CampingRecenzje

“Ptak o kryształowym upierzeniu”, czyli Giallo Dario Argento – Recenzja [CAMPING #28]

Albert Nowicki
Ptak o kryształowym upierzeniu

Rzym. Pochodzący z Ameryki pisarz, Sam Dalmas (Tony Musante), przechadza się ulicami wieczorową porą. Nagle zostaje świadkiem brutalnej szarpaniny: w galerii sztuki rudowłosa kobieta atakowana jest przez mężczyznę w czarnych rękawiczkach i wielkich, ciemnych okularach. Ofiara, choć dźgnięta nożem, nie odnosi większych obrażeń. Sam zmuszony zostaje jednak do pozostania we Włoszech: jego plany powrotu za ocean spalają na panewce, a on sam, jako świadek nagłośnionego przez media przestępstwa, trafia w sam środek kryminalnej łamigłówki. Sam jest coraz bardziej zaintrygowany poszukiwaniami miejskiego rzeźnika. Wpada nawet na trop krwawego malowidła, które może pomóc w ustaleniu tożsamości zbrodniarza. Im bliżej jest rozwiązania niebezpiecznej zagadki, tym większe są szanse, że zamordowana zostanie jego ukochana, Giulia (Suzy Kendall).

Zobacz również: „Smętarz dla zwierzaków II”, czyli sequel z 1992 roku – Recenzja [CAMPING #27]

Ptak o kryształowym upierzeniu. Niezłomny klasyk horroru włoskiego, który od lat rozkochuje kolejne pokolenia kinomanów w twórczości Dario Argento. Kiedyś pochodzący z Wiecznego Miasta maestro grozy uznawany był za geniusza, zresztą nie bez powodu. Scenariusz „Ptaka” Argento napisał w trakcie pięciu dni. Najnowsze jego dokonania nie przyprawiają już o zawrót głowy – prędzej powodują ciężkie nudności i krwawienie oczu… Pomijając jednak kwestię obecnej formy artystycznej reżysera, nie da się zaprzeczyć, że ma on za sobą piękną karierę. Ptak o kryształowym upierzeniu to nie tylko film godny podziwu – to jeden z najlepszych debiutów pełnometrażowych w historii.

Ptak o kryształowym upierzeniu

Historia Amerykanina w Europie, uwikłanego w aferę kryminalną, jest dość wyświechtana, ale to, co Argento robi z tak prostą formułą, zapiera dech w piersi. Ptak o kryształowym upierzeniu jest horrorem kryminalnym, bardziej skupiającym się na śledztwie detektywistycznym niż na aktach przemocy i budowaniu aury grozy. To opowieść o mężczyźnie, który znalazł się w złym miejscu, o złej porze. Jednak film nie wpisuje się w popularny dekadę wstecz podgatunek „poliziotteschi” (lub, dla ułatwienia, „Italo-crime”). Makaronowe kryminały doby lat 60. produkowane były taśmowo i często brakowało im duszy, a na pewno wrażliwości estetycznej. Młody Argento był natomiast wizjonerem, którego nikt nie posądzi o umiłowanie do banału i kiepskie oko do op-artu. „Ptak” zbudowany został na podwalinach plebejskiej fabuły, ale nadano mu formę, która zachwycić miała najbardziej wybrednych patrycjuszy.

Zobacz również: “Smętarz dla zwierzaków” (1989) – Pierwsza adaptacja książki Kinga! – Recenzja [CAMPING #26]

Ptak o kryształowym upierzeniu to przede wszystkim uczta dla zmysłów, a dopiero potem udany film giallo. Stylowy, ale nigdy przestylizowany, debiut Argento nie bez powodu zachwycił tak marudnych krytyków, jak Roger Ebert. Adolf Loos, prekursor modernizmu, powiedział kiedyś, że sztuka jest w swym charakterze erotyczna. Filmy włoskiego reżysera przez lata spełniały mokre sny kinofilów na całym świecie, a „Ptak” był tych złotych czasów wspaniałym początkiem.

Sceny mordów, których nie ujrzymy na ekranie tak dużo, jak w wielu innych giallach, dawkowane są w sposób bardzo przemyślany: same w sobie są małymi dziełami sztuki. Oparte są na umiłowaniu piękna (zarówno kobiecego – wszystkie ofiary to kobiety – jak i audiowizualnego) oraz zjednaniu seksu z przemocą. Zabójstwa są prowokacyjne, by nie napisać kuszące, a perwersja odzianego w skórę psychopaty oraz uległość jego ofiar mają nas nęcić wyuzdanym fetyszyzmem. Zbliżenia na wibrujące, rozkrzyczane języki, zrywana z aktorki bielizna oraz odgłosy „filuternie” konających kobiet dzięki przemyślanym cięciom montażowym pokazują, że przemoc potrafi podniecać. Nie chodzi o to, żeby pochwalać akty gwałtu czy agresji. Chodzi o zrozumienie parafilii – w tym wypadku voyeuryzmu i sadyzmu – które Argento zdaje się znać od podszewki.

