Recenzje

“Gdyby ulica Beale umiała mówić” podziękowałaby Jenkinsowi za ten film [RECENZJA]

Maciej Kędziora

Jeden z wielu opustoszałych parków Harlemu. W świetle dogasających latarni znaleźć można jedynie dwa cienie zbliżających się ku sobie ludzi – on lekko wystraszony, układa w głowie słowa, które musi z siebie wyrzucić, słowa, które tkwiły w nim tak długo i tak długo spędzały sen z powiek. Ona jest trochę zmęczona, w końcu znów zmuszona była uśmiechać się sztucznie za ladą sklepową (usługując wszystkim obleśnym przedstawicielom klasy wyższej), ale uniesiona pięknem chwili, zapomina o bolączkach dnia codziennego i zbliża swoją twarz do jego twarzy. Ciche “kocham cię”, którego ostatnia głoska spita jest z warg, gdy ciało zbliża się do ciała, a cały świat zastyga w miejscu. Oboje są młodzi, mają całe życie przed sobą, ale w tym momencie cały świat jest ich, bo mają siebie i nic nie jest w stanie tego przerwać. Zlęknione poszukiwanie niezasłoniętego przez ubrania skrawka skóry, niepewny pierwszy dotyk, przeradzający się w coraz to bardziej namiętne eksplorowanie sylwetki osoby, dla której chciałoby się w tym momencie przychylić nieba. Pocałunek, który zostanie już z nimi na zawsze, ruch spajający usta, naładowany wszystkimi emocjami chwili – ekstazą, radością, zauroczeniem, fascynacją. Świadomość posiadania obok kogoś tak nam bliskiego, kogoś z kim chcemy przeżyć resztę naszych dni….

Cięcie

Pustka. Przez zabrudzoną szybę w sali widzeń dostrzega swoją ukochaną. Chciałby ją dotknąć, tak jak dotykał ją w parku, ale park jest już przeszłością. Teraz może jedynie ekscytować się jej głosem raz na tydzień, gdzie przez trzydzieści minut mogą cieszyć się swoim iluzorycznym towarzystwem. Musi zadać pytanie – “Ile jeszcze?”. Nie wie już o co pyta – o to kiedy wreszcie go wypuszczą, czy o to kiedy przyjdzie moment narodzin ich dziecka. Zawsze słyszy to samo – “Już niedługo”. Zawsze ma nadzieję, że coś się zmieni, a termin stanie się określony. Niestety system określa terminy tylko dla białych, albo bogatych. On musi czekać, czekać na wyrok nie za swój niedokonany czyn, ale za to że w ogóle się urodził. Tacy jak on, Tish, Daniel nie mają głosu. Mogą tylko próbować się uśmiechać i liczyć, że kolejny dzień uda im się przemknąć niezauważonymi.

Fonny stał się pionkiem w systemowej grze – w końcu co znaczy szczęście jednostki w perspektywie bezpieczeństwa milionów? Jest przestępstwo – musi być sprawca. Wina jest w tej rozgrywce nieważna, nieważna jest przyszłość jego rodziny – ważne by w papierach można było wskazać sprawcę, by statystyki nie ucierpiały – szczególnie, że mówimy o gwałcie na Portorykance, zmuszonej po ogłoszeniu wyroku do wyjazdu z kraju. A Fonny jawi się jako idealny kandydat – sfrustrowany, bez wykształcenia (rzucił szkołę by zostać stolarzem), z jednym, łatwym do obalenia alibi – w końcu kto uwierzy na słowo dilerowi Danielowi. I co z tego, że pozostawi na pastwę losu swoje nienarodzone dziecko i młodą, jeszcze dziewiętnastoletnią partnerkę – nie będzie to przecież pierwsze czarne dziecko wychowane bez ojca.

Każda uliczka Harlemu przepełniona jest ofiarami rasizmu – od codziennych szyder, przez wykorzystywanie w pracy, aż do przemocy fizycznej. Każdy, stąpający w rytm co nowszych, wypełnionych cierpieniem niewolniczych lat, utworów bluesowych, w środku krzyczy i błaga o pomoc. Tish prosi, by było tak jak dawniej, by mogła wychować swoje dziecko z mężczyzną, którego kocha. Sharon modli się w duchu o to by jej córka znalazła w sercu siłę by walczyć o godną przyszłość. Daniel próbuje wreszcie uciec od swojego środowiska, ale nie da się wyzbyć swoich korzeni i nie udaje się wyrwać z błędnego koła przestępczości. Bo choć na ulicy Beale w Memphis, Louis Armstrong śpiewa “What a wonderful world” to ten w głębi duszy piękny świat jest przeżarty przez gangrenę codzienności.

Barry Jenkins oddaje w swoim najnowszym filmie hołd tym, którym odebrano głos. Walczącym samotnie o lepsze jutro kobietom, alkoholikom szukającym ratunku, niesłusznie skazanym, pełnym życia chłopakom i wreszcie pięknym i niezależnym dziewczynom, pozbawionym szansy przez ich płeć i kolor skóry. Choć “Gdyby ulica Beale umiała mówić” co chwilę przepełnia nas nadzieją, że wreszcie karta się odwróci a nasi bohaterowie będą wreszcie szczęśliwi, robi to tylko po to, by w najmniej spodziewanym momencie wbić nam nóż w serce – mówiąc witaj w świecie naszej codzienności.

Geniusz twórcy “Moonlight” objawia się szczególnie gdy spojrzymy na kontrastowość malowanego przez niego pejzażu Harlemu. Kiedy w parku rodzi się uczucie, dwie uliczki dalej katowany jest zadłużony chłopak, gdy w jednym z mieszkań dziewczyna ogłasza, że czeka na nadejście dziecka, spotyka się z wyzwiskami i obelgami rzucanymi w jej stronę. W szekspirowskim duchu opowiada on historię miłości zakazanej, skazanej z góry na niepowodzenie, jednak miłości, która w drodze do swojego spełnienia jest w stanie przenosić góry niesprawiedliwości społecznej.

Operacja na otwartym sercu widza nie mogłaby się jednak udać bez idealnego doboru obsady. Gdy postać grana przez Reginę King w celu ratowania swojego przyszłego zięcia wyjeżdża do Portoryko, na jej twarzy namalowany jest dramat nie tylko postaci Sharon, ale i każdej matki, która musiała walczyć o honor swojego dziecka. Gdy Kiki Lane w epilogu wygłasza swój monolog, zaciera się granica między nią a Tish, bo to również jej historia, gdzie autobiografizm miesza się z fikcją.

Tak jak na ulicy Beale codziennie można usłyszeć najwybitniejsze zespoły bluesowe tak i na Jenkinsowo-Baldwinowskiej Beale Street rozlegają się wirtuozerskie nuty Nicholasa Britella. W każdym akordzie, półnucie i pojedynczym dźwięku zamyka cierpienie bohaterów, a repetycjami motywów ukazuje powtarzalność i stałość niesprawiedliwości. Dopiero w końcówce pozwala sobie na improwizację, gdyż tak jak i Tish ma dość, chce wyrwać się narzuconym wymogom formistycznym, zerwać się z uwięzi harmonii i grać, przeżywając muzyczne wyzwolenie.

James Baldwin po premierze “Gdyby ulica Beale…” powiedział “Jestem autorem optymistycznym, ale by twoje dzieła miały wydźwięk optymistyczny, musisz tłumić w sobie wiele żalu do tego świata”. Jenkins, będący duchowym spadkobiercą prozaika, również ma  w sobie wiele wyrzutu wobec społeczeństwa – braku akceptacji w “Moonlight”, wszechobecnego rasizmu systemowego w Dear White People”. Jednak dopiero teraz, opowiadając historię pozornie najbardziej minimalistyczną, udaje mu się stworzyć dzieło wybitne, przepełnione niemym krzykiem ulic, które widziały zbyt dużo. Kiedy jednak pojawiają się napisy, mamy nadzieję, że będzie lepiej – ale Fonny i Tish nie mają już 19 lat, a ich historia się skończyła.

Recenzje

“Jak wytresować smoka 3” – Siła przyjaźni [RECENZJA]

Martin Reszkie

O animowanej tresurze pewnego uroczego smoka dowiedziałem się jak zawsze z ogromnym opóźnieniem. Oczywiście, już w 2010 roku byłem świadomy istnienia takiej produkcji, ale czy wtedy zawracałem sobie nią głowę? Zresztą, taka moja przypadłość – o dobrych produkcjach dowiaduję się ostatni, a później samotnie wyczekuję czwartego czy piątego filmu z serii licząc, że tym razem moja wyprawa do sali pachnącej popcornem i zużytymi fotelami okaże się owocną.

Pierwsze spotkanie ze Szczerbatkiem i Czkawką przypomniało mi o nieco zapomnianej przeze mnie animacji z 2002 roku, czyli Lilo i Stich. Przez cały film miałem nieodparte wrażenie, że już gdzieś widziałem ten sympatyczny pyszczek, historię o obcym pośród niewielkiej społeczności oraz próbie oswojenia nieoswajalnego stworzenia. Taki zestaw opakowany naprawdę przepiękną warstwą wizualną i przyozdobiony dobrymi wynikami finansowymi pozwolił Deanowi DeBloisowi jeszcze dwa razy zanurzyć się w świecie wikingów z Berk, świecie, który zmienił się na dobre.

Rok po pokonaniu Drago Krwawdonia, Berk rozrasta się coraz bardziej, oferując schronienie każdemu smokowi uwolnionemu przez Czkawkę i jego grupę uderzeniową. Niektórzy zauważają, że przeludniona przystań może okazać się łatwym celem dla wrogów, o których w tym świecie wcale nie trudno. Odsłoniętego rywala atakuje Grimmel, słynący z bycia katem Nocnych Furii. Nie mając dokąd uciec przed nieprzyjaznym światem ludzi, młody wiking postanawia przenieść Berk do Ukrytego Świata. Do świata, z którego pochodzą wszystkie smoki.

