Recenzje

“Obywatel Jones” – Wolność prasy według Agnieszki Holland [RECENZJA]

Maciej Szymkowiak

Agnieszka Holland na przestrzeni ostatnich lat oczarowała jury w Berlinie oraz wzburzyła polską społeczność. Swoimi wypowiedziami w internecie często wzbudzała zażenowanie, ale swoim talentem reżyserskim oraz umiejętnością opowiadania o sprawach bieżących pod płaszczykiem kinowej fikcji, ugruntowała swoją silną pozycję w polskiej, współczesnej kinematografii. Nie inaczej jest tym razem, kiedy to festiwal filmowy w Berlinie, promujący filmy polityczne, dostaje od polskiej reżyserki film skrojony na rzecz tego międzynarodowego święta kina. Najnowszy film Holland głosi silną potrzebę sklasyfikowania wartości i rozróżnienia w prostym stylu na to, co „dobre” i „złe”. Czarne jest czarne, a białe jest białe. Innego podziału nie może być, gdy opowiada się o wolności prasy i prawdzie w dobie „fake newsów”.

Zobacz również: „Ułaskawienie” czyli najpiękniejsza kartka z rodzinnego albumu w Popielawach [RECENZJA]

Bohaterem filmowym jest walijski dziennikarz, Gareth Jones, który na początku lat 30. mógł poszczycić się wywiadem z Hitlerem, co poskutkowało chęcią sprawdzenia ekonomicznej sytuacji wychwalanego Związku Radzieckiego. Już na starcie będąc w opozycji nawet do swojego zwierzchnika Davida Lloyda George’a, reporter wyrusza do Moskwy, aby przeprowadzić wywiad ze Stalinem oraz sprawdzić, skąd przywódca swojego kraju czerpie fundusze na tworzenie „mlekiem i miodem” płynącej krainy. Polska reżyserka nie tworzy kina biograficznego, wojennego, ani stricte historycznego. Miesza gatunkowość filmową, która ułatwiłaby umieszczenie opowiadanej historii w znanych strukturach narracyjnych, na rzecz edukacyjnej funkcji, jaką może pełnić wręcz hagiograficzna historia Jonesa.

Kompozycyjna klamra opowieści, jaką tworzy tutaj postać Georga Orwella, zamyka opowieść walijskiego reportera w trzech dziejach jego działalności. Pierwsza z nich to wędrówka do Moskwy i szpiegowski klimat, który zrobiony jest w stylu amerykańskiego dreszczowca. Jones konfrontuje swoją naiwną chęć poznania prawdy ze złowrogą stolicą, nad którą nawet niebo jest koloru czerwonego, a dekadenckie, narkotyczne imprezy podsumowaniem wszechobecnej obłudy. Każdy tutaj rozmawia oficjalnie i nieoficjalnie. Grany przez Krzysztofa Pieczyńskiego, Maksim Litwinow, przy kieliszku wódki zachwala rozwój gospodarczy kraju i zaprasza do oficjalnego zwiedzania ZSRR. Inne informacje Jones czerpie od swojego brytyjskiego kolegi, dziennikarza, który pracował nad tajemniczą sprawą dziejącą się na Ukrainie do czasu, aż w niewyjaśnionych okolicznościach został zamordowany. Walijczyk szmugluje swoją osobę do Charkowa, a stamtąd poznaje prawdę o „Hołodomorze”.

Zobacz również: „Gdyby ulica Beale umiała mówić” podziękowałaby Jenkinsowi za ten film [RECENZJA]

Druga część filmowa, w której Holland w typowym dla siebie stylu opowiada historię świata bez transcendencji, gdzie ludzie cierpią katusze, a w inteligenckich okularach Jonesa odbijają się brudne i wychudzone buzie jest najbardziej przejmującym momentem w całej fabule. Złamana zostaje konwencja thrillera i film diametralnie zmienia się w historyczny dramat. Klimatyczne, zimowe zdjęcia Tomasza Naumiuka i brak niediegetycznej warstwy dźwiękowej oddziałuje ze zdwojoną siłą na odczucia widza, który szybko dostrzega różnicę między wcześniejszymi bankietami moskiewskiej elity z kanibalistyczną prawdą zachodzącą na Ukrainie. W ostatniej, trzeciej części Holland powraca do sztafażu szpiegowskiej akcji, ale skupia się na znaczeniu politycznej konfrontacji w tworzeniu wiadomości. Zostaje podana w wątpliwość siła dziennikarskiego śledztwa oraz ukazana moralna dwuznaczność każdego przedsięwzięcia. Czy Jones może powiedzieć prawdę nikogo nie krzywdząc? Czy powinien rozważyć podział na większe i mniejsze zło? Etos dziennikarski jest czymś, co intryguje reżyserkę równie mocno, co dostępność do prawdy i wolnej prasy.

Najnowszy film Holland jednak nie jest pozbawiony paru kluczowych wad. Przede wszystkim podział na „tych złych” i „tych dobrych”, jakkolwiek słuszny, ogranicza psychologiczne możliwości opowiadanej historii. Walter Duranty, urodzony w Wielkiej Brytanii, a piszczący dla Moskwy jest po prostu przeciwieństwem Jonesa. Jeżeli ten jest światłem i głosem prawdy, to ten drugi stanowi jego diabolistyczną opozycję. Niewykorzystany potencjał kobiecej postaci, jaką jest Ada Brooks, boli tym bardziej, iż Holland słynie ze swojego feministycznego podejścia do branży filmowej, a w zamian nie oferuje widzom ani jednej ciekawie rozpisanej kobiecej postaci.

Zobacz również: „Sex Education” – Otwarcie o waginie [RECENZJA]

Możliwe, że jest to jeszcze jeden głos, iż polityką i faktami rządzą mężczyźni, lecz trudno o przekonujący głos w tej sprawie, skoro Holland nie oferuje żadnego kontrapunktu. Cameo postaci Georga Orwella chociaż ciekawe, to z technicznego punktu widzenia zdaje się tandetnym chwytem, który wprowadza i wyprowadza widza z truizmami o złowrogiej machinie „równych i równiejszych zwierząt”. Ambiwalentny stosunek można mieć też do filmowych zabaw Holland, takich jak montaż pędzącego pociągu, czy też montaż skojarzeniowy jedzenia mięsa, tego ludzkiego i tego upieczonego w restauracji.

Jakby jednak krytycznie nie podchodzić do formalnych spraw filmowych, to nie można odmówić polskiej reżyserce tego, że zabrała ważny głos w dzisiejszych czasach. W dobie fake newsów, egoistycznego podejścia do życia, wybiórczego traktowania historii oraz politycznego zamknięcia się w obrębie sztywnych podziałów politycznych, Agnieszka Holland opowiada historię jednego niestrudzonego dziennikarza, który wykorzystując własną profesję i siłę ducha, pokazuje światu, że prawda jest tylko jedna, a półprawdy i kłamstwa to w zasadzie jedno i to samo.


Awards WatchPublicystyka

Oscary 2019 – Wszyscy laureaci [Lista aktualizowana na bieżąco!]

Szymon Pietrzak

Nadszedł dzień, w którym poznaliśmy wszystkich laureatów nagród Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej. Oto oni:


Aktorka drugoplanowa:

  • Regina King za If Beale Street Could Talk

Najlepszy dokument:

  • Free Solo

Charakteryzacja:

  • Vice

Najlepsze kostiumy:

  • Czarna Pantera

Scenografia:

  • Czarna Pantera

Najlepsze zdjecia:

  • Roma

Najlepszy montaż dzwięku:

  • Bohemian Rapsody

Najlepszy Dzwiek:

  • Bohemian Rapsody

Najlepszy film nieanglojęzyczny:

  • Roma

Najlepszy montaż:

  • Bohemian Rapsody

Najlepszy aktor drugoplanowy:

  • Mahershala Ali

Najlepszy film animowany:

  • Spider-Man: Uniwersum

Najlepszy krotkometrazowy film animowany:

  • Bao

Najlepszy krotkometrazowy film dokumentalny:

  • Okresowa rewolucja

Najlepsze efekty specjalne:

  • Pierwszy człowiek

Najlepszy film krotkometrazowy:

  • Skin

Najlepszy scenariusz oryginalny:

  • Green Book

Najlepszy scenariusz adaptowany:

  • BlacKkKlansman

Najlepsza muzyka:

  • Czarna Pantera

Najlepsza piosenka:

  • Shallow z filmu Narodziny gwiazdy

Najlepszy aktor pierwszoplanowy:

  • Rami Malek

Najlepsza aktorka pierwszoplanowa:

  • Olivia Colman

Najlepszy reżyser:

  • Alfonso Cuaron

Najlepszy film:

  • Green Book
Awards WatchPublicystykaZestawienia

Oscary 2019: Zestawienie naszej redakcji!

