Seriale

“Czarny poniedziałek”, czyli Wall Street once again [RECENZJA]

Maja Głogowska

Rok 1987. Mimo tego, że lata osiemdziesiąte powoli docierają do finiszu, zdają się przeżywać swój pełny rozkwit. Miłośnicy muzyki chodzą od sklepu do sklepu, by znaleźć gdzieś czarny krążek z singlem “Whitney Houston – I Wanna Dance With Somebody”. Rick Astley po raz pierwszy obiecuje komuś, że nigdy go nie zawiedzie, a Guns’n’Roses za pomocą mocnych gitarowych riffów witają swoich fanów w dżungli. Z kinowych sal wychodzą roześmiane nastolatki, po uszy zadurzone w roztańczonym Patricku Swayze. Kubrickomaniacy zaś ogłaszają Full Metal Jacket swoim nowym ulubionym filmem. Dyskurs absolutnie wywraca Sam Raimi prezentując światu Martwe zło 2… Życie za oceanem wyglądało jak krystaliczny sen każdego zachłyśniętego popkulturą maniaka. Jednakże, jak to za oceanem bywa, żadna sielanka nie jest wieczna, a za horyzontem czekał potwór w postaci kryzysu ekonomicznego.

Czarny poniedziałek
fot. Materiały prasowe HBO

Krach na giełdzie potrafi wywrócić gospodarkę do góry nogami (i najczęściej robi to – dość dosłownie). Ten, z końcówki lat 80’tych kontrastował z innymi, bo nie zebrał aż tak dużego żniwa (ani w ludziach ani w gospodarce). To właśnie o tym, dość niepozornym kryzysie, twórcy postanowili snuć swoją opowieść. Mały impakt historyczny, brak dramatycznych historii… Pewnie tak jak ja przed odpalaniem pierwszego odcinka zachodzicie się w głowę – jaki sens ma robienie serialu o krachu, który wydaje się tak nijaki, tak niewinny na tle innych?

Zobacz również: „Brexit” jako wojna obywatelska… [FELIETON]

Na szczęście nie musimy szukać odpowiedzi na to pytanie, twórcy serii zaserwowali nam odpowiedź już na samym początku pierwszego epizodu. Od innych ekonomicznych kryzysów, tak zwany „czarny poniedziałek” wyróżnia fakt, iż po dziś dzień nie znamy jego przyczyny. Ekonomiści na całym świecie latami dyskutowali na ten temat, jednak bez jasnych odpowiedzi ani nawet spójnych przemyśleń. W pierwszych minutach serialu, który my możemy oglądać na HBO pada stwierdzenie – „Niewiadomo było co spowodowało krach. Ani kto. Do dziś”. Choć w trzech pierwszych odcinkach, które miałam okazje widzieć nie wywiązali się z tej odpowiedzi jestem pewna jednego – ta odpowiedź będzie nie tylko przemyślana, ale i wprowadzi widza w stan osłupienia.

Od lat jak mantrę powtarzam „mnie już chyba nic nie może zaskoczyć”. I naprawdę wierzyłam i wciąż wierzę w te słowa. Czarny poniedziałek nie jest serialem po którym spodziewałam się jakichkolwiek kreatywnych rozwiązań fabularnych czy jej zwrotów. Zwiastun serialu przypominał mi kolejną pocztówkę o giełdzie. Pocztówkę, bo warto bym już teraz podkreśliła, że pierwszy odcinek serialu prezentuje się absolutnie fenomenalnie, a to właśnie z niego wywodzi się większość scen z wszelakich „zajawek”. Im dalej w las tym ujęcia tracą na jakości, ale to dość logiczne – zarówno w telewizji, jak i w serialach od znanych mediów streamingowych jest to norma.