Ptak o kryształowym upierzeniu

Argento sprzedaje seks jak uzdolniony sutener, choć pracować mógłby jako kustosz w muzeum sztuki. Kręcąc swój fabularny debiut, poza spaczoną erotyką, upodobał sobie geometryczne kształty wizualne, ekspresyjną kolorystykę oraz dekadenckie wnętrza. Scenografia pozostaje siłą „Ptaka o kryształowym upierzeniu”, bo najczęściej oddaje charakter przebywających w danym pomieszczeniu bohaterów (patrz: mieszkanie Giulii czy miejsce pracy antykwariusza). Jednak to wzorowo symetryczne ujęcia kamery – chociażby na widzianą z parteru klatkę schodową – oraz wybujały kontrast pasteli z morderczymi czerwieniami dowodzą, że ceni sobie Argento plastyczną perfekcję, a gardzi oczywistością.

Zobacz również: Camping #23 – “Martwica Mózgu” (1992)

Autor zdjęć, Vittorio Storaro, okazał się najlepszym wyborem na operatora i pomógł reżyserowi przelać w kadr wydumaną wizję świata pięknego, ale niebezpiecznego. Kawał świetnej kompozytorskiej roboty wykonał natomiast Ennio Morricone, który w 1970 roku był już uznanym w świecie kina artystą. Dysonans muzyczny, lounge’owe inspiracje oraz wysokie, prawie ptasie przyśpiewki zmiksowano razem, by w efekcie nadać filmowi upiorne brzmienie, jakiego dotąd fani kina grozy nie znali. Śmiałe eksperymenty dźwiękowe i operatorskie już kilka lat później miały wspomóc powstanie najważniejszego horroru Argento – mianowicie „Suspirii”.

Związek Dario Argento z fachem reżyserskim jest dość niewdzięczny. Na każdą „Phenomenę” lub „Głęboką czerwień” przypadają w jego filmografii „Drakula 3D” czy (boże, uchroń!) „Matka łez”. Jednak wspomnienia tak kapitalnych produkcji, jak Ptak o kryształowym upierzeniu, pozwalają uchować w pamięci wizerunek Argento-mistrza horroru. Niesamowite są uwielbienie kina, śmiałość warsztatowa oraz nienaganna świadomość techniczna, jakie wykazał Włoch, kręcąc swój debiutancki film. Argento doskonale zna się na sztuce wyższej, jak i tej teoretycznie prostszej, wynikającej z poetyki horroru. Najlepszą zawartą w Ptaku o kryształowym upierzeniu sceną jest ta, kiedy Giulia pozostawiona zostaje sama w domu. Usilnie do jej mieszkania stara się dostać morderca, brzytwą próbujący otworzyć zastawione komodą drzwi. Nagle gaśnie światło, a panika dziewczyny sięga zenitu. Za sprawą oświetlenia, idealnie pomyślanej przestrzeni zdjęciowej oraz umiejscowienia akcji ta błaha, zdawałoby się, sekwencja na zawsze uznawana będzie za crème de la crème kina grozy.

Recenzje

„Tranzyt”, czyli wojna i tęsknota we współczesnej Francji [RECENZJA]

Wiktor Małolepszy

Sam koncept Tranzytu zwiastuje produkcję co najmniej intrygującą. Oto adaptacja książki Anny Seghers o tym samym tytule. Wydana w 1944 roku powieść opowiada o mężczyźnie, który próbuje wydostać się z okupowanej przez Niemców Francji. Jednak oglądając film widza uderzają widoki policjantów w nowoczesnych uniformach, lub aut, które zna z ulic współczesnych miast. Jednocześnie, nikt nie używa tu smartfonów. Mężczyźni noszą eleganckie garnitury lub kamizelki, a kobiety zwiewne sukienki. Ta anachroniczność świata przedstawionego pełni w Tranzycie wyraźną funkcję. Rysuje paralelę między Marsylią kiedyś i Marsylią teraz. Między Europejczykami uciekającymi przed Hitlerem, a uchodźcami próbującymi wydostać się z Bliskiego Wchodu.

Znany z Barbary czy Feniksa Christian Petzold kolejny raz bierze się za temat płynnej tożsamości. W swojej poprzedniej produkcji ukazywał historię Nelly – kobiety, która po operacji twarzy wcielała się w samą siebie, żeby zbadać uczucia swojego męża. Głównym bohaterem Tranzytu jest Georg – mężczyzna, którego przeszłość stanowi dla widza zagadkę. W trakcie wykonywania zlecenia zdobywa on dokumenty, listy i manuskrypt powiesci zmarłego pisarza – Weidela. Bez wahania wchodzi więc w jego buty, a gdy odkrywa, że nieboszczyk posiada wizę tranzytową pozwalającą jemu i jego żonie uciec do Meksyku, decyduje się na skorzystanie z tej okazji i jedzie do portu w Marsylii.

Już podczas sceny podróży widać historyczne paralele rysowane przez reżysera. Georg wraz ze śmiertelnie rannym przyjacielem Heinzem wskakują do wagonu, a rano budzi ich policyjna obława. Właściwie to budzi tylko tego pierwszego – chory towarzysz umiera we śnie. Georg, kierowany słusznymi pobudkami, decyduje się więc poinformować rodzinę zmarłego. Okazuję się nią być uchodźczyni z Maghrebu oraz jej syn – Driss. Mężczyzna szybko łapie kontakt z chłopcem – łączy ich piłka nożna (dzieciak kojarzy Niemcy z Borussią Dortmund i świetnymi bramkarzami) oraz potrzeba miłości – ojca do syna lub syna do ojca. Georg jednak nie jest gotów na pełnienie ojcowskiej figury. I zaledwie parę dni przed wyjazdem poznaje Richarda i jego kochankę, Marie – kobietę, która dowiedziała się, że jej mąż-pisarz niedawno przyjechał do Marsylii…