Szymon Pietrzak

Nadszedł dzień w roku na który czeka niemalże każdy nasz czytelnik – rozdanie Oscarów. Dzisiejszy dzień będzie wielką celebracją kina i choć w tym roku gala obędzie się bez prowadzącego, wciąż możemy spodziewać się, że będzie cudowna. Nagrody wręczą między innymi Brie Larson, Jennifer Lawrence i Daniel Craig. Wierzymy, że oczy wszystkich z nas skierowane są dziś na Pawła Pawlikowskiego i jego Zimną Wojnę. Czy polski film ma szansę na pokonanie Romy, meksykańskiego filmu ze stajni Netflixa? Przekonamy się już wkrótce. Widzimy się o 1:30, kiedy to rozpocznie się transmisja z czerwonego dywanu. Obserwujcie naszą relacje na Facebooku, stronie i Instagramie!


Najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny:


  • Free Solo
    • Minding the Gap
    • O ojcach
    • RBG
    • Hale Country

Myślę, że dla zdecydowanej większości faworytem jest “Free Solo”. Zresztą, całkiem słusznie, to niepozorny dokumencik o przygotowaniu do wspinaczki bez zabezpieczenia, który nieironicznie okazuje się najbardziej emocjonującym filmem roku, zadając również pytania o etyczność samego procesu filmowego. Jednak dla mnie czyjeś inne poświęcenie jest warte odnotowania. Talal Derki, po raz drugi już, wybrał się do ojczystej Syrii, by zdać relację z panującego tam horroru. Lecz tym razem zdecydował przejść na “drugą stronę” i sportretować życie codzienne należącego do Al-Nusry mężczyzny i jego synów. Al-Nusra jest radykalną muzułmańską organizacją terrorystyczną, jedną z wielu w tej części Lewantu. Derki z jednej strony filtruje nasze ekstremalne oczekiwania względem radykałów, a z drugiej ukazuje prawdziwy dramat tytułowych synów, rozdartych między aplikowaną im bezwiednie indoktrynacją a przyrodzoną ludzką moralnością. To świadectwo całego pokolenia, których dzieciństwo zawsze sprężone będzie z okrutną świadomością wojny. Ze strony “reżysera” to akt autentycznej odwagi, dziennikarskiej misji, której wypełnienie już jest największą nagrodą.

Kamil Walczak


Najlepszy montaż dźwięku:


  • Pierwszy Człowiek
    • ROMA
    • Ciche Miejsce
    • Czarna Pantera
    • Bohemian Rhapsody

W zaskakująco mocnych w tym roku kategoriach dźwiękowych pewnie króluje “Pierwszy Człowiek”, który nie dość, że idealnie oddał wszystkie, nawet najbardziej subtelne, dźwięki w kokpicie rakiety, to robił to z niesamowitą gracją. Zresztą – jeśli nadal nie wierzycie w geniusz filmu Chazella – obejrzyjcie jeszcze raz start Apollo, będący największą perełką techniczną tego sezonu oscarowego,

Maciej Kędziora

Pierwszy człowiek
kadr z filmu “Pierwszy człowiek”

Najlepszy montaż


  • Vice
    • BlackKklansman
    • Faworyta
    • Bohemian
    • Green Book

Niezależnie jak wiele można zarzucać najnowszemu filmowi Adama McKaya, to montaż przejmuje w pewnym momencie całą narrację i sam w sobie staje się pasjonującą historią.

Maciej Kędziora

W Vice montaż to pełnoprawny bohater filmu, w Faworycie brawa za komediowy timing. Bohemian… w tej kategorii to prawdziwe kuriozum, wręcz przykład koncertowo spieprzonego montażu.

Michał Palowski

Kadr z filmu “Vice”

Najlepszy krótkometrażowy film animowany:


  • Late Afternoon
    • Weekends
    • Bao
    • One Small Step
    • Animal Behaviour

Late Afternoon za próbę podjęcia tak trudnego tematu

Maciej Kędziora

Dzieło Trevora Jimeneza, swoją drogą powiązanego z działem artystycznym w produkcjach Pixara, to zdecydowany faworyt w wyścigu po Oscara dla animowanego krótkiego metrażu. To piękna, leniwie klatkująca opowieść o chłopcu rozdzielonym między dwoje rozwiedzionych rodziców. Weekends powala impresjonistycznym anturażem i ulotnością chwil z perspektywy rozmarzonego chłopca, zagubionego w pozawerbalnym świecie dorosłych. Immersja z prawdziwego, dziecięcego zdarzenia.

Kamil Walczak


Najlepszy dźwięk:


  • Pierwszy Człowiek
    • ROMA
    • Narodziny Gwiazdy
    • Czarna Pantera
    • Bohemian Rhapsody

Gdybym mógł na jeden dzień stać się Akademią i wręczyć grupową nagrodę, trafiłaby ona do wszystkich osób odpowiedzialnych za stronę techniczną w “First Manie” bo całkowicie przykryła ona niedociągnięcia narracyjno-fabularne.

Maciej Kędziora

Trzeba przyznać że muzyka i dialogi w “Narodzinach…” świetnie się blendowały.

Michał Palowski


Pełnometrażowa Animacja


  • Wyspa Psów
    • Spider-Man
    • Iniemamocni 2
    • Ralph
    • Mirai

Spośród świetnych animacji, które ukazały się w tym roku zapewne wiele osób na pierwszym miejscu widzi “Spider-Mana”, ale dla mnie to właśnie “Wyspa psów” Wesa Andersona zrobiła największe wrażenie spośród nominowanych. Niezapomniana produkcja o psach przemierzających wysypiska śmieci w quasi-futurystycznej Japonii obfitowała w duże pokłady humoru, rewelacyjnych aktorów, którzy użyczyli swego głosu oraz prawdziwie fenomenalną muzykę, która na stałe zagościła na mojej liście na Spotify (oraz została przez nas wyróżniona w swojej kategorii). Anderson, jako jeden z niewielu twórców nie zapomniał, że kręcąc utwór animowany należy skupić się nie tylko na oryginalnej formie, ale zadbać o tym, żeby historia stojąca za filmem, obdarta z kolorowej otoczki, nadal mocno błyszczała.

Andrzej Badek

“Ralph demolka w internecie” jest jak na razie dla mnie największym kinowym zaskoczeniem 2019 roku, dlatego też całym sercem trzymam kciuki za tę produkcję. Mam świadomość, że pewnie wygra “Wyspa psów” Andersona, niemniej jednak “Ralph…” jest tak znakomitym połączeniem zabawy z poważnymi tematami dotyczącymi ludzkiego kontaktu z nowoczesnymi technologiami, że zdecydowanie wygrywa z resztą konkurencji. Wśród nominowanych największym rozczarowaniem jest dla mnie “Mirai”, osadzone na ciekawym temacie, lecz korzystające ze zbyt prostych, i to w dodatku wiecznie powtarzających się, środków.

Marcin Kempisty

„Wyspa psów” (fot. Imperial CinePix


Najlepsze kostiumy:


  • Czarna Pantera
    • Ballada o Busterze Scruggsie
    • Faworyta
    • Maria, królowa Szkotów
    • Mary Poppins Powraca

Dla mnie wybór jest oczywisty i statuetka musi powędrować w ręce “Faworyty”, idealnie oddającej anglosaskie realia, jednocześnie nie popadając w przaśność i śmieszność. Tak jak inna z kandydatek – “Maria, królowa Szkotów”.

Maciej Kędziora 

Czarna Pantera


Najlepszy krótkometrażowy dokument:


  • Black Sheep
    • A night at the Garden
    • Period. End of Sentence
    • Koniec Gry
    • Lifeboat

W tym roku Oscarowe dokumenty były bardzo równe. Podejmując bardzo szeroką rangę tematyczną – emancypację kobiet, kryzys imigracyjny, rasizm, godzenie się ze śmiercią, faszyzm – każdy short starał się ukazać uniwersalne problemy poprzez współczesną optykę. Z tych wszystkich tytułów chciałbym wyróżnić szczególnie “Okresową Rewolucję” za podniesioną głowę i dostarczenie szczerych, pozytywnych emocji oraz “Koniec Gry”, którego twórcy wykazali się szczególnym wyczuciem w fotografowaniu niezwykle podatnego na tani melodramatyzm momentu w życiach swoich bohaterów. Najmocniejszym seansem ze wszystkich okazał się jednak “Black Sheep”. Przede wszystkim dzięki kapitalnej, nierozerwalnie połączonej z głównym bohaterem narracji. Poruszająca historia, zobrazowana przez groteskowe, ale realistyczne zdjęcia, to bolesny obraz determinizmu społecznego, dotykającego nie tylko Wielką Brytanię i Stany, ale również i Polskę.

Wiktor Małolepszy


Najlepsze zdjęcia:


  • ROMA
    • Zimna Wojna
    • Faworyta
    • Narodziny Gwiazdy

Serce bije dla Łukasza Żala, rozum podpowiada, że “Roma” zdobędzie statuetkę, zaś prywatne sympatie kieruję w stronę twórców “Faworyty”. Wszelkie kombinacje wizualne, z “rybim okiem” i czasami brakiem sztucznego oświetlenia na czele, udowadniają, jak to wszystko było przemyślane, a jednocześnie nieoparte li tylko na jednym, dominującym zabiegu. W “Faworycie” nie ma czarno-białego żerowania na nostalgii widzów, jest za to ciągłe myślenie, jak dogonić galopującą treść i ciągle zaskakiwać innego rodzaju spojrzeniami.

