Advertisement
Recenzje

“At Eternity’s Gate” – Szaleństwo pasji [RECENZJA] (IFFR 2019)

Konrad Bielejewski

Historia malarza o imieniu Vincent van Gogh jest powszechnie znana i lubiana, będąc idealnym przykładem udręczonego, niezrozumianego artysty, walczącego przeciwko wszelkim przeciwnością życia. Van Gogh poświęcił życie, wszelkie dobra i szczęście swej malarskiej pasji, trudząc się przy tym niesłychanie z powodu presji wywieranej na niego przez środowisko rodzinne i artystyczne. Historia ta jest piękna, romantyczna, skłaniająca do rozmyślań oraz bardzo często najzwyczajniej kłamliwa. Najnowszy film Juliana Schnabela stara się naprawić błędy przeszłości, ukazując nam wybiórczo poszczególne etapy życia i twórczości nękanego demonami postimpresjonistycznego malarza.

Zobacz również: “Sex Education” – Otwarcie o waginie [RECENZJA]

Nim przejdziemy do właściwej recenzji – słowo wyjaśnienia zarzutu kłamliwości. Vincent van Gogh nie był rozpoznawalny w trakcie swego życia i nigdy nie sprzedał ani jednego obrazu, choć stworzył ich bardzo wiele. Po jego śmierci i niesłychanym „odkryciu” jego talentu wokół artysty narosło wiele legend, mitów i niedomówień, które na stałe zagościły w popkulturze, choć z rzeczywistością nie miały wiele wspólnego. Przykładem fałszywej biografii holenderskiego malarza jest z całą pewnością film Pasja życia (1956) w reżyserii legendarnego mistrza musicali – Vincenta Minnelli, oparty na powieści pod tym samym tytułem pióra znanego pisarza Irvinga Stone’a. W filmie tym, grany przez Kirka Douglasa van Gogh to romantyczny wariat, epatujący idiotycznym, źle zaprezentowanym natchnieniem do piękna natury i nieprzyjemności zwykłego życia. W tym też filmie malarz popełnia samobójstwo, by rzec, „dla zasady” i ów mit przedostał się na stałe do popkultury. Dopiero wydana zaledwie 2 lata temu biografia mistrza – Van Gogh: Życie – przedstawiła jasne i pewne fakty o ostatnich dniach życia holenderskiego malarza.

Poprzestając na tym – zwróćmy nasz wzrok na dzieło kina artystyczno-biograficznego, jakim jest At Eternity’s Gate. Reżyser Julian Schnabel podjął się wyzwania prezentacji targanego szaleństwem, tęsknotą i pasją umysłu van Gogha, podchodząc do sprawy profesjonalnie, kreatywnie i ze smakiem. Jak przystało na artystę – reżyser zajmuje się również malarstwem – jego kinowe dzieło pełne jest niesłychanie przepięknych ujęć o zróżnicowanej palecie kolorystycznej. By odzwierciedlić malarstwo postimpresjonistyczne zabawa kształtem, ruchem i światłem wypełnia film, częstokroć wprawiając widza w zachwyt i zadumę, przy delikatnym akompaniamencie wiatru pędzącego między koronami drzew. Jednocześnie perypetie szalonego malarza ukazują rozłam między ideologią impresjonistów i postimpresjonistów, potrzebę zmian przedstawioną przez burzliwą postać Paula Gauguina.

Co może być nieco kontrowersyjne, to charakter, jaki posiada kinowy odpowiednik malarza tropików i egzotycznych piękności – jest on stanowczo zbyt uprzejmy dla protagonisty w filmie, reżyser posunął się nawet do tego, by zmodyfikować oryginalny portret van Gogha w wykonaniu Gauguina – oryginał prezentuje Holendra przypominającego swą posturą i wyrazem twarzy otępionego orangutana, podczas gdy kinowa wersja obrazu ma w sobie znacznie więcej stylu. Być może był to zabieg łagodzący historię życia holenderskiego malarza, bowiem historia van Gogha do najprzyjemniejszych nie należy i jest on wybitnie postacią tragiczną – choć również z własnej winy.

W interesujący sposób reżyser przedstawił zróżnicowane nastroje malarza, który znany był z wyjątkowo wybuchowego i zmiennego charakteru. Podniecenie i pośpiech odzwierciedlają trzęsąca się kamera, niczym wzrok rozdygotanego artysty, skupiająca się na moment na detalu oka, piegów, by po chwili znów kołysząc wprawić nas w poczucie rozstrojenia. Spokojniejsze chwile zadumy i podziwu dla natury prezentowane są przez długie ujęcia, obejmujące okiem kamery bogactwo przyrody otaczającej nikłą sylwetkę malarza, płynące z wiatrem źdźbła i gałęzie, falowanie kolorów i kształtów. Te momenty pełne są pasji malarskiej, tęsknoty za przyrodą i jednością. Szare, puste korytarze sanatorium. Skąpany w porannej mgle cmentarz. Złote morze kłosów na tle błękitnego nieba. Trudno się nie dziwić pasji bijącej z oczu Van Gogha, gdy ten wreszcie siada przed płótnem i zaczyna przenosić poskręcane, szalone piękno natury.

Po prawdzie dla wielu film ów będzie prawdziwą torturą – niewiele się dzieje, widz śledzi wędrówki i rozmowy twórcy z kilku różnych momentów jego życia. Znaczną część czasu dane nam jest jedynie podziwianie piękna przyrody i słońca, gdy van Gogh jest cichy i zapatrzony. Kilka momentów dramatu i niezrozumienia. Bardzo interesująca jest relacja Gauguina (Oscar Isaac) z samym malarzem, który jest grany przez urodzonego do tej roli Willema Dafoe. Obaj aktorzy dają z siebie wszystko, Isaac potęgując dekadencję i zacietrzewienie wzbudza w swej postaci pewien rodzaj prymitywnej drapieżności, podczas gdy Dafoe gra głównie gestykulacją i mimiką, czyniąc wszystkie emocje targające malarzem widoczne na twarzy, wzmocnione błękitem oczu. Lecz poza tym konfliktem At Eternity’s Gate pozostaje raczej skąpe w słowach – zaledwie kilka krótkich rozmów, w tym z granym przez Madsa Mikkelsena kapłanem. Wszystko to działa na szkodę akcji, lecz idealnie wpasowuje się w ogólny nastrój filmu, który, wszakże traktuje bardziej o psychice wirtuoza niż szokujących elementach jego życia. Nie doświadczymy tu częstych wizyt malarza u prostytutek, ani burzliwej relacji z ojcem, czy nawet słynnego odcinania sobie ucha.

Zobacz również: “Green Book” [RECENZJA]

Delikatny – to słowo najlepiej opisuje najnowsze dzieło Schnabela. Widz towarzyszy malarzowi w momentach smutku i szczęścia, pasji i rozpaczy. Zrozumienie tego, co działo się w głowie utalentowanego szaleńca jest oczywiście niemożliwe, lecz At Eternity’s Gate jak żaden inny film zbliżył nas do tego, co odczuwał van Gogh wiele lat temu i za to należy się temu filmowi ulewa pochwał i uznanie.

Recenzje

“Velvet Buzzsaw”, czyli aksamitna masakra [RECENZJA]

Michał Palowski
Velvet Buzzsaw

Z każdym nowym projektem ozdobionym wielkimi nazwiskami, a jednocześnie lądującym bezpośrednio na Netfliksie wiąże się doza ryzyka. Czy tym razem twórcy faktycznie wykroczyli poza ramy kinowego dyskursu, czy może ich średniej jakości produkt zwyczajnie nie poradziłby sobie w finansowej machinie standardowej dystrybucji? “Nie ma sztuki bez śmierci” – tak głosi tatuaż jednej z bohaterek nowego filmu Dana Gilroya. Chciałoby się nawiązać tu do znanego porzekadła, lecz w przypadku “Velvet Buzzsaw” dym był obecny, a niestety zabrakło ognia.

