Recenzje

“Zabawa zabawa” – Recenzja

Maciej Kędziora

Wchodzisz do domu. W mieszkaniu unosi się znana tobie dobrze woń wydychanego spirytusu. Na stole opustoszałe kieliszki, po podłodze porozwalane butelki coraz to mniej cennych alkoholi. Na kanapie ona – chociaż obiecała, że już nie będzie. Zawsze może obiecywać. Obiecała, że rzuci – przecież rzuciła kiedyś palenie, rzuci też picie. Obiecuje tak dzień w dzień, by potem znikać każdej nocy i pojawiać się nad ranem zawsze w tym samym, niezdolnym do egzystowania w społeczeństwie stanie. Już niejeden raz słyszałeś wybełkotane “przepraszam”. Niejeden raz musiałeś zmieniać pościel, ściągać zachlapaną w wódce sukienkę, rozwiązywać lekko zabrudzony – sam nie chcesz wiedzieć czym – szal. Robisz to bo ją kochasz, a ona jest chora. Robisz to, bo jest alkoholiczką.

Zobacz również: Przedpremierową recenzja “Stana & Olliego”

Każdy kto stanął oko w oko z alkoholizmem wie jak przerażająco ciężka jest ta choroba. Wieczne wypieranie swojej słabości, zrzucanie winy na ciężką pracę, twierdzenie, że to tylko niewielki dodatek, urozmaicenie pustego od emocji życia. Wyśmiewanie potrzeby terapii – w końcu jesteśmy wystarczająco silni by sami walczyć ze swoimi nałogami. Alkoholizm nie bierze się jednak znikąd – dla niektórych jest on dziedziczny (syndrom DDA), dla innych wynika z nadmiaru obowiązków i stresów wynikających z wykonywanego zawodu, dla pozostałych pozwala on zapomnieć i wyprzeć choć na jeden moment grzechy swych bliskich. Reprezentantkę każdej z tych trzech grup znajdziemy w najnowszym filmie jednej z najlepszych obserwatorek polskiego kina – Kingi Dębskiej – pod tytułem Zabawa zabawa.

Pozornie wszystko wydaje się być normalne – Teresa (Dorota Kolak) świętuje swoją nagrodę za zasługi w medycynie, Magda (Maria Dębska) próbuje wyrzucić z siebie złość poprzez tańczenie w jednym z wielu klubów na bulwarach wiślanych, a Dorota (Agata Kulesza) spędza upojny wieczór na ekskluzywnej kolacji dla prokuratorów. I o ile jesteśmy w stanie znieść pierwsze kolejki coraz to mocniejszych drinków, o tyle z czasem wraz z naszymi bohaterkami powoli zbliżamy się do granicy, z której nie będzie odwrotu. Co gorsza – jak się ma dopiero okazać – każda z nich już dawno przekroczyła granicę odpowiedzialności i świadomości swoich ograniczeń.

Zobacz również: Ostatni odcinek Klasyki z Filmawką, czyli powrót do “Dnia Próby”

W przeciwieństwie jednak do innego słynnego obrazu polskiego alkoholika – czyli “Pod mocnym aniołem” SmarzowskiegoKinga Dębska nie zarzuca nas fekaliami, wymiocinami i wulgaryzmami, decydując się pokazać zagubione, stracone przez życie kobiety. Najbardziej wstrząsający jest tu zdecydowanie wątek Magdy, która zostaje zaciągnięta do jednego z nadwiślańskich bunkrów i brutalnie wykorzystana seksualnie. Ta trzy minutowa sekwencja, gdy z każdym potknięciem dziewczyny i jej oprawcy mamy nadzieję, że uda jej się wyrwać, uda się uciec, znaleźć pomoc, jest jedną z najmocniejszych i najbardziej przejmujących scen od dawna. Potem gdy towarzyszymy jej w ucieczce z miejsca ataku, a także pierwszym badaniom sprawdzającym obecność chorób wenerycznych, nie sposób nie pomyśleć, że w tym momencie chyba nie ma innego sposobu na poradzenie sobie z życiem, niż ucieczka w picie, bo dzięki otumanieniu choć przez chwilę będziemy w stanie osiągnąć złudne szczęście.