Marcin Kempisty

Jeśli zdjęcia w jakimś filmie powodują, że chcę zatrzymać obraz w kinie i podziwiać piękno kadru, to myślę, że mamy do czynienia z dziełem wybitnym. W “Romie” takich momentów było więcej, niż byłbym w stanie policzyć. Szanuję “Faworytę” za konsekwentne obalanie wyidealizowanego obrazu wiktoriańskich dworów á la “Barry Lyndon” przy użyciu rybiego oka i ciasnych zbliżeń oraz “Zimną Wojnę”, bo sam bym się chciał w takiej trawce z Tomkiem i Asią położyć, ale w tym roku wygrywają ujęcia nagich gości z kijami i przytulających się na plaży dzieci.

Wiktor Małolepszy

ROMA
kadr z filmu “Roma”

Efekty Specjalne:


  • Avengers
    • Pierwszy Człowiek
    • Solo
    • Ready Player One
    • Krzysiu, gdzie jesteś?

“Avengers: wojna bez granic” to popcornowe dzieło totalne, w którym nareszcie czuć, że walka toczy się o najwyższą stawkę, a forma zakończenia wcale nie jest przesądzona. Ewidentnie widać, że wpakowane miliony zostały dobrze wykorzystane, bo każda scena prezentuje się pod kątem efektów specjalnych na najwyższym poziomie, znacząco odbiegając od konkurencji.

Marcin Kempisty


Scenografia:


  • ROMA
    • Czarna Pantera
    • Faworyta
    • Pierwszy Człowiek
    • Mary Poppins

Za stworzenie całych dzielnic Romy nie może być innego zwycięzcy. Definicja magii kina.

Michał Palowski

Roma, mat. prasowe


Piosenka:


  • Ballada o Busterze Scruggsie
    • Narodziny Gwiazdy
    • Czarna Pantera
    • Mary Poppins
    • RBG

Drugi rok z rzędu jeden z moich ulubionych artystów prawdopodobnie przegra. Rok temu był to Sufjan, którego “Mystery of Love” jest jedną z najpiękniejszych utworów o miłości w filmach (i zasłużenie przegrał z “Remember me”, no bo jednak na utworze Stevensa nie ryczałem), w tym roku będzie to pewnie Kung-Fu Kenny i Solana, bo mimo tego, że “All The Lights” jest mocnym earwormem, to nie ma on szans ze starą, dobrą, ckliwą balladą-duetem Lady Gagi i Bradleya Coopera. Nie jest to utwór wybitny, ale pełni bardzo ważną rolę w “Narodzinach Gwiazdy” i ma spore szanse przejść do kanonu hitów karaoke.

A “When A Cowboy…”? Gdyby nagroda była przyznawana za najlepszy teledysk, to Netflix wracałby z kolejną statuetką. Uwielbiam jego komediowy luz, czarny humor Coenów i to, jak koresponduje z obrazem. Tylko, że tę nagrodę dostają najczęściej śpiewane utwory. A, z całym szacunkiem dla Williego Watsona i Tima Blake’a Nelsona – w kategorii chwytliwości nie mają startu do dwóch gigantów muzyki – Kendricka i Gagi.

Wiktor Małolepszy


Muzyka:


  • Wyspa Psów
    • Czarna Pantera
    • BlackKklansman
    • If Beale Street
    • Mary Poppins

Alexandre Desplat od zawsze był prężnym kompozytorem. Jednak ostatnie 5 lat to dla niego szczytowy okres w karierze. Przed rokiem Oscar za “Kształt wody”, 4 lata wcześniej – “Grand Budapest Hotel”. Każda jego ścieżka dźwiękowa jest dopieszczonym zapisem diegetycznym, ale najlepiej sprawuje się w plastycznych, trochę przerysowanych światach przedstawionych. Wtedy wydaje prawdziwy zew miłości, jaką darzy obraz kinowy. Potwierdza to “Wyspa psów”. Desplat znakomicie symbiotyzuje z Wesem Anderson (vide: Fantastyczny Pan Lis), jego utwory są synergiczną częścią animacji, nie żadnym dodatkiem czy emocjonalnym substytutem. W tym przypadku jest to pieczołowity hołd oddany kulturze japońskiej. Jest tu wszystko: ludowe instrumenty, harmonijny tonaż, niskie chóralne pieśni samurajów. Kompozytor inspiruje się klasycznym kinem Kurosawy, czerpiąc m.in. z “Siedmiu samurajów” czy “Pijanego anioła”. To wreszcie piękny, pełen wewnętrznej równowagi soundtrack, w którym trzeba się zakochać.

Kamil Walczak


Charakteryzacja i fryzury:


  • Vice
    • Maria, królowa Szkotów
    • Granica

O ile obecność “Marii” w tej kategorii to żart, to nie obrażę się ani na zwycięstwo “Vice”, ani tym bardziej na zwycięstwo znakomitej “Granicy”, do którego zapewne nie dojdzie bo mało kto w ogóle obejrzał ten film (szczególnie patrząc z perspektywy typowego Akademika).

Maciej Kędziora 


Film nieanglojęzyczny:


  • ROMA
    • Zimna Wojna
    • Shoplifters
    • Kafarnaum

Nie ma drugiego filmu z 2018 roku, który skradł mi serce w takim stopniu, w jakim zrobiła to “Zimna wojna” Pawła Pawlikowskiego. To mój film, który łapie mnie za serce od pierwszej sekundy i trzyma do samego końca w stalowym uścisku. Niezależnie czy na polskiej prowincji czy w sercu Paryża, przesiąknięty jest na wskroś niekończącą się tęsknotą, która zdaje się przewiercać dusze wszystkich polskich pokoleń. Widzę jednak, że nawet w naszym redakcyjnym gronie film Pawlikowskiego ustąpił “Romie” i nie mam złudzeń, że to właśnie Cuaron wyjdzie z gali jako największy zwycięzca. Pozostaje mi po cichu liczyć, że podzieli się choć jedną statuetką z polskim, nieanglojęzycznym krewnym.

Andrzej Badek

Skoro “Płomienie” przepadły przed ostatecznym werdyktem, to niechętnie przyznaję statuetkę “Romie” Alfonso Cuarona. Nie jest to film idealny, zbyt jest wymuskany estetycznie, by nadążyć za trudnym tematem, niemniej jednak na tle konkurencji wypada najlepiej. “Zimna wojna” jest strasznie przeszacowanym filmem, pozbawionym treści, jedynie pięknym obrazkiem przypominającym zaschnięty bursztyn kinematografii z lat 60. Za mało w dziele Pawlikowskiego oryginalności, zbyt często jego wzrok kieruje się w stronę “Windą na szafot”, czy produkcji Michelangelo Antonioniego, by mógł rywalizować z wyraźnie odznaczającą się indywidualnością Cuarona.

Marcin Kempisty

ROMA
kadr z filmu “Roma”

Scenariusz adaptowany:


  • BlacKkKlansman
    • Ballada o Busterze Scruggsie
    • Can you ever forgive me?
    • Narodziny Gwiazdy
    • If Beale Street Could Talk

Gdyby tylko “If Beale..” miało premierę wcześniej bez wątpienia sięgnęłoby po naszą statuetkę. A tak pozostaje nam docenić niebywałą zdolność narracyjną Spike’a Lee i trzymać kciuki za porażkę “Narodzin Gwiazdy”

Maciej Kędziora

Z trzech, które widziałem – “Czarne bractwo”, chociaż historia wyjściowa wcale tak filmowym materiałem nie była.

Michał Palowski


Scenariusz oryginalny:


  • First Reformed
    • ROMA
    • Faworyta
    • Vice
    • Green Book

W tej mocnej kategorii zwycięzcą okazał się Paul Schrader i jego “Pierwszy reformowany”. Skandalicznie pominięty w nominacjach Ethan Hawke choć tutaj ma szansę na wzmiankę. Schrader włożył w usta amerykańskiego aktora i jego towarzyszy przepiękne dialogi; chwytające istoty złożonych problemów dotyczących wiary czy sensu istnienia. Nawet przez moment nie popadł w tym w przesadny patetyzm, utrzymując wszystko bardzo naturalistycznie i przekonywająco. Za sam dialog pastora z Michaelem należy się nagroda.

Andrzej Badek

Tak wybitny film jak “Pierwszy reformowany” zasługuje na każdą statuetkę, ale skoro akademia zdecydowała się go pominąć (czego nadal nie rozumiem i nie akceptuję), to przynajmniej Oscar za scenariusz wydaje się być odpowiednią nagrodą pocieszenia.