Kadr z filmu „Jak wytresować smoka 3”
Zobacz także: Elegię o Ralphie Demolce

W tym momencie chciałbym zatrzymać się odrobinę i ponarzekać na antagonistów w serii. Pierwszym był król smoków, który oczekiwał od swoich „podwładnych” ciągłego dokarmiania, co antagonizowało ludzi i okradających ich smoków. Zabija bezwzględnie, niszczy wszystko na swojej drodze, jest bezlitosny i niebezpieczny, lecz pokonany zostaje wspólnym wysiłkiem Czkawki i jego przyjaciół. Po nim przyszedł Drago Krwawdoń, zabijający bezwględnie, niszczący wszystko na swojej drodze, bezlitosny i niebezpieczny tyran. Na szczęście zostaje pokonany wspólnym wysiłkiem Czkawki i jego przyjaciół. Teraz – atakuje Grimmel, kolejny bezwzględny zabójca o bezlitosnej naturze, niszczący wszystko na swojej drodze. Sami dobrze wiecie, jaki los go czeka.

Na szczęście, Jak wytresować smoka 3 wcale nie potrzebuje dobrze napisanego antagonisty. I tak nie będziecie zastanawiać się nad zasadnością decyzji Czkawki co do poszukiwań Ukrytego Świata. Tak jak i większość dzieciaków na sali kinowej – będziecie czekać na miejsce, w którym reżyser i cała trupa twórców odpowiedzialnych za to co widzimy na ekranie da upust swojej wyobraźni. Tak samo powinniście czekać na graniczące ze slapstikiem próby zdobycia zainteresowania ze strony tajemniczej białej smoczycy, niespodziewanie podobnej do Szczerbatka.

W moim odczuciu trzecia część sagi o losach przyjaźni człowieka i smoka należy w pełni do Nocnej Furii. I bardzo jestem z tego zadowolony. Przy poprzednich spotkaniach z obrazami DeBloisa odczuwałem niedosyt spowodowany dość marnym rozwojem postaci Szczerbatka. Ograniczony jedynie do bycia wiernym kompanem i obrońcą głównego bohatera dusił się pragnąc pokazać drugie oblicze. Gdy wreszcie dostał swoją szansę – poniósł na swoich skrzydłach cały film ponad horyzont. Samotność i alienacja oraz odpowiedzialność za stale rosnącą liczbę pobratymców na wyspie są tym, co trapi przywódcę smoków.

Kadr z filmu „Jak wytresować smoka 3”
Zobacz także: Recenzję „The Umbrella Academy”

Poszukiwania Ukrytego Świata i poznanie przepięknej Białej Furii stanową dla postaci Szczerbiatka ogromną szansę na należyty development postaci, niezależny od swojego ludzkiego kompana. Twórcy biorą tę możliwość i wyciągają z niej wszystko co tylko się da. Na dodatek robią to w sposób wyciskający z widzów łzy i jednocześnie malujący szczery uśmiech na twarzy. Jeśli nie tak powinno się kończyć trylogie, to już nie wiem jak.

Warto także docenić to, że przesunięcie akcentów w filmie nie odbiło się negatywnie na tej „ludzkiej” części obrazu. Niepewności targające raczkującym wodzem Berk, jego próby spełniania oczekiwań i mierzenie się z ojcowską spuścizna przypominają nam o tym, że Czkawka nie jest postacią nudną ani nieskazitelną. Jego bezinteresowna chęć pomocy, będąca godną podziwu, rozdziera go pomiędzy jego ludem a gadzimi przybyszami. Uczy on najmłodszych (i starszych też) tego, czym jest przyjaźń bez uprzedzeń, niemalże bezgraniczna empatia oraz bezinteresowna chęć czynienia dobra.

Czy Jak wytresować smoka 3 to najlepszy film o tresurze latających gadów? Tego pewien nie jestem. Skróty fabularne i nierówne tempo nie pozwalają mi na to stwierdzenie. Jednakże zdecydowanie najpiękniejsza i zdecydowanie najbardziej zróżnicowana oprawa wizualna robi naprawdę niesamowitą robotę. Trochę jednak szkoda, że John Powell skomponował muzykę, która w nawet najmniejszym stopniu nie dostaje do ważnej części spektaklu, jakim niewątpliwie jest finał tej opowieści.

Kadr z filmu „Jak wytresować smoka 3”
Zobacz także: Recenzję „Velvet Buzzsaw”

Być może zakończenie trylogii o mariażu wikingów ze smokami jest dość prostym filmem. Nawet jeśli, to nie widzę powodu, dla którego miałbym to uznawać za wadę. Piękno tkwi bowiem w prostocie. A piękna temu dziełu odmówić nie sposób.

Ocena

7 / 10
KulturawkaRecenzje

Kulturawka #12 – Elegia o Ralphie Demolce

Marcin Kempisty

Uwaga! Tekst zdradza istotne szczegóły na temat fabuły.

I

Ralph Demolka, zakleszczony w pigułce koloru czerwonego, przemierza przestworza internetowego świata. Jeszcze chwilę wcześniej z ogromną prędkością pędził przez ciasne obwody, a teraz leci odgórnie wytyczoną ścieżką, na końcu której rozpocznie się wielka cyfrowa przygoda po wreszcie zrealizowanej utopii. Może lądowanie nie będzie miękkie, wszak nie spotka się z gruntem z taką gracją, co towarzysząca mu Wandelopa, lecz kolejne minuty uświadomią mu, że pojawił się w e-raju odzyskanym. Wpływa na digitalowy przestwór oceanu, brodząc wśród nieograniczonych możliwości, wśród ludzi śniących swój sen na jawie o wyspach szczęśliwych.

Zderzenie z odkrytą cywilizacją, gdy całe wcześniejsze “życie” spędził w automacie do gier, przyprawia Ralpha o zawrót głowy. Jeszcze nigdy nie miał przed oczami ogromnej przestrzeni, nie napotkał takiej rzeszy ludzi. Do tej pory wiódł spokojne, ustabilizowane życie, pełne rytuałów i drobnych przyjemności. Wraz ze wschodem słońca zaczynał pracę, niezbyt lubianą, głównie z powodu lenistwa, natomiast udało mu się wreszcie zdobyć sympatię współmieszkańców gry. Wprawdzie do jego zadań należało demolowanie bloku, ale że na podorędziu znajdował się zawsze pomocny Feliks, to nikomu włos z głowy nie spadał. Wiadomo, trzeba było wypełnić obowiązki, dostarczyć graczom oczekiwanej przyjemności, by po zmroku, gdy salon był zamykany, cieszyć się obecnością najbliższych i odpoczywać po pracy. W życiu Ralpha istniała wyraźna granica między pracą a rozrywką. Wszystko toczyło się swoim nienaruszalnym, cyklicznym rytmem, jak zmiany pór roku, jak dzień przychodzący po nocy.

Tymczasem rozpościera się przed nim nieznany świat. Zewsząd otaczają go nieznajomi, awatary wypuszczone na konsumpcyjne łowy. Takiego tłoku, natężenia ruchu, zgiełku i pośpiechu jeszcze nigdy nie doświadczył. A każdy pędzi w sobie tylko znanym kierunku, samotnie doświadczając zdobyczy e-świata, niezainteresowany chociażby krótką wymianą zdań. Jedynie robotnicy tej rzeczywistości, “ludziki pop-upy”, wchodzą w kontakt, nagabując za kliknięciem w pokazywane okienka. Zwycięskie loterie, niezawodne sposoby na utratę wagi, podniecone panie domu, czym chata bogata.

Ralph jest prostym “organizmem”, więc na widok oszałamiającej cyfrowej metropolii rozdziawia swą proletariacką gębę. On tego nie wie, bo wiedzieć nie może, ale obserwowane miasto wygląda, jak gdyby zostało wyciągnięte z Blade Runnera i przeszyte jasną stroną mocy. Wszędobylskie światło oświetla niemal każdą uliczkę, a dominujące niebieskie barwy budynków zespalają się z błękitem bezkresnego nieba. Do firmamentu sięgają również dachy korporacyjnych wieżowców, których właściciele są gwarantami ładu i dostarczycieli przyjemności. Tu na ścianie ujawni się biała literka “f”, tam pokażą się ćwierkające ptaszki. Dzięki nim nie trzeba iść do ciemnego kresu, by zdobyć złote runo.

Ralph jeszcze nie zna tego świata, ale będzie musiał szybko nauczyć się obowiązującego prawa, by zdobyć kierownicę do automatu Wandelopy i uratować przyjaciółkę przed niebytem. Podróż krętymi uliczkami internetu będzie dla niego również czasem próby, gdy wyznawane wartości okażą się sprzeczne z zasadami nowego świata, a zawsze towarzysząca mu dziewczyna zakosztuje niczym nieskrępowanej wolności.

II

Ralph Demolka z ciałem zwierzęcia. Ralph je pikantną papryczkę. Ralph uczy malowania obrazów, robi dziwne miny, otwiera pudełko, ucieka przed pszczołami. Filmiki o takiej treści rozchodzą się po internetowych łączach do komputerów milionów ludzi na całym świecie, przynosząc ubaw i odciągając od nudnych zajęć dnia codziennego. Bohater wreszcie rozumie prawidła internetowego świata, więc wygłupia się na wszelkie możliwe sposoby, stając się bożyszczem ludu. Nie do przecenienia jest również nostalgia widowni za młodzieńczymi latami, kiedy to wychowywali się na grach z jego udziałem. Memogenność bohatera sprawia, że tego rodzaju “twórczość” przynosi coraz większe przychody, dzięki którym możliwe będzie uratowanie przyjaciółki.