Francuski port staje się pryzmatem rozbijającym wiązki ludzkich historii. Podróżując od urzędu do urzędu, Georg raz za razem spotyka te same znajome twarze. Mężczyzn i kobiety, którzy pragną podzielić się z kimś opowieścią o swojej przeszłości. Tak jak postać architektki – początkowo zwierzającej się Georgowi z trudów opieki nad dwoma psami, kiedy samemu cierpi głód – później, gdy jakimś cudem zdobędzie pieniądze, zapraszającej go na milczący obiad. Petzold mistrzowsko reżyseruje sceny  – niemalże każda postać sprawia wrażenie doświadczonej przez życie. Wiarygodnej i żywej. Nawet jeśli ta osoba jest głuchoniema, to poprzez jej mimikę widz jest w stanie dostrzec pokłosie formującej jej osobowość przeszłości.

Jest to szczególnie ważne, ponieważ Tranzyt to dramat eksplorujący wpływ wojny na psychikę. Nietrudno postrzegać Georga jako kogoś więcej, niż tylko oportunistę żerującego na czyimś nieszczęściu. Gdy w końcu odnajduje chwilę spokoju odzywają się w nim wspomnienia dzieciństwa. W jego głowię wciąż pobrzmiewa śpiewana mu przez matkę kołysanka o powrocie do domu. Właśnie ta tęsknota za metaforycznym domem stanowi główny napęd dla wszystkich bohaterów Tranzytu. Driss szuka osoby, która mogłaby być dla niego namiastką ojca. Marie krąży po Marsylii mając nadzieję, że mijany przez nią mężczyzna okaże się być jej mężem. A Georg pragnie zbudowania relacji. Zaopiekowania się kimś i obdarowania tego człowieka miłością i zaufaniem, uczuć, których smaku zapomniał przez wojnę.

Marsylii – pięknie sfotografowanej przez Hansa Fromma – daleko do idylli. W hotelu, w którym mieszkają imigranci co chwile odbywają się niezapowiedziane kontrole, podczas których mężczyźni wyciągani są z pokojów, a kobiety krzyczą z przerażenia. Za oknami raz za razem pędzą karetki i radiowozy, uzbrojeni po zęby żołnierze patrolują ulice, a w powietrzu czuć zbliżającą się od wchodu niemiecką armię. W urzędach roi się od zdesperowanych uciekinierów, a Georg nie raz dzięki refleksowi i szczęściu unika aresztowania. Wszystkie te zabiegi bardzo wiarygodnie budują obraz współczesnej wojny – bez potrzeby ukazywania strzelanin czy też pojedynków batalistycznych. Na tym tle rozgrywa się też romans, który wywołuje skojarzenia zarówno z Casablancą jak i Spragnionymi miłości. Georg czytając listy Marie do zmarłego pisarza jest niezwykle poruszony jej uczuciem. Jej wysiłek i nadzieja, że w końcu odnajdzie męża łapie go za serce. Pragnie ochronić kobietę i zabrać ze sobą do Meksyku – kieruje nim nie tylko sumienie (wszak skoro on korzysta z wizy jej małżonka, to jej też się należy), ale też chęć doświadczenia tego rodzaju bliskości. Marie wciąż jednak liczy na to, że będzie mogła ruszyć za granicę ze swoim mężem, co sygnalizuje Georgowi, że w końcu będzie musiał podzielić się z nią tragiczną prawdą.

Tranzyt, pomimo oryginalnej konwencji i bogactwa podejmowanej przez niego tematyki, ogląda się bardzo łatwo. Historia sama w sobie jest dość prosta, a melodramatyczne motywy i zwroty akcji nie należą do szczególnie zaskakujących. Jednak literackość produkcji Niemca momentami może dać się we znaki. Szczególnie gdy pojawia się narrator, który przypomina widzowi, że film Petzolda jest adaptacją. Jego opisy w większości przypadków nie dodają niczego interesującego do fabuły, a momentami obniżają przyjemność z seansu informując nas o tym, co widzimy na ekranie. Opowiedziane są pięknym, kwiecistym językiem, co również gryzie się z tworzoną przez reżysera paralelą. Nadają Tranzytowi klimat epickiego wojennego romansu, podczas gdy w rzeczywistości produkcja jest skromnym, egzystencjalnym dramatem.

Najnowszy film Petzolda porównywany jest z dziełami Kafki. Owszem, widać tu alienację człowieka, ale niekoniecznie wskazałbym na konotację z utworami wybitnego praskiego pisarza. W wielu miejscach Tranzyt osiąga coś zupełnie przeciwnego niż jego książki. Zamiast ukazywać rozpacz i zagubienie – szuka miłości i tęsknoty. Pozwala uchodźcom opowiedzieć swoje historie jednocześnie nie dopowiadając wszystkich do końca. Zostawiając milczenie sugerujące, że takich opowieści są tysiące. Że każdy imigrant to przede wszystkim człowiek – noszący bagaż doświadczeń, marzący o otworzeniu się przed kimś, poczuciu bliskości i bezpieczeństwa. Znalezieniu domu, dla którego przejdą przez niebezpieczne góry lub zaryzykują przeprawę przez morze na tratwie.