Zobacz również: „Złe wychowanie Cameron Post” [RECENZJA]

Jednak w kadrach tego serialu jest bardzo dużo delikatności i wyczucia, chociaż mogłyby nas w każdej sekundzie atakować neonami i specyficznymi, ostrymi kolorami, które przecież w latach 80tych przeżywały swoją piękną młodość. Nie zrozumcie mnie źle – w serialu znajdziemy i takie zdjęcia, ale twórcy nie wstydzą się również amerykańskiego brudu, klaustrofobiczności czy depresyjnej szarości. Mamy tu ujęcia szerokie, na których możemy podziwiać amerykańskie ulice i wieżowce, jak i wąskie obrazujące przepych samochodów bogaczy czy zapracowane biura.

Czarny poniedziałek
fot. Materiały prasowe HBO

W owych biurach znajdziemy trzech głównych bohaterów produkcji. Grany przez fenomenalnego Don Cheadle’a Maurice to klasyczny łotrzyk z dobrym sercem, który swój odcień zmienia z ujęcia na ujęcie. Cheadle był idealnym aktorem do roli, bo jest w niej bardzo subtelny. Na pewno dobrze wiecie, że grając samymi oczami można podbić serca widzów (Emma Stone!) oraz działać jak magnes na nagrody i pochwały. Najwyraźniej zdaje sobie z tego sprawę owy aktor. Nie rzucam słów na wiatr, gdy mówię, że zapowiada się jego najlepsza rola w karierze. Jego delikatność od czasu do czasu przelewa czarę, a wtedy wylewa się z niej masa emocji. Sam Maurice nie jest człowiekiem spokojnym. To raczej porywczy giełdowiec, który zaryzykuje wszystko, by osiągnąć sukces – i nie tylko nie dzieląc się z nim nikim, ale i również wygrać go absolutnie sam… i w sekrecie.

Zobacz również: Dlaczego „Czarna Pantera” to najważniejszy film 2018 roku? [FELIETON]

Kolejną ciekawą postacią jest jego prawa ręka, Dawn Darcy, grana przez Reginę Hall. Wiem, że już dość dużo powiedziałam o grze aktorskiej Cheadle’a, ale i tu nie mogę szczędzić pochwał. Regina jest prawdziwym diamentem tego serialu i ma szanse błyszczeć niemalże w każdej scenie. Oprócz tego, że ujęć w których jest centralną postacią jest naprawdę dużo, twórcy rozwojowi tej postaci poświecili jeden, niemalże cały odcinek w którym możemy poczuć jej rozterki. To postać, której każda akcja krzyczy „feminizm”.

Czarny poniedziałek
fot. Materiały prasowe HBO

Na ten moment ponad te dwie, dobrze napisane postaci nie wybija się trzeci z bohaterów. Blair Pfaff, bo o nim mowa, nie jest nikim ponad miarę klasycznego archetypu nieporadnego nerda próbującego odnaleźć swoje miejsce w świecie biznesu. Mam jednak wrażenie, że jego status quo zmieni się podczas tego serialu niejednokrotnie. Kto wie, może finalnie to on będzie rekinem biznesu? Po tych wszystkich fabularnych skrętach można spodziewać się wszystkiego.

Zobacz również: „Mirai” – wszystko zostaje w rodzinie [RECENZJA]

Czarny poniedziałek to przede wszystkim solidna produkcja, jednak jeśli jednak ten fakt was nie satysfakcjonuje i nie zachęca do seansu to mam bardzo złą wiadomość… Być może nie stoi za nim nic więcej. Nie zapowiada się na to, by serial miał mieć wybitny scenariusz, który wyryje w waszym sercu dziurę na tyle trwałą, że już zawsze będziecie błagalnym tonem prosić o więcej. Nie, to nie jest jedna z tych produkcji. To seria, która stoi dobrze rozplanowanymi postaciami. Jeśli jesteście fanami realistycznych aktorskich kreacji i żywych bohaterów, Czarny poniedziałek to coś dla Was.