Trudno się dziwić dymowi, jaki roztaczał się wokół produkcji. Kiedy w zbiorowej pamięci funkcjonujesz jako reżyser nadal świeżego i świetnie przyjętego (i do tego debiutanckiego) “Wolnego strzelca” oczekuje się od ciebie dużo. Przymknąć można oko na średnio odebranego “Romana J. Israela”, bo w końcu wracasz do gry z Jakem Gyllenhaalem – tym samym, który podniósł twój debiut do rangi jednego z najlepszych filmów dekady.

Zobacz również: „Green Book” [RECENZJA]

Dan Gilroy utrzymuje akcję swoich filmów w Los Angeles i jego najnowszy film nie zrywa z tą tradycją. Tym razem spojrzymy świat krytyków oraz handlarzy sztuką, co po wcześniejszych ekranowych oględzinach losów reportażysty i adwokata zapowiadać mogłoby luźniejszy koncept, jednak nic bardziej mylnego. Po sprawnej, choć nieco pospiesznej ekspozycji opleceni jesteśmy już gęstą siecią powiązań i układów biznesowych między świetnie wykreowanymi postaciami. Galerie sztuki to istny kocioł, w którym razem gotują się artyści, krytycy, kustosze oraz właściciele i nierzadko dochodzi między nimi do wrzenia. Dużym plusem produkcji wykreowanie postaci tak ekscentrycznych jak dzieła sztuki, które ich otaczają – szczególne oklaski dla Jake’a Gyllenhaala i Toni Collette.

Velvet Buzzsaw

Dla co bardziej ciekawskich widzów, którzy przed premierą skusili się na zajrzenie do zwiastuna, nie będzie zaskoczeniem, że film dość szybko uderza w horrorowe nuty. Początkowo jest to intrygujące i z pewnym kredytem zaufania obserwujemy, jak przedstawiona sztuka zazębi się z tym osobliwym konceptem. Centralnym punktem fabuły jest zmarły artysta zostawiający za sobą setki obrazów. Jak się okazuje, w świecie filmu są to istne dzieła sztuki, do tego autorstwa zupełnie nieznanego malarza, co jest gratką dla bohaterów traktujących sztukę jako biznes. Szkopuł w tym, że obrazy okazują się skrywać za sobą mroczne sekrety, napędzające “straszną” część filmu… W połowie seansu, kiedy fabuła zaczyna zbierać pierwsze żniwa na ekranie, stajemy się niemal pewni, że film niczym już nas nie zaskoczy. Dylematy zarysowane w ekspozycji uciekają w pretensję, a całość staje wtórną sieczką zrealizowaną bez fantazji.

Zobacz również: Alita: Battle Angel – [RECENZJA]

Rozkrok, w jakim stoi film Gilroya to jego największa, a wręcz kardynalna wada. “Velvet Buzzsaw” to tak naprawdę gatunkowy miszmasz, a scenariusz, choć z przekazem, gubi go błądząc między campowymi wstawkami i sekwencjami kina grozy rodem sprzed 15 lat. Boli to zwłaszcza dlatego, że film oferuje naprawdę świeży setting, z daleka od nawiedzonych domów czy seryjnych morderców. W dobie nowofalowych produkcji i poniekąd renesansu gatunku, jakim jest horror, odegrane od kliszy sekwencje morderstw dokonanych przez przeklęte obrazy przyprawiają co najwyżej o ziewanie, a jedyną odczuwaną przez widza emocją jest żal, że traci sprzed oczu kolejne ciekawe kreacje aktorskie. W budowaniu kilmatu nie pomaga również muzyka Marco Beltramiego i Bucka Sandersa – poza intrygującą melodią w, świetnej skądinąd, animowanej sekwencji otwierającej podczas filmu usłyszymy już głównie generyczne smyczki.

Postaci głównego bohatera (poniekąd, bo mamy tu do czynienia raczej z ensemble cast) Morfa Vandewalta należy się osobny akapit, bo to najjaśniejszy punkt filmu. Jake Gyllenhaal w tej roli jako jedyny zdaje się wiedzieć, jak ugryźć koncept takiego filmu jak “Velvet Buzzsaw”. Ekscentryczny, pretensjonalny i przerysowany krytyk wnosi świeżość do nieco sztywnej produkcji, którą większość aktorów (i reżyser) bierze nazbyt poważnie. Tutaj Jake nieco bawi się ekspresją i wyciska co się da ze scenariusza, jednak i on jest bezsilny wobec siły sztampowego horroru trzymającego fabułę w ryzach. Toni Collette i John Malkovich, gdy już pojawiają się na ekranie, również przyciągają wzrok. Patrząc na produkcję broniącą się właściwie jedynie kreacjami aktorskimi dziwi obsadzenie w drugiej najważniejszej roli Brytyjki Zawe Ashton, względnie nieopierzonej w takiej skali. Choć jej postać jest motorem napędowym fabuły, brakuje jej dynamiki i luzu kolegów i koleżanek, z którymi dzieli ekran.

Velver Buzzsaw

Zobacz również: „Sex Education” – Otwarcie o waginie [RECENZJA]

Ciekawym posunięciem Gilroya jest właściwie samo umieszczenie surowego krytyka jako głównego bohatera filmu. Jeden z wątków tyczy rzekomego “zniszczenia życia” artysty przez złą recenzję Morfa, tak wpływowego głosu – czy to zabezpieczenie reżysera przed surowymi recenzjami, czy może samoświadomy symbol dystansu wobec zjawiska wszechobecnego nadmiaru opinii? Decyzja należy do nas, przeciętnych zjadaczy chleba, którzy jako wyśmiany początkowo Hoboman ostatecznie są bohaterami dość zaskakującej klamry kompozycyjnej.

Całościowo “Velvet Buzzsaw” jest oczywiście krytyką komercjalizacji sztuki i patologiami, jakie wiążą się z nadawaniem materialnych wartości rzeczom z definicji niemierzalnych takowymi miarami. Być może stąd decyzja o sieciowej dystrybucji, stawiająca film poniekąd z boku typowych straszaków mających jedynie zmonetyzować nerwowe podskakiwanie widzów w sali kinowej. W tej aksamitnej pile tarczowej zbyt wiele jednak zgrzytów, aby pozahorrorowy przekaz wybrzmiał w pełnym potencjale.


Seriale

“Sex Education” – Otwarcie o waginie [RECENZJA]

Andrzej Badek
Sex Education

Everything’s Gonna Be Alright w tle, trzęsący się żyrandol na pierwszym planie. Następnie kamera odjeżdża do tyłu, filmując kobietę oglądającą telewizję, małego psa i mężczyznę pracującego przy stole. Następnie wychodzi na zewnątrz i kieruje się ku oknu na piętrze. W tym momencie montaż istotnie przyspiesza; widzimy nagie ciała dwojga bohaterów uprawiających seks w akompaniamencie ostrego rockowego riffu gitarowego. Szybko okazuje się, że kochankowie mają rozbieżne oczekiwania, a mężczyzna udaje swój orgazm. Tak rozpoczyna się pierwszy odcinek jednej z najnowszych produkcji Netflixa – Sex Education. Od pierwszej minuty widać, że amerykańsko-brytyjska koprodukcja będzie odważna i spróbuje opowiedzieć o seksualności w sposób inny niż kino ma w zwyczaju. Czy skutecznie?