Ocena

7 / 10
Recenzje

“Terapia” – Niemiecki thriller w Sudetach [RECENZJA]

Andrzej Badek

Kiedy przeczytałem opis otrzymany od dystrybutora do produkcji Terapia i zobaczyłem, że jest on promowany jako thriller, moim pierwszym skojarzeniem była nieszczególnie udana seria slasherów Hostel, w których grupa młodych Amerykanów trafia do potwornej w s c h o d n i e j Europy, gdzie poddawani są okrutnym torturom. Niemiecki film jest w tym temacie dużo subtelniejszy i na całe szczęście nie traktuje Polski jako zaściankowego kraju, w którym czai się zło. Niestety, nie oznacza to, że jest dzięki temu udanym filmem.

Cała fabuła obraca się wokół nastoletniej bohaterki, Isabell, która wraz z matką przybywa do małego ośrodka terapeutycznego położonego w Sudetach. Górska chata, w której, razem z innymi pacjentami, mają odbyć terapię położona jest z dala od cywilizacji, a pacjenci są zobowiązani zdać na wejściu swoje telefony komórkowe; odcięcie od świata i zaangażowanie ma być podstawą sukcesu w leczeniu.

Sama terapia opiera się na faktycznie istniejącej w psychologii metodzie znanej jako Ustawienia Hellingera. Jest to kontrowersyjna metoda, nieuznawana przez większość naukowych towarzystw psychologicznych ze względu na brak wiarygodnych podstaw naukowych oraz romansowanie z mistycyzmem. Ustawienia polegają na doborze przez pacjenta wśród innych uczestników terapii osób, które następnie mają odgrywać rolę różnych osób z jego rodziny. Twórca teorii, Bert Hellinger, zakłada, że na podstawie ustawienia poszczególnych osób względem pacjenta; tego czy stoją blisko, czy daleko, czy są zwrócone przodem, tyłem, czy bokiem, osoby te są w stanie wczuć się w rolę w stopniu wystarczającym, żeby odczuć emocje i stany ludzi, których odgrywają. Duże kontrowersje budzi fakt, że w terapii odgrywa się czasami również osoby zmarłe lub nienarodzone: na przykład poronione dzieci. Jakkolwiek metoda zdaje się być odległa od naukowego podejścia w psychologii, ma całe rzesze zwolenników na całym świecie.

Młoda Isabell nie czuje się zbyt pewnie w nowym środowisku. Pozostaje nieufna wobec szefa całego ośrodka, enigmatycznego Einara i przeraża ją fanatyczna wręcz ufność matki względem niego. W międzyczasie bohaterka poznaje polską studentkę, pochodzącą z okolic, z którą szybko nawiązuje przyjaźń. Dziewczyna pomaga jej odkryć okolicę i wprowadza ją w folklor lokalnych legend.

Niewątpliwie największą zaletą utworu jest dzika górska przyroda Sudet, która z jednej strony oszałamia i wywołuje tęsknotę za sielankowym latem; szczególnie podczas słonecznych śniadań na świeżym powietrzu, z drugiej zaś pomaga w budowaniu poczucia samotności, izolacji i klaustrofobii. Góry jawią się tutaj jako labirynt; pułapka, z której nie da się samemu wyjść. Spotkany przez bohaterkę w jednej z pierwszych scen wilk zdaje się symbolizować niebezpieczeństwa czyhające na każdego, kto zejdzie z wytyczonego szlaku choć na chwilę.

Mniej więcej w połowie produkcji można odnieść wrażenie, że mamy przed oczyma mariaż stylu Jagody Szelc z “Wieży. Jasny dzień” z tematyką wielopokoleniowych okultystycznych historii z “Czarownicy: Bajki ludowej z Nowej Anglii”. Reżyserce, Constanze Knoche, brakuje jednak odwagi, żeby w swoje dzieło wpleść nutę szaleństwa i wyjść poza ramy klasycznej pozycji gatunkowej, jakich wiele.

Terapia sprawdza się co najwyżej w roli komentarza na temat rodziny i głębokości traum, które są z nią związane. Nie da się niestety powiedzieć, że mówi w temacie tym coś więcej niż powiedziano wcześniej. To całkiem przeciętny film, który kilkukrotnie w udany sposób buduje napięcie, ale ostatecznie prowadzi do prostego, tylko cudem nie banalnego rozwiązania. Obowiązkowy raczej tylko dla fanów ładnie sportretowanej przyrody polskiej.

Gra o tronSeriale

“Gra o tron” – S08E03, czyli długa noc nadeszła [RECENZJA]

Szymon Pietrzak

Na ten moment czekaliśmy wszyscy. Już nawet nie chodzi o to, że przygotowywały nas na to dwa ostatnie odcinki, ale o to, że twórcy zapowiadali uczynić z Bitwy o Winterfell największe dotychczas widowisko Gry o tron. Dlatego gdy na ekranie w końcu pojawiła się armia gotowa bronić nie tylko Północy, ale i całego świata przed zagrożeniem zza Muru, moje już wygórowane oczekiwania poszybowały całkowicie w kosmos. Niestety, z każdą kolejną minutą przychodził jakiś zawód – i nie wiem, na ile jest winna Gra o tron, a na ile jestem winien sobie sam i to wszystko przez moje niespełnione nadzieje.