Wokół każdej z kobiet krąży widmo terapii – zdającej się być równoznaczną z największą porażką życiową. Odwyk wydaje się być tutaj piekielną męczarnią, mieszanką szaleńczego cyrku z całkowitym poniżeniem. Teresa nie może uczęszczać na leczenie, gdyż łączy się to z widywaniem swoich byłych uczniów – a przecież tak utytułowana pani profesor nie może sobie na to pozwolić. Dorota ucieka z ośrodka już pierwszego dnia – w końcu to zwykła głupota by ją tu zamykać, ona znajdzie lepsze miejsce by poddać się kuracji. W tle natomiast rozgrywa się dramat ich partnerów – Wiktor (Mirosław Baka) choć ma już dość wymówek swojej byłej partnerki, ciągle zostawia dla niej otwarte drzwi, w końcu może zostać ile chce jeśli ma to jej pomóc. Jerzy (Marcin Dorociński) wyciągnie swoją żonę z każdych tarapatów – tłumiąc w sobie ogromny wyrzut, ale i poczucie winy.

Maria Dębska po raz kolejny (po znakomitym występie w Cichej Nocy) udowodniła, że jest jedną z najbardziej obiecujących aktorek młodego pokolenia, posiadając niezwykłe wyczucie dramaturgiczne. Niestety dla niej, cały spektakl kradnie dla siebie Dorota Kolak. Wychodzi tutaj jej wielkie doświadczenie życiowe, umiejętność ukazania tragedii samotnej kobiety, która uświadamia sobie, że koniec jest coraz bliższy, a ona nie ma z kim go doczekać. I choć każda scena z Teresą jest iście majestatyczna aktorsko, to najbardziej porusza sekwencja delirium tremens, gdy panicznie szuka ona jakiejkolwiek kropli alkoholu, po to by uśmierzyć ból, by wyrwać się z objęć cierpienia. Najbardziej przygaszona z głównej trójki zdaje się być Agata Kulesza, ale jest to prawdopodobnie spowodowane tym, że Dorota to jedna z najbardziej zero-jedynkowych postaci w całym filmie, której najciężej współczuć. Na szczęście na ratunek przybył jej Marcin Dorociński, by tak jak w Planie B i Moich córkach krowach pokazać, że perfekcyjnie rozumie stylistykę reżyserki.

Zobacz również: Recenzję “Bird Box”

Kinga Dębska po raz kolejny udowadnia, że ma świetny zmysł do prowadzenia przepełnionego emocjami kina. Choć niestety – podobnie jak w przypadku jej ostatniego filmu zdaje się, że gubi ją bardzo krótki czas trwania połączony z wielowątkowością. Jestem w stanie zaryzykować, że gdyby zdecydowała się ona opowiedzieć tylko jedną z trzech historii – szczególnie Magdy lub Teresy – byłby to jeden z najwybitniejszych obrazów polskiego kina ostatnich lat, gdyż potrafi ona podejść z godnością do tak trudnego tematu jakim niewątpliwie jest – szczególnie w naszym społeczeństwie – alkoholizm.

Nie dajcie się zwieść tytułowi – w Zabawie zabawie nie ma nic radosnego. Nawet przywołujący na myśl Tołstoja cytat  “Po co do wódki sok ananasowy, szkodzi na trzustkę”, zdaje się mieć tutaj bardzo gorzki wydźwięk. Najważniejsze jednak, że mimo tego błędnego koła wiecznego picia i zapijania kaca klinem, na koniec pojawia się nadzieja, że można z tego wyjść. Bo choć alkoholizm zostaje z człowiekiem do końca – bo nie da się z niego wyleczyć – to można dzięki silnej woli i ciężkiej pracy rzucić swój nałóg i przestać wierzyć w to, że wódka jest najlepszą pocieszycielką człowieka.


Recenzje

“Nie otwieraj oczu” [Bird Box] – Recenzja

Mikołaj Krebs
Bird Box Nie otwieraj oczu
Bird Box Nie otwieraj oczu

W internecie ostatnio dużo ptaszki ćwierkają o Nie otwieraj oczu. Film Susanne Bier, bazujący na książce o tym samym tytule, zgromadził już 45 milionów widzów według danych Netflixa, a to oznacza, że na tej platformie streamingowej jest najczęściej oglądanym filmem w historii. I to zaledwie w przeciągu niecałych dwóch tygodni. Dziwnym zjawiskiem jest dla mnie geneza tej popularności, gdyż ani oceny krytyków, ani oceny społeczności nie są wysokie i nie wskazują na nic więcej niż zaledwie przyjemny seans. I nawet gwiazdorska obsada w postaci Sandry Bullock, Johna Malkovicha i Machine Gun Kelly’ego nie tłumaczy do końca tego fenomenu.