Recenzje

„Mirai” – wszystko zostaje w rodzinie [RECENZJA]

Martin Reszkie

Przez bardzo długi czas czułem niechęć do japońskiego kina animowanego. Nie była ona czymś uwarunkowana, raczej stała się stałą i niezmienną cechą mojego „gustu” filmowego. Wtem pojawił się serial “Violet Evergarden”, a wraz z czekaniem na kolejny odcinek, rodziła się moja miłość do anime. Od tego czasu minął już rok, a mój zapał do poznawania nowych historii opowiadanych przez twórców z Kraju Kwitnącej Wiśni nie wygasł. Wręcz przeciwnie – coraz chętniej daję się pochłonąć tymże historiom, cicho w duchu przeklinając swoją  wcześniejszą ignorancję. W takich oto okolicznościach ukazał mi się film Mamoru Hosody. Obraz ten, nominowany do Oscara w kategorii najlepszy pełnometrażowy film animowany, potraktowałem jednak bardziej osobiście aniżeli inne obrazy z jakimi spotykałem się ostatnimi czasy.

Tytułowa Mirai to dopiero co narodzona córeczka pewnego japońskiego małżeństwa. Jej nadejścia wyczekiwał Kun, pierworodny i nieco rozpieszczony syn pary. Ot, rodzina jakich wiele – mąż, żona, kilkuletni syn. Stan ten zmienia się całkowicie po przyjściu na świat uroczego berbecia. Nikogo bowiem nie dziwi, że to właśnie ta mała, słodka dziewczynka zajmie na pewien czas miejsce na familijnym świeczniku. Miejsce, które wcześniej zajmował Kun. Problemy z pogodzenim się chłopca z (w jego odczuciu) zepchnięciem go na drugi plan przez rodziców są punktem wyjścia dla filmu. W trakcie jednego  z napadów złości spowodowanych nieco mniejszym zainteresowaniem, młody Kun trafia do tajemniczego ogrodu, w którym spotyka nastoletnią Mirai.

Historia Kuna jest mi w pewien sposób bardzo bliska. Sam posiadam młodszego brata, wiem jak to jest zabiegać o czyjąś uwagę tylko dla tych kilku chwil bycia przysłowiowym “pępkiem świata”. Dlatego też zdaję mi się, że wiele osób odnajdzie w nim jakąś cząstkę siebie – dziecięcą niepewność, zupełnie nieprawdziwą, lecz przerażającą wizję odrzucenia przez rodziców czy też samotność w obliczu nowych obowiązków.

Kadr z filmu „Mirai”
Zobacz także: Recenzję „Polar”

Niewątpliwie, im mocniej zadziała na was film na płaszczyźnie emocjonalnej, tym bardziej go docenicie. Nie ma co się oszukiwać, Mirai jest produkcją wzruszającą i okraszoną odpowiednim morałem, jednak miejscami zahacza o banały i generalizacje. Na szczęście, nie ma ich na tyle wiele, by uznać obraz za niestrawny czy niepotrzebny. Ja czuję się jednak nieco zawiedziony – piękna acz subtelna animacja i delikatna ścieżka dźwiękowa zasługiwały na nieco większą śmiałość twórców. My, jako widzowie także zasługiwaliśmy na lekką dozę szaleństwa.

Obok historii Kuna, która z czasem staje się nieco schematyczna, Hosoda przedstawia nam także życie ojca, starającego się wejść w buty małżonki, która po urlopie macierzyńskim musiała wrócić do pracy. By krótko go scharakteryzować chciałbym napisać tylko jedno – jeśli patriarchat ma umierać, to chciałbym by czynił to właśnie w taki sposób. Dyskretny humor wyśmiewa wszystkie problemy adaptacyjne, wykorzystując swój cały potencjał. Nie mamy jednak do czynienia z bezwstydną szyderą, a uczciwym przedstawieniem problemu, który dotyka coraz większą część pracujących zdalnie mężczyzn. Niezależnie od płci, pochodzenia czy posiadanej wiedzy, dostosowanie się do sytuacji, w której ktoś potrzebuje twojej pomocy by przeżyć nie jest łatwe.