Zobacz również: “Gra o Tron” – S08E02 albo Bitwa o Helmowy Jar 2 [RECENZJA]

Najdłuższy dotychczas odcinek serialu jest praktycznie przez cały czas skąpany w głębokim mroku. Nic dziwnego, bitwy przecież nie mają miejsca w dzień, a tutaj jeszcze dochodzi kontekst walki dobra ze złem (jasność kontra ciemność). Taki setting pola walki wymyślili sobie twórcy – choć problem z zauważeniem ludzi na ekranie stał się już internetowym memem, to jednak trzeba docenić podejście artystyczne, ale i oddające realia bitwy – panujący chaos i ogólna niewiadoma przypominają z czasem tę irytującą i frustrującą bezsilność tworzącą się w trakcie snu, gdy nie możemy zobaczyć czegoś co bardzo chcemy.

Idąc dalej tokiem chwalenia twórców, warto docenić emocje jakie wytworzyła zupełnie bezsensowna i nielogiczna szarża Dorthaków w całkowitą ciemność. Bo choć decyzji o ataku nikt i nic mi nie przetłumaczy (nawet gorąca krew koniarzy), to jednak widok mroku wręcz pożerającego ogniste miecze wraz z ich właścicielami wytworzył to niesamowite uczucie niepokoju oraz podkreślił i jeszcze bardziej podbudował napięcie przed nadchodzącym starciem.

Gra o tron

Nie ma co ukrywać, jakiekolwiek nadzieje na konkretną historię znikły wraz z uderzeniem hordy bezmózgich zombie. Ciężko zrozumieć, dlaczego Nocny Król nie wskrzesił zabitych wojowników lekkiej kawalerii, a czekał z tym do naprawdę ostatniego momentu – to wyglądało, jakby główny antagonista serialu HBO miał ochotę na efekt “wow” i wyciągnięcie asa z rękawa.

Zobacz również: Podcast o odcinku, o którym właśnie czytasz recenzję

Cała bitwa przypomina jeden wielki rollercoaster – Dothrakowie otrzymują ogniste miecze, następnie znikają. – Na pole bitwy wkraczają smoki i palą armię nieumarlych, następnie przychodzi śnieżna wichura, odcinając Daenerys i Jona od walki. – Melisandre podpala barierę, następnie nieumarli bardzo szybko znajdują sposób na przejście przez nią. – Daenerys wymierza swoje dracarys prosto w Nocnego Króla, a ten okazuje się być na niego odporny. Reżyser postawił widza przed ciągłym zdobywaniem nadziei na odparcie armii zza Muru, żeby następnie pokazać beznadziejną sytuację ludzkiej armii.

Taki zabieg miał zapewne przygotować nas na ostatnią scenę – tak, aby zbliżający się do Brana Nocny Król, wywołał prawdziwą beznadzieję – abyśmy choć na sekundę uwierzyli, że Inni zwyciężyli. Nawet gdy w desperackim skoku pojawia się Arya, to jednak wciąż myślimy, że nie da rady nic wskórać. Dla większości na pewno zaskoczeniem było tak szybkie zakończenie sprawy. Ale to nie jest ten rodzaj przyjemnego zaskoczenia – my po prostu zasłużyliśmy na coś więcej. Tak, żeby cała ta mitologia Innych naprawdę coś znaczyła.

I tu własnie przychodzi mocna gorycz, bo być może to moje wygórowane oczekiwania – chęć, aby serial nie był tylko jedną wielką bitwą o Żelazny Tron, a czymś więcej. Do tej pory dostawaliśmy naprawdę sporo przesłanek, że taki może być stan faktyczny, że to nie ludzie kontra ludzie będzie tym najwazniejszym wątkiem. I choć nie wątpię, że jakieś wytłumaczenie jeszcze dostaniemy, to ciężko jednak pozbyć się tego uczucia, że Gra o tron straciła już swoją otoczke tajemnicy, a cały suspens zabija sprawny ruch sztyletem. Teraz serial nie uśmierca już nawet postaci, których wątki się nie zakończyły. Żaden z sześciu dzisiejszych trupów nie miał już żadnej roli do odegrania, więc po prostu zniknął z ekranu.

Zobacz również: „Templariusze” – S02E04: „Equal Before God” [RECENZJA]

Gra o tron

Oprócz wielkiej potyczki, duże znaczenie miały tutaj też te mniejsze, dziejące się jakby obok, wydarzenia (Choć obok bitwy znalazł się nawet Jon, sprowadzony do roli statysty). Szczególnie w pamięci zostają sceny dziejące się w kryptach – gdzie Tyrion pierw zastanawia się, czy z jego najgroźniejszą bronią, rozumem, mógłby wskórać na górze cokolwiek, czy mógłby zobaczyć coś, czego nie widzą inni. Oprócz tego ma miejsce również piękna konfrontacja z Sansą. Niestety, mamy też do czynienia z rzeczami jak sekwencja z Aryą w bibliotece, która jest niczym wyjęta z gry “The Last of Us”. Ma miejsce cudowne pożegnanie Theona i jego samobójcza szarża, a  jednoczesnie Daenerys odkrywa w sobie całkiem sprawnego rycerza. No i jednego traci – w scenie, która wręcz krzyczy żeby się wzruszyć.