Nie otwieraj oczu” zaczyna się od przygotowania Mallory (Sandra Bullock) i jej dzieci do przeprawy przez rzekę. Skok chronologiczny wstecz, mamy rozmowę ciężarnej jeszcze Mallory z Jessicą, jej siostrą. Następnie nasza uwaga zwrócona jest na reportaż w telewizji, ulubioną metodę ekspozycji filmów katastroficznych. W Eurazji szaleje epidemia samobójstw, która całe szczęście nie trafiła jeszcze do Ameryki, ale władze nalegają na szczególną ostrożność.

Zobacz również: „Czarne lustro: Bandersnatch” – Recenzja

Mallory z siostrą jadą do szpitala na rutynowe badania w sprawie jej ciąży, a w drodze powrotnej, na amerykańskiej ziemi, rozpętuje się przepowiedziane przez reportaż piekło. Widząc bliżej niezidentyfikowane „coś”, Jessica rozbija auto i popełnia samobójstwo rzucając się pod nadjeżdżającą ciężarówkę. Mallory próbuje ratować żona Douglasa, która w tej felernej próbie traci swoje własne życie, o czym Douglas (John Malkovich) nie pozwoli nam zapomnieć do końca filmu. Ostatecznie wybawcą okazuje się Tom (Trevante Rhodes), który razem z Mallory dołącza do wesołej ekipy bunkrującej się w domu Grega, homoseksualnego architekta.

Bird Box Nie Otwieraj Oczu
fot. kadr z filmu “Nie otwieraj oczu”

Zewsząd słychać dużo porównań do Cichego miejsca, ale moim zdaniem nie są one zbyt trafne. Ciche miejsce budowało klimat widocznym przeciwnikiem, niepokojącą ciszą i minimalną ilością interakcji między bohaterami. W Nie otwieraj oczu wrzuceni jesteśmy w grupę osób, w której każdy ma inne przekonania, przeszłość, charakter. Subtelność tej ekspozycji jest zerowa – aby wyraźnie przypiąć łatkę narkomana, Felix (Machine Gun Kelly) musi na naszych oczach zażywać narkotyki, a zarysowanie Douglasa jako nieufnego konserwatysty i zwolennika prezydenta Trumpa musi wybrzmieć słowami „making (…) great again”, teoriami o ataku chemicznym ze strony Korei Północnej i ogólną wrogością do kogokolwiek.

Nieznane jest nam także zagrożenie – wiemy, że wystarczy na nie spojrzeć, by już myśleć o samobójstwie. Nie dotyczy to jednak wszystkich, gdyż istnieją grupy ludzi, którzy zaczynają służyć tej złej mocy. Jest wprawdzie zasugerowane, iż chodzi o bliżej niezidentyfikowane demony, a jeden z bohaterów, Gary, maniakalnie rysuje ich podobizny, ale tak naprawdę sam autor książki nie ma pojęcia, czym jest to zagrożenie. Paradoksalnie mógł być to atut filmu, ale przez próby ucieleśnienia demona (czy też demonów) w scenariuszu poprzez podobizny czy cień, kiedy „to” nadchodzi, zostało to zupełnie zaprzepaszczone.

Zobacz również: Kulturawka #10 – Dyskretny urok Berlusconiego

Angielski tytuł, Bird Box, sugeruje również istotną rolę ptaków w całym tym zamieszaniu. Ptaki potrafią wszakże wyczuć nadchodzące demony i zaalarmować o tym ludzi, czego postacie absolutnie nie wykorzystują i zachowują się, jakby nie mieli przy sobie klatki z alarmem przeciwdemonowym, przez co cała symbolika ptaków również kuleje, a na całość patrzy się jak na miszmasz zmarnowanych potencjałów.

Głównym motorem napędowym fabuły jest, niestety, głupota bohaterów. Jakkolwiek trywialne i irytujące takie zachowania nie są, działają. Działają, bo wypełniają dwugodzinną przestrzeń i sprawiają, że cały czas coś się dzieje na ekranie. Sukcesywnie usuwa się kolejnych bohaterów w coraz to dziwniejsze sposoby, tworzy absurdalny pięcioletni skok wprzód, aby w końcu trafić do sytuacji z początku gdzie Mallory zostaje sama ze swoimi, jak się okazuje, nienazwanymi dziećmi. Jednakże ten format wydaje się repetetywny i dość nudny, nie trzyma w żaden sposób w napięciu, a wszystkiego można byłoby uniknąć po prostu skracając czas trwania produkcji.