W kolejnych minutach serialu zostajemy wprowadzeni w świat Otisa Thompsona (w tej roli Asa Butterfield), szesnastolatka, którego matka to seksuolożka i terapeutka. Młody bohater posiada, dzięki wszechobecnej w domu aury seksualności, sporą wiedzę teoretyczną w tej dziedzinie. Ten fakt stanowi punkt wyjścia dla całego serialu, który opowie historię prowizorycznej kliniki porad seksualnych, które w swoim liceum założy Otis wraz z ekscentryczną Maeve (rewelacyjna Emma Mackey).

Zobacz również: Alita: Battle Angel – [RECENZJA]

Świat przedstawiony w produkcji Netflixa jest szalenie intensywny. Wysycone barwy w sposób hipnotyzujący przykuwają oko widza. Bohaterowie są ekspansywni, często głośni, a licealny świat tętni życiem; uczniowie plotkują, kochają się, nienawidzą. Wszystko to świetnie wpasowuje się w klimat znany nam z licznych komedii romantycznych czy coming of age, które cieszą się ogromną popularnością wśród młodych widzów. To właśnie oni stanowią główną grupę odbiorców, do których skierowany jest serial.

Sex Education

Serce Sex Education bije zdecydowanie po lewej, liberalnej stronie. Znajdziemy tu prawdziwe bogactwo różnorodności; różne orientacje seksualne, odmienne modele rodziny; od tradycyjnej chrześcijańskiej począwszy, a na trudnym małżeństwie dwóch lesbijek wychowujących syna skończywszy. Na etapie scenariusza plan włączenia tylu wątków w serial, liczący zaledwie osiem odcinków po około 50 minut każdy, musiał wydawać się co najmniej ryzykowny. Został on jednak rozpisany w taki sposób, że znaczna większość postaci dostaje tutaj swoją własną historię, nadającą im głębię.

Zobacz również: „Czarny poniedziałek”, czyli Wall Street once again [RECENZJA]

Być może sukces produkcji polega na tym, że podchodzi do tematyki seksu w sposób otwarty a jednocześnie nieoczywisty. Relatywnie niewiele czasu poświęca się na ekranie na dyskusje na temat sfery fizycznej; każda terapia ma wymiar przede wszystkim psychologiczny. Odpowiedzi podawane przez serial nie są odkrywcze, ale w szerszym kontekście są niesamowicie potrzebne zarówno bohaterom, jak i dorastającym widzom. Dlaczego chcesz szybkiej inicjacji seksualnej? Czego oczekujesz od swojego partnera w trakcie stosunku? Czy wszystko jest ze mną w porządku, jeśli w wieku szesnastu lat się nie masturbuję? Trudne aspekty zostają wplecione w obraz pełen humoru; lekki i kolorowy.

Sex Education

Tam, gdzie trzeba Sex Education jest bardzo poważny. Rewelacyjnie podchodzi do szalenie trudnego tematu aborcji. Podczas gdy większość dyskusji w naszym kraju sprowadza się do analizy tematu pod względem moralnym i etycznym, w serialu obserwujemy proces przez pryzmat ciężaru decyzji i emocji, które towarzyszą jednej z głównych bohaterek. Kobieca solidarność, która zawiązuje się między nią, a starszą kobietą, która również decyduje się usunąć ciążę stwarza zupełnie nowy wymiar spojrzenia na to, z czym mierzą się postaci. Nawet protestujący pod kliniką przeciwnicy aborcji nie zostali potraktowani jako tło, ale ukazani jako ludzie z krwi i kości; początkujący idealiści, zagubieni w życiu tak samo jak inni.

Zobacz również: „Anioł” – Śmierć ma piękne oczy [RECENZJA]

Każdej relacji ukazanej w produkcji daleko do ideału. Matka bohatera niejednokrotnie narusza jego prywatność, najlepsi przyjaciele ranią się nawzajem, młodzieńcze miłości rodzą się i umierają. W większość z nich tchnięto jednak duże pokłady ciepła, które, wraz z niedoskonałościami, nadają im dużo naturalności. Relacje te składają się w spójną i dynamiczną społeczność, w której skład wchodzą zarówno buntownicza Maeve, mieszkająca sama w małej przyczepie kempingowej, mający problemy z samoakceptają Otis, będący pod silną presją ambitnych matek Jackson czy Eric, którego ojciec powoli zaczyna akceptować odmienność syna.

Netflix oddał w ręce widzów niesamowicie przemyślaną produkcję. Obraz, celujący w nastolatków, będący z pozoru klasycznym teen drama, okazuje się być doskonałą okazją, żeby oswoić tematy, które nadal pozostają zbyt często w sferze tabu. Sex Education jest bardzo samoświadomy i, choć nie może być substytutem tytułowej edukacji seksualnej, w ramach której należy powiedzieć o wiele więcej, może stanowić jej istotne uzupełnienie.


Recenzje

“Alita: Battle Angel” – [RECENZJA]

Marcin Kempisty

Kilkunastoletnia odyseja nareszcie dobiegła końca, a pomysł zekranizowania mangi o przygodach dzielnej Ality przerodził się w widowisko kosztujące producentów dwieście milionów dolarów. O perypetiach realizacyjnych Jamesa Camerona, dotyczących zarówno recenzowanego tytułu, jak i kolejnych części Avatara, można zapewne napisać niejedną książkę. Według niektórych źródeł Kanadyjczyk już od 2000 roku przymierzał się do nakręcenia tego filmu. Złośliwi mówią, że artysta oddaje scenariusze własnego autorstwa, w które nie za bardzo wierzy (przykład Kathryn Bigelow i Dziwnych dni), dlatego też po wielu perturbacjach na reżyserskim stołku finalnie zasiadł Robert Rodriguez. Mariaż to przedziwny, nawet jak na hollywoodzkie standardy, wszak doszło do spotkania twórców z kompletnie innych bajek. Post-tarantinowski narwaniec zazwyczaj rozstrzeliwał serią bluzgów nadciągający patos, a Cameron to ojciec nowoczesnego kina często sięgający po poważne tematy, nieuciekający od romantycznych uniesień i wzniosłych haseł. Tymczasem z połączenia sił między idealistą, a dzieckiem kina “klasy B” narodziła się Alita: Battle Angel.

XXVI wiek, niegdyś niebieska planeta przypomina wysypisko śmieci, znane choćby z pixarowego Wall-E. Minęło trzysta lat od Upadku, wojny między ziemskimi oddziałami, a Zjednoczonymi Republikami Marsa, lecz ludzkość nadal boleśnie odczuwa skutki tego pandemonium. Ostało się tylko jedno miasto, zawieszone między gruntem a stratosferą, ponoć wysoko rozwinięte technologicznie. Kamera nie spojrzy jednak ani razu w uliczki Zalem, nie przedstawi tej Ziemi Obiecanej, obiektu westchnień biedoty zamieszkującej miasto poniżej podniebnej metropolii. To na dole, wśród gruzu i niepotrzebnych nikomu części, doktor Dyson Ido (Christoph Waltz) odnajdzie szczątki kobiety z jeszcze funkcjonującym mózgiem, doczepi do jej fragmentu korpusu mechaniczne części i stworzy racjonalnie myślącego cyborga Alitę (Rosa Salazar), technoistotę zdolną do odczuwania smaków oraz zapachów.