Tego odcinka nie uratował nawet świetny soundtrack. Wszystko mi się dziś zawaliło – i znów poczułem wielką chęć sięgnięcia kolejny raz po książki Martina. Tęsknie bowiem za czasami, gdzie bitwy miały ręce i nogi – nie ignorowały liczebności i logiki – za czasami, gdy szukając spisków i poznając mitologię krain Westeros, można było się naprawdę pogubić i zacząć nabierać świadomości, że Żelazny Tron jest niczym. Tęsknie za czasami, gdy to wszystko było odrobinę bardziej poplątane, a nie, tak jak dziś, sprowadzało się jedynie do uderzania ostrym końcem.

Ocena

5 / 10
PodcastPodcasty o GOT

Złodzieje Rowerów #12 – “GRA O TRON”: S08E03

Szymon Pietrzak

Zdrada, pożądanie, intrygi i siły nadprzyrodzone wstrząsają czterema stronami Westeros, a walka o Żelazny Tron staje się coraz bardziej zażarta. Przynosimy Wam cotygodniowe omówienie kolejnego odcinka finałowego sezonu “Gry o tron”. Do usłyszenia w poniedziałek za tydzień!


P.S. Odtwórz i subskrybuj nas na: iTunes, Android, SpotifyRSS lub YouTube!


Zobacz również: Omówienie drugiego odcinka





Recenzje

“Pewnego dnia”, czyli w pułapce zwyczajności [RECENZJA]

Kuba Stolarz

Jeden dzień. W obliczu tego, z ilu dni składa się średnia długość życia człowieka, jeden dzień to naprawdę nic. Ot, kropla w morzu zwyczajności. Zwłaszcza jeśli ma się trójkę dzieci na utrzymaniu, z czego jedyne, które Cię w ogóle słucha, to te, ledwo umiejące powiedzieć “mama”. Znudzonego męża, który na każde Twoje pytanie odpowiada, jakby chciał jak najszybciej zakończyć z Tobą rozmowę. Szefową, której grzecznie przytakujesz na każdą Jej prośbę, bo nie chcesz mieć z nią żadnych kłopotów. Znajomego z pracy, nie bojącego się powiedzieć w żywe oczy, że uważa Twoją sytuację życiową za dosyć absurdalną. Teściową, która przy każdej wizycie u Ciebie powtarza, że moglibyście już naprawić ten cholerny kran, a przecież ona zna takiego jednego hydraulika, on bardzo chętnie wpadłby z wizytą, to naprawdę żaden kłopot…

Anna prowadzi właśnie takie życie. Mało tego: akceptuje przeciwności ze stoickim spokojem, bez cienia irytacji na twarzy. Bez problemu przyzwala na wszystkie rzeczy, które się wokół niej dzieją, jakoby była to wola Stwórcy. Jakoby tak już miało być. Nie ma nawet czasu, żeby się porządnie nad tym zastanowić, bo trzeba przecież odwieźć córkę na balet, przypomnieć synowi, o zabraniu ubrań na WF, kupić lek na gorączkę, wyruszyć do pracy jako nauczycielka i pojechać do banku, żeby udowodnić, że Twoja rodzina spłaca kredyt. Jej życie przypomina trybik w szwajcarskim zegarku, nie ma w nim miejsca na własne przyjemności i chwilę oddechu.

Zobacz również: “Avengers: Koniec gry” – recenzja ze spoilerami

Główna bohaterka najnowszego filmu Zsófi Szilágyi otrzymuje pewnego dnia szansę na to, żeby się wyłamać ze tej rutyny – niestety na skutek terapii wstrząsowej. Wszystko zaczyna się jej sypać, kiedy dowiaduje się, że jej mąż, Szabolcs, ma/miał romans. I jest to informacja z najlepszego źródła, bo od samej kochanki (a także najlepszej przyjaciółki, Gabi), która wszystkimi słowami świata powie jej, że bardzo przeprasza i nigdy więcej tego nie zrobi, ale zapytana o przyczyny odstawienia takiego numeru, milknie i nie wyjawia żadnych powodów. Gabi pozostawia Annę z tą szokującą wiadomością, udaje, jakby nigdy nic się nie stało i usiłuje następnie przejść do typowej gadki-szmatki. Bo przecież nic się nie zmieniło, nadal się przyjaźnimy, prawda? Prawda?

W ciągu następnego dnia zostanie zmuszona do podsumowania swojego dotychczasowego życia. Czy wysyłanie syna na lekcje grania na wiolonczeli nie jest aby niszczeniem jego dziecięcej niewinności w imię tego całego “dorastania”? A nadpobudliwa córka to przejaw jej uroku czy jednak kiepskiego wychowania? Czy nieodzywanie się jej męża to po prostu odznaki jego introwertyzmu czy jednak zaniknięcia uczucia do niej? A przyjaciółka nie zerwała z nią jeszcze więzi tylko po to, żeby mieć pretekst do spotykania się z Szabolcsem? Czy praca w szkole językowej sprawia jej w ogóle przyjemność? Czy bliscy ją doceniają? A być może traktują ją jak popychle, które ma po prostu wykonywać za nich obowiązki?