Mimo wszystko protagonista nadal nie jest przekonany do nowego świata. Niby w nim uczestniczy, a nawet ma uprzywilejowaną pozycję dzięki osobistej znajomości algorytmu dostarczającego odpowiedni kontent dla widowni witryny BuzzTube, lecz wciąż nie potrafi się w pełni dopasować. Tam dom, gdzie serce jego, także dobrze znane automaty i garstka znajomych znaczą dla niego więcej od wszystkiego, czego doświadcza w internecie. Instrumentalnie wykorzystuje zatem kolejne okazje, nachalnie zdobywając serduszka i nabijając liczbę odsłon prezentowanych filmików, byle szybko zdobyć pieniądze i wrócić do domu.

Ot, paradoks – Ralph rozumie zasady zdobywania gotówki, jednocześnie niedostrzegając istoty odgrywanego przez niego spektaklu. Łasi się do masowej publiki bezrefleksyjnie, w wyniku materialnej potrzeby, mimowolnie budując nowoczesny rodzaj społeczeństwa poszukującego przyjemności, którego zachowaniami gardzi w skrytości serca. Tworzy nowy, wspaniały raj, mimo że jak najszybciej chce się z niego wypisać.

Bohatera nie interesują motywacje widowni, może dlatego, że przyzwyczaił się do odgrywania powierzonych mu ról i dostarczania rozrywki. Nie widzi zatem różnicy między temporalnością i wyjątkowością doświadczenia gry na automatach, a bezczasowym, ciągłym i nieprzerwanym bytowaniem w wirtualnej rzeczywistości. To, co dla Ralpha jest udręką (płynność znaczeń i związane z tym wieczne czuwanie), dla innych jawi się jako normalność. Tak długo bohater wykonywał pracę w swojej grze, tak przywyknął do rutyny, że nie potrafi zrozumieć, dlaczego jego filmik w pewnym momencie jest popularny, a po piętnastu sekundach nikt o nim nie pamięta. Męczy go system 24/7, nadmiar bodźców przeraża, a chwilowe podniety nic dla niego nie znaczą.

Właśnie dlatego protagonista nie potrafi zrozumieć Wandelopy, tak zafascynowanej e-rzeczywistością. A dziewczyna czuje się w internecie, jak ryba w wodzie. Wreszcie nie musi podążać znanymi ścieżkami, jest kowalem własnego losu, świadomie partycypuje w cyfrowym teatrze życia. Wierzy, że zerwała kajdany i wyrwała się z przygotowanej dla niej symulacji. Nareszcie nie traktuje siebie jako zbioru zer i jedynek dryfującego niczym pyłek kurzu. Wandelopa tego nie wie, ale swoim zachowaniem przypomina postacie z odcinka Black Mirror zatytułowanego San Junipero, w którym wirtualny świat stał się miejscem ucieczki od rozpadającego się ciała i dał szansę na prowadzenie wiecznie szczęśliwego życia.

A co z innymi uczestnikami wirtualnego życia, awatarami-reprezentantami “prawdziwych” ludzi, protezami rekompensującymi braki świata materialnego? Ralph widzi te pędzące widma, wiecznie czymś zajęte, ale postrzega je tylko jako skarbonki zapewniające przypływ gotówki. Inne sprawy go nie interesują, przez co nie zauważa, że różnią ich co najwyżej potrzeby, lecz już nie status ontologiczny. Wprawdzie e-ludziki mają swoich rodziców-nadzorców, ale momentami wydaje się, że to one sprawują kontrolę nad tą dwoistą egzystencją. Przynoszą ukojenie swoim panom, dostarczają rozrywki, są rozpasanymi popędami poszukującymi spełnienia. Gonią za kolejnymi atrakcjami w odczarowanym świecie wiecznej bezsenności, z poczuciem niezaspokojonego głodu nowości i zmian.

III

Ralph siedzi spokojnie w holu łączącym wszystkie automaty do gier. Nadchodzi ranek, pierwsze promienie słońca przeciskają się przez szyby i trzeba powoli ruszać do pracy. Wandelopy już przy nim nie ma, tym razem samotnie wypełnia codzienny rytuał oczekiwania na przybycie pierwszych klientów. Dziewczyna postanowiła zostać w internecie, uwzględniono ją przy aktualizacji jednej z gier komputerowych i będzie mogła po wsze czasy ścigać się samochodami z innymi użytkownikami. Przyjaciołom pozostały krótkie chwile rozmów za pomocą specjalnego komunikatora, jak również oczekiwanie na nadciągający update, w czasie którego będzie mogła pozwolić sobie na urlop i chwilowy powrót na stare śmieci.

Ralph nie żałuje podjętych decyzji. Nie zna twórczości Giuseppe di Lampedusy, lecz mógłby podpisać się pod stwierdzeniem, że “jeśli chcemy, by wszystko pozostało tak jak jest, wszystko musi się zmienić.” Wydaje mu się, że mimo wszystko odniósł zwycięstwo. Nie dość, że nie utracił przyjaźni Wandelopy, to jeszcze każde z nich może w pełni realizować swoje potrzeby. On wrócił do swojego ustabilizowanego życia, a ona uczestniczy w nieprzerwanym cyfrowym karnawale. Wszystko się zmieniło, lecz rdzeń istnienia pozostał nienaruszony.

Bohatera otacza cisza, znikąd nie wybrzmiewa symfonia Gustava Mahlera. Bohatera otaczają ściany automatu, nie rozciąga się wokół niego plaża na tle lazurowego morza. Nie ma na sobie odświętnej białej marynarki, tylko wysłużoną czerwoną koszulę i zdezelowane szelki. Czeka na nadejście kolejnego dnia pracy, zadowolony z odzyskanego porządku, ufny w nadciągającą przyszłość.

Nie wierzy, że staje się już. Nie wierzy, że staje się już.

Seriale

“The Umbrella Academy” [RECENZJA]

Maja Rybak
Umbrella Academy

Słysząc pierwsze plotki o planowanej przez Netflix adaptacji The Umbrella Academy moja ekscytacja sięgała niemal sufitu. Już wyjaśniam czemu. Jestem emo dzieckiem, wielką (nadal) fanką My Chemical Romance, którego wokalistą był przecież Gerard Way – scenarzysta komiksowego pierwowzoru tegoż netflixowego projektu. Jego Umbrella Academy: Apocalypse Suite było jednym z pierwszych komiksów, z którymi miałam styczność. Dlatego na tą adaptację komiksową czekałam szczególnie niecierpliwie. Zasiadając do The Umbrella Academy w piątek wieczór siedziałam jak na szpilkach. I, przyznam szczerze, tak było przez wszystkie odcinki. Już Wam piszę, moi drodzy, czemu.

Zobacz również: Zawód – Ojciec [Wprawka Oscarowa #1]

Najpierw jednak małe co nieco o samym komiksie. Serial jest oparty głównie na wcześniej już wspomnianym Apocalypse Suite. Jest to jeden z dwóch story arców całego komiksu wydany w 2007 roku. Następny jest Dallas, a obecnie publikowany jest Hotel Oblivion. AS to sześciozeszytowa przygoda głównych bohaterów, adoptowanego rodzeństwa z nadprzyrodzonymi zdolnościami. Muszą uratować świat przed apokalipsą, staje przed nimi jednak mały problem; wiedzą, kiedy apokalipsa nadejdzie, ale nie wiedzą co lub kto będzie jej przyczyną.

I to jest właśnie podstawą fabuły serialu. Przyznacie, że sześć zeszytów to nie jest zbyt dużo, jak na podwaliny dziesięcio-odcinkowego serialu. Fear not, my friends. Steve Blackman, który odpowiada za scenariusze wszystkich dziesięciu odcinków (możecie go kojarzyć z Modyfikowanego Węgla, Legionuczy dwóch epizodów Fargo), wykorzystał potencjał całej historii i rozwinął ją oraz grające w niej postaci nie zatracając jej klimatu i ducha.

Umbrella Academy

To teraz może troszkę więcej o fabule, hm?

Dnia 1 października 1989 roku o godzinie 12, czterdzieści trzy kobiety na całym świecie urodziły dzieci. Niby nic dziwnego, ale… żadna z tych kobiet budząc się tegoż dnia nie była w ciąży. Sir Reginald Hargreeves postanowił adoptować (bądź wykupić) jak najwięcej z tej czterdziestki dzieci. Udało mi się „zdobyć” siedmioro. Dzieci te wykazywały nadprzyrodzone zdolności, a Hargreeves postawił sobie ze cel wyszkolenie ich na przyszłych obrońców świata przed apokalipsą. Działały one pod nazwą Umbrella Academy. Nie trzeba chyba podkreślać, że dzieciaki nie miały normalnego dzieciństwa.

We wszystkich szkoleniach i akcjach udział brała szóstka z podopiecznych. Vanya (Ellen Page), bo to ona została odsunięta od działalności Akademii, nie wykazywała żadnych nadnaturalnych zdolności, przez co zawsze odstawała od reszty, i co było zaznaczane niemal na każdym kroku. Kiedy jej rodzeństwo i przybrany ojciec zyskiwali sławę, ona nie była nawet wspominana. Dni spędzała na nauce gry na skrzypcach podczas gdy reszta smyków zajmowała się powstrzymywaniem bankowych rabusiów, czy skoków na muzea.

Umbrella Academy

Super nienormalne rodzeństwo poznajemy w momencie ogłoszenia przez media, że ich ojciec nie żyje. Wszyscy zjeżdżają się z powrotem do rodzinnego domu, w którym czekają na nich nie tylko wspomnienia, ale i sekrety ukrywane przez ich opiekuna. Pojawia się również zaginiony od lat brat, który wygląda tak samo, co w dniu zaginięcia i opowiada o apokalipsie, która ma nastąpić za osiem dni. Przypadek? Ta rodzinka na pewno tak nie sądzi.