Początkowe fragmenty filmu przypominają laicką wersję historii o Frankensteinie, gdzie przestrach nad demiurgicznymi zapędami człowieka zostaje zastąpiony apologią życia w każdej możliwej formie. W przedstawianym świecie już dawno zostały rozstrzygnięte wszelkie spory natury etycznej, granica między technologią, a ciałem została bezpowrotnie zatarta. Bogiem jest każdy, kto potrafi połączyć metal z tkanką ludzką, zaś śmierć straciła swój pierwotny charakter. To w tej rzeczywistości przyjdzie się odnaleźć Alicie, niepamietającej wcześniejszego życia, na nowo uczącej się obcowania z innymi, niczym dziecko ponownie poznającej smak pomarańczy i czekolady. Krótko potrwa idylla Gepetta i jego ożywionej “kukiełki”, gdyż na każdym kroku czyhać na nich będzie niebezpieczeństwo.

Również z pierwszymi minutami projekcji przed widzem objawi się zasadniczy problem oglądanego filmu, ostatecznie nierozstrzygnięty aż do ostatnich sekund. Z jednej strony historia będzie niekiedy zmierzała w stronę transhumanistycznego traktatu, charakterystycznego dla Camerona, okraszonego monologami na temat natury życia, czy ponadgatunkowej miłości. Z drugiej strony postępowanie głównej bohaterki będzie prowadziło ją w stronę fizycznej konfrontacji z przeciwnikami, rządzonymi przez tajemniczego Novę. To właśnie we fragmentach ulicznych bijatyk będzie objawiać się charakterystyczny styl Rodrigueza, wspomagany dodatkowo cyberpunkową estetyką. Poleją się płyny z maszyn, kończymy zostaną poobrywane, a głowy poobcinane.

Mimo że jest to produkcja przeznaczona dla widowni już od trzynastego roku życia, to nie obejdzie się bez brutalnych, niezwykle widowiskowych pojedynków. Scenariuszowy rozkrok między różnymi stylistykami jest momentami nie do zniesienia, bowiem trudno przez to ustalić, jakie jest DNA tej produkcji i do kogo jest ono adresowane. Gdy wydaje się, że na ekranie objawia się nowa wersja Ghost in the Shell, to wnet pojawia się atmosfera młodzieńczej historii inicjacyjnej, z miłostkami i kłopotami tożsamościowymi na czele. Być może problem tkwi również w błędnym założeniu twórców, ponieważ wydaje się, że Alita: Battle Angel to zaledwie przedsmak, pierwsza część dłuższej serii, dlatego też położenie fundamentów pod nowe uniwersum jest momentami ważniejsze od płynnego prowadzenia historii. Jednocześnie zderzenie dwóch silnych osobowości doprowadziło do stworzenia tytułu niejednorodnego, rozstrzelonego tematycznie i formalnie w zbyt wiele kierunków.

Naturalnie najwięcej czasu twórcy poświęcają tytułowej protagonistce, śledząc jej walkę o odkrycie prawdy na temat przeszłych losów. Pewnie dla niektórych widzów ogromne oczy bohaterki (przeniesione żywcem z mangi) będą trudne do zaakceptowania, lecz ta “skaza” na jej urodzie paradoksalnie dodaje jej więcej człowieczeństwa. Szybko można zapomnieć o tym, że jest cyborgiem, nawet jeśli mimika jej twarzy jest jeszcze udoskonalana przez efekty komputerowe. Bijący od Salazar entuzjazm to bodaj najjaśniejszy punkt całej obsady, gdy reszta będzie jedynie pionkami, schematycznie przemieszczającymi się po fabularnej szachownicy. Gdy Waltz nie może grać swojej ulubionej postaci z Bękartów wojny, to pozostaje kompletnie nijaki, Jennifer Connelly zostaje sprowadzona do roli podrzędnej femme fatale, dzięki której można poznać tajniki futurystycznego haute couture, zaś Mahershala Ali to niczym niewyróżniający się przeciwnik, z mrocznym, niskim głosem, w płaszczu ukradzionym z planu zdjęciowego do Matrixa.

Wprawdzie Alita: Battle Angel to produkcja osadzona na dobrze znanych schematach, lecz nie można jej odmówić szczerości, trzeba docenić to mocno bijące cyberserce. Cameron zapewne uczciwie staje w obronie przyszłego proletariatu, ostrzegając przed powrotem feudalnych zależności, tym razem ufundowanych na technologicznej przewadze. Wszelkie nawiązania do starożytnego Rzymu (walki “gladiatorów” i reakcje widowni, chodzący po ulicach Centurioni, kolonialna zależność między centrum, a peryferiami) są tutaj nieprzypadkowe. Udaje się autorowi Titanica przemycić pewne dystopijne wątki, chociaż bez wątpienia Kanadyjczyka należy zawsze umiejscawiać po stronie apologetów postępu. W końcu to człowiek nosi w sobie pierwiastek zła, a nie maszyna, którą chce wykorzystać dla swoich partykularnych interesów.


Dziecko Rodrigueza i Camerona stworzone jest z części do siebie nieprzystających, lecz jednoznaczna krytyka byłaby zbyt niesprawiedliwa. Stworzone przez nich dzieło odznacza się z rzadka spotykaną, pomysłową widowiskowością, a wybór głównej bohaterki pozwolił na dodanie odrobiny lekkości do dosyć ponurego przekazu. Mimo potwornej schematyczności udało się reżyserom tchnąć ducha w ten scenariuszowy egzoszkielet. Chociaż wątpliwości i kolejne przekładane daty premiery okazały się uzasadnione, to Alita: Battle Angel jest przynajmniej filmem sprawiającym kinofilską frajdę. Nie chodzi nawet o delikatne nawiązania (choćby do Terminatora), lecz o niezniszczalną cameronowską wiarę w siłę wykorzystywanego medium, zdolnego przygotować ludzkość na to, co nieuchronnie w przyszłości nastąpi.

Publicystyka

Czy Oscary wędrują do najlepszych filmów sezonu? [FELIETON]

Andrzej Badek

Jak co roku, nominacje do Oscarów, czyli nagród Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej, wzbudziły liczne kontrowersje wśród europejskich, a szczególnie polskich widzów. Najbardziej prestiżowa nagroda świata to rokrocznie okazja do konfrontacji własnego gustu z gustem członków Akademii, wyrażenia oburzenia ze względu na pominięcie pewnych produkcji wśród pretendentów do tytułu najlepszego filmu, czy po prostu sposób na wyłowienie wartych obejrzenia produkcji ze świata kina. Wydaje się jednak, że w całej dyskusji na ten temat brakuje większości z nas zrozumienia, czym są te nagrody, o co w nich chodzi i dlaczego nominacje dla Czarnej Pantery albo Bohemian Rhapsody nie są bynajmniej przypadkiem.

Po pierwsze, należy sobie wyjaśnić, że Fabryka Snów, wbrew chwytliwej i pięknej nazwie, nie nagradza filmów najlepszych. Nie robi tego z pełną świadomością, nie robiła tego nigdy i nie należy oczekiwać, że nagle zacznie to robić. Hollywood od początków istnienia interesują zasadniczo dwa aspekty kina; wybitne osiągnięcia techniczne, stylistyczne i formalne oraz produkcje poruszające istotne z amerykanocentrycznego punktu widzenia problemy społeczne.