Maciej Kędziora

Kadr z filmu “First Reformed”

Reżyser:


  • Alfonso Cuarón
    • Paweł Pawlikowski
    • Yorgos Lanthimos
    • Spike Lee
    • Adam McKay

Wielkiego pecha miał w tym roku Lanthimos, który nakręcił swoje najbardziej przystępne dzieło. Nie poszczęściło się też Spike’owi Lee z wyborem sezonu nagród, w którym w końcu powrócił do formy. Nie mówiąc już o Pawlikowskim tworzącym uniwersalne, wielkie, ale też intymne love story i technicznie uzdolnionemu satyrykowi McKayowi. Wszystkim ich kompletnie zdeklasował Alfonso Cuarón.

I chyba nie ma innej możliwości w tym roku. Roma to dzieło wybitne. Film, który z miejsca zapisuje się w historii kinematografii. Nie tyle popis rzemiosła reżysera, co po prostu artysty. Głęboko osobista historia Cuaróna zostaje przeniesiona na ekran ze wzbudzającą podziw dbałością o detale. Z miejsc, dialogów, gestów bohaterów bije obezwładniająca szczerość. Na dwie godziny widz staje się uczestnikiem tej historii i ogląda świat oczami młodego Cuaróna. Jeśli nagradzać reżysera, to tylko za dzieło mu najbliższe. A w tej dekadzie mało było filmów tak ciasno związanych ze swoim twórcą, jak Roma.

Wiktor Małolepszy

Alfonso Cuaron idzie po zwycięstwo i wydaje się, że będzie to zasłużona statuetka. Daleko mi do peanów na cześć jego dzieła, niemniej jednak wykonana przez niego praca znamionuje twórcę wybitnego, bliskiego potrzebom własnego serca, wymuszającego nawet na potężnym Netflixie przyjęcie wszelkich zabiegów, które były mu potrzebne do osiągnięcia pożądanego przez niego efektu.

Marcin Kempisty

Choć wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazują na zwycięstwo Cuarona, moje serce od ponad półrocza bije szybciej przy Pawle Pawlikowskim. Jego sukces jest w tym przypadku olbrzymi. Po obdarowanej nagrodami “Idzie” stworzył dzieło wiekopomne i uniwersalne, “Zimną wojnę”, historię malowaną monochromatyzmem powojennej Europy. To romans bliski sercu, znarratyzowany w ulotne chwile, impresje, miłosne zawody i uniesienia. Pawlikowskiemu udaje się skompresować malarskość chwili i porywczość uczucia. Tworzy film immersyjny najwyższej próby, choć myślałem, że takie odeszły już dawno do lamusa. Nie bez kozery otrzymał reżyserskie laury w zeszłorocznym Cannes – to właśnie jego perfekcyjna kompozycja i obszarpany emocjonalizm czynią go najlepszym obecnie polskim reżyserem.

Kamil Walczak


Aktorka drugoplanowa:


  • Emma Stone
    • Marina de Tavira
    • Rachel Weisz
    • Amy Adams
    • Regina King

Fakt, że “If Beale Street Could Talk” nie ma dwucyfrowej liczby nominacji to skandal i wybór Akademii, który ciężko w jakikolwiek sposób uzasadnić. Dlatego moje sympatie są po stronie Reginy King, która zresztą jak większość obsady tego filmu dostarczyła fenomenalnej, niezwykle angażującej kreacji. Dobrze by się stało, gdyby w taki symboliczny sposób wynagrodzić to straszne pominięcie, którego ofiarą padł film Barry’ego Jenkinsa. Jeśli chodzi o obie panie z “Faworyty”, to moim zdaniem Emma Stone wypadła minimalnie lepiej niż Rachel Weisz.

Maksymilian Majchrzak

W tym przypadku to tak naprawdę pojedynek między Emmą Stone a Rachel Weisz (a przynajmniej chciałbym w to wierzyć). Mój głos pada na Weisz, w Faworycie lady Sarah, która zarządza dworem i właściwie samym królestwem schorowanej królowej Anny. Brytyjka wciela się w postać elektryzującą, zdecydowaną, do bólu szczerą i manipulatywną. Jej intencje czy motywacje komasują się w wielowymiarowe jestestwo wpływowej białogłowy, rozbitej między racją stanu, politycznymi wpływami i uczuciem, jaką darzy Annę. I choć Emma Stone jako Abigail ma do zaprezentowania bardziej efektowny wachlarz emocji i działań, to właśnie skupiona i zniuansowana Weisz swoimi szlachcianymi grymasami, chłopczycką butą i wysokimi standardami bryluje na królewskim parkiecie

Kamil Walczak


Aktor drugoplanowy:


  • Mahershala Ali
    • Sam Rockwell
    • Sam Eliott
    • Adam Driver
    • Richard E. Grant

Mahershala Ali kolejny raz udowadnia swoją ekranową charyzmę tworząc ekstremalnie “lubialną” postać według starego hollywoodzkiego wzorca. Ale kto będzie narzekał na powtarzalność kiedy dwójka głównych bohaterów “Green Book” tworzy tak doskonale uzupełniający się duet, którego chemia przejdzie do historii. Czarnoskóry aktor kolejny raz udowadnia, że obecnie jest nie do zatrzymania i mam nadzieję, że dołączyć do Denzela Washingtona jako drugi w historii afroamerykanin z dwoma nagrodami na koncie. Chociaż Sam Rockwell i jego cudownie groteskowy “George Dabjlu” również skradł moje serce.

Maksymilian Majchrzak

To ironiczne, że Rockwell jednym You’re my vice! wyprzedził całą rolę Drivera, ale pierwsze miejsce może zgarnąć tylko Ali.

Michał Palowski


Aktorka pierwszoplanowa:


  • Olivia Colman
    • Yalitza Aparacio
    • Lady Gaga
    • Glenn Close
    • Melissa McCarthy

W tym roku tylko Olivia Colman zaprezentowała wysoki poziom, gwarantujący statuetkę w tej kategorii. Musiała od początku zbudować swoją rolę, nie uczestniczyła w Oscar-baicie (“Żona”), nie łapała za serduszka prostymi sztuczkami (“Narodziny gwiazdy”), nie została uwięziona w konwencji (“Roma”). Olivia Colman jest zmienna jak grana przez nią postać, miota się między sprzecznymi emocjami, pożera przeciwniczki, lecz przede wszystkim robi to z lekkością, jak gdyby to było jej życie, a nie kolejna z odgrywanych ról.

Marcin Kempisty

Olivia Colman byłaby dla mnie idealnym rozwiązaniem by pogodzić zwaśnione Glenn Close i Lady Gagę. Nie dość, że udało jej się zdominować tak wybitne aktorki jak Emma Stone i Rachel Weisz, to jej królowa Anna dostarcza zarówno groteskowego komizmu jak i autentycznych wzruszeń. Nagrodzenie takiej bardziej teatralnej i zniuansowanej roli niż przeciętny hollywoodzki standard byłoby miłą odmianą.

Maksymilian Majchrzak

Wbrew przewidywaniom bukmacherskim, rozum i serce staje tam, gdzie Colman. Zacznijmy od tego, że to rola nieoczywista. Grana przez nią Anna to otyła, humorzasta, nierzadko obrzydliwa chimera, której los zrządził być królową. Mimo to, przez jej dziwactwa, paranoje, perwersyjne potrzeby i bulimiczne obżarstwo ukazuje się jedna z najbardziej tragicznych postaci filmowych ostatnich lat. Stratę wszystkich swoich dzieci odbija sobie fermą szczerobiałych królików, defekty własnego ciała seksem z własnymi faworytami, chroniczną inkompetencję przejawami despotyzmu. Olivia Colman wykonała tytaniczną pracę, kumulując niezręczne i nieudolne afisze królowej, szczerze z nią empatyzując. Efektem jej pracy jest to, że postać tak daleka przecież od naszej percepcji i naszego współczucia stała się wyglądającemu z rybiego oka widzowi najbliższa. Te pozorne wybory królowej, jej postępująca relatywizacja otoczenia i pogłębiające się osamotnienie przejawiają się u aktorki w dziecinnych gestach, fatalnym niezdecydowaniu i ostatecznie zamknięciu się w sobie, które przecież z perspektywy całości jesteśmy w stanie doskonale zrozumieć. Kreacja Anny pokazuje, że na arystokratyczne aktorstwo można spojrzeć zupełnie inaczej, a Colman ze swoim lekko komediowym zacięciem i asystą Lanthimosa tworzy naprawdę wybitną rolę.

Kamil Walczak


Aktor pierwszoplanowy:


  • Viggo Mortensen
    • Christian Bale
    • Rami Malek
    • Bradley Cooper
    • William Dafoe

Z wielkim trudem przyszło nam wybrać w redakcji między surową rolą Bale’a, a ekspresyjnym Mortensenem. Obaj zdecydowanie zasłużyli nie tylko na nominacje, ale również na zdobycie pozłacanej statuetki. Ostatecznie mój głos poszedł na Mortensena z dwóch powodów. Po pierwsze, byłaby to jego pierwsza nagroda, a na swoim koncie ma już wiele ról, za które powinien był zostać nagrodzony – choćby rewelacyjne “Captain Fantastic” czy “Wschodnie obietnice”. Po drugie, “Green Book” jest na dobrej drodze, żeby na całe lata zagościć w ścisłym top filmów Filmwebu i po prostu nie chcę przez najbliższą dekadę słuchać internetowych lamentów, że aktor ten nie dostał nagrody!

