Poniższe zestawienie jest swoistą próbą zobrazowania wam naszej miłości do polskiego kina i bardzo subiektywną próbą ułożenia wszystkich zeszłorocznych perełek od najgorszych aż do najlepszych. Aczkolwiek ciężko jest nam pisać tu coś o “najgorszych”, bo przedstawione przez nas produkcje dzieliły jedynie pojedyńcze głosy.


7. 53 Wojny”



Pierwszy pełnometrażowy film Ewy Bukowskej ma do zaoferowania więcej, niż na pierwszy rzut oka by się wydawało. Reżyserka zabiera nas bowiem w podróż po tytułowych światowych konfliktach, nie opuszczając przy tym ani na moment Warszawy, w której główna bohaterka wiecznie czeka na swojego męża, korespondenta wojennego. Film zaczyna się dość niewinnie, ale z każdym kolejnym wyjazdem Witka do pracy, Anka zaczyna popadać w paranoje, a wraz z nią zmienia się i forma oglądanego obrazu – kamera niejako stara się wchodzić w umysł protagonistki, przyjmując jej perspektywę i nawet zmuszając widza do kwestionowania rzeczy, które obserwuje. Wchodzeniu w surrealistyczną fazę opowieści towarzyszy też psychodeliczny montaż dźwięku i odpowiednia muzyka.

Wszystko to tworzy odpowiedni chaos, który jest fundamentem dla grającej pierwsze skrzypce Magdaleny Popławskiej, która kolejny raz udowadnia, iż jest jedną z najwybitniejszych polskich aktorek. Szaleństwo, w które popada oddziałowuje na widza autentycznie mimo towarzyszącej jej postaci ironii i sarkazmu. Jesteśmy bowiem w stanie uwierzyć, że jej uzależniony od adrenaliny mąż, igrający ze swoim życiem, jest mniej pochłonięty tym co robi niż jego kochająca żona. Kochająca miłością silniejszą niż jakakolwiek broń na froncie. (Szymon Pietrzak)

Zobacz Również: “53 wojny” – Recenzja

6. “Fuga”


Zaryzykowałbym stwierdzenie, iż najnowszy film Agnieszki Smoczyńskiej to najbardziej dojrzały emocjonalnie polski film tego roku. Tytułowa choroba jest ucieczką od rzeczywistości w jej najdalszy zaułek, a osoba nią dotknięta traci wiedzę na temat własnej tożsamości. To stawia sobie reżyserka jako punkt wyjścia do wielu pytań, ale przede wszystkim opiera na tej niepewności swoiste uczucie niepokoju i zatracenia. Fuga nie szarżuje formą, choć zachwyca pięknymi, chłodnymi obrazami, które korespondują z zimnem, jaki musi czuć główna bohaterka. Autentyczność przemawia z każdego kadru, a aktorzy robią wszystko (szczególnie wspaniała Gabriela Muskała), żeby móc nie tylko zastanowić się nad ich rozterkami, ale też mieć czas pokusić się o własne pytania. Przełomowe momenty naszego życia, nie muszą bowiem wcale zaczynać się od utraty pamięci – czasem, aby kwestionować swoją tożsamość, wystarczy bardzo niewiele. I bardzo wiele trzeba, żeby znów móc się odnaleźć. Nawet jeśli oznacza to jeden wielki skok w nieznane. (Szymon Pietrzak)

Zobacz Również: “Fuga” – Recenzja 

5. “Zwierzęta”


Gdyby ktoś poprosił mnie o wskazanie najbardziej nietuzinkowej produkcji tego roku nie wahałbym się ani przez chwilę i od razu wskazał Zwierzęta. Trudno bowiem wskazać jakikolwiek film chociaż w połowie zbliżony do dzieła Grega Zglińskiego – oczywiście staramy się bawić w grę polegającą na znajdowaniu nawiązań i doszukujemy się tutaj Davida Lynch, Jodorovskiego, czy też innych twórców graniczących z surrealizmem. Jednak w przypadku filmu tak zachwycającego, nie można pozwolić sobie na spłaszczenie go do definicji “dziwny”.