Zobacz również: Dlaczego „Czarna Pantera” to najważniejszy film 2018 roku? [FELIETON]

Jeśli gdzieś głęboko w Was czai się myśl, że jest inaczej lub, że kiedyś było inaczej, szybkie spojrzenie na listę produkcji nagradzanych na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat powinny rozwiać wszelkie wątpliwości. Statuetki wędrują do twórców, którzy opowiadają o mrocznych sekretach Ameryki, trudach wojny w Wietnamie, bohaterstwie żołnierzy w czasie II Wojny Światowej, o Wojnie Secesyjnej, o społecznych nierównościach, o życiorysach ludzi, którzy wpłynęli na anglosaski świat, o losach imigrantów, którzy przybyli do USA z Europy, Azji czy Meksyku. Od czasu do czasu nagradza się projekty mniejsze lub społecznie niezaangażowane, ale robiące gigantyczne wrażenie, jak kręcony na jednym (w teorii) ujęciu Birdman, epicki Władca Pierścieni albo hołdujące klasycznemu kinu Hollywood, wśród których wymienić można Chicago, Artystę czy niedawne La La Land.

Oscary
Barry Jenkins i Damien Chazelle.

Jakość scenariusza, z naszego, europocentrycznego punktu widzenia, w tych filmach schodzi niejednokrotnie na dalszy plan. Ale przecież my dostajemy te filmy poniekąd przypadkiem. Nie są one kręcone dla nas, ponieważ reprezentujemy odmienną kulturę, jakkolwiek wywodzącą się z jednego źródła to oddzieloną tysiącami kilometrów oceanu. Sztuka natomiast nie wisi w próżni. Rolą artystów zawsze było komentowanie bieżącej rzeczywistości, redefiniowanie sposobu myślenia odbiorcy. Patrząc pod tym kątem, wszelkie zarzuty dyskredytujące nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej jako polityczne wydają się irracjonalne. Tak, Oscary są polityczne. Takie były od początku swojego istnienia. Hollywood zawsze stało na pozycji komentatora bieżących wydarzeń, punktując Zimną wojnę, lustrując amerykańską politykę, wspierając antywojenne ruchy hipisowskie.

Zobacz również: „RBG” – The Notorious RBG [RECENZJA]

Tegoroczna edycja nagród nie jest wyjątkiem od tej reguły w żadną stronę. Bohemian Rhapsody to opowieść o realizowaniu amerykańskiego snu, oparta na faktach, bazująca na biografii jednego z najpopularniejszych frontmanów w historii. Roma to obraz będący gigantycznym osiągnięciem technicznym, ale także poruszający żywy temat Meksyku, szczególnie gorący w ostatnich tygodniach, ze względu na shutdown rządu Donalda Trumpa, spowodowany sporem prezydenta z kongresem w sprawie finansowania muru na granicy amerykańsko-meksykańskiej i wpływający na życie niemal każdego mieszkańca USA.1

Oscary
Obsada filmu “Moonlight” podczas odbierania Oscara w kategorii “Najlepszy film” w 2018 roku.

Innym problemem, który pojawił się w amerykańskiej debacie w ostatnich latach jest kwestia nierównego traktowania mniejszości ze względu na odmienny kolor skóry. Wydaje się, że dla polskiego widza ta kwestia pozostaje skrajnie abstrakcyjna, czemu trudno się dziwić. Polska pozostaje w dalszym ciągu krajem, w którym ludzie o innym kolorze skóry stanowią niewielki odsetek ludności. Nie jesteśmy także obciążeni tak trudną historią nietolerancji jak obywatele USA. Często dochodzi w związku z tym do swoistego dysonansu poznawczego, gdy polski widz otrzymuje produkcję traktującą problem rasizmu jako coś oczywistego, mimo że sam nigdy się z nim nie zetknął w swoim życiu!

Zobacz również: „Anioł” – Śmierć ma piękne oczy [RECENZJA]

To pokazuje zresztą, w jak dużej hipokryzji żyło Hollywood przez ubiegłe dekady, prezentując nam sytuację czarnoskórych obywateli głównie północnych stanów kraju, o zacofanym Południu wspominając jedynie przy okazji dramatów historycznych, czy nielicznych współczesnych westernach, gdzie temat także był zamiatany pod dywan. Pod tym względem, świetną rolę edukacyjną pełnią Blackkklansman czy Green Book, traktujące o głębokich korzeniach uprzedzeń w głębi kontynentu.

Oscary
Kadr z filmu “Green Book”

Te produkcje pozwalają nam zdać sobie sprawę, że pełnię praw obywatelskich czarnoskórzy z USA otrzymali dopiero w latach 60′ za kadencji Lyndona B. Johnsona, po wprowadzeniu The Civil Rights Act w 19642, The Voting Rights Act3 w 1965 oraz The Fair Housing Act w 1968 roku4. Oznacza to, że zaledwie 50 lat temu dyskryminacja ze względu na kolor skóry była w USA nie tylko powszechna, ale usankcjonowana prawnie! Jeśli weźmiemy pod uwagę, że ludzie z Południa, wychowani w tamtym okresie mają dziś około 60-70 lat i pełnią kluczowe stanowiska w swoich stanach, łatwo jest nam zrozumieć, że dyskusja na temat rasizmu w roku 2019 wcale nie jest rozważaniem teoretycznym, ale aktywnym starciem myśli liberalnej Północy z tradycyjnymi i nadal żywymi wartościami Południa.

Zobacz również: „Green Book” [RECENZJA]

O faktycznych problemach w kwestii równości powstało wiele artykułów naukowych, publicystycznych oraz statystyk, a w świecie gorące emocje wzbudził powołany w 2013 roku ruch Black Lives Matter, skupiający się na nierównościach w sposobie traktowania obywateli USA przez oficerów policji w zależności od koloru ich skóry5. Temat ten jest stosunkowo nowy w amerykańskiej kinematografii oraz w debacie publicznej, mimo że od wielu lat istnieją liczne przesłanki, że w licznych regionach kraju równość na tle rasowym nie jest taką oczywistością, jak chcielibyśmy w to wierzyć6.

Oscary
Kadr z filmu “BlacKkKlansman”.

Współcześni twórcy ukazują te kwestie na wielu płaszczyznach. Spike Lee w Blackkklansman robi to tworząc kryminał, Peter Farrelly kręci kino drogi, w którym porusza kwestie problemu z odnalezieniem własnej tożsamości przez czarnych urodzonych w kraju, który w pełni ich nie akceptuje, Jordan Peele sięga po horror, żeby naświetlić kwestie „miękkiego” rasizmu, jaki dotyka mniejszości ze strony pozornie postępowych przedstawicieli klasy średniej, natomiast Ryan Coogler wprowadza do kina pierwszego superbohatera o czarnej skórze, który jednocześnie reprezentuje swoją odmienność kulturową.

Zobacz również: „BlacKkKlansman” [RECENZJA]

Analizując czym jest, lub też czym stara się być nagroda Amerykańskiej Akademii Filmowej, trudno uznać, że nominacja dla Czarnej Pantery jest tak nieuzasadniona, jak pierwotnie mogłoby się wydawać. Bezzasadnym wydaje się również twierdzenie, że w zamian za nią nominację powinno zgarnąć Avengers: Wojna bez granic. Abstrahując od jakości produkcji, nie ona ma tu znaczenie. Znaczenie ma, że Czarna Pantera przyciągnęła do kin miliony Afroamerykanów, którzy wreszcie dostali swojego superbohatera na ekranach kin. Swoją popkulturową działkę, w kraju który popkulturą żyje i jest jej światowym symbolem. To ważny krok do społecznej akceptacji naznaczonej wojnami i krwawą niewolniczą historią inności.

Oscary
Chadwick Boseman na gali oscarowej w 2018 roku.