The Umbrella Academy jest serialem równie dziwnym, co jej pierwowzór. Gdzie indziej dostaniecie patchworkową rodzinę, która jest równie pokręcona, co ich moce? Numer Jeden, Luther (Tom Hopper), jest super silny i super wielki; swoją budową przebija Dwayne’a Johnsohna. Numer Dwa, Diego (David Castañeda), zawsze trafia swoimi nożami do celu (nawet jeśli ostrze będzie musiało wykonać zakręt). Numer Trzy, Allison (Emmy Raver-Lampman), sprawia, że jej plotki stają się prawdą. Numer Cztery, Klaus (Robert Sheehan), to medium, które ma problemy z pozostaniem w trzeźwości. Numer Pięć (Aidan Gallagher) zaginął w wieku trzynastu lat próbując podróży w czasie. O Numerze Sześć nie rozmawiamy. I tak dochodzimy do super normalnej Numer Siedem, Vanyi.

Umbrella Academy

Przez dziesięć odcinków obserwujemy, jak ta dysfunkcjonalna rodzinka (czy wspominałam o matce-robocie i kamerdynerze szympansie?) próbuje współpracować po kilkuletniej przerwie. Każde z nich ma własne zdanie o ojcu, który nie zachowywał się jak ojciec oraz swoim rodzeństwie, z którym relacje wyglądają… różnie. Luther nawet po śmierci ojca szuka jego akceptacji jako przywódcy drużyny i najlepszego syna. Zgorzkniały Diego walczy po nocach z przestępcami, a przynajmniej próbuje. Allison zmaga się z konsekwencjami używania swojej mocy, Klaus ze swoim uzależnieniem, które jest ucieczką od koszmarów. Numer Pięć z kolei to ciekawe zilustrowanie starej duszy w młodym ciele. O Numerze Sześć dalej nie rozmawiają(my). A gdzie w tym wszystkim odnajduje się Vanya? Ano nigdzie, bo wydarzenia następujące po pogrzebie i powrocie Numeru Piątego jeszcze bardziej utwierdzają ją w przekonaniu, że nie jest nikomu potrzebna.

Umbrella Academy

Vanya w pierwszych odcinkach serialu jest… nudna. I można by to uznać za minus jej postaci, ale nie możemy nie wziąć pod uwagę jej życia z rodzeństwem, a raczej bez rodzeństwa. Odseparowana od braci i siostry, którzy mieli super moce, na każdym kroku przypominano jej, jak bardzo do tej rodziny nie pasuje. To a nie inne traktowanie przez wszystkich, nie licząc robo-mamy, doprowadziło do tego, że Vanya jest zamkniętą w sobie, cichą, bardzo niepewną kobietą. To, jak dalej poprowadzony jest jej story arc wynagradza nam jednak te zalatujące nudą kilka scen. Bo Vanya posiada nie tylko talent do gry na skrzypcach. Ellen Page niemal idealnie odwzorowała graną przez siebie postać, a w późniejszych odcinkach naprawdę daje czadu, jeśli chodzi o jej talent aktorski.

W opozycji do Vanyi mamy Klausa, do którego Sheehan pasuje jak nikt inny. Lekkoduch ze słabością do substancji odurzających służy jako postać wytykająca absurdy w sytuacjach, w których się znajduje bądź jest świadkiem. Jednocześnie powoli dowiadujemy się, co tak naprawdę jest z biednym Klausem nie tak, i czemu po każdym kolejnym odwyku wraca do nałogu. Czytając Apocalypse Suite wyczuwałam w tej postaci ten mniej śmieszny rodzaj sarkazmu. I to jest zasadnicza różnica między komiksowym a serialowym Klausem, który jest źródłem większości śmiesznych one-linerów w całej produkcji.

Umbrella Academy

Najbardziej jednak zaskoczył mnie Gallagher, czyi Numer Pięć. Przyznam, że znałam go tylko i wyłącznie z Nicky, Ricky, Dicky i Dawn, mało zabawnego serialu dla dzieciaków od stacji Nickelodeon. Tutaj w roli pięćdziesięciolatka, który wrócił do ciała trzynastolatka pokazuje, że stać go na o wiele więcej. Idealnie odgrywa rolę osoby, która jest teraz głową rodziny, pomagając mniej lub bardziej zgrabnie tym najbardziej skonfliktowanym z jego rodzeństwa. Jednocześnie musi zmagać się z ludźmi, którzy biorą go za dziecko, na co nie może nic poradzić, bo przecież znajduje się z powrotem w swoim trzynastoletnim ciele. Wymieszajcie to ze scenami z jego udziałem, gdzie trup ściele się gęsto i macie najlepszy aktorski występ całego serialu.

Zobacz również: „Sex Education” – Otwarcie o waginie [RECENZJA]

Najsłabszym punktem całej serii są dla mnie Hazel (Cameron Brighton) i Cha-Cha (Mary J. Blidge). W komiksie zostali oni przestawieni jako psychopaci wykonujący rozkazy, jedzący słodycze nad ciałami swoich ofiar. Tu ich wątek jest o wiele bardziej rozbudowany w porównaniu do reszty, i nie działa to na korzyść postaciom. Oczywiście, zdarzają im się sceny mające wnieść element humorystyczny czy dające nam większy wgląd w ich podejście (które się zmienia), ale nie licząc scen walki, głównie Cha-Cha wychodzi raczej… blado. Choć przyznam, że sam pomysł na rozbudowanie ich wątku w takim kierunku był bardzo ciekawy. Niestety, coś po drodze poszło nie tak.

Umbrella Academy

The Umbrella Academy mogłabym pisać eseje, gdyby praca nie wchodziła mi w drogę. Netflix odwalił kawał naprawdę dobrej roboty adaptując komiks Waya i Gabriela Bá na swoją platformę streamingową. Jako fanka komiksowego pierwowzoru, z czystym sercem polecam Wam ten serial. Zabawa będzie jeszcze lepsza jeśli komiksu nie czytaliście, bo nie będziecie od początku znać zakończenia, jak ja. Co i tak nie przeszkodziło twórcom zrobić zakończenia tak, że oglądając je spadłam z kanapy. Przysięgam, że tak było. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko napisać: szykujcie kanapy i miski z chipsami na 15ego lutego, bo jazda z Umbrella Academy będzie zaiste wspaniała.


Recenzje

“Gloria Bell”, czyli Dyskretny urok rozwódki [RECENZJA – IFFR 2019]

Konrad Bielejewski

Rutyna. Poranna podróż do pracy samochodem, śpiewając do rytmu łzawych przebojów z lat 80’tych. Nerwowe palenie papierosa w ukryciu, unikając wzroku i potępienia otoczenia. Dorosłe dzieci, ignorujące rodziców z dnia na dzień. Skąpany w neonowych światłach wieczór na dyskotece, gdzie popijając drink za drinkiem budzi się nadzieja, że tym razem ktoś na Ciebie spojrzy i rozgorzeje płomień pożądania. Puste łóżko i wrzaski chorego psychicznie sąsiada późną nocą. Gloria. Gloria Bell.

Najnowszy film Sebastiana Lelio – uznanego reżysera z Chile – to reinterpretacja nakręconego przez niego filmu Gloria z 2013 roku. Opowiadający identyczną historię projekt przykuwa uwagę międzynarodowej publiki dzięki zaangażowaniu znanych i lubianych aktorów oraz pompowanej przez Hollywood kampanii marketingowej. Można by podejrzewać, że film ów powstał jako reakcja na szalejącą kampanię #MeToo, będąc dziełem gloryfikującym życie kobiety w kryzysie wieku średniego. I choć na czasie było by wspominanie o różnicach płci i przedstawieniu poszczególnych światków męskich i żeńskich w różnych kolorach i odcieniach, to osobiście wolę traktować Gloria Bell jako film osobny i nieskażony postępującym upolitycznieniem kina.

Zobacz również: Recenzję filmu “At Eternity’s Gate” , czyli film o Van Goghu prosto z Rotterdamu

Film ów opowiada bowiem o perypetiach tytułowej Glorii (Julianne Moore) – wciąż ponętnej kobiecie w wieku średnim, uwięzionej w rutynie codzienności i tęsknocie za byciem kochaną. Jej dni zlewają się w szarą jednostajność, wypełnioną pracą, martwieniem się o dzieci i łowami na dyskotece. Gloria stanowczo nie jest szczęśliwa, jej głębokie oczy za grubymi oprawkami ogromnych okularów zdają się skrzyć nadzieją, że jej ciało i umysł wciąż będą przedmiotem pożądania dla tego jedynego mężczyzny, więc gdy wreszcie taki się pojawia – świeżo rozwiedziony Arnold, grany przez zjawiskowego Johna Turturro – życie Glorii nabiera nowego tempa. Wraz z przepełnionym pasją kochankiem pojawiają się jednak nowe problemy, z którymi zarówno widzowie, jak i Gloria będą musieli się uporać.

kadr z filmu “Gloria Bell”

Powyższy opis nie brzmi zbyt zachęcająco dla przeciętnego kinomaniaka, lecz ciężko jest przedstawić ów film inaczej – historia w stylu slice of life nie jest bowiem zbudowana w żaden zaskakujący sposób. Gloria przechodzi kolejne próby, czasami triumfując, czasami sromotnie upadając, jak to w prawdziwym życiu bywa. Gdzieniegdzie zdarzają się przebłyski humoru i widza rozśmieszy rzucony komentarz bądź powiedziany półgębkiem żart, lecz nie jest to film komediowy. Najprościej rzecz ujmując, określiłbym dzieło Lelio jako przedstawienie życia i nieprzyjemności zgotowanych nam przez los oraz innych ludzi. Gloria jest na tyle sympatyczna, by widz zaczął się z nią utożsamiać, podobnie zresztą z Arnoldem, który pozostaje dla widza tak samo podejrzaną zagadką jak i dla samej protagonistki. Narkotyki, koty, nagość i alkohol – to przebłyski, momenty szaleństwa w życiu bohaterki, bawią nas i smucą, lecz najważniejsze, iż utrzymują naszą uwagę.