Jestem rozdarty po tym filmie. Z jednej strony jest on piękną laurką dla rodziców i dzieci, prezentujących ich zmagania w walce o lepszą przyszłość dla siebie nawzajem. Z drugiej jednak strony twórcy nie pozostawili nam zbyt wiele swobody interpretacyjnej. Pojawia się tutaj zbyt wiele scen tłumaczących to, co mogłoby pozostać w sferze subtelnej symboliki. Odpowiednio użyte niedopowiedzenia, mimo iż ryzykowne, stanowią zwieńczenie produkcji, do których chce się wracać. Mirai natomiast jak rozpoczęło się truizmem tak pozostaje truizmom wierne aż do końca. Wciąż piękne, lecz nieco sztampowe.

Kadr z filmu „Mirai”
Zobacz także: Recenzję „Samui Song”

Mirai może i nie ma większych szans na nagrodę Amerykańskiej Akademii Filmowej. Nie zmienia to jednak tego, że nawet jeśli ociera się o banał, oczywistość i schematyczność, polecę ten film każdemu nieszczególnie zapoznanemu z japońską kinematografią. Najnowsze dzieło Hosody jest na tyle uniwersalną opowieścią o dzieciństwie, dorastaniu i odkrywaniu swojego miejsca w rodzinie i domu, że nawet odmiennie brzmiący język nie powinien nikogo odstraszać od seansu. Zbierz więc swoich bliskich, w miarę możliwości idź do kina. Zabierz ze sobą młodszego brata bądź siostrę. Podziel się swoją historią. Opowiedz jak to jest pokochać swoje rodzeństwo.

Ocena

7 / 10
Recenzje

“Arktyka” – bardzo dużo niczego [RECENZJA]

Mikołaj Krebs

Wyobraźcie sobie taką sytuację – brazylijski Youtuber znany z śmiesznych filmików i muzycznych klipów, MysteryGuitarMan, bierze ze sobą Duńczyka, leci z nim na Islandię i kręci film o człowieku zmagającym się z naturą na lodowym pustkowiu.
Tak właśnie powstała produkcja zatytułowana Arktyka, która w Cannes brała udział w konkursie głównym. Debiut Joe Penny, który w oczach wielu krytyków uchodzi za udany. Ale przecież nie po to czyta się Filmawkę, by usłyszeć opinię taką jak wszędzie, prawda?

Overgård, bo tak nazywa się grana przez Madsa Mikkelsena postać, jest rozbitkiem, pilotem samolotu transportowego. Niewiele o nim wiemy i niewiele też dane nam będzie poznać – zresztą nie ma to większego znaczenia dla przedstawionej historii. Wiemy za to, że jego walka o przetrwanie zaczęła się na tyle dawno, by ten zdążył ustanowić sobie swój regularny plan dnia. W jego skład wchodzi połów ryb w przeręblach, z których jedną zjada na surowo, a resztę magazynuje. Dba o swój ogromny napis „SOS” wyciosany w skutej lodem ziemi. Podejmuje próby nawiązania kontaktu z innymi ludźmi. Nastawia kolejne alarmy w zegarku, by nadać życiu rytm i odróżnić od siebie mijające dni i godziny. Idzie spać. Wstaje. A następnie cały cykl powtarza się od nowa.
W tym wszystkim pilot jest niezwykle cichy i spokojny; nie posiada wewnętrznej potrzeby wygłaszania ekspozycyjnych monologów czy egzystencjalnych frazesów, tak charakterystycznych dla kina survivalowego. Przynajmniej w czasie trwania pierwszej części filmu.

Overgårda poznajemy niedługo przed nastąpieniem punktu zwrotnego jego rozbitkowego życia – wkrótce dołącza do niego dwójka towarzyszy. Jednym z nich jest niedźwiedź polarny; lokalny mieszkaniec arktycznych rejonów, który rywalizuje z pilotem o ryby. Okaże się on najistotniejszym, naturalnie zaraz po żywiole, antagonista produkcji.