W tym roku kolejny raz nie zgadzam się z Oscarami. Pominięto liczne produkcje, który poruszyły mnie znacznie bardziej niż główna nominowana ósemka. Dzieje się tak dlatego, że jestem Europejczykiem; żyję w Polsce, gdzie mamy zupełnie inne problemy, z którymi rodzimi twórcy mierzą się lokalnym kinie. Komentując nagrody Akademii staram się wziąć je w kulturowy nawias, spojrzeć na nie z perspektywy mieszkańca USA, co i Wam wszystkim polecam.

Zobacz również: „Brexit” jako wojna obywatelska… [FELIETON]

Na koniec dodam, że tym bardziej należy docenić sukces Zimnej wojny Pawła Pawlikowskiego i trzech nominacji oscarowych; nie jest to bowiem produkcja, która dostała się w łaski krytyki dzięki tematowi; abstrakcyjnemu dla Amerykanów w równym stopniu, co systemowy rasizm dla Polaków, ale dzięki rewelacyjnym osiągnięciom technicznym.


Przypisy:

1https://www.thoughtco.com/government-shutdown-history-3368274https://www.nytimes.com/2019/01/02/us/whats-affected-government-shutdown.html

2https://finduslaw.com/civil-rights-act-1964-cra-title-vii-equal-employment-opportunities-42-us-code-chapter-21

3https://www.justice.gov/crt/history-federal-voting-rights-laws

4http://legal-dictionary.thefreedictionary.com/Fair+Housing+Act+of+1968

5https://www.theatlantic.com/politics/archive/2017/08/drawing-distinctions-antifa-the-alt-right-and-black-lives-matter/538320/https://ajph.aphapublications.org/doi/full/10.2105/AJPH.2015.302706#

6https://www.apha.org/policies-and-advocacy/public-health-policy-statements/policy-database/2014/07/11/14/16/impact-of-police-violence-on-public-health

Recenzje

“Green Book” [RECENZJA]

Mikołaj Krebs

Z każdym kolejnym rokiem temat problemów rasowych wydaje się być poruszany coraz częściej w światowym kinie. Zarówno Green Book. jak i jego konkurent  w tegorocznym sezonie nagród, BlacKkKlansman, zahaczają o tę tematykę i to w podobnym okresie historii Stanów Zjednoczonych. Wydawać by się mogło, że biorąc tytuł od The Negro Motorist Green Book, czyli przewodnika dla Afroamerykanów, zawierającego listę przyjaznych im miejsc na terenie całych Stanów Zjednoczonych i opowiadając historię Dona Shirleya, czarnoskórego muzyka, który ruszył w trasę koncertową po uprzedzonym wobec czarnoskórym Południu USA, temat ten będzie wybrzmiewał z niespotykaną wyrazistością. Niestety, tak się nie dzieje. Co wcale nie oznacza, że nie stanowi istotnego głosu w dyskusji.

Czarnoskóry doktor muzyki i wirtuoz fortepianu, Don Shirley (Mahershala Ali) wynajmuje syna włoskich emigrantów z Bronxu i byłego ochroniarza w klubie, Tony’ego „Wargę” Vallelongę (Viggo Mortensen), jako swojego kierowcę a zarazem ochroniarza podczas trasy koncertowej po Czarnym Pasie Stanów Zjednoczonych. Podczas tej wyprawy twórcy zaserwują nam historię inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami, o relacji ponad podziałami rasowymi i klasowymi, ale, przede wszystkim, opowieść o niezwykłej przyjaźni, która połączy dwóch bohaterów.

Na dźwięk nazwiska Petera Farrelly’ego większości prawdopodobnie przypominają  się komedie, takie jak Głupi i głupszy, czy Ja, Irena i Ja. Peter, mimo że tym razem staje za kamerą bez brata, nie porzuca swojej komediowej nuty. Skutkuje to wieloma mniej lub bardziej udanymi akcentami humorystycznymi, bazującymi głównie na kontraście między ekstrawertycznym i rozgadanym Vallelongą a skrytym w sobie i oszczędnym w słowach Shirleyem. Niestety, w trakcie seansu rzucają się w oczy braki warsztatowe reżysera w tworzeniu kina dramatycznego. Są one jednak istotnie złagodzone przez fenomenalny duet aktorski – Mahershala i Viggo budują niesamowitą atmosferę i to na ich barkach spoczywa odpowiedzialność sukces produkcji. Po obejrzeniu Green Book nie jestem w stanie wyobrazić sobie żadnego istniejącego duetu aktorskiego, który wypadłby na ekranie tak znakomicie jak ta dwójka.

Obaj panowie zostali zresztą docenieni między innymi przez Amerykańską Akademię Sztuki i Wiedzy Filmowej, która nominowała Mortensena do nagrody za pierwszoplanową rolę męską a Alego – za drugoplanową. Po obejrzeniu filmu nie można nie odnieść wrażenia, że pomimo dzielenia przez aktorów podobnego czasu ekranowego, to właśnie Tony wysuwa się na pierwszy plan. Bezpośredni, szczery, kierujący się prostą logiką, wyniesioną z nowojorskich ulic, Warga jest zdecydowanie bliższy większości widzom niż ascetyczny, dystyngowany, czy snobistyczny wręcz Don Shirley. To od Vallelongi i jego rodziny rozpoczynamy naszą znajomość z bohaterami filmu i to właśnie tę familię mamy jeszcze okazję niejednokrotnie na ekranie zobaczyć. Dzieje się tak ze względu na fakt, że film powstał w oparciu o wspomnienia Tony’ego, które do scenariusza zręcznie wplótł jego syn, Nick Vallelonga.

Green Book prawdziwie rozkwita, kiedy obaj panowie nareszcie ruszają w trasę. Między kolejnymi koncertami, które, notabene, w aranżacji Krisa Bowersa tracą część swojego jazzowego stylu by bardziej wpasować się w kanon muzyki filmowej, opowiedziane zostają pojedyncze historie i zdarzenia, które kształtują relacje między bohaterami, a ostatecznie również ich samych. Z jednej strony, Tony, doświadczony mieszkaniec dzielnicy biedoty częstuje Shirleya jego pierwszym smażonym kurczakiem prosto z Kentucky, czy uświadamia pracodawcę na temat jego niewiedzy o afroamerykańskiej kulturze; kulturze ludzi nie takich jak Don, lecz będących przedstawicieli niższych klas. Ten kontrast wybrzmiewa szczególnie w dwóch scenach – jednej, kiedy muzyk przygląda się swoim pobratymców pracującym w polu, oraz drugiej, podczas emocjonalnej kłótni w samochodzie. Z drugiej strony, Shirley edukujący Vallelongę, zapoznający go z podstawowymi zasadami etykiety, wyrafinowanym słownictwem czy służący pomocną dłonią w redagowaniu listów do małżonki. A co najważniejsze, zwalcza istniejące w nim uprzedzenia. Powyższe sceny to, oczywiście zaraz po aktorach, największy atut tej produkcji. Nadają tempo i pozwalają odhaczać kolejne składniki na liście feelgoodowego kina, dzięki czemu całość przybiera uniwersalny i przystępny charakter dla widza.

Niestety, cierpi na tym wszystkim przekaz, który próbuje wpleść do produkcji Farelly. Dyskryminacja rasowa to nie jest coś, co można załatwić kilkoma scenami kompromitującymi rasizm. Wygląda to tak, jakby do samego końca reżyser nie był zdecydowany, czy chce zbudować oś fabularną w oparciu o tę tematykę, czy też potraktować południowoamerykański rasizm jako część świata przedstawionego, dając jedynie banalne potwierdzenie, że ten problem istniał na taką skalę w niedalekiej przeszłości, a skupić się na opowiedzeniu o prawdziwej, męskiej, braterskiej przyjaźni z kliszowym happy endem.