Zobacz również: “Słodki koniec dnia”, czyli Krystyna Janda i uchodźcy pod słońcem Toskanii [RECENZJA]

Niczym w innej węgierskiej produkcji, Synu Szawła, Szilágyi nie odstępuje ani na krok swojej bohaterce w jej szaleńczej pogoni przez miasto – od domu do szkoły, od szkoły do pracy, od pracy do domu, kolacja, zęby, prysznic, spanie, powtórz. Pewnego dnia to historia wyłącznie Anny. To czysta życiówka, która większość swojego metrażu spędza na dokumentowaniu “zwykłych” ludzkich obowiązków wykonywanych przez postać Zsófi Szamosi – zakupy, mycie naczyń, nakrywanie do stołu, przebywanie z dziećmi, prowadzenie lekcji, wszystko co znamy z naszego życia. Zaskakująco mało tutaj “prawdziwego” dramatu mimo tego, że mamy tutaj przecież do czynienia z tematyką zdrady. Anna rzadko kiedy daje upust swoim emocjom. Nawet gdy jej dzieci zaczynają się wzajemnie wyzywać przy rodzinnym stole, ta nie pozwala sobie choćby na wściekłe krzyknięcie. Podniesie wtedy nieznacznie głos – na tyle, żeby dać znać, że to ona tu rządzi, ale nie na tyle, żeby przestraszyć małolaty. To nie ten film. To nie to tempo.

Tempo Pewnego dnia jest zresztą największą zaletą tego filmu. Siła produkcji Szilagyi leży w drobiazgach i detalach, w tym jak Anna reaguje na małe odstępstwa od tej rutyny – kiedy córka, która obudzona rano mówi, że nie chce jej się iść do szkoły, czy też kiedy jst zmuszona do wdania się w pyskówkę z agresywnym kierowcą na oczach jej syna. Jej reakcje na nagłą potrzebę powstrzymania czegoś, na co nie była przygotowana, ogląda się w ciągłym skupieniu. Duża w tym zasługa Szamosi, której świetne oddanie zmęczenia życiem Anny udziela się widzowi w takim stopniu, co niej samej. Dzięki jej roli nietrudno zrozumieć, dlaczego w pewnym momencie po usłyszeniu dzwonka do drzwi postanawia się schować pod stołem razem ze swoim synkiem. Pod stołem jest cicho, krzesła ich zasłaniają, dzieciak ma na razie proste wymagania – idealne warunki na przeczekanie armagedonu w postaci interakcji z innymi.

Zobacz również: “Avengers: Koniec gry” [“Avengers: Endgame”] – Największe zaskoczenie roku? [RECENZJA]

Niestety specyficzne tempo Pewnego dnia to także i jego największa wada. Choć Szamosi stara się jak może, żeby pokazać trud i znój matki trójki dzieci, która sama taszczy świat na barkach, bo mąż woli coś kręcić na boku zamiast jej pomóc, to w tych obowiązkach niewiele jest treści. Owszem, są to rzeczy wyczerpujące psychicznie widza. Owszem, są to czynności, które doskonale znamy. I właśnie tutaj Szilagyi wpada we własną pułapkę. Bo nie ma w tym nic odkrywczego. Nie ma w tym filmie świeżości, która wybiłaby ten film ponad, o ironio, przeciętny poziom podobnych produkcji obyczajowych. Przez co jedyną rzeczą, którą możemy powiedzieć po seansie, to to, że… cóż… było to ponure. I tyle. Zakładamy kurtkę, wychodzimy z kina, jutro nie będziemy pamiętali, że taki film w ogóle istnieje.

Siłą tego typu “życiówek” są bowiem postaci – bo nawet najmniej skomplikowana historia może zapaść nam w pamięć dzięki świetnie napisanym bohaterom, o których ona opowiada. Pewnego dnia tego nie ma. Mąż i przyjaciółka, wokół których kręci się przecież cała intryga, są wydmuszkami, które pojawiają się tylko na początku i końcu filmu (Gabi przewija się na moment w połowie seansu, ale nie robi nic, co zasługiwałoby na wspomnienie, więc i tak się czujemy, jakby jej w ogóle nie było), a postać Anny wybrzmiewa wyłącznie dzięki Szamosi, której skrypt co prawda daje się wykazać aktorsko, ale nie ma w nim czegoś, co przykuwałoby widza do ekranu. Poza nagłymi reakcjami na niespodziewane Anna nie jest jakkolwiek interesująca – a to ona jest przecież główną bohaterką.

Zobacz również: Odsłuchaj podcast o “AVENGERS: KONIEC GRY”

Nie oznacza to jednak, że film należy spisać z miejsca na straty, bo seans tegoż teatru jednej aktorki mija wyjątkowo bezboleśnie. Ba, im bliżej końca, tym więcej nieprzyjemności Anna spotyka na swojej drodze, Szilagyi wysuwa coraz dalej swoje pazurki, a produkcja staje się znacznie ciekawsza. Szkoda tylko, że moje zainteresowanie wzrosło dopiero podczas ostatnich dwudziestu-trzydziestu minut – kiedy Anna zaczyna powoli zdawać sobie sprawę z tego, że kurczowe trzymanie się grafika nie jest zdrowe. Że czasem warto odpuścić nastoletniemu synowi zajęcia z szermierki, żeby mógł zająć się tym, co go naprawdę jara – czasem zwykła kąpiel ze swoim paroletnim maluszkiem jest tym, czego Ci naprawdę było trzeba. I czasem warto dać sobie po prostu na wstrzymanie z tym wszystkim. 