Czym więc są Zwierzęta? Są niesamowicie złożoną, dopracowaną w każdym szczególe zagadką, która wymaga od odbiorcy przynajmniej trochę zaangażowania, a najlepiej dwóch-trzech ponownych seansy. I o ile za pierwszym razem tylko nielicznym uda się złamać Enigmę Zglińskiego, o tyle kolejne powtórki pozwolą zauważyć wszystkie misternie utkane nitki, które pozwolą nam dojść do celu, jakim jest objawienie o wybitności tego filmu. Niesamowita odwaga utara, podjęcie ciężkiej gry z widzem, wnikliwa psychologia postaci, a także umiejętność prowadzenia niespotykanej w naszym kinie narracji. Tylko w Zwierzętach faktycznie poczujemy zatarcie między fikcją z rzeczywistością, prześladować nas będą gadające koty, a po pojawieniu się napisów końcowych, najchętniej przejdziemy na drugą salę kinową, by zacząć projekcję jeszcze raz i zakrzyknąć – tym razem Cię rozszyfruję. Z miejsca uprzedzę – będzie ciężko. (Maciej Kędziora)

Zobacz Również: “Zwierzęta” – Recenzja 

4. “Zimna Wojna”


Lubię wywoływać dyskusje o kinie z ludźmi, którzy raczej na co dzień nie mają z nim wielkiej styczności. W dopytywaniu się niedzielnego widza o filmy, które nim poruszyły jest coś co mnie najzwyczajniej dogłębnie fascynuje. Dzięki takim konwersacjom ostatnio dowiedziałam się, że moja stara znajoma ze szkolnej ławki przepłakała cały wieczór po seansie rodukcji Był sobie pies, a dla mojego sąsiada Creed 2 to coś, co na najbliższym rozdaniu Oscarów powinnaozebrać niemalże wszystkie złote statuetki („No może oprócz tej dla najlepszej aktorki, bo jakoś się nie popisała”). Nie traktujcie tego jako ironię — ja naprawdę wierzę w to, że w tych prostych emocjach jest coś pięknego. Niestety tacy znajomi mają jedną, najczęściej tę samą przywarę; wyśmiewają polskie kino. Nie wiem ile razy, osoba X wiedząca, że ja (osoba Y) pasjonuje się kinem z wielkim uśmiechem na ustach metaforycznie klepnęła mnie w plecy i zawołała „no, ale polskie kino to słabe”.

Fakt, iż nasi rodacy z góry zakładają, że nasze rodzime kino zawodzi jest dla mnie niesamowicie przykry. Przecież w swoim portfolio mamy coraz więcej kina, które chwyta widzów z całego świata za portfele i serca a poważanych krytyków za połyskujące, prestiżowe nagrody. Zimna Wojna to jeden z takich filmów, które każdy kto chce poznać faktyczny stan polskiego kina powinien obejrzeć z szeroko otwartymi oczami. Reżyser w swoje najnowsze dzieło włożył nie tylko swoje serce, ale i masę rzemieślniczego kunsztu. Rzadko kiedy widzi się na srebrnym ekranie dzieła tak poetyckie i wrażliwe w swojej prostocie – nie tylko w Polsce, ale i na świecie jest to pewien ewenement. Co prawda nasza redakcja nie pokochała Zimnej Wojny tak bardzo, by umieścić ją na podium, ale śmiało mogę napisać, że wszyscy uważamy to dzieło za coś godnego polecenia. (Maja Głogowska)

Zobacz Również: “Zimna Wojna” – Recenzja i “Zimna Wojna” – Analiza

3. Atak paniki


Ekspedientka w Żabce nie ma wydać grosika. Furia. W autobusie brzydko pachnący osobnik przekracza dopuszczalną granicę komfortu. Furia. Idiota, dla niepoznaki zwący się politykiem, mówi o sprawach, o których nie ma bladego pojęcia. Furia. Wysokość wypłaty za poprzedni miesiąc. Furia. Rodzina. Furia. Życie. Furia. Kto nie widzi w Polsce bulgoczącego w ludziach gniewu, ten najprawdopodobniej w tym kraju nie żyje, albo jest szczęśliwym człowiekiem. Paweł Maślona w swoim pełnometrażowym debiucie Atak paniki zauważył jednak tę niebezpieczną prawidłowość rządzącą postępowaniem wielu współplemieńców, dostrzegł emocjonalny granat, od którego zawleczka już dawno została wyrzucona, i na przestrzeni 100 minut zaprezentował istną symfonię gniewu. Reżyser podzielił historię na kilka, niekolidujących ze sobą, nowelek, pieczołowicie budując atmosferę narastającej złości.