Oprawa audiowizualna z pewnością zasługuję na wspomnienie, gdyż utalentowany kompozytor Matthew Herbert prezentuje nam selekcję pop-hitów przeplataną cudnie minimalistyczną muzyką w stylu ambient, przywołującą na myśl delikatne kompozycje Vangelisa bądź Tiersena. W filmie przeważają ujęcia standardowe, śledzące twarze rozmówców, często popadające w nudzącą rutynę ujęć pomiędzy dwoma postaciami, lecz co jakiś czas mamy okazję nacieszyć oczy unikalnym ujęciem, tętniącym neonowymi kolorami i blaskami świateł. Scena miłości rozpalonych kochanków, skąpana w pomarańczowym świetle prześwitującym przez żelazne kurtyny ogromnego okna z pewnością zapada w pamięć, tak jak i pulsujące, pełne ruchu sceny z dyskoteki.

Kadr z filmu “Gloria Bell”

Gloria Bell może być widziana w wielu perspektywach – jako manifest, pieśń pełna smutku i rozkoszy, biografia, dokument, rzut oka na zagubioną wśród pędzącego społeczeństwa jednostkę, pożądanie miłości i troski. I gdy inni mogą walczyć o równe przedstawienie postaci kobiecych i męskich, o brak balansu czasu ekranowego poszczególnych płci, dla mnie film ów był interesującą podróżą. Porządne, zrelaksowane aktorstwo światowych gwiazd kina, delikatna melodia z nutką goryczy, przytłaczająca rutyna i wyrwanie się z niej – dla tych rzeczy warto dać Glorii Bell szansę. Nie pozostanie jednak prawdopodobnie zapamiętana na dłużej.

Publicystyka

Zawód – Ojciec [Wprawka Oscarowa #1]

Maciej Kędziora
Myślałam sobie w takich wypadkach, jak skutecznie ojcowie zastępują Boga małym chłopcom.
Maria Kuncewiczowa, “Tristan 1946”

Co wieczór spotykali się przy tym samym stole, na którym zawsze można było znaleźć ciepłą herbatę i zupę. Ona uśmiechnięta, z błyszczącymi oczami pełnymi nadziei i młodzieńczej niewinności. On z obdrapanymi z przepracowania dłońmi, lekko zmierzwionymi włosami i uśmiechem, bo zdecydowała się spędzić tę chwilę wraz z nim. Była jedynym co mu zostało, była tym kimś, dla którego to próbuje przychylić się nieba – szczególnie, że pragnęła zostać astronautką. I mimo że z biegiem czasu wspólne chwile zdarzały się coraz rzadziej, a im bliżej było jej do sięgania gwiazd, tym bardziej on szedł w odstawkę, to jedno pozostało niezmienne – była jego Córką. A szczęście córki jest w życiu najważniejsze.

One small step opowiadający historię ów relacji, jest idealnym wprowadzeniem do opowieści o portrecie taty w tegorocznych oscarowych animacjach, dla których wątek ojcostwa, czy też szerzej – wychowania przez mężczyznę (w końcu zobaczymy też wątek wujostwa, czy figury starszego brata) – stanie się wspólnym kluczem znaczeniowym. Choć w filmie Cheswortha i Pontillas ojciec był na swoje samotne rodzicielstwo skazany – my możemy się jedynie domyślać w jaki sposób opuściła ich matka – to otrzymamy tutaj wzorcowy portret idealnego rodziciela dla którego wychowywanie swej córki w pojedynkę nie staje się przekleństwem, a potęguje jego miłość. Nie ma on tu żadnej skazy, zarywaja noce na szycie przepięknych butów z logiem NASA na podeszwie, celebruje każdą chwilę spędzoną ze swoim dzieckiem i przeżywa jej każdy, nawet najmniejszy dramat. Dlatego też One small step jest ostatnim krokiem ojcowskiej ewolucji – stając się niejako archetypem father figure dla pozostałych. Dlatego też musimy zrobić wielki krok dla eseju, a mały dla czytelnika i cofnąć się do początku, by  nauczyć się jak zostać (takim) tatą.

I – Japońska szkoła dla rodziców

Mimo że w otwierającej Mirai sekwencji nie będziemy mieli jeszcze okazji poznania Taty, to komentarz babci Ehhh, tak to jest jak się ma męża architekta pozwala nam zarysować sytuację w domu Kuna. Ojciec – jak z czasem będzie nam dane się dowiedzieć – zmuszony przez sytuację materialno-zawodową (vide kariera swej żony) postanawia w pełni poświęcić się pracy w domu. Odprowadzać syna do przedszkola (choć zaciągać go tam na siłę byłoby odpowiedniejszym wyrażeniem), opiekować się swoją małą jeszcze córką (a właściwie próbować się opiekować, bo robi to nad wyraz nieporadnie), a także poświęcić chwilę by zająć się domem i spróbować znaleźć inspirację (a także wolny czas) do dokończenia nowego projektu architektonicznego.

Przyjście Mirai na świat nie zmieni bowiem jedynie życia Kuna, ale i jego ojca, który wrzucony na głęboką wodę rodzicielstwa będzie musiał odnaleźć się w całkowicie obcym mu świecie. Odpowiedzialność opiekuńcza nie jest mu do końca bliska – co zresztą w jednej ze sprzeczek zacznie mu wypominać żona, nadal chowająca uraz za opuszczenie w procesie wychowawczym ich pierworodnego. Stąd też bardzo duża jest jej protekcjonalność w podejściu do męża, momentami niebezpiecznie zbliżająca się do całkowitego braku zaufania. Nie jest ona jednak bez podstaw – w końcu gdy prosi go o jedną, jakże prozaiczną a zarazem ważną dla japońskiej kultury czynność – proces tzw. “Chowania lalek” – on całkowicie o tym zapomina, zatracając się w świecie zmęczenia i zapracowania.

W świecie widzianym oczami Kuna, ojciec jawi się jako najbardziej nieporadna życiowo istota. Gdy wychodzi nauczyć go jeździć na rowerze, sam wywraca się ledwo wsiadając na jednośladowiec, gdy próbuje uspokoić Mirai, ta płacze jeszcze bardziej, gdy próbuje przekonać syna do zmiany zachowania, dostaje od niego po twarzy. Kontrastuje to również z obrazem matki – idealnej, kochającej i wyrozumiałej. Kun, dotychczas perełka swojej rodzicielki, zostaje niejako skazany na tatę, którego nie tyle nie kocha, co całkowicie nie rozumie.

Zobacz również: Recenzję filmu “Mirai”

Geniusz Mamoru Hosody wychodzi dopiero pod koniec “Mirai” kiedy to po kolejnej sekwencji błąkania się Kuna po świecie mar nocnych, uświadamia sobie, że kocha swojego ojca i że jest on jedną z najważniejszych postaci jego życia. Wtedy też po raz pierwszy w całej produkcji uświadomimy sobie jak niedaleko pada jabłko od jabłoni. Dopiero tutaj w pełni objawia się jak bliskie sobie były dramaty zarówno syna jak i ojca – widmo porzucenia (dla Kuna przez rodziców, dla męża przez żonę), przerażenie nową sytuacją (debiut jako stay-at-home dad, oraz proces stawania się starszym bratem), a także próba zaimponowania matce/partnerce. Tu też idealnie wybrzmiewa poczucie rodzinnej wspólnoty, kiedy to po raz pierwszy padają słowa Kocham cię, a obydwaj wreszcie czują się swobodnie w swoich rolach – brata i rodzica.

Hosoda dokonuje czegoś niemożliwego i z bardzo zamkniętego i hermetycznego świata anime, czyni uniwersalną opowieść o emocjonalnym dojrzewaniu do wyzwań. Zdawać by się mogło nawet, że mimo dość “dziecinnego” (nie w sensie pejoratywnym, a dlatego, że to do najmłodszych jest skierowana ów produkcja) wydźwięku, sam morał przemawia bardziej do potencjalnych i młodych rodziców. Mirai bowiem jest dla nich pewnym drogowskazem i podniesieniem na duchu, ukazując dobitnie, że nikt nie rodzi się rodzicem, a do tego miana dojrzewa. Jest również – szczególnie w moim przypadku, człowieka wciąż bardzo młodego duchem i ciałem – świetnym stymulantem instynktów tacierzyńskich, gdyż po raz pierwszy od bardzo długiego czasu (prawdopodobnie “Złodziei rowerów” De Sici) pomyślałem, że faktycznie chcę zostać ojcem. Nieskrywanie jednak licząc na to, że trafi mi się bardziej poukładane i mniej demoniczne dziecko niż Kun.

II – Wyspa samotników i sierot

Całkowicie inny obraz relacji w kraju kwitnącej wiśni ukazał Wes Anderson w Wyspie Psów. Jego Japonia jest bowiem krajem bardzo hermetycznym emocjonalnie – mało tutaj uczuć, więcej klaustrofobicznego rygoru dyktatury Burmistrza Kobayashiego. Jednak mimo niesprzyjających warunków, zarówno nasz główny bohater Atari jak i tytułowe zwierzęta będą miały w sobie wrodzoną potrzebę łączenia się w stada, sfory, czy też zwykłą i jakże ludzką potrzebę miłości.

„Wyspa psów” (fot. Imperial CinePix

Tytułowa wyspa jest symbolem odmienności i niedopasowania. Podobnie jak innych filmach Andersona, bohaterowie zdają się nieprzystawać do otaczającego ich świata – tu nawet bardziej dosłownie, gdyż świat, w którym żyli, postanowił ich odrzucić. To poczucie wykluczenia będzie głównym przyczynkiem utworzenia pewnych prowizorycznych, rzec by można patchworkowych psich rodzin, gdzie mimo braku wielu cech wspólnych, nadal hołduje się Dumasowskiej zasadzie “jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”.