Bird Box Nie otwieraj oczu
fot. kadr z filmu “Nie otwieraj oczu”

Dużym minusem okazało się oparcie ciężaru filmu na Sandrze Bullock. Z przykrością muszę stwierdzić, że to jedna z jej gorszych ról – jej interpretacja Mallory jest niewyraźna, niekonsekwentna, losowo moduluje głos. Zdecydowanie więcej oczekiwałem po tak uznanej aktorce. Całe szczęście aktorzy drugo i trzecioplanowi wypadają lepiej, chociaż nigdy nie rozwijają w pełni swoich skrzydeł. Na wyróżnienie w Nie otwieraj oczu zasługują również pojedyncze rozwiązana fabularne i sceny, a także muzyka autorstwa Trenta Reznora i Atticusa Rossa.

Zobacz również: Odkrycia Roku – Podsumowanie Roku 2018 #1

Nie otwieraj oczu nie dorosło do miana legendy, którą zostało ostatnimi czasy we wszelkich mediach i jakość produkcji na pewno nie usprawiedliwia ogromnego boomu popularności, który wytworzył się wokół niej. Ot, kolejna produkcja Netflixa bazowana na adaptowanym scenariuszu, po której powinno się oczekiwać zupełnie tego samego poziomu, co po większości netfliksowych filmów.


Klasyka z FilmawkaPublicystyka

Klasyka z Filmawką – “Dzień próby” Denzela Washingtona

Mateusz Szelest

Gdy cofnę się myślami do roku 2010 to jedną z niewielu momentów które pamiętam z dokładnością co do minuty jest pewne jesienne, deszczowe popołudnie. Był to jeden z tych dni gdy nie mogłem spędzić kolejnego wieczora grając w Grand Theft Auto: San Andreas. Był to jeden z tych tragicznych dni w życiu każdego młodego człowieka gdy komputer postanowił odmówić posłuszeństwa i zwyczajnie się zepsuć. Jednak z perspektywy czasu był to prawdopodobnie jeden z najważniejszych dni, które ukształtowały moje zainteresowania, ponieważ postanowiłem obejrzeć film w telewizji, co normalnie nigdy się nie zdarzało. Wziąłem program do ręki i moim oczom ukazał się film, którego opis wręcz zmusił mnie do obejrzenia. Był to właśnie “Dzień Próby” w reżyserii Antoine’a Fuqui.

W oczach miłośnika gier gangsterskich spod szyldu Rockstar to było jak dar z nieba, no bo co mogło lepiej trafić w moje gusta niż produkcja, której akcja rozgrywa się w Los Angeles i opowiada o bezwzględnym detektywie z wydziału narkotykowego? To był właśnie ten przełomowy dzień gdy zacząłem się interesować kinematografią na większą skalę. Ale teraz nadszedł czas aby spojrzeć okiem dorosłego człowieka na magnum opus w dorobku Antoine’a Fuqui.

Zobacz również: Odkrycia Roku – Podsumowanie Roku 2018 #1

Powiedzmy to sobie prosto z mostu: fabuła “Dnia Próby” jest prosta jak budowa cepa. Ot jest to jedna z wielu historyjek, które powstały w Hollywood na temat organów ścigania w Los Angeles. Mamy tutaj młodego i kierującego się ideałami policjanta Jake’a Hoyta (Ethan Hawke) oraz zepsutego detektywa z wydziału narkotykowego Alonzo Harrisa (Denzel Washington), który działa w sposób sprzeczny z etyką i dowodzi on  pięcioosobową grupą podobnie postępujących podwładnych. Scenariusz podążając za fabułą odhacza kolejne elementy typowe dla tego gatunku, tj. dawanie rad nowemu podwładnemu, testowanie go czy też ukazanie kryminalnej części Los Angeles, która o dziwo albo jest czarnoskóra albo pochodzi z Meksyku. Chciałoby się rzecz, że nie ma tutaj nic co mogłoby zatrzymać widza na dłużej, jednak jest zupełnie inaczej, ale o tym za chwilę

Kadr z filmu "Dzień próby"
Kadr z filmu “Dzień próby”