A to małżeństwo usiądzie w samolocie obok nieprzyjemnego pasażera, a to gra komputerowa zaprzątnie głowę pracującego przy organizacji wesela młodego chłopaka, a to wdzięcząca się zawodowo przed sex-kamerką dziewczyna będzie miała niezapowiedzianych gości – każdy powód jest wystarczająco dobry, by gwiazda śmierci zaczęła pompować jad do każdej komórki ciała, by w myślach zrodziły się śmiercionośne fantazje. Atak paniki nie jest jednak filmem wdzierającym się z socjologiczno-psychologicznym sznytem w tkankę polskiego społeczeństwa. To zaledwie jeden pomysł, jeden wniosek dotyczący rzeczywistości, opakowany w dynamiczny montaż i rewelacyjną ścieżkę dźwiękową. Produkcja Maślony jest jak tuwimowska Lokomotywa – rozpędza się powoli i ociężale, by na końcu pędzić na wprost, para buch, tłoki w ruch. A gdy jeszcze dodamy do tego znakomitą obsadę aktorską (według mnie na wyróżnienia zasługują Aleksandra Pisula, Magdalena Popławska i Artur Żmijewski), to ostatecznie otrzymamy jeden z najlepszych polskich filmów, nie mówiąc już o debiutach, pod kątem techniczno-formalnym. (Marcin Kempisty)


2. Jeszcze dzień życia


Dwa dni w 2018 roku były dla mnie szczególnie istotne jako dla podróżnika. 2 lutego po raz pierwszy postawiłem stopę w Gambii, natomiast 29 lipca; w trakcie festiwalu Nowe Horyzonty, Damian Nenow Raúl de la Fuente zabrali mnie do Angoli lat 70, ekranizując książkę jednego z najbardziej intrygujących reporterów świata. Rozpisywałem się już wielokrotnie wcześniej na temat immersyjności i wyjątkowości filmu, ale myślę, że to, co wyróżnia go na tle setek, może nawet tysięcy innych produkcji to fakt, że zostaje on na zawsze z widzem. Na stałe zmienia nasze podejście do wojny, zawodu reportera, Ryszarda Kapuścińskiego, a także zostawia nas z głodem wiedzy i chęcią głębszego poznania tego niezwykłego kraju w południowej części Afryki. Nie wiem, jak Wy, ale ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że chcę kiedyś zobaczyć ten kraj na własne oczy. (Andrzej Badek)

Zobacz Również: “Jeszcze dzień życia” – Recenzja 

1. Wieża. Jasny dzień


Najodważniejszy pełnometrażowy polski debiut reżyserski XXI wieku. Krytyczna wizja utraty kontaktu z własną naturą, bezcelowej próbie konfrontacji i wynikającej stąd permanentnej depresji (nie)istnienia. Zrywając z ciążącymi rodzimej kinematografii więzami narracyjności, Jagoda Szelc otwarła nieustannie pęczniejącą bańkę psychologicznych tropów i nawiązań, skutecznie dbając przy tym o to, by każde z nich nie posiadało ani początku, ani tym bardziej końca. Wszystko zdaje się tu funkcjonować w kontekście, wszystko zdaje się mieć pozorny sens – ale tylko pozorny. Wieża. Jasny Dzień to inteligencki koszmar, antyburżuazyjny antybiotyk, kat pozytywnego umysłu. To film, jakiego potrzebujemy, by nie zapominać o prawdziwej naturze kinematografu. Naturze niezakłóconej widzialności. (Tomasz Małecki)

Zobacz Również: “Wieża. Jasny dzień” – Recenzja 

CampingRecenzje

Camping #25 – “Tetsuo – Człowiek z żelaza” [Klasyczny, japoński horror cyberpunkowy]