Tym niemniej, Green Book dostarcza mnóstwo satysfakcji z oglądania; lekka formuła przeplatana mniej lub bardziej sprawnie wplecionymi poważnymi tematami, dzięki Mahershali Alemu i Viggo Mortensenowi błyszczy w pełni swojego potencjału. Farelly pokazuje, że podobnie jak na klawiaturze fortepianu marki Steinway, tak i w życiu prawdziwa harmonia nie jest osiągalna z wykorzystaniem tylko jednego koloru . Nie jest to pozycja, którą można rozpatrywać pod kątem egzystencjalnego arcydzieła, ale film, którego seans sprawi wam najwięcej przyjemności w całym tegorocznym sezonie amerykańskich nagród filmowych, mimo dużej konkurencji na tym polu. Macie na to moje słowo.*

* – recenzent zastrzega sobie prawo do łamania słowa
FestiwaleFilmyHer Docs 2020Recenzje

“RBG” – The Notorious RBG [RECENZJA]

Kamil Walczak
RBG
fot. Zaprzysiężenie Ruth Hader Ginsburg

Do produkcji takich jak ta podejście nie-Amerykanina – outsidera, osoby zwyczajnie niezainteresowanej kontekstem politycznym w Stanach Zjednoczonych – może wydawać się trudne. Zresztą, przecież nie wszystkich za Oceanem muszą pociągać tematy popkulturowo-społeczne. To w końcu historia o sędzi Sądu Najwyższego (Supreme Court), swego rodzaju homagium ku czci bliżej nieokreślonej figury, która walczyła (i walczy) o legislacyjną równość kobiet i mężczyzn względem majestatu prawa. Tym bardziej więc Julie Cohen i Betsy West zasługują na niemałe pochwały, bo uczyniły RBG dokumentem pełnym, łatwym w odbiorze, a także – co chyba najważniejsze – solidnym i przekonującym artefaktem świadczącym o tym, że dzisiaj jest inaczej niż kiedyś. A zaskakująco wiele, i to nie tylko Amerykanie, zawdzięczają tej przesympatycznej 85-letniej kobiecie w kwiecie wieku, której nie odważyłbym się nazwać staruszką.

Ruth Buder Ginsburg to urodzona w Brooklynie prawniczka, absolwentka takich uniwersytetów jak Cornell czy Harvard, w latach 90. zaprzysiężona jako druga w historii kobieta na stanowisko sędzi Sądu Najwyższego w USA. Wydaje się, że jest to wprost idealne pole do pociągnięcia feministycznej opowieści o uciskaniu kobiet, walce z nierównościami i zagraniu trochę na nastrojach rewanżowych względem płci przeciwnej. Ale to wcale nie tak. Twórczynie wychodzą z założenia, że RBG to już z miejsca ikona popkultury, bohaterka memów i bohaterka wielu ludzi. Celem filmu jest niejako odkrycie proweniencji jej sławy. Prześledzona zostaje jej biografia, wiek uczelniany, poznanie ukochanego męża, w końcu kariera jako jedna z najwybitniejszych pełnomocniczek w walce o równouprawnienie płci – i to pełne, zarówno wobec kobiet, jak i mężczyzn. Wielu argumentuje, a film to dosłownie potwierdza, że to właśnie dzięki Ginsburg kobiety uzyskały tak liczne prawa (a raczej: zagwarantowano im to samo, co mężczyznom) w latach 70. i później w latach 90.

Jeżeli chodzi o względy czysto formalnym, nie ma co się oszukiwać. RBG wykorzystuje konwencjonalną formę dokumentu i konwencjonalnie ją eksploatuje. Biorący udział w zeszłorocznym Sundance film zdaje się bryzą świeżości, gdy spojrzy się na jego fantastyczne tempo i skrupulatnie wyważoną ekspozycję, ale żaden z tego powiew. Przy takiej opowieści nie musi to być jednak jednoznaczną wadą. Narracja prowadzona jest przez kolejne osoby, z którymi twórcy przeprowadzają wywiad (w tym z samą protagonistką), a także poprzez archiwalne nagrania audio i wideo. Czyni to z tego dzieła rzetelny, choć ewidentnie nacechowany liberalnie, portret epoki dyskryminacji i niesprawiedliwości. Jeśli film przybiera pozy doniosłości, to czyni to w słusznej sprawie. A całkiem słuszną sprawą jest konfrontowanie przypadków zwykłych ludzi z państwem, które zbyt przyzwyczaiło się do tego, że kobieta winna zajmować się domem i dziećmi, a mężczyzna zarabiać na dom. Ginsburg mówi zdecydowanie, merytorycznie i zaangażowanie, choć jest tak skrytą i cichą osobą: Żyjemy w czasach, kiedy warto dążyć do czegoś, kiedy warto stawić czoła tradycjom i bić się za ideę.

W całości bodaj najbardziej odurza mnie ciepło tej produkcji. To poczucie, że co by nie sądzić o działalności bohaterki, mamy przed oczami człowieka prawego, który jest inspiracją dla nowych pokoleń. Znakomicie ilustruje to spotkanie RBG z uczniami college’u pod koniec filmu. Przestrzeń w filmie wydaje się na tyle swobodne, że z wyczuciem poprowadzono tutaj wątek szczerze kochanego i wspierającego męża, Marty’ego Ginsburga, z memiczną genezą kobiety, którą u schyłku kadencji Obamy namawiano do odejścia. Ale ona pozostała nieustępliwa. Dzięki swojej otwartości na ludzi, profesjonalizmowi i postępowaniu, które staje się dla młodych Amerykanów wzorem, nadano jej przydomek ” Notorious RBG” od słynnego rapera “The Notorious B.I.G.”. Dziś dalej trzyma formę, ćwiczy na siłowni, pasjonuje się operą. I, jak zapewnia, nie ma w planach zrezygnować.

Można się słusznie zastanawiać, na ile rekognicja filmu Cohen i Best bierze się z podatnego tematu i zagraniu na nosie republikańskiego wierchuszce. Nawet gdyby oddzielić ten dokument od kontekstu politycznego, dalej ma się czym bronić. Ruth Bader Ginsburg to niepodważalna ikona, funkcjonująca już dziś jako legenda, a film zdaje się tego żywym, zaangażowanym i zdecydowanym zapisem. Najbardziej wyjątkowo brzmią te przemowy Ginsburg sprzed 40 lat, kiedy, zdaje się, zmieniła kształt postrzegania pewnych spraw i jako amicus curiae dążyła do uniwersalizacji prawa dla wszystkich. Ciężko tutaj mówić o lewackiej propagandzie – to nader ludzkie dążenie do tego, by nikt nie czuł się wykluczony. I żeby litera Konstytucji mogła w końcu odnosić się do każdego, bez wyjątku. RBG obie strony sporu politycznego – cokolwiek to dzisiaj znaczy – powinny przyjąć z pokorą, choć jest to świadectwo subiektywne. Dowodem niech na to będzie relacja, jaka łączyła Ginsburg z Antoninem Scalią (zm. 2015), jednym z najbardziej skrajnych konserwatystów w Sądzie Najwyższym ostatnich dekad. Mimo drastycznych nieraz różnic w poglądach zostali bardzo dobrymi przyjaciółmi, dystansując się od różnic politycznych. Pytanie, czy ktokolwiek w Polsce jeszcze by tak potrafił, czy raczej spory światopoglądowe wzięliśmy już tak bardzo na serio, że jedyna ugoda, jaka nas czeka, to ta sądowa.