Andrzej Badek

Rami Malek gra w przeciętnym, uładzonym życiorysie legendy, a mimo to tworzy rolę wybitną, szczelnie wypełniającą każdy centymetr kwadratowy ekranu. Może nie jest to rola wybitna pod względem psychologicznym, ale jego charyzma i witalność skutecznie maskują wszelkie niedoskonałości. Malek żyje Freddiem Mercurym i płonie jego emocjami, a nam pozostaje jedynie żałować, że scenariusz nie pozwolił mu na jeszcze więcej.

Marcin Kempisty

Jak tu nie kochać Viggo Mortensena, niegdyś obdarzonego kamienną twarzą Aragorna, w tak pozytywnej i lekkiej roli? Odrobinę wyżej cenię sobie jednak występ Christiana Bale’a, z uwagi na jego metamorfozę i niezwykłą brawurę, z jaką wcielił się w postać jednego z najbardziej demonicznych współczesnych polityków. To Brytyjczyk występem w “Vice” udowadnia, że jest na najlepszej drodze by zostać godnym następcą Daniela Day-Lewisa i to za niego będę trzymał kciuki podczas gali.

Maksymilian Majchrzak


Najlepszy film:


  • ROMA
    • BlackKklansman
    • Green Book
    • Faworyta
    • Vice
    • Czarna Pantera
    • Star is Born
    • Bohemian Rhapsody

Nie jest to zestaw marzeń. Wiele wśród nominowanych tytułów średniaków, żerujących na politycznych sympatiach czy wykorzystujących zgrane do cna toposy amerykańskiego kina popularnego. Jako że wciąż mam poczucie, że gra Lanthimosa z widzem zasadza się na kłanianiu przyzwyczajeniom i wykorzystywaniu sympatii odbiorcy do własnych celów, to stawiam na “Romę”. Cuaron nie bawi się w półśrodki. Może nie podobać się nadmierny monumentalizm i szukanie nawet w kałuży kropli wieczności, niemniej jednak jest to na tyle odważny i bezkompromisowy film, że w zalewie mizerii znacząco się wyróżnia.

Marcin Kempisty

Moje sympatie są zdecydowanie po stronie Spike’a Lee, bo stworzył świetnie nakręcone dzieło, które ma wszystko: dobrze napisane dialogi, chwytliwy humor, fajną stylizację epoki oraz niezwykle mądry komentarz odnośnie postaw wobec konfliktów rasowych towarzyszących walce o prawa obywatelskie w Ameryce lat 60. XX wieku. No i ośmieszająca, groteskowo perwersyjna rozprawa z Ku Klux Klanem, którą przeciwnik tej organizacji ogląda z taką samą radością jaką antynazista czerpie z “Bękartów wojny”.

Maksymilian Majchrzak

Nowe Horyzonty 2019Recenzje

“Długa podróż dnia ku nocy” – Nie zasnę już sam [RECENZJA]

Łukasz Mańkowski

Jest coś pokrzepiającego w festiwalowych decyzjach, jeśli chodzi o współczesne kino azjatyckie. Triumfują obrazy eksperymentujące z dotychczasowymi schematami, które biorą na warsztat umiejętność kina do portretowania przemian społecznych i problemów nowoczesności. Przy okazji prowadzą one dialog z Azją postmodernistyczną i jej najbardziej rozpoznawalnymi reprezentantami: Wong Kar-waiem, nowofalowcami z Tajwanu, czy chińskimi twórcami kina niezależnego. Niepozbawione walorów estetycznych trafiają w chęć poznawczą widza i są przy okazji pomostem pomiędzy tematem społecznym a obrazem medium. Są szansą na dialog pomiędzy tymi dwiema często wykluczającymi się sferami.

Przeczytaj również: “Parasite”, czyli najbardziej polski film z Azji [RECENZJA]

Przykładem takiego kina jest doceniony w nowohoryzontalnej sekcji konkursu w Wenecji Manta Ray (Phuttiphong Aroonpheng, 2018) lub triumfator zeszłorocznego Locarno A Land Imagined (Yeo Siew Hua, 2018), w których nacisk na wizualną immersję położony jest równomiernie także i na wątki nierzadko zresztą niewygodne i kontrowersyjne dla tożsamości oraz historii danego kraju. Pomiędzy taką strategią mieści się i Bi Gan, którego Długa podróż dnia ku nocy – pokazywany wcześniej w Cannes – okazał się moim osobistym odkryciem niedawno zakończonej, 48. edycji rotterdamskiego IFFR. Wszyscy ci, którym tęskno do artystycznego i popowo-neonowego kina azjatyckiego z Tajwanu i Hongkongu, powinni czuć się po drodze z filmem chińskiego reżysera, uszczęśliwieni takimi frykasami, jak finałowa, niemalże 50-minutowa sekwencja zrealizowana nie tylko w jednym ujęciu, ale dodatkowo w technologii 3D.

Długa podróż dnia ku nocy

Tak, jak i w Kaili Blues (2015), reprezentant powoli formującej się 8. generacji chińskich filmowców zabiera widzów w podróż do swego rodzinnego miasta i czyni z niej doświadczenie z pogranicza snu i filmowego wspomnienia, doświadczenie równie melancholijne, co powoli dogasający zimny ogień w najbardziej z samotnych noworocznych wieczorów. Bohaterem tej wyprawy jest Luo Hongwu, który powraca w rodzinne strony, by odnaleźć utraconą niegdyś miłość, kobietę o tajemniczym, filmowym imieniu: Wan Qiwen. Pojawia się ona w snach mężczyzny, jak strzępki utraconych wspomnień, które nie dają zaznać spokojnego oddechu. Wraz z powrotem do rodzinnego Kaili, Luo wraca linearnie pamięcią do błogich chwil z młodości, jednak tak jak film z zasady ukazuje pewne kłamstwo i fikcję, tak też wspomnienia są złożone z komponentów zarówno prawdziwych, jak i fałszywych. Ustawia to dialektykę Długa podróż dnia ku nocy na oniryczną, a tonący w neonach, nocny obraz prowincji Guizhou skontrastowany z przemysłowym krajobrazem kopalń i zakładów metalurgicznych, nadaje filmowi lekkiego połysku neo-magicznego realizmu.

Przeczytaj również: “In Fabric” czyli zabójcza sukienka, mordercza pralka i pożyczka na duży procent [RECENZJA]

Bi Gan rozkoszuje się każdym wypowiedzianym poza ekranem zdaniem, narracją wprowadzającą w stan błogiego marzenia i oderwanego od trudów codzienności snu. Z kamery zaś czyni swojego dryfującego przyjaciela, powiernika obrazów wspomnień, któremu zwierza się z niegdyś żywych, a dziś już zapomnianych i wypalonych – niczym ze starych fotografii – pragnień. Wie, jak cienka jest granica pomiędzy filmem, snem a wspomnieniem, stąd zapis tej projekcji jest świadomym rozpieszczaniem zanurzonego w tej poetyce widza. Już w Kaili Blues twórca przejawiał zamiłowanie do długich ujęć i tematyki snu, jednakże dopiero tutaj w pełni oddaje się kontemplacji nad możliwościami kina do ukazywania relacji obraz-czas.

W swych niemalże ostentacyjnie melancholijnych przemyśleniach, Bi Ganowi udaje się przemycić namiastkę poezji i romantyzmu jakże charakterystycznych dla swych mistrzów, których otwarcie nieraz cytuje. Przemierzający kolejne etapy swych wspomnień Luo Hongwu z powodzeniem odnalazłby się w świecie Wong Kar-waia (ananasy zamienił jednak na jabłka), a jego ukochana Wan Qiwen jest wprost ucieleśnieniem enigmatycznej, schowanej w oparach dymu wschodniej femme fatale – mogłaby zastąpić Brigitte Lin z Chungking Express (Wong Kar-wai, 1994), Maggie Cheung z In the Mood for Love (Wong Kar-wai, 2000)lub Shu Qi z Millennium Mambo (Hou Hsiao-hsien, 2001). Tak jak w azjatyckich klasykach, bohaterowie symbolizują romantyczny wymiar miłości niespełnionej i gasnącej w perspektywie czasowej, znikającej wraz z tekstem popowych ballad widocznych na ekranach karaoke. To przemijanie objawi się też w pocałunkach, zawsze ostatnich i składanych w pośpiechu – a te ze snów, za dnia smakują owocem pomelo.