Bartłomiej Rusek
Tetsuo

Cyberpunk kojarzony jest obecnie w kinie przede wszystkim z takimi tytułami jak Łowca Androidów czy powstały nieco później Matrix. W przypadku japońskich produkcji, jednym tchem można wymienić takie animacje jak Akira, Ghost in The Shell czy równie kultowy Cowboy Bebop. Warto jednak przy tym zaznaczyć, że ten nurt w Japonii nie jest jednoznaczny z anime i mangą. Jedną z najważniejszych tamtejszych produkcji jest bowiem redefiniujący gatunek film Shinyi Tsukamoto, który jest obiektem mojej dzisiejszej recenzji. Mowa o klasyku gatunku, jakim jest Tetsuo – Człowiek z żelaza, który swą premierę miał w 1989 roku.

Tetsuo
Kadr z filmu “Tetsuo – Człowiek z żelaza”

Film jest inny niż reszta przedstawicieli gatunku – nie uświadczymy tu rozbudowanej fabuły, stanowiącej jakiekolwiek wyjaśnienie wydarzeń dziejących się na ekranie. Na samym początku obserwujemy samego Tsukamoto, wcielającego się w osobę, która chce w pewien sposób usprawnić swoje ciało za pomocą metalowej śruby. Po tym jak implant się nie przyjmuje, ucieka ze starej fabryki, w której cały zabieg miał miejsce i przebiegając przez ulicę wpada pod samochód. Prowadzący go mężczyzna (Tomorowo Taguchi) skutecznie zaciera ślady wypadku, jednak od tego momentu zaczyna dziać się z nim coś złego. Zaczyna zmieniać się w maszynę.

Zobacz również: „Bumblebee” – Recenzja świetnego filmu o zabawkach

Całość jest ciekawa ze względu na kontrast między bohaterami, o których nie wiemy zupełnie nic. Jedyna informacja, którą dysponuje widz, to to, że jeden z bohaterów chciał w pewien sposób mechanicznie ulepszyć swe ciało, co zakończyło się niepowodzeniem. Drugi z nich natomiast walczy z samym sobą, aby bezskutecznie powstrzymać zmianę w maszynę. Te dwie, tak różne i przeciwległe postacie przewijają się na ekranie, pokazując nam dwa różne oblicza transformacji człowieka.

Tetsuo
Kadr z filmu “Tetsuo – Człowiek z żelaza”

Japoński klasyk w pewien sposób był w stanie podkreślić ducha czasu, gdy w tamtejszej kulturze zaczęła masowo pojawiać się mechanizacja. Również popkultura była nią przesiąknięta, przez produkcje inicjujące nurt cyberpunkowy, takie jak Akira czy Ghost in the Shell. Cyberpunk w filmie Tsukamoto stanowi jednak tylko otoczkę do chaotycznych obrazów z pogranicza gore, horroru i surrealizmu, które przewijają się na ekranie często w nieprzemyślany sposób.

Zobacz również: „Nie otwieraj oczu” [Bird Box] – Recenzja

Ze względu na niemalże zerowy budżet (całość stanowiły pieniądze, które Tsukamoto zdołał odłożyć ze swojej wypłaty) efekty specjalne w filmie wyglądają po prostu tanio, a momentami tandetnie. Jednocześnie nas brzydzą i ciekawią, swoją estetyką przyciągają i odrzucają w tym samym czasie. Na ciele głównego bohatera zobaczymy kable, rury (wyglądające jak te od odkurzacza), części samochodowe czy gniazdka elektryczne. Wszystko to, aby stworzyć surrealistyczny, jak najbliższy cyberpunkowi, przerażający wygląd. Całość nienachalnie wpasowuje się przy tym w estetykę campu, przez niezamierzony kicz, wylewający się wręcz w każdej kolejnej scenie z ekranu.

Tetsuo
Kadr z filmu “Tetsuo – Człowiek z żelaza”

Tsukamoto nie starał się nawet tworzyć cyberpunkowego świata, będącego otoczką dla wydarzeń w filmie. Nie widać tu staranności czy szczegółów, widocznych w produkcjach innych niszowych reżyserów, którzy przy równie małym budżecie potrafili wykreować prawdziwy cyberpunkowy świat. W miejscu tego otrzymujemy okropne obrazy mające przede wszystkim zszokować widza.