Ciężko mi ukryć, że RBG potrafi wzruszyć. W bardzo prosty, bezpośredni sposób mówi o tym, jak zmieniło się nasze społeczeństwo, choć dalej mamy sporo do zrobienia. Kiedy Ruth została wyalienowana w SN przez republikańskich nominatów, nie pozostała bezczynna. Nie atakowała nikogo, ale jako członek senioralny korzystała ze swoich uprawnień i żywo składała tzw. zdania odrębne. To taka przestroga, gdyby ktoś sądził, że jego zdanie i tak nie ma znaczenia. Robiła tak wcześniej i robi tak nadal, starając się działać na pełnych obrotach. Pod koniec zeszłego roku przeszła operację lobektomii i obecnie jest hospitalizowana, ale lekarze przewidują pełną rekonwalescencję. I może teraz akurat nie spotkacie RBG w jej gabinecie, ale już od następnego piątku będziecie mogli ją zobaczyć w występie cameo w filmie LEGO: PRZYGODA 2 – oczywiście w roli samej siebie.

Ocena

7 / 10
Recenzje

“Anioł” – Śmierć ma piękne oczy [RECENZJA]

Maciej Kędziora

Szarmancki uśmiech, lekko zmierzwione włosy, tlący się w kąciku ust papieros, dwa pistolety za pazuchą, a w ręce skradzione klejnoty. W ten sposób Carlito będzie przemierzał ulice Buenos Aires przez większość 1971 roku, kiedy to dokona 17 kradzieży, zabije 11 osób, by potem szelmowskim krokiem przekroczyć próg klubu i bawić się do rana przy akompaniamencie whiskey i tanga. A przecież zdawać by się mogło, że samozwańczy “boski posłaniec” o anielskiej twarzy nie jest zdolny do złego. Niestety, uosobienie niewinności  nie okaże się zbawcą swej rodziny, a kolejną inkarnacją śmierci, która nadeszła by oczyścić Argentynę z jej grzechów i bogactw.

Najlepiej sposób działania Carlito (Lorenzo Ferro) ukazuje otwierająca Anioła sekwencja, gdy młody i jeszcze nie do końca doświadczony chłopak wkrada się do jednej z największych willi w stolicy Argentyny. Na początku zaczyna się od nieśmiałego pukania do drzwi, z lekką dozą niepewności – a co jeśli ktoś tam będzie? Po chwili kojącej nerwy ciszy można przejść do akcji. I tu właśnie objawia się przerażający (szczególnie gdy przypomnimy sobie, że Puch to postać autentyczna) zmysł głównego bohatera do niespotykanej dotąd złodziejskiej gracji i nonszalanckiej finezji. Pozwala mu ona na nalanie sobie drinka, puszczenie ulubionego utworu z lekko zakurzonego winyla, a także powolne buszowanie w poszukiwaniu co bardziej intratnych skarbów. Najmroczniejszy sekret duszy chłopaka poznamy jednak dopiero gdy opuści dom na skradzionym, czerwonym jak krew motorze – kradnie on bowiem nie dlatego, że musi, ale dlatego, że bardzo tego chce i sprawia mu to nieskrywaną frajdę, przez co nie ma żadnych zahamowań.

 

Droga Carlitosa do perfekcji w zbrodniczym fachu z czasem jednak zejdzie na drugi plan, a każde kolejne morderstwo będzie jawić się bardziej jako manifest pokoleniowego wyzwolenia i próbę samostanowienia o sobie i swoich przekonaniach. W czasach przewrotów i rewolt w Ameryce Południowej, on wraz z Ramónem po prostu czynią zło, nie w imię Che czy Fidela, a w imię nastoletniego buntu i chęci udowodnienia, że oni również mogą (szczególnie tyczyć się to będzie Ramóna, próbującego zaimponować swojemu ojcu). Zdaje się jednak, że tacy jak oni w ogóle nie istnieją w obliczu prawa – przecież policji znacznie łatwiej będzie ich uznać za wrogów politycznych, niźli “po prostu” złych ludzi (w końcu – niczym w stalinizmie –  w raju nie ma morderców).

Luis Ortega nie tylko estetyzuje w swoim filmie śmierć, ale również czyni ją poniekąd sztuką. Gdy bowiem Carlito podczas napadu po raz pierwszy pociągnie za spust, jego ofiara będzie umierać w iście groteskowy sposób przez najbliższe cztery minuty w otępiałym szoku spacerując z krytyczną raną po korytarzach swej artystycznej twierdzy. Reżyser w ten sposób ukazuje nam jak bardzo niedojrzali są zarówno Puch jak i jego partner – nie są oni bowiem w stanie pojąć powagi sytuacji; kolejna wystrzelona kula ma dla nich równie wielkie znacznie, co kolejny odpalony papieros. Dla nich Buenos Aires jest placem zabaw, na którym mogą pozwolić sobie na wszystko i wszystko będzie im wybaczone.

Znamienne jest tu również nazwisko producenta – Almodóvar – gdyż “Anioł” jest jakoby duchowym spadkobiercą dzieł Hiszpana. Niczym w “Zwiąż mnie!” i “Prawie pożądania”, to pożądanie będzie głównym przyczynkiem  nieporozumień, kłótni i sporów między bohaterami. Szczególnie gdy zaczniemy kwestionować orientację partnerów w zbrodni, a między nimi narodzi się ciche, acz jak odczuwalne, napięcie seksualne, które będzie powoli eskalowało od nieśmiałych muśnięć dłoni, aż do podglądania stosunków drugiej osoby. To właśnie sfera emocjonalna i paniczna chęć odkrycia własnego “ja”, popchną Carlito jeszcze dalej w otchłań krwawych łaźni i bestialstwa.

“Anioł” to pewna kontynuacja trendu, którego świetną egzemplifikacją byli “Dzicy chłopcy” Mandico – pięknego artystycznie filmu o zbrodni, bawiącego się formą (trudno bowiem inaczej ocenić łabędzi śpiew taniec Carlito), jednocześnie w niesamowicie subtelny sposób prowadzącego narrację. Nie uświadczymy tu bowiem rozległych monologów, pompatycznych morałów, gdyż dla Ortegi kluczowym będzie ukazanie niewinności jako głównego przyczynku do zła, gdyż nawet to co powierzchownie wydaje się łagodne, może doprowadzić do naszego końca.

Ortega, podobnie jak rodzina Ramóna, zawierzył swoją karierę debiutantowi i wiele na tym wygrał, gdyż Lorenzo Ferro niczym iberoamerykański Ziggy Sturdust zagarnia cały ekran dla siebie, szokując i całkowicie hipnotyzując widza. Wystarczy bowiem jedna scena, gdy gasi rodzinny pożar swoim szelmowskim uśmiechem, by całkowicie podbić nasze serce. Najbardziej jednak niebywała jest jego umiejętność do subtelnego ogrywania niepewności i emocjonalnego zakłopotania, gdy w oczach pojawiają się iskierki napięcia, a ciało odmawia posłuszeństwa.

Największym czarem Anioła jest jednak chwila po seansie, gdy uświadamiamy sobie, że była to prawdziwa historia, a Carlito, okrzyknięty “Aniołem śmierci”, był winnym 17 kradzieży, 11 morderstw i dwóch gwałtów. Ortega w swoich subtelnych kadrach ukazuje demona, bawiąc się pozorami niewinności, groteski. Estetyzacja śmierci nie ma  bowiem na celu jej gloryfikacji, a zgłębienie psychiki człowieka, który zabija bo chce. I obdarcie go z tej fałszywej niewinności.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.