Długa podróż dnia ku nocy

Spragniony miłości Bi Gan wsadza swoich tragicznie zakochanych, miłosnych terrorystów do własnego Kaili Express, którzy na swej drodze wspomnień o przeszłym życiu oddają się unknown pleasures. Zdaje się, że będą oni happy together tylko wtedy, gdy odnajdą swój brighter summer day. Po długim dniu powinna nadejść jeszcze dłuższa noc, lecz w tym świecie jest ona niestety za krótka, by miłosne upojenie mogło trwać wiecznie, a księżyc zbyt daleko, by móc zasnąć w samotności. Tak długo, jak pokój będzie wirował od marzeń o ciepłym od uczuć łóżku, czas nie będzie miał znaczenia, gdyż w tej krainie jest abstrakcją. Wtedy będziemy mogli policzyć gwiazdy na niebie, które powoli odlatują do wyśnionej krainy. Tam iskry nie są ulotne, przez co smak pocałunku zostaje na dłużej. Bi Gan to czuje i sprawia, że cały czas pragniemy, by ktoś był po drugiej stronie zimnej pościeli. A to jest niemożliwie smutne – jak boleśnie zapowiada kołysanka na napisach końcowych – bo w pojedynkę nie sposób zasnąć.


Recenzje

“Bracia Sisters”, czyli Ameryka podłych ojców [RECENZJA]

Andrzej Badek

Joaquin PhoenixJohn C. Reilly oraz Jake Gyllenhaal na jednym plakacie to widok, który przyprawia o szybsze bicie serca wielu kinomaniaków. Gdy z plakatu wyglądają na nas jedni z najzdolniejszych współczesnych aktorów, trudno opanować ekscytację. Szczególnie jeśli za kamerą stoi Jacques Audiard, niezwykle interesujący francuski reżyser, laureat większości prestiżowych nagród Starego Kontynentu. Z doświadczenia wiemy, że niejednokrotnie to właśnie czujne europejskie oko rewolucjonizowało gatunek westernu, krytycznie przyglądając się wizji amerykańskiego snu, zbudowanego u podstaw rozwoju cywilizacji Ameryki Północnej; w czasach, gdy kraj ten stanowiły stepy, pustynie i nieliczne miasteczka, gdzie ludzie zakładali nowe życie – pełne strachu, ale też brawury i nadziei.

Zobacz również: “Gdyby ulica Beale umiała mówić” podziękowałaby Jenkinsowi za ten film [RECENZJA]

Audiard wprowadza nas w świat bardzo dalekiego zachodu USA roku 1850; tak dalekiego, że pustynne i leśne tereny, które przemierzamy wraz z bohaterami, już za kilkadziesiąt mil ustąpić mają niekończącej się toni Pacyfiku. Właśnie w tej okolicy narodzi się konflikt utkany misternie z czterech różnych osobowości. Pierwsze skrzypce grają w filmie tytułowi bracia Sisters: portretowany przez Johna C. Reilly’ego, spokojny i wyważony Eli oraz porywczy Charlie, w którego wciela się Joaquin Phoenix. Bracia pracują dla niejakiego Admirała jako znani na całą okolicę łowcy nagród. Przyjdzie im współpracować z młodym pisarzem, Johnem Morrisem, któremu twarzy użycza Jake Gyllenhaal. Cała trójka ma uczestniczyć w pojmaniu Hemanna Warma (Riz Ahmed), twórcy chemicznej receptury pozwalającej w łatwy sposób odnajdować złoto w bogatych w samorodki korytach kalifornijskich rzek.

Scenariusz opiera się niemal całkowicie na wzajemnej, zwykle dwójkowej interakcji między powyższymi postaciami. Każda z nich posiada odmienną motywację i symbolizuje inny, dość uniwersalny typ charakteru. Charlie to prosty człowiek, dumny, pewny swego fachu. Żyje, by wykonać dane mu zadanie, nie marnując żadnej okazji na używki czy seks. Jego brat Eli to stoik, mężczyzna marzący o stabilizacji; domu, własnym sklepie. Warm stanowi przykład naukowcy-wizjonera, który wierzy, że jego wynalazek służyć będzie budowie nowego społeczeństwa; opartego o krystalicznie czyste wartości. Natomiast John Morris to intelektualista u progu dorosłości, kontemplujący świat i poszukujący swojego miejsca w nim.

Zobacz również: Kulturawka #10 – Elegia o Ralphie Demolce

Nietrudno rozszyfrować, że postaci symbolicznie odzwierciedlają wszystkie klasyczne typy osobowości, które znajdujemy w westernach. Istotnie, stawiając na tak zróżnicowane motywy, Audiard chwyta się sprawdzonego sposobu na nadanie swojej produkcji wielowymiarowości. W słownych pojedynkach między czterema mężczyznami film błyszczy najmocniej. Zwłaszcza, że konwersacje te odbywają się zazwyczaj w nocy, lesie lub w ciasnych pomieszczeniach, które zdają się klaustrofobicznie osaczać tak postaci, jak i widza.

Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że Bracia Sisters to kolejny w ostatnim czasie utwór, który akcentuje trudne relacje między protagonistami a ich ojcami. Nienawiść czy żal to emocje, które bohaterowie nierozerwalnie wiążą z domem rodzinnym. Szczególnie mocno wybrzmiewa to w trakcie dwóch dialogów; między Morrisem a Warmem oraz, w dalszej części filmu, między Warmem a Elim. Mężczyźni zdają się przeżywać kluczowe przemiany duchowe w momencie gdy znajdują słowa na nazwanie swoich negatywnych emocji względem ojców.  Wszakże Ameryka zawsze była upragnionym domem dla wyrzutków, uciekinierów i ojcobójców; ludzi uchodzących przed wymiarem sprawiedliwości, nie mającą im nic do zaoferowania Europą czy też własnym sumieniem.

Bezapelacyjnie największym atutem produkcji są doskonałe kreacje aktorskie; w szczególności Phoenixa i Reilly’ego. O ile ten pierwszy zdążył nas przyzwyczaić do swojego wszechstronnego talentu, o tyle drugi rzadko ma szansę pokazać swoje możliwości na pierwszym planie. Jego spokój zakłócany bywa jedynie krótkimi wybuchami radości z odkrywania zdobyczy cywilizacji w postaci spłuczki czy pasty do zębów. Gdy jednak jego bratu grozi niebezpieczeństwo, staje się zdeterminowany i śmiertelnie niebezpieczny. Przemoc w wykonaniu braci Sisters jest szybka i gwałtowna; pozbawiona skrupułów służy eliminacji wroga. Nie ma jej jednak wiele. Pojawia się ona raczej w celu nakreślenia widzowi charakterów Eliego oraz Charliego, nie rozrywce w ścisłym tego słowa znaczeniu. Podobnie, widz nie uświadczy tu zbyt wiele otwartych przestrzeni i pejzaży znanych z innych westernów, natomiast nieliczne krajobrazy pogranicza Oregonu i Kalifornii zapadają głęboko w pamięć.

Zobacz również: “Ułaskawienie” – Kolskiego kartka z rodzinnego albumu w Popielawach [RECENZJA]

Bracia Sisters to solidny western, który nie otwiera żadnych nowych drzwi, ale opowiada w nowy sposób znaną nam historię USA; szczerą, pełną uniwersalnych przemyśleń, zakończoną niemalże baśniowym morałem. To kolejny dowód, że USA z XIX wieku kryją w sobie jeszcze wiele nieodkrytych tajemnic, tylko czekających na alchemiczną formułę, która pozwoli wydobyć z nich prawdziwe złoto.

Recenzje

“Ułaskawienie” czyli najpiękniejsza kartka z rodzinnego albumu w Popielawach [RECENZJA]

Maciej Kędziora

Na początek parę pozornie niepołączonych ze sobą ujęć. Lekko rozmazane pejzaże Popielaw, portrety przodków, archiwalne, powojenne zdjęcia okraszone snutą z offu narracją o ukochanych, rodzinnych stronach. Tak rozpoczyna się najnowsza opowieść Jana Jakuba Kolskiego. Jednak mimo że twórca Pornografii już nie raz pochylał się nad swoim rodzinnym albumem, wyciągając z niego wiele, często bardzo mrocznych, wspomnień, to Ułaskawienie zdaje się być tym najważniejszym i najbardziej mu bliskim. Ale nie powinno nas to dziwić – jak sam mówi  (a właściwie jego filmowe, 17-letnie alter ego, będące narratorem) na wstępie –  ta historia czekała na mnie całe moje życie.

Tym razem album rodzinny familii Kolskich przeniesie nas do roku 1946, kiedy to pewnej chłodnej nocy ukrywający się u Szewczyków (rodziców matki reżysera) Stefan Zając morduje ich syna, bohatera piłsudczyków, Wacława Szewczyka, pseudonim “Odrowąż”. Ze względu na jego militarną przynależność, nie może on zaznać spokoju nawet po śmierci, bowiem władze kształtującej się dopiero Polski Ludowej decydują się wykorzystać jego zwłoki jako symbol swojego sukcesu, trzykrotnie wykopując trumnę z jego ciałem z ziemi. Dlatego też, wciąż pogrążeni w żałobie rodzice Odrowąża, decydują się wyruszyć w 500 kilometrową podróż przez całą Polskę, by godnie pochować ich umiłowanego syna.