Seans Tetsuo uważam za niezbędny dla każdego, kto chce się chwalić znajomością cyberpunkowych klasyków. Pozostałe osoby odbiją się od tego filmu, nieskutecznie próbując wyprzeć go z pamięci. Ten mały odsetek osób, które wytrwają do połowy filmu, doceni jednak seans, dostrzegając w nim coś więcej niż zlepek obrzydliwych, tandetnie zrealizowanych, amatorsko nakręconych scen.


Recenzje

“Bumblebee” – Recenzja świetnego filmu o zabawkach

Martin Reszkie
Left to right: Bumblebee and Hailee Steinfeld as Charlie in BUMBLEBEE, from Paramount Pictures.

Przyznaję się bez bicia – nigdy w życiu nie widziałem żadnej animacji z serii Transformers. Nigdy też nie miałem miniaturowego Optimusa Prime’a. Całą serią nie zainteresował mnie również pierwszy film z 2007 roku, mimo że można było w nim usłyszeć kawałek Linkin Park, którego namiętnie słuchałem jak na szanującego się jedenastolatka przystało. Moje podejście do serii zmieniło dopiero Transformers 3, podczas których poczułem, że to właśnie ten rodzaj śmieciowej rozrywki kocham najbardziej.

Od tego czasu jestem wiernym żołnierzem Michaela Bay’a, jestem ostatnim bastionem bayhemu, kochającego w nim to, co mądrzejsi ode mnie odrzucają – przerysowanie, megalomanię i wyciągającą z umysłu ostatnie resztki szacunku do dobrego smaku i samych siebie chorą akcję stworzoną przez pot, krew i łzy kaskaderów, potężny komputer oraz poszatkowany montaż.

Nie było dziwnym dla nikogo, że o możliwość napisania kilku słów o Bumblebee walczyłem prawie dwa miesiące. Mój entuzjazm rósł w miarę czekania na niestety dość opóźnioną, polską premierę. W międzyczasie pierwsze opinie i recenzje spływające zza oceanu jeszcze bardziej dały mi do zrozumienia, że ten film to mój must have w tym roku. Wszedłem więc na salę IMAX pełen oczekiwań i doznałem szoku, o którym chciałbym odrobinę opowiedzieć.

Mamy lata 80., San Francisco w Kalifornii. W telewizorze wieczorową porą pojawia się AlfNever Gonna Give You Up Ricka Astleya gra na zapętleniu w radiu, a The Smiths dominują na vinylach i kasetach. Pojawiają się nawet wspomnienia o zimnej wojnie. Czy może być bardziej nostalgicznie? Tak, bo w garażu stoi uszkodzony Corvetta (najprawdopodobniej rocznik 67′), naprawiana przez zaradną lecz nieco odtrąconą Charlie. Bohaterka grana przez wspaniałą Hailee Steinfeld ma w sobie coś z z Izabelle, którą spotkaliśmy jakieś 18 miesięcy temu przy okazji premiery Transformers: Ostatni Rycerz.

Kadr z filmu: „Bumblebee”
Zobacz także: Recenzję „Nie otwieraj oczu”

Wtedy jednak postać młodej dziewczyny z talentem do naprawy tego czy tamtego została wykreowana i odsunięta na boczny tor przez śmietnik jakim jest wyobraźnia Bay’a. Travis Knight wziął jego koncept i wymieszał go ze smutkiem, stratą i kłopotami rodzinnymi. Dołożył kiełkującą przyjaźń z Bumblebee, który niejako spadł jej z nieba, gdy zażądała samochodu na swoje osiemnaste urodziny. Odmienił także Hailee Steinfeld, którą schował za grzywką i niechlujnie ułożonymi włosami. Knightowi już za pierwszym razem udaje się to, czego Bay nie potrafił osiągnąć przez dziesięć lat – stworzył bohaterkę, której zalety nie kończą się na ładnej buzi, nogach modelki i niezniszczalnej fryzurze.