Anderson nie tylko czerpie garściami z bogactwa kulturowego Japonii, ale również tworzy historię, bardzo przywodzącą na myśl tradycyjne podania z tamtego regionu. Jest to bowiem opowieść jak na swój gatunek dość mroczna – w tle mamy widmo wysadzenia wyspy i eksterminacji zwierząt, psy są całkowicie schorowane i zniszczone przez życie, a w wyniku śledztwa przeprowadzanego przez Tracy na jaw wychodzi korupcyjny skandal burmistrza. Kiedy jednak dochodzimy do morału całej historii – bo od niego mimo swojej rewolucyjności, twórca “Grand Budapest Hotel” się nie odżegnuje, uświadamiamy sobie że sercem tej produkcji nie jest nawet tytułowa miłość do psów (oczywiście tutaj odwołuję się do gry słownej z angielskiego tytułu), a ukazanie dramatu samotności.

Zobacz również: Recenzję filmu “Wyspa Psów”

Atari jako bohater nie jest bowiem dzielny bez powodu, a jego decyzja o ucieczce z wilii Kobayshiego jest w gruncie rzeczy bardzo samolubna – nie przyświecało mu przecież dobro wszystkich zwierząt na świecie, a jedynie jego uroczego kundla, wiernego ochroniarza, Spotsa. Dopiero Tracy, a także późniejsze wygłoszenie haiku w trakcie animowanego puczu, w jakiś sposób zmitologizują jego działanie, ale w głębi duszy wynikło ono jedynie z nieodpartej potrzeby posiadania obok kogoś kochającego. Po śmierci rodziców był on bowiem jedynym co mu zostało – w końcu Kobayahsi przyjął go pod swój dach jedynie z przymusu.  Oczywiście późniejsza przemiana burmistrza, domykająca typową dla Andersona narrację o tym, że każdy z nas ma w sobie trochę dobra, udowodni nam, że w nawet najmroczniejszych i najbardziej zatwardziałych chwilach naszego życia, możemy natrafić na kogoś, kto całkowicie zmiękczy nasze serce. Dla Kobayashiego będzie nim Atari, a dla Chiefa urokliwa (jeśli można tak mówić o psie) Nutmeg, która to wreszcie spowoduje, że wieczny samotnik i włóczęgo, zagrzeje miejsce u czyjegoś boku.

Anderson idealnie rozumie postawę swoich bohaterów, sam żyjąc przecież w całkowicie odrealnionym świecie własnej wyobraźni. Dlatego też mimo alienacji społecznej wykreowanych przez niego postaci daje im szansę na znalezienie miłości i co ważniejsze, na założenie przez nich rodziny. Sam Spots osiągnie szczęście dopiero wtedy, gdy będzie mógł założyć psią familię w piwnicy Atariego, Kobayashi wtedy gdy zrozumie jak ważny w jego życiu jest bratanek, a Chief gdy pozna partnerkę swojego życia. Anderson bowiem wierzy, że niezależnie od tego co mamy w głowie, jesteśmy stworzeni by kochać, stworzeni by wychowywać, bo życie w samotności, nawet na opuszczonej (a w kontekście historii i bezludnej) Wyspie, nie ma zbytnio sensu.

III – Nie ma mocnych na depresję

Czternaście lat czekaliśmy na kolejną opowieść o rodzinie Iniemamocnych i mimo że fabularnie jesteśmy zaledwie parę chwil po zakończeniu kultowej już “jedynki”, to magia animacji pozwoliła na to by zawiesić na chwilę historię w czasie i wprowadzić w jej świecie wiele zmian pozornie niezauważalnych, ale kulturowo koniecznych. Odwrócić całkowicie role w rodzinie, gdzie to Elastyna robi karierę superbohaterki, powtarzając, a nawet przebijając dokonania jej męża, a Iniemamocny siedzi w domu i uczy zajmować się dziećmi.

W tak kluczowym dla Brada Birda wątku ojcostwa trudno nie zauważyć pewnych podobieństw do “Mirai”, z tą jedynie różnicą, że o ile w filmie Hosody ojciec musi przygotować się do wychowywania jeszcze nieukształtowanego psychologicznie dziecka (dzięki czemu ma więcej czasu na adaptację), o tyle Iniemamocny wrzucony jest na głęboką wodę okresu dorastania – a trzeba pamiętać, że w  jeszcze pewien czas temu  spędzał on dni na depresyjnym wystukiwaniu cyferek w korporacyjne arkusze kalkulacyjne. Kiedy więc zostaje postawiony przed faktem dokonanym, a jego żona podejmuje się zadania ratowania świata, nie pozostaje mu nic innego jak nauczyć się być pełnoprawnym ojcem, nie tylko po godzinach, z piwem przed telewizorem, ale w momencie kiedy jego dzieci potrzebują  go najbardziej.

W znakomitym Wybacz mi, Leonardzie Matthew Quinna pojawia się zdanie Po prostu chcę wiedzieć, czy warto w ogóle dorastać.. Zdaje się, że to pytanie poprzez bunt i sprzeciw próbują zadać swojemu ojcu zarówno Wiola jak i Maks. Dla niej dramat dorastania pojawi się w momencie, gdy po raz pierwszy ktoś łamie jej serce, dla niego, gdy musi zmierzyć się z przeciwnością losu, której to nie może pokonać swoimi nadnaturalnymi zdolnościami – czyli potworem w postaci matematyki. Sam Bob również będzie, po raz pierwszy od dawna, musiał zmierzyć się z problemami natury emocjonalnej – w jego przypadku zazdrości i urażonej, urojonej męskiej dumy.

Zobacz również: Recenzję filmu “Iniemamocni 2”

Bob Parr jest postacią tragiczną, jeśli spojrzymy na niego z perspektywy dwóch części. Były, wyklęty zbawca miasta, który po przebyciu swej choroby psychicznej wynikającej z frustracji w miejscu pracy, na chwilę miał możliwość powrotu na szczyt i znów życia tak jak zawsze tego chciał, bez wykluczeń i nietolerancji wobec jego osoby. I mimo uratowania świata po raz kolejny, znów zostaje przez niego odrzucony, sprowadzony do poziomu nic nie wartego, czterdziestoletniego mężczyzny, co tylko potęguje bardzo zmęczony głos Piotra Fronczewskiego. Sytuacja, w której się znalazł zdaje się bez wyjścia – nie ma żadnych perspektyw na rozwój zawodowy, nie potrafi dogadać się zarówno ze swoją żoną jak i swoimi potomkami, a na dodatek Jack-Jack okazuje się przewyższać go supermocami. Niewiele bowiem brakuje (zdaje się, że jedynie gatunek i target produkcji) by Bob chwycił za flaszkę i zasiadł w barze z Bojackiem Horsemanem, razem narzekając na dramaty jestestwa.

Ten pościg Boba za utrzymaniem autorytetu szczególnie widać na przykładzie jego relacji z córką. Oczywiście Bird operuje tutaj jakże utartą kliszą zazdrosnego o jedyną córkę ojca, bojącego się wypuścić ją w ramiona innego mężczyzny, ale dodaje do tego wątku jakże kluczowy pierwiastek dołującej samotności. Nic nie usprawiedliwia podejścia Boba, ale gdy spojrzymy na świat jego oczami, zrozumiemy, że był to jego krzyk rozpaczy. Wiola i Maks są przecież jedynym co mu zostało – Elastyna staje się gwiazdą, Jack-Jack jest wyjątkowo nieokrzesany, a Mrożon ma swoje życie i swoją rodzinę. Parr jest w tym świecie sam, w świecie którego nie rozumie i w świecie, który go nie toleruje.

Jak to bywa w animacjach na koniec przechodzi on przemianę i zaczyna akceptować sytuację w jakiej się znalazł i w pełni cieszyć się z roli ojca. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że Parr nadal będzie nieszczęśliwy – mimo posiadania wspaniałej rodziny, niesamowitej żony i wielu przyjaciół. Bowiem depresja nie znika poprzez pstryknięcie palcami, a on musi zrozumieć, że jego czas chcąc nie chcąc już powoli przemija, a zamiast potworów i złoczyńców, musi stoczyć najważniejszą walkę swojego życia – walkę z samym życiem. A także pogodzić się z tym, że nadeszły zmiany, a on musi nauczyć się żyć i być najlepszym superbohaterem jakim może być mężczyzna – dobrym ojcem i partnerem.

IV – Samotność w Sieci

Podobny konflikt wewnętrzny co Parr, będzie odczuwał Ralph Demolka w stosunku do Venellope. I o ile tutaj będzie mniej iście Stasiukowego dramatu puszczania ojcowskiej ręki, a więcej problemów żywcem wziętych z Małego Księcia (szczególnie przypowieści o oswajaniu) to nadal będzie wpisywał się on w wątek “ojcowskiej figury” w tegorocznych animacjach. Ralph zawsze jawił mi się jako straszy brat Venellope, zapewne ze względu na wizualną różnicę wieku. Dodatkowo spełnia on również rolę ojca, którą sobie sam narzucił – dba o nią, stara się jej bronić, ale także posiada nieznośną wręcz zaborczość w podejściu do Księżniczki. I to ów zaborczość właśnie będzie kluczowym i bodajże najciekawszym wątkiem dość miernego Ralpha Demolki w Internecie.

Kiedy odsiejemy z produkcji Disneya product placementy, dziwne żarty, nieudolne gagi zostaniemy z przejmującą opowieścią o odchodzeniu. Dopiero na dość wyciszonej, jak na animacje spod brandu Myszki Miki, końcówce można zobaczyć kunszt jaki Moore z Johnstonem prezentowali tworząc Zwierzogród. Gdy Ralph żegna się ze swoją najlepszą przyjaciółką, po raz pierwszy rozumie co to znaczy być przyjacielem nie w swój własny, urojony sposób (vide straszna nadgorliwość w relacji), a w ten naprawdę piękny – kiedy słuchanie drugiej osoby pozwala nam sprawić jej szczęście.