Kiedy małżeństwo Szewczyków opuści teren dobrze znanych i bezpiecznych Popielaw, rozpocznie się najciekawsza część Ułaskawienia, będącą metafizycznym kinem drogi. Szybko bowiem chęć pochowania syna zejdzie na drugi plan, a ich podróż przez opustoszałe i zrujnowane polskie prowincje (a właściwie pozostałości po nich), stanie się jedynym sposobem radzenia sobie ze stratą. Gdy jednak do ich samotnej wyprawy, w przypadkowych okolicznościach dołączy niemiecki jeniec, będą oni musieli sobie odpowiedzieć nie tylko na pytanie jak żyć bez “Odrowąża” pod ich strzechą, ale również jak żyć bez wojny gdy nie wiadomo, komu pomagać a kogo zabijać.

Teodor Adorno powiedział kiedyś, że nie wolno tworzyć wierszy po Oświęcimiu. Kolski w Ułaskawieniu pójdzie o krok dalej i zacznie rozważać czy po Oświęcimiu warto w ogóle żyć. Czy warto ratować obcego człowieka, który jeszcze tak niedawno był naszym oprawcą? Czy warto poświęcić swoje dotychczasowe życie dla iluzorycznego poczucia ulgi. I wreszcie – czy w obecnych czasach opłaca się być dobrym człowiekiem, gdy moralność to wciąż towar deficytowy?

Kolski jednak w swojej mądrości decyduje się nie odpowiadać na zadawane przez siebie pytania jednoznacznie, opowiadając swoją historię ustami dwóch kontrastujących ze sobą postaci. Dziadek Jakub (Jan Jankowski), z ręką wiecznie przywiązaną do papierosów, jest całkowicie zamkniętym w sobie mrukiem, chowającym we wnętrzu mrok obozu koncentracyjnego, straty pierworodnego i swój ciągły, nieodparty strach przed nawrotem wojny. Babcia Hanna (Grażyna Błęcka-Kolska) natomiast, reaguje na stres diametralnie inaczej, stając się agresywna, impulsywna i – co niestety będzie postępować – psychotyczna. Papierkiem lakmusowym nastrojów w tym wiecznie milczącym małżeństwie będzie Jurgen (Michał Kaleta), u którego to lata spędzone na froncie poskutkowały rozchwianiem emocjonalnym i atakami paniki, a co najbardziej przerażające, zdaje się, że uwierzył, że tylko praca może uczynić go wolnym.

O tym jak trudno rozstać się z tym co było, świadczyć będą dwa bardzo ważne w kontekście całego filmu symbole. Pierwszym będą zwłoki “Odrowąża”, których rozkład, i co za tym idzie trupi zapach co chwilę będzie przypominał bohaterom o wszechobecnej śmierci, mogącej nadejść w każdym momencie (czy to ze strony żądnych krwi dezerterów, czy też wojskowych karierowiczów). Drugim będą piękne, czyste i wypolerowane oficerki, jakby całkowicie odrealnione i niepasujące do świata brudu i ubóstwa. Ów buty były darem od pułkownika Armii Krajowej dla Jakuba. Oficerki, które miały być powojennym prezentem dla Wacława, nagrodą za jego dorosłość, świadectwem tego, jak bardzo jest z niego dumny. Czy jednak – jak zapyta Hanna – można być dumnym z syna, który nawet po wojnie szalał zamiast spędzać czas z rodziną?

Kolski, co jednak najważniejsze w kontekście całego filmu, nie popada w żadnym momencie w skrajności i nie próbuje gloryfikować swoich dziadków. Jedyne co stara się robić, to spróbować ich zrozumieć, a w szczególności spojrzeć na świat oczami dziadka Jakuba, który, jak dowiadujemy się w prologu, od zawsze uważał go za niegodnego wielkich czynów, znacznie gorszego od “Odrowąża”. Spróbować zrozumieć, skąd wzięła się jego nieustępliwość, zasadniczość i zajrzeć pod budowaną przez lata skorupę emocjonalną. Wreszcie oddać mu taki hołd, jakiego by chciał, chłodny, poważny, męski, ale także przepełniony niewypowiedzianym przez lata uczuciem miłości.

Muszę jednak zaznaczyć, że podobnie jak inne filmy Jana Jakuba Kolskiego, Ułaskawienie odznacza się bardzo specyficzną narracją i sposobem prowadzenia historii. Powtarzane jak mantra kwestie dialogowe, pozornie wtórne sceny, powolne przechadzanie się po opuszczonych ścieżkach, wreszcie długie i niedające emocjonalnego ujścia kadry. Jeśli jednak uda nam się – podobnie jak reżyserowi przy konstruowaniu scenariusza – przebić przez warstwę emocjonalnego zobojętnienia bohaterów, wtedy przeżyjemy jedną z najbardziej fascynujących, spirytualistycznych przepraw naszego życia.

O ile na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni aktorskie wyróżnienie za Ułaskawienie otrzymała Grażyna Błęcka-Kolska, o tyle dla mnie na wyżyny wznosi się tutaj nie ona, a Jan Jankowski, tworzący jeden z najbardziej pasjonujących męskich portretów ostatnich lat. W każdym zaciągnięciu się papierosem, każdym kroku, każdym wypowiedzianym słowie jest tyle niewyobrażalnego cierpienia. Gdy w jednej z pierwszych scen, Jakub godzi się na pomysł żony, w jego głosie czuć świadomość kolejnej życiowej porażki i przerażającego bezsensu egzystencji.

Kolski w Ułaskawieniu spełnia ukryte marzenie swojej babci o godnym pochówku Wacława Szewczyka, kontynuując jednocześnie swoje życiowe dzieło, w postaci zbioru popielawskich opowieści. W każdym kadrze, każdym dialogu czuć, jak wiele znaczy dla reżysera ten film, czuć każdy dzień trzydziestu lat pracy, czuć miłość do swojej ziemi ojczystej i wreszcie czuć, zatraconą w jego ostatnich filmach, radość tworzenia. Nie wiem jak szybko Kolski wróci w swoje rodzinne strony, ale póki co zostawił je z jednym z najpiękniejszych moralitetów rodzimego kina XXI wieku.

Recenzje

“Granica” – [RECENZJA]

Wiktor Małolepszy

Tina to pracująca w kontroli granicznej introwertyczna Szwedka. Nieśmiała, zamknięta w sobie, mieszkająca w otoczonym przez wielki las domu na uboczu. W tym to właśnie lesie najczęściej spędza wolne chwile – niestety samotnie, gdyż jej lokator/chłopak o wiele chętniej ogląda telewizję i zajmuje się swoimi agresywnymi psami wystawowymi. Ich relację ciężko zdefiniować – Roland raczej nie dokłada się do utrzymania domu, nie jest też zbytnio zainteresowany sferą uczuciową Tiny. Kobieta przyznaje – potrzebuje obecności innych ludzi, a tylko Roland oferuje jej namiastkę prawdziwej relacji.

Na szczęście w pracy idzie Tinie lepiej. Jest doskonałą funkcjonariuszką, gdyż posiada specyficzną umiejętność – potrafi wywąchać ludzki strach, wstyd, intensywne uczucia. Obok niej nie prześlizgnie się żaden przemytnik – ani szmuglujący alkohol nastolatek, ani dystrybutor dziecięcej pornografii. Ów węch nie jest jednak supermocą na modłę marvelowską. Tina w pewnym momencie stwierdza, że jest wręcz zdeformowana. Ma dziki wyraz twarzy, masywny nos, małe oczy, rzadkie włosy i wydatne zęby. Przysporzyło jej to wiele cierpienia w dzieciństwie. Wierzyła, że jest inna, lecz lata życia w małomiasteczkowej społeczności doskonale ją zsocjalizowały. Gdy pewnego dnia przez jej kontrolę przejdzie Vore, mężczyzna z twarzą do złudzenia przypominającej jej oraz z podobnymi bliznami, Tina przypomni sobie owe dziecięce sny i odkryje, że nie było w nich wiele fantazji.

Druga produkcja irańsko – szwedzkiego reżysera Aliego Abbasiego (tworzącego w Danii) oparta jest na opowiadaniu Johna Ajvide Lundqvista (który również pomagał przy stworzeniu scenariusza). Znany przede wszystkim z jednego z najgłośniejszych skandynawskich filmów ostatnich lat – Pozwól mi wejść – oraz jego amerykańskiego rimejku pisarz i scenarzysta w Granicy powraca do realizmu połączonego z elementami nordyckiego folkloru. Wraz z  Abbasim wykraczają jednak poza nieco ograny motyw realistycznej baśni i tworzą synkretyczny miszmasz gatunkowy. Granica to nietypowy romans, film z elementami realizmu magicznego, fantasy, ale też społeczny kryminał noir. Nie mówiąc już o naturalistycznych, często dość obrzydliwych a nawet groteskowych scenach. Za samą umiejętność do stworzenia tak nieoczywistej produkcji, która zamiast się rozsypywać utrzymuje ten charakterystyczny dla nordic noir chłodny klimat należy się Abbasiemu uznanie.