To jednak nie jedyne co udało się twórcy Kubo i dwóch strun. Przejął on pełną kontrolę nad warstwą wizualną żółtego jak szkolny autobus Bumblebee. Wreszcie przypomina on postać, jaką poznać mogliśmy w niezliczonej ilości seriali. Wreszcie przestał wyglądać jak żółto-szary zbiór pikseli dopominający się o jeszcze jedno renderowanie. Co nam to dało? Postać z oleju i stali. Czasami slapstikcowo niezdarnego olbrzyma, czasami zabawnego w swojej niewiedzy przybysza z obcej planety. Przyjęty pomysł na komputerową wizualizację Bumblebee przyniósł mi jednak coś jeszcze, coś czego się nie spodziewałem, a czym się zachwyciłem.

Tym czymś jest piękne ale subtelne odwzorowanie emocji na twarzy zbudowanej z metalu. Oczywiście, nie mam na myśli popisów motion capture na poziomie Andy’ego Serkisa. Zachwyciłem się delikatnością oraz subtelnością gestów i mimik. A przecież wszyscy wiemy, że (poza jakimkolwiek sensem) w filmach Bay’a najbardziej brakuje delikatności i subtelności.

Kadr z filmu: „Bumblebee”
Zobacz także: Nowy tekst z serii Klasyka z Filmawką

Główną częścią Bumblebee musiały być efektowne starcia tytułowego Autobota z Decepticonami. Knight także na tym polu odcina się od spuścizny Bay’a. Starcia nie grożą atakiem padaczki, a choreografia potyczek mimo relatywnie niewielkiego budżetu to wciąż najwyższa półka wśród kart graficznych.

Nie mogę jednak w nieskończoność wymieniać zalet najnowszej produkcji od Paramount. Bo chociaż z miłości do pojazdów-maszyn bojowych jestem w stanie wybaczyć temu filmowi wiele, nie oznacza to tego, że Wy także jesteście na to gotowi. Z redakcyjnego obowiązku wyliczę listę, którą chciałbym zacząć od Johna Ceny. Jeśli ktokolwiek spodziewał się od niego aktorstwa na poziomie wyższym niż szkolny teatrzyk – porzućcie nadzieję. Na szczęście jednak jego rola jest raczej niewielka, bo ogranicza się do mniej lub bardziej zabawnych one-linerów oraz gróźb otwarcia ognia jeśli Bumbleebe zacznie uciekać. Wciąż jest jednak potężnie zbudowanym mężczyzną w mundurze, co może pomóc traktować go nieco poważniej.

Prostota fabuły z czasem zaczyna być jego wadą. Poza jednym zwrotem w zachowaniu Decepticonów, możemy bardzo celnie przewidzieć dalszy bieg historii. To jednak nie sprawia, że film jako całość odbierałbym jako ubogi w treść. Wręcz przeciwnie – tej jest całe mnóstwo, jednak nie w głównym biegu tej historii, a w przygodzie Charlie, która poznaje i opiekuje się Bumblebee. Wyraźnie czuję tutaj spielbergowską spuściznę, co żadnym wypadku nie jest wadą. To po prostu reszta odrobinę niedomaga. Na szczęście nie odbiera czystej radości z seansu.

Kadr z filmu „Bumblebee”
Zobacz także: Naszą listę odkryć minionego roku

Radość tę dostarcza niesamowita chemia pomiędzy Steinfeld a wykreowanym cyfrowo Bee. Czujemy ich wspólne szczęście, ich smutek i ból. Wierzymy w nich jako zespół wspierających się nawzajem istot, które chcą jak najwięcej wyciągnąć z tego przypadkowego spotkania. Wreszcie wierzymy w więź ich łączącą, a której nie każdy się spodziewał. Młoda aktorka uniosła film na swoich barkach i co mnie cieszy najbardziej – zrobiła to za pomocą umiejętności i talentu.

Wydaje mi się, że najlepiej byłoby zakończyć cytatem ze Scotta Mantza, którym przez jakiś czas posługiwano się podczas promocji filmu:

„Not just a great Transformers movie. It’s a great movie. Period.”

Teraz planuję spędzić czas z playlistą złożoną z utworów użytych w filmie. Wam także to polecam. Natkniecie się tam na dwie wspaniałe kompozycje The Smiths, co chyba samo w sobie jest dobrą rekomendacją. A przynajmniej ja lepszej znaleźć nie potrafię.


Ocena

9 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.