W momencie gdy Ralph decyduje się puścić Księżniczkę i dać jej być szczęśliwa, po raz pierwszy w historii filmów Disneya dostajemy bardzo smutny obraz przyjaźni, a morał (mimo że już podczas napisów końcowych bardziej cukierkowy), uczy nas, że nie ma nic na zawsze, a człowiek musi się nauczyć odpuszczać dla dobra drugiej osoby. I choć “Ralph Demolka w Internecie” zdecydowanie odstaje emocjonalnie od reszty animacji, to w tym małym wątku, starego człowieka zagubionego w morzu internetu, wszystko staje się realne, aż sam Saint-Exupery byłby z osiągniętego efektu dumny.

V – Prawdziwym superbohaterem na zawsze pozostaje ojciec

W całym szalonym świecie Spider-Man: Uniwersum, najbardziej poruszające – co jednak znamienne dla moich sensów kina superbohaterskiego – zdawało mi się to co przyziemne, czyli relacja Milesa z jego ojcem. Kiedy bowiem choć na chwilę odrzucimy całą magię stworzonego przez Perschiettiego, Ramseya i Rothmana uniwersum, zostaniemy z ciężką jak na ten gatunek opowieścią o konflikcie rasowym w obliczu dziejących się na ulicach samosądów i wychwalania fałszywych bożków.

Gdyby wskazać najbliższego Milesowi bohatera z tegorocznych produkcji, trzeba byłoby sięgnąć po znakomity dokument Guardiana – Black Sheep, opowiadający o czarnoskórym, młodym chłopaku, który w celu asymilacji w Essex decyduje się wejść na złą drogę. Przecież gdy młody Morales trafia do nowej szkoły, nie dość, że zdradza swoich “braci”, to już na wstępie rozumie, że całkowicie tu nie pasuje i próbuje zrobić wszystko by wrócić do starego stanu rzeczy. Jedyną ucieczką w nowej rzeczywistości zdaje się być wujek Aron, czyli uosobienie zakazanego owocu. Gdy co wieczór trafia do pięknego loftu na Bronxie, poznaje tajniki tak pociągającego przecież świata z pogranicza litery prawa.

Podobieństwa do Black Sheep nie kończą się jednak tutaj. Równie kluczowy jest wątek ojca – w przypadku Moralesa surowego i nieprzejednanego Jeffersona, który w głębi duszy oczywiście chce dla swojego syna jak najlepiej, zmuszającego swojego potomka do poprawy i wiecznej samokrytyki. Trudno jednak nie utożsamiać się z ojcem, bowiem w świecie gdzie na ulice nadal wychodzą ludzie tylko po to by zabić osobę o innym wyglądzie, trzeba dbać o to by nie pokazywać swojej słabości, szczególnie gdy jest się częścią mniejszości etnicznej. Davis swoją oschłością i protekcjonalnością, próbuje uratować Milesa od demonów zarówno rasizmu jak i tych czyhających na niego w co bardziej opuszczonych zakamarkach jego dzielnicy.

Zobacz również: Recenzję filmu “Spider Man: Uniwersum”

Jefferson Davis jest jednostką wyjątkową, bowiem – niczym wyrwany z “BlacKkKlansman” stróż prawa – próbuje udowodnić światu, że również czarnoskórzy mogą być dobrymi, jeśli nie najlepszymi policjantami w mieście. Odciąć się od wierutnych kłamstw i obelg rzucanych w jego stronę, pokazać, że najważniejsze to być po prostu dobrym i uczciwym człowiekiem.

Jednak – co najtrudniejsze – w procesie wychowywania dziecka, trzeba zrozumieć kiedy należy odpuścić. Nie da się bowiem uchronić go przed całym złem na ziemi, zamknąć na kłódkę w pokoju licząc, że nic się mu nie przydarzy. Podobnie jak Miles, tak i jego ojciec musiał wykonać skok wiary i pozwolić swojemu synowi być tym, kim on naprawdę chce i zaakceptować go takim, jakim jest.


Do dziś pamiętam jak po pierwszej fali #MeToo pojawiły się głosy, że feminizacja kina będzie miała zgubne skutki jeśli chodzi o kreowanie postaci męskich. Jak jednak pokazują tegoroczne animacje (a Oscary mimo fałszywego prestiżu są świetnym obrazem trendów gatunkowych i kierunków rozwoju kinematografii), burzenie patriarchatu i kreowanie mocnych postaci kobiecych – Matka w “Mirai”, Venellope, Helen Parr, czy Gwen Stacy – poprzez dawanie im ról protagonistek, może również przyczynić się do stworzenia niespotykanie czułych, zagubionych i wielowarstwowych figur ojcowskich czy braterskich. Trudno bowiem wskazać inny rok, który z takim pietyzmem podchodził do tematu rodzicielstwa, starł się ukazać godny i nieprześmiewczy portret zawodowych ojców, którzy to decydują się po prostu poświęcić rodzinie.

W tym roku kino dojrzało do tego, by odwrócić role i dać mężczyznom być pełnoprawnymi ojcami. I – szczególnie, że większość z animacji, chcąc nie chcąc skierowana jest do dzieci – trudno nie cieszyć się, że wreszcie dostają one wzorce jak być po prostu dobrym partnerem, czy też dobrym człowiekiem. Balzac pisał albo jest się potworem, albo najlepszym z ojców – kinematografia wreszcie zdecydowała się pokazać tych drugich.

Następnie we wprawkach oscarowych – “Kto napiszę naszą historię”, czyli o scenariuszach słów kilka 
Recenzje

“I Am the Night” [RECENZJA]

Marcin Kempisty

Zazwyczaj seriale stacji TNT przechodzą bez większego echa, widzowie nie nauczyli się spoglądać w ich stronę, mimo że na koncie tej telewizji jest całkiem przyzwoity pierwszy sezon The Alienist, tak obficie nominowany do wielu nagród, a i dwie odsłony Good Behavior z Michelle Dockery na pokładzie mogły przynieść sporo przyjemności z oglądania. Trudno liczyć na to, by premiera I Am the Night mogła coś zmienić pod tym względem, mimo że jest to zaskakująco poprowadzony kryminał, swego rodzaju trickster wśród tytułów oferowanych na początku 2019 roku.

Za kształt serialu odpowiadają Sam Sheridan (scenariusz) oraz Patty Jenkins (produkcja i reżyseria), prywatnie małżeństwo, a w tym przypadku znakomicie współpracujący tandem. Ich kooperacja nad autorską interpretacją wspomnień Fauny Hodel, zamieszczonych w książce One Day She’ll Darken: The Mysterious Beginnings of Fauna Hodel, zaowocowała stworzeniem sześcioodcinkowej serii limitowanej, w której nic nie jest takie, jakie się z początku wydaje.


Wszystko rozpoczyna się w roku 1965, kiedy to wojsko zachęca do walki w obronie ojczyzny na wietnamskich polach, istnieje niezmącona wiara w ideały stojące za powstaniem Stanów Zjednoczonych, a przedstawiciele mniejszości są nadal traktowani jak obywatele drugiej kategorii. W tych warunkach wychowuje się nastoletnia Pat (India Eisley), nieznająca swojego pochodzenia, o skórze zbyt białej dla czarnych, a zbyt czarnej dla białych. Dziewczyna dojrzewa z poczuciem głębokiego niezrozumienia i odrzucenia, aż w końcu przelewa się czara goryczy i pojawia nieodparta chęć poznania rodowych korzeni. Eskapada z Nevady do Los Angeles okaże się podróżą inicjacyjną prowadzącą do ujawnienia prawdy o niezwykle gorzkim smaku.

Zobacz również: Recenzję serialu “Czarny poniedziałek”

Obok historii nastolatki rozwija się wątek dziennikarza śledczego, weterana wojny w Korei, piszącego artykuł na temat tajemniczego morderstwa młodej kobiety. Precyzyjnie poćwiartowana ofiara, wyglądająca niczym puzzle dla zwyrodnialców, przypomina Jayowi (Chris Pine) o niegdyś prowadzonej sprawie, boleśnie ciągnącej się za nim niczym bitewne traumy i duchy pozabijanych przeciwników. A gdy już mężczyzna wpadnie na właściwy trop, objawi się przed nim rzeczywistość przepełniona fałszem, mieszczańską hipokryzją, odorem skrywanych trupów i krzykiem ofiar, których nikt nigdy nie słuchał.

Rozmowa o I Am the Night musi skończyć się albo zdradzaniem szczegółów istotnych dla fabuły, albo powściągliwym, naskórkowym dotknięciem omawianego tematu. To dosyć rzadki przykład produkcji zmierzającej w rejony kompletnie niezapowiadane w zwiastunach czy opisach. Gdy wydaje się, że serial jest kolejnym kryminałem z makabrycznym morderstwem w tle, nagle na pierwszy plan wydobywa się jedno z ważniejszych popkulturowych odniesień, symbol Ameryki sprzed rewolucji seksualnej, wykorzystany choćby w pierwszym sezonie American Horror Story.

Gdy fabuła oscyluje wokół problemów tożsamościowych Fauny, to nie wychodzi poza przyjętą obecnie narrację, skupiającą się przede wszystkim na wykluczeniu czarnych i rasistowskiej polityce prowadzonej przez dominujące białe elity. Momentami dziewczyna wikła się w przelotne miłostki, pojawia się też kilka scenek “rodzajowych” z dzielnicy zasiedlonej przez dyskryminowaną mniejszość. Wszystko ma swój odpowiedni rytm, kolor i przesłanie, lecz jest nazbyt wykalkulowane, by zyskać uznanie. India Eisley również nie potrafi udźwignąć powierzonej roli, zdecydowanie brakuje jej doświadczenia i poważniejszego wniknięcia w głąb psychiki odgrywanej postaci.