Film rozpoczyna się w momencie gdy Hoyt rozpoczyna prawdopodobnie jeden z najważniejszych dni w swojej karierze, czyli początek pracy u boku Harrisa, który od pierwszej sceny pokazuje jak bardzo twardym jest policjantem. Dalej przechodzimy do scen ukazania ulic LA, zatrzymania licealistów kupujących marihuanę czy też odwiedziny w domu “przyjaciela” Alonzo – Rogera (Scott Glenn), który jest byłym przestępcą i za zebrane pieniądze z życia kryminalisty chce wyjechać na Filipiny. Następnie scenarzysta David Ayer przechodzi do najważniejszego elementu historii, czyli zadłużenia Alonzo na kwotę miliona dolarów u Rosjan. I to tyle jeśli chodzi o fabułę tego filmu. Jak już mówiłem to nie jest nic arcydzielnego, ale ogląda się to nadzwyczaj przyjemnie głównie przez montaż i dźwięk, które stoją na dobrym poziomie.

Zobacz również: Klasyka z Filmawką – „Rocky”

Jednak to co zatrzymuje widza na dłużej przy ekranie to bez dwóch zdań postać Alonzo Harrisa, który w wykonaniu Denzela Washingtona to jeden z najwspanialszych występów aktorskich jakie było mi dane zobaczyć na oczy. Do tej pory jak pomyślę, że tę rolę mógł zagrać Bruce Willis lub Samuel L. Jackson, po czole spływa mi kropla potu.

Kadr z filmu "Dzień próby"
Kadr z filmu “Dzień próby”

Film ten oglądałem około 15 razy i za każdym razem nie jestem w stanie zapamiętać całej fabuły na dłużej niż miesiąc. Co innego z rolą Denzela, bo jak dla mnie jest to jego jedna z najlepszych (jeśli nie najlepsza rola w karierze) i jakież było moje zdziwienie gdy przeczytałem, że większość kwestii Alonzo była improwizowana. O wybitności tej kreacji może też świadczyć fakt, że Denzel otrzymał Oscara w roku 2002 pokonując takich aktorów jak Russel Crowe czy Sean Pean. Właściwie jest to jedyny aspekt filmu, który został doceniony przez krytyków i nie ma się w sumie czego dziwić, ponieważ jak już wspominałem Denzel jest tutaj najlepszym elementem tej produkcji i według mnie obiektywnie zasługiwał na wszystkie nagrody świata.

Kończąc ten i tak już za długi wywód pozwolę sobie przytoczyć stanowisko Marka Koterskiego, który wielokrotnie wspominał, że filmy ogląda głównie dla aktorów i nieskromnie mogę przyznać, że od momentu obejrzenia “Dnia Próby” przy każdym seansie filmowym towarzyszy mi to samo uczucie i chęć zobaczenia roli równie wybitnej jak ta w wykonaniu Denzela Washingtona w 2001 roku.


Recenzje

Stan & Ollie [Królowie Slapsticku] – Recenzja

Konrad Bielejewski

Był kiedyś taki czas, gdy z gigantycznego radia sączyły się skoczne, rześkie melodie ragtime, filmy straszyły grą cieni, aktorzy byli niemi, a w sali kinowej często przygrywała orkiestra. Czasy, gdy kinematografia dopiero się rodziła, nabierała kształtów i kolorów. W tamtych to czasach największą popularnością cieszyły się oczywiście komedie, znane dziś pod nazwą Slapstick. Inspirowane sztuką mimów i klaunów, te krótkie, czarno-białe produkcje wywoływały salwy śmiechu wśród widowni, poprzez ukazywanie coraz to bardziej wymyślnych tarapatów, w które aktorzy wpadali (często -na łeb na szyję). Ich imiona są do dziś niezapomniane – Charlie Chaplin, Buster Keaton, Harold Lloyd i wreszcie oni – Stan Laurel i Oliver Hardy – znani w Polsce jako Flip i Flap, najlepszy duet kina slapsticku. I choć ów okres wydaje się bardzo odległy to dzięki BBC możemy go przeżyć ponownie.