Okoliczności poznania drugiego towarzysza, płci przeciwnej, są bardziej niespotykane i tragiczne. Po nawiązaniu krótkotrwałego kontaktu z załogą śmigłowca i odzyskaniu nadziei na ratunek, Overgård staje się świadkiem katastrofy. Potęga natury wygrywa na jego oczach z silnikiem śmigłowca, który wpada w turbulencje i ostatecznie rozbija się o lodową powłokę. Nasz protagonista decyduje się dokonać aktu szabrowania wraku. Moralność nie pozwala mu jednak pozostawić rannej, lecz ciągle żywej pilotki na pewną śmierć. Opatruje jej rany, tworzy prowizoryczne sanie i zabiera ją do swojego samolotu. Niestety, jej stan jest zbyt poważny, by przeżyła w surowych arktycznych warunkach, a i sam Overgård nie jest w najlepszym stanie, cierpiąc na kolejne odmrożenia. Dodatkowo, jego zwierzęcy towarzysz niszczy zapasy jedzenia, które bohater skrzętnie gromadził. Decyduje się on więc na odważną wyprawę do jednej ze stacji badawczych w okolicy. Rzuca tym samym wyzwanie naturze, niedźwiedziowi, a także i samemu sobie. Z uwiązanymi do pasa saniami, z  nieprzytomną towarzyszką oraz najpotrzebniejszymi rzeczami, rusza na brawurową eskapadę.

Mads Mikkelsen Arktyce jest fenomenalny; na swoich barkach oprócz ciężkich sań ciągnie również całość utworu. Bezbłędną mimika twarzy i mowa ciała aktora sprawiają, że, pomimo iż większość kwestii to jęki i chrząknięcia, Duńczyk wypada bardzo wiarygodnie. To zdecydowanie więcej, niż taki film zasługuje. Mikkelsen zdążył pokazał swój kunszt w wielu rozpoznawalnych produkcjach, czy to grając Le Chiffre’a w Casino Royale, czy tytułową rolę w serialu Hannibal. Z całym smutkiem muszę więc stwierdzić, że podobnie jak u niemiecko-irlandzkiego aktora, Michaela Fassbendera, w jego dorobku występuje sporo rewelacyjnych popisów aktorskich w filmach, których pozostałe elementy rozczarowują jakością.

Nie oszukujmy się, Arktyka jest w najlepszym wypadku przyzwoita. Joe Penna nie rewolucjonizuje kina. Stosuje proste ujęcia, triki fabularne czy montażowe. Świat przedstawiony po opuszczeniu bazy Overgårda zbudowany został w oparciu o powtarzalne klisze filmowe. Każdy element jest wtórny, nudny i widziany uprzednio przez każdego kinomaniaka w przynajmniej trzech innych produkcjach. W odbiorze nie pomaga monotonny arktyczny krajobraz, który sprawia, że jest to lekcja przetrwania głównie dla widza i jego opadających powiek. Niepokój ma nakreślać też szczątkowa muzyka Josepha Trapanese, ale ta szczątkowość działa tutaj na niekorzyść, nie wykorzystując szansy na zwiększenie dynamiki utworu.

Ze względu na powyższe, drugą najlepszą zaletą Arktyki okazuje się czas jej trwania. I bynajmniej nie jest to komentarz złośliwy. Biorąc pod uwagę jak znikomą fabułę serwują nam twórcy i z jakim światem przedstawionym zmierzył się Penna, dziewięćdziesiąt siedem minut to bardzo wyważony czas. Brazylijczyk pokazał wszystko, co chciał pokazać, nie przedłużając niepotrzebnie produkcji. Produkcji, która nie jest ani zła, ani dobra, jest po prostu nijaka. To bardzo bezpieczny debiut, o wiele bezpieczniejszy nawet niż Narodziny Gwiazdy Bradleya Coopera. To seans, który można odbyć przy okazji transmisji telewizji czy w wolny wieczór, po znalezieniu go na ulubionej platformie streamingowej, ale zdecydowanie nie warto wybierać się specjalnie dla niego przed ekrany kin.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.