Dodatkowo, Granica wypełniona jest zapadającymi w pamięci scenami oraz zwrotami akcji – jednymi bardziej, innymi mniej logicznymi. Film ma zwartą kompozycję, wątki są przedstawione w logiczny sposób i, co szczególnie ważne w tego rodzaju produkcjach, pokazują inne oblicze protagonistki. Niestety, właśnie przez ową mnogość gatunkową, produkcja Abbasiego jest dość nierówna. Pojawiający się w połowie wątek kryminalny, mimo że sprawnie spełnia swoją rolę fabularną, jest zwyczajnie niezbyt zajmujący dla widza. Co szczególnie zawodzi, ponieważ jest przedstawiony w tak nietuzinkowej rzeczywistości – z jednej strony realistycznej, a z drugiej z mocnym elementem fantastycznym. Sama jego kulminacja i rozwiązanie jest bardzo intrygujące, ale dążącemu do nich śledztwu brakuje werwy.

Najciekawiej w Granicy wypada przedstawienie relacji Tiny i Vorego. Romans między nimi to niezwykle groteskowa wariacja na temat charakterystycznych dla kina skandynawskiego motywów. Przede wszystkim – bliskości z naturą. Inność bohaterów widoczna jest od razu i to w miłości do przyrody odnajdują oni element zapalający romans. Dzikie pierwsze pocałunki, bieganie nago po lesie, wspólne pływanie w jeziorze (i scena seksu, przy której opadła mi szczęka) działają doskonale, dodatkowo kontrastując ze „światem ludzi”, w którym nie ma dla nich miejsca. Warto też zwrócić uwagę na świetną kreację ukrytej pod tonami makijażu (za które zresztą Granica jest nominowana do Oscara!) Evy Melander. Przekonywujące stworzenie postaci zamkniętej w sobie kobiety, która stopniowo wyzwala swoją wewnętrzną dzikość mogło się w takich warunkach wydać karkołomne, lecz spisała się na medal. W jednej scenie wzbudza swoim smutkiem współczucie widza, by w kolejnej wywołać u niego obrzydzenie. Zasłużona nominacja do Europejskiej Nagrody Filmowej.

Granica zdobyła moje serduszko też innym elementem. Tym, że nie boi się epatować brzydotą. Podczas, gdy Akademia Oscarowa zachwycała się Kształtem Wody, którego bohater – w zamyśle nieludzki i dziki – wygląda jak wynik wpisania „sexy fish” w wyszukiwarce rule34 (nie próbowałem, to dowód anegdotyczny), to Szwedzi nie mają oporu przed ukazaniem romansu jednostek raczej nieatrakcyjnych seksualnie – a przynajmniej niewpasowujących się we współcześnie panujące standardy piękna. Dla mnie stanowi to powiew świeżego powietrza, zwrócenie uwagi na potrzeby uczuciowe każdego człowieka. To jest właśnie powód, dla którego warto oglądać kino europejskie, albo po prostu niezwiązane z Hollywood. Często widać w nim prawdziwą tolerancję – nie taką podyktowaną potrzebami marketingowymi i szukaniem nowego rynku – lecz inkluzywną, obejmującą różne osoby w różnych sytuacjach życiowych.

Te wszystkie cechy rysują Granicę jako produkcję nie dla każdego. Wielu widzów może odrzucić groteska z jaką przedstawieni są bohaterowie lub niektóre dość obrzydliwe sceny. Film Abbasiego jest jednak tak kreatywnym i oryginalnym dziełem, że na pewno nie da mu się zarzucić nudy. Nie prawi widzowi komunałów o złu ludzkiej rasy, nie wciska mu w twarz kazań o potrzebie jedności z naturą. Wykorzystuje lokalny folklor, żeby przede wszystkim opowiedzieć historię Tiny. Kobiety, która pierwszy raz czuje, że nie jest sama na świecie.

Ocena

7 / 10
KulturaLiteratura

“Psy ras drobnych” [RECENZJA]

Marcin Kempisty

Zazwyczaj jest tak, że cierpienie wymaga bycia “wypowiedzianym”. Inaczej mówiąc: niewysłowiony ból, niewyartykułowany problem trawi ofiarę od środka, pali trzewia i nie sposób tego pożaru jakkolwiek ugasić. Wprawdzie pojawiają się nowe modele przepracowywania traumy za pomocą wykonywania odpowiednich ćwiczeń fizycznych, niemniej jednak “klasyczna” psychoterapia nadal opiera się na rozmowie. Julia Kristeva w racy “Czarne słońce. Depresja i melancholia” zauważa, że osoba przytłoczona trudnymi emocjami jest jak “niemowa”, niepotrafiąca za pomocą znanych jej słów skonstruować odpowiedniej definicji tego, co ją dopadło; niepotrafiąca zbudować leksykalnego pomostu między własnymi emocjami, a światem zewnętrznym. Również Edouard Louis w niedawno wydanej “Historii przemocy” zauważył, jakiej precyzji i trudu wymaga opowiadanie o traumatycznej przeszłości, ale również jak takie historie podlegają konfabulacji i zawłaszczeniu przez osoby trzecie.

Tymczasem Olga Hund wychodzi naprzeciw dominującej konwencji. Jej powieść “Psy ras drobnych”  nie jest literackim elaboratem, w którym włos dzielony jest na czworo. Nie jest również studium schorzenia i katarktycznej drogi do wyzwolenia. Opowieść o kobiecie lądującej w zakładzie psychiatrycznym składa się z kilkudziesięciu króciutkich rozdziałów, z serii ironicznych sztychów nakłuwających rzeczywistość jakby z innej planety.

“Psy ras drobnych” to historia świata funkcjonującego na własnych zasadach, z regułami wypracowanymi przez doświadczenia kolejnych pokoleń pacjentów. Walutą są zawsze potrzebne papierosy, istnieje jasny podział na “trudne” przypadki i osoby bliskie wyzdrowienia, zagwarantowany zamieszkiwaniem innych pięter budynku, zaś języków urzędowych jest tyle, ilu pacjentów.

Lokatorzy zakładu płyną na falach codzienności, często nierozumiejąc, co się wokół nich dzieje, a to ze względu na schorzenie, a to z powodu otumaniających pigułek. Powieściowy mikrokosmos jest delikatnie naszkicowany, czytelnicy nie dostają wglądu w uczucia postaci, czasami nawet trudno będzie spamiętać i odróżnić osoby, których opowieści zostaną przez narratorkę przytoczone. Hund zależy głównie na wydobyciu esencji z obserwowanego świata, na szokująco skutecznym zestawieniu językowej dezynwoltury z grozą doświadczanych przez pacjentów wydarzeń. Nie sposób uniknąć śmiechu podczas lektury, mimo że nie ma przecież nic zabawnego w wielokrotnie podejmowanych próbach samobójczych, czy szaleństwie uniemożliwiającym normalne funkcjonowanie. Autorka obłaskawia tragedię, nie pozwala jej się stłamsić, staje w obliczu absurdów i nie tłumaczy ich, dając im wybrzmieć z całą swoją mocą. W pamięci pozostaje ankieta wypełniana przez bohaterkę, polegająca na postawieniu krzyżyka przy sugerowanej odpowiedzi na pytanie, czy właśnie przeżywa depresję.

Spod warstwy humoru wyziera jednak potężne poczucie samotności. Zarówno główna bohaterka, jak i towarzyszący jej pacjenci, skazani są często na bezdusznych lekarzy i pielęgniarki zobojetniałych na troski podopiecznych. Bywają również opuszczeni przez najbliższą rodzinę, niepotrafiącą lub niechętną do pomocy krewnym dotkniętym schorzeniami psychicznymi. Wykorzystywana przez Hund ironia nie jest zatem tylko kluczem do ukazania świata nieznanego większości czytelnikom, to również rodzaj mechanizmu obronnego chroniący przed czołowym zderzeniem z problemami.

Siła tej prozy zasadza się na klarowności, umiejętności wydobywania z języka maksimum znaczeń przy wykorzystaniu jak najmniejszej liczby słów. Kilka szybkich machnięć piórem wystarcza autorce do wprowadzenia czytelnika w opisywaną sytuację i przedstawienia błyskotliwej puenty. Zwięzłość jest tym bardziej zaskakująca, że przecież narracja prowadzona jest w pierwszej osobie. Na korzyść prozy Olgi Hund działa brak egzaltacji, czy nadmiernej ekscytacji nad doświadczanym przez bohaterkę schorzeniem. Ta antymodernistyczna powściągliwość jest naprawdę godna podziwu.

Dzięki Fundacji Korporacji Ha!art pojawiła się na rynku niezwykle interesująca pozycja, jednocześnie wpisująca się w pewien trend, jak również odznaczająca się silnie autorskim piętnem. “Psy ras drobnych” można potraktować jako kolejną herstorię, mikropowieść pisaną z kobiecej, intymnej perspektywy, w której losy bohaterki bywają odzwierciedleniem ulegającego korozji patriarchalnego paradygmatu. Warto przyglądać się dalszemu rozwojowi twórczości Olgi Hund, bo wydaje się, że ta utalentowana artystka ma jeszcze wiele do powiedzenia.

Tytuł: Psy ras drobnych
Autorka: Olga Hund
117 stron
Wydawnictwo: Korporacja Ha!art
Kraków 2018

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.