Stan & Ollie w reżyserii Jona S. Bairda to adaptacja książki, opowiadającej o trasie Flipa i Flapa przez Wielką Brytanię w latach 50-tych. Szereg występów na żywo oraz publicznych pokazów miał jednak ciemniejszą stronę, gdyż obaj aktorzy mieli za sobą wiele trudnych przeżyć i skrywanego żalu, nie wspominając nawet o pogarszającym się zdrowiu obojga komików. Na początku obawiałem się, że cały film będzie nudnym pseudo-dokumentem, odtwarzającym popularne skecze duetu. Na całe szczęście nie mogłem się bardziej mylić – Stan & Ollie to świetne kino rozrywkowe i emocjonalne. Duża w tym zasługa aktorów, na których ten film się oczywiście skupia. Magia całego filmu skupia się na charyzmie i sile emocji pomiędzy nimi obojga. Oliver Hardy (Flap) grany przez Johna C. Reilly’ego wypada bardzo przekonująco, pomimo sporych rozmiarów makijażu, czyniącego z Reilly’ego stereotyp zabawnego grubasa, z charakterystycznymi dla Flapa odruchami i niesamowitą mimiką. Równie dobrze wypada Steve Coogan w roli Stana Laurela, głównie dzięki smutnym oczom i lekkim przygarbieniu. Obaj postarali się jak najwierniej odtworzyć swoje postaci, co pozwoliło im stworzyć autentyczną chemię pomiędzy bohaterami. Dzięki temu widz jest w stanie zrozumieć ciężar emocji pomiędzy nimi i reagować wraz z aktorami.

Zobacz również: Nasze odkrycia roku

Film ów nie byłby jednak aż tak udany, gdyby nie doskonale dobrane aktorki w rolach żon naszych bohaterów. Stanowią one wspaniały kontrast z mężami, nadając produkcji humoru i romantyzmu, gdy mamy do czynienia ze scenami pomiędzy małżeństwami. Niska, szczebiocząca niczym rozgniewany wróbelek Shirley Henderson u boku potężnego Flapa z zacięciem przekomarza się z postawną Niną Ariandą – partnerką Flipa. Stan & Ollie oferuje również interesujący wgląd w proces twórczy tworzenia komedii slapsticku, przywołując echa Bartona Finka braci Cohen. Kwestia ta napędza konflikt pomiędzy tytułowymi bohaterami, oscylując wokół sensu przyjaźni, przeżycia w brutalnym świecie show-biznesu i odróżnieniu prawdziwego świata od kinematograficznej fikcji. Dzięki wybitnemu aktorstwu moment kulminacji żalu i zawiści pomiędzy Flipem a Flapem zaskakuje, łącząc gorycz z wybitnym slapstickiem.

Nie sposób nie wspomnieć o doskonale oddanej stylistyce lat 50-tych. Film otwiera długie ujęcie, śledzące obu bohaterów u szczytu ich sławy, w trakcie przygotowania do kolejnego filmu. Hollywood lat 30-tych zachwyca barwami i wystrojem, lecz szybki przeskok o 16 lat w przód wcale nie pozbawia go tego uroku, a raczej potęguję. Flip i Flap przemierzają Wielką Brytanię, występując na coraz to bardziej luksusowych scenach i sypiając w słynnych hotelach, gdzie wciąż dominowała stylistyka art deco. Złocone poręcze, szmaragdowe zasłony i czerwone dywany cieszą kolorami, a powolny dym z papierosów i cygar unosi się nad głowami śmiejącej się publiki. Dzięki tym zabiegom widz łatwo zanurza się w tej iście tragikomicznej historii, przeżywając te same emocje co bohaterowie, śmiejąc się i płacząc wraz z nimi.

Zobacz również: Recenzję “Czarnego Lustra: Bandersnatch”

Problemem krytyka jest ostateczne podsumowanie filmu. W tłoku premier kinowych i telewizyjnych łatwo pominąć istotnie interesujące filmy i prawdopodobnie Stan & Ollie podzielą los bycia zapomnianym. Osobiście jednak nie żałuję poświęconego filmowi czasu – nie zszokował mnie, nie zmienił mojego życia, jednocześnie jednak wydobył ze mnie ten czysty, dziecięcy śmiech, tak kojarzony z prostotą slapstickowej komedii. Finał potrafi wzruszyć i udowodnić, że istnieją na tym świecie rzeczy bardziej istotne niż pieniądz i sława. Ktokolwiek z was, drodzy czytelnicy, kto kiedyś śmiał się z Chaplina, Keatona, Lloyda czy tytułowego duetu, powinien poświęcić tej produkcji trochę swego czasu. Bo choć nie jest to film wybitny, to z całą pewnością szczery, co rzadko zdarza się w show-biznesie.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.