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja ze znakomitym Chrisem Pinem, którego perypetie ogląda się z rosnącym zaciekawieniem. Wprawdzie związany z nim wątek również sklecono z narracyjnych i wizualnych klisz, lecz zrobiono to ze znacznie większą starannością, jak gdyby jego historia była o wiele bardziej zajmująca dla twórców. Przedstawiony świat prostytutek, szemranych zakapiorów, obskurnych szynków, ale także salonów wyuzdanej socjety, już dawno nie wyglądał tak sugestywnie i przekonująco. A wszystko to skąpane w głębokich ultramarynach, krwistych czerwieniach i złotawo-brązowych barwach; a wszystko to obleczone dekadencko jazzującą szatą muzyczną; a wszystko to wzbudzające poczucie obezwładniającej nicości, niemożności wydobycia się z matni grzechów, kłamstw i traum.

Zobacz również: Recenzję ostatniej części “Planety Singli”

Kryminalna strona I Am the Night to zdecydowanie najmocniejszy punkt serialu. Żeby była jasność: miłośnicy zagadkowych fabuł i odkrywania tożsamości mordercy odejdą z kwitkiem, bo od rozwiązywania tajemnic znacznie ważniejsze jest odsłanianie mechanizmów, na podstawie których funkcjonuje świat przedstawiony. Pogoń za złoczyńcą jest jedynie pretekstem pozwalającym na podróż po Zjednoczonych Stanach Hipokryzji, przebadaniu każdej warstwy społeczeństwa, ze szczególnym uwzględnieniem osób posiadających prawdziwą władzę. To tam, według Jenkins i Sheridana, kryje się prawdziwe zło, tuszowane korupcją oraz przemocą.

Zatrzymajmy się jednak w połowie drogi, w miejscu, w którym Pine zostaje bestialsko potraktowany przez kupionego policjanta, kiedy to bohater zaczyna rozumieć, jak daleko sięgają macki możnych tego świata. Pozostańmy w punkcie startu, gdy pijany upada na dno i z głębokości spogląda na noc, czerń wiecznie przyoblekającą jego życie. Niech każdy samotnie przemierzy dalszą drogę, po salonach pełnych blichtru, czy korytarzach z porozwieszanymi surrealistycznymi obrazami. Owa wędrówka na pewno nie przyniesie ulgi, na końcu grozi poczucie bycia oblepionym mrokiem i brudem, ale poznanie jednego z kamieni węgielnych współczesnych Stanów może przynieść nader interesujące wnioski. Z tego względu I Am the Night najlepiej oglądać z wyszukiwarką Google pod pachą, by poznawać prawdziwe losy kolejnych nazwisk, o których jest głośno nawet po dziś dzień.



NAJNOWSZE ODCINKI MOŻNA OGLĄDAĆ NA HBO i HBO GO
Recenzje

“Planeta singli 3” czyli “Wesele” Chacińskiego [RECENZJA]

Maciej Kędziora

Podręcznik do podstaw kinematografii mówi, że każda romantyczna historia musi zakończyć się albo gorącym pocałunkiem w świetle gwiazd, albo ślubem i hucznym weselem. Jako że główni bohaterowie “Planety Singli” pierwszy finał mają już za sobą (w końcu białorycerski Maciej Stuhr na koniu zapisał się złotymi zgłoskami w historii rodzimych rom-komów), zwieńczeniem opowieści o Tomku Wilczyńskim i Ani Kwiatkowskiej musiało być powiedzenie sakramentalnego “tak”. Z tego też względu reżyserowie Sam Akina (twórca “Planety Singli 2”) i Michał Chaciński (dotychczasowy scenarzysta) zdecydowali się podjąć wyzwania zorganizowania najlepszego wesela, na miarę naszych, “tvn-owskich” możliwości.

Zobacz również: Recenzję filmu “At Eternity’s Gate”

Główną osią fabularną są przygotowania do imprezy życia państwa młodych, gdzie wszystkie drogi prowadzą do, a właściwie na, ślubny kobierec. Przygotowania są równoznaczne z ciężkim powrotem do prowincjonalnej macierzy Wilczyńskiego, bowiem w pięknej ludowej chacie czeka na niego dawno niewidziana rodzina – osamotniona matka (Maria Pakulnis), zazdrosny o sukces Wilczyńskiego brat (Borys Szyc), a także wracający ze światowych wojaży (między innymi po Nepalu), hipisowski ojciec marnotrawny (Bogusław Linda).

Nie da się więc ukryć, że Planeta Singli 3 korzysta z wielu typowych dla sequeli komedii romantycznych klisz – po typową budowę narracyjną (pozytywny początek/kryzys/happy end), przez czerpanie garściami z klasyków gatunku (szczególnie Poznaj moich rodziców i Mojego wielkiego greckiego wesela), aż do bardzo bezpiecznej i nienatchnionej artystycznym powołaniem warstwy audiowizualnej. Niemniej jednak – w przeciwieństwie do dwójki – tym razem kinofilskie nawiązania nie są wulgarnie oczywiste (vide Więdłocha jako Audrey Hepburn), a stają się jedynie przyczynkiem do przełożenia znanych już wątków na realia nadwiślańskiej prowincji. Co warto nadmienić – najczęściej ze skutkiem pozytywnym.

Oczywiście ucisk klisz bezpieczeństwa odbiera “Planecie singli 3” jakikolwiek polot, ale jednocześnie zapewnia równy, i przez większość czasu, niezły poziom całości. Ba, momentami wchodzi ona nawet na wyżyny swojego gatunku, szczególnie wtedy, gdy skupia się na pojedynczych relacjach, odzierając je ze słodyczy całej ceremonii. Idealnym przykładem jest wątek Krystyny z Anią, który po raz pierwszy w historii cyklu wywołał we mnie pewne poczucia wzruszenia, przez co jestem w stanie mu wybaczyć jego ckliwość (choć i ona jest tu zaskakująco subtelna), czy jak nazwaliby to najwięksi krytycy gatunku – tearjerking

Zobacz również: Recenzję filmu “Velvet Buzzsaw”

Film Chacińskiego i Akiny trudno już de facto nazwać romkomem, bo związek Kwiatkowskiej z Wilczyńskim wypalił się nie tyle życiowo, co ekranowo. Między innymi dlatego przemieniają oni Planetę singli 3 w komedię obyczajową, gdzie stara chata koło kościoła staje się symboliczną Polską (co przywodzi na myśl postkapitalistyczną adaptację “Wesela” Wyspiańskiego, gdzie zamiast Złotego Rogu mamy mleczną Princessę), łącząc stołeczną elitę (tu jak zawsze znakomity Piotr Głowacki w roli Marcelego) z konserwatywną wsią, geekowsko-technologiczną młodzież (Zośka), z zachwyconymi latami 70-tymi, siedemnastoletnimi, wolnymi duchami. W tym wymiarze – co mówię z nieskrywaną dozą zaskoczenia – zwieńczenie trylogii wypada zaskakująco dobrze, świetnie analizując i rozkładając na czynniki pierwsze przyczyny animozji społecznych, a także burząc “tradycyjny” patriarchat.

Wreszcie bowiem to kobiety będą miały decydujący głos w świecie “Planety Singli”. To one będą podejmowały kluczowe decyzje dla rozwoju fabuły, to one będą łączyły pracę zawodową z byciem matką, to one odkryją przed partnerami nieznany dotąd świat i wreszcie to one uratują rozpadające się wesele. Wielka w tym zasługa aktorek, w szczególności znakomitej i bardzo wyważonej Marii Pakulnis, po której widać pozornie prozaiczną chęć utrzymania szczęścia domowego ogniska i stworzonej do roli feminy-dominy Danuty Stenki, wreszcie otrzymującej pole do aktorskiego popisu.

Najgorzej – tak jak w przypadku poprzednich części – wypada tutaj sam humor sytuacyjny, choć momentami zdarzało mi się wybuchać niekontrolowanymi parsknięciami śmiechu. Chaciński świadomie zaryzykował i postawił na mieszankę wulgarnego, iście brytyjskiego humoru, połączonego z surrealizmem (rozmowa Bogdana z dębem) i owo ryzyko do pewnego stopnia się opłaciło. Trudno nie docenić tego niespotykanego w naszych warunkach bezpruderyjnego humoru, choć niestety momentami nazbyt dosłownego.

Zobacz również: Recenzję filmu “Alita: Battle Angel”

Co jednak wynosi “Płanetę Singli 3” ponad przeciętność to ta iście młodopolska chłopomania, którą można zaobserwować u większości miastowych bohaterów. Wieś oczami Chacińskiego i Akiny maluje się bowiem niczym na obrazie Malczewskiego, swojsko, z lekka przaśnie, ale jednak pięknie. Gdy Bogdan wyjrzy z okna i powie “To jest nasza piękna wieś”, stanie się idealnym uosobieniem tak popularnego ostatnio zwrotu – “małomiasteczkowy”. Gdy na weselu ludzie z dwóch innych światów będą próbować prowadzić ze sobą dyskurs, to przywiedzie on nam na myśl wiekopomne dzieło Wyspiańskiego, gdzie “co tam panie w polityce?” zastąpiono “co tam panie w wielkim świecie?”, a “sianie na jesieni’, pytaniem o posiadanie internetu.

Raz do roku w polskim kinie zdarzy się dobra produkcja z pogranicza rom-komu i komedii obyczajowej. W zeszłym roku był nim znakomity “Podatek od miłości”, w tym będzie to zapewne, bo ma do tego wszystkie podstawy, “Planeta singli 3”, która pomimo wielu różnorakich wad, ma w sobie niewątpliwie dużo szczerego ciepła. Ciepła rodzinnego ogniska, szczęścia z posiadania siebie nawzajem, a także zachwytu nad pięknem naszej wsi. A czasem będąc w kinie warto się uśmiechnąć. Tak po prostu, bez większych fajerwerków.

PS. Spiesząc z odpowiedzią na najważniejsze pytanie – Tak, “Planeta singli 3” nadaje się na walentynkowy seans!

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.