Zobacz również: “Podły, okrutny, zły”, czyli natchniony Efron, wybitna Collins i chory świat [RECENZJA]

Tym bardziej żal, że przez ostatnią godzinę Szilagyi wczuwa się w sytuację swojej postaci kompletnie na opak – reżyserka zapomniała, że katatonię życia Anny należy pokazać widzowi nie tylko tak, żeby ją zrozumiał, ale także tak, żeby oglądał ją w zafascynowaniu. Tymczasem Pewnego dnia dostosowuje się tylko do tego pierwszego warunku, przez co ogląda się go przez większość czasu z nastawieniem głównej bohaterki – boleśnie nijakim. To kino moralizatorskie, którego morał wybrzmiewa w takim samym stopniu co spoty reklamowe dotyczące bezpieczeństwa na drodze, ale które przynajmniej nie oszukuje widza – od początku do końca nie uderzając w fałszywe nuty. Szilagyi spotkało po prostu przekleństwo zwyczajności – chcąc opowiedzieć o niej historię, sama stała się zwyczajna.

Rozumiemy Cię, Anna. Ale nie chcemy Cię oglądać.


Recenzje

“Avengers: Koniec gry” – recenzja ze spoilerami

Andrzej Badek

Od kilku dni w całym kraju tłumy widzów szturmują kina w każdym mieście, żeby obejrzeć zwieńczenie trwającej niemalże 11 lat historii o superbohaterach. To dobry czas, żebyśmy porozmawiali otwarcie o tym, co w produkcji było dobre, a co mogło wybrzmieć lepiej. Będą spoilery, dużo spoilerów, więc wchodzicie na własną odpowiedzialność, ale, powiedzmy sobie szczerze: musimy o tym pogadać. Bez dalszego przynudzania przejdźmy do konkretów.

Pierwsze 15 minut produkcji to swoisty prztyczek w nos wymierzony przez braci Russo zagorzałym fanom. Przez cały rok mnożyły się przeróżne teorie spiskowe i debaty, w jaki sposób Avengersi pokonają Thanosa, jak Tony wróci na Ziemię itd. Okazuje się, że wszystkie te kwestie zostają rozwiązane w kwadrans; w prologu rozliczającym się z oczekiwaniami widzów i wprowadzającym nas do aktu pierwszego.

Śmierć Thanosa to posunięcie doskonałe. Tytan, którego bohaterowie spotykają w chatce na odludnej planecie to istota nie do pokonania – istota, która spełniła swoje marzenia i jest pewna słuszności swych czynów. Stormbreaker pozbawiający go głowy nic nie zmienia: on wygrał, oni przegrali. Thanos był silniejszy, sprytniejszy, bardziej zdeterminowany. Lepszy.

Avengers: Koniec gry

Być może to kolejny krok; godzina poświęcona głównie dialogom i interakcjom między postaciami była najodważniejszą decyzją, którą podjęli twórcy w filmie. Przez kolejne kilkadziesiąt minut akcja wyraźnie zwalnia i… mam z tym pewien problem. Nie zrozumcie mnie źle: sam zamysł tego jest rewelacyjny. Ekspozycja emocji i bezsilności protagonistów, połączona z małymi kroczkami stawianymi w nowej rzeczywistości na papierze wygląda genialnie. Problem w tym, że o ile bohaterowie MCU sprawdzają się doskonale w przerzucaniu się zabawnymi lub podniosłymi one-linerami, o tyle braciom Russo zabrakło finezji w ukazaniu głębszych pokładów emocji. Poza Hemsworthem i momentami Downeyem Jr., aktorami, którzy kradną show, poważne deklaracje ich kolegów z planu wydawały mi się trochę tekturowe i wymuszone. Wszystko jest zrealizowane poprawnie i nie czułem tutaj nudy, ale zwyczajnie zabrakło warsztatu reżyserskiego, żeby wycisnąć z kilku scen coś więcej. Nie jest to mocny zarzut i zdaję sobie sprawę z jego subiektywności, ale tak to odczułem.

Przejdźmy teraz to tego, co było dobre! Absolutnie rewelacyjna była mroczna kreacja Hawkeye’a! Krwawe rozliczenie z azjatycką mafią czy meksykańskimi kartelami to coś, czego chciałbym zobaczyć więcej w zakapturzonej wersji wspaniałego łucznika. Podobnie Thor udowodnił po raz kolejny, że jest świetną postacią z ogromem potencjału i twardym, doskonale wymierzonym w czasie poczuciem humoru. Ten humor tak doskonale pasuje do Strażników Galaktyki, że niezwykle się cieszę, że połączyli oni siły w finale! Znacznie słabiej na tle poprzedników wypada Hulk. Profesor Hulk. W jednej ze scen Walkiria mówi, że wolała, gdy był w jednej lub drugiej formie, czym wyraziła także moje odczucia. Ciało Hulka z umysłem Bannera to koncept, który powinien działać jako rozrywkowy samograj. A trochę nie działa. To nadal przede wszystkim comic relief (choć często udany!), do tego Banner z genialnego fizyka został sprowadzony do roli… przeciętniaka z niewybrednym humorem. Rozumiem, że miało to stanowić kontrapunkt dla Tony’ego Starka, geniusza, filantropa, milionera, dla którego był to finał historii, ale nadal uważam, że Profesor Hulk stał się ofiarą tej koncepcji.

BossLogic fanart

Absolutnym majstersztykiem jest z kolei podejście do podróży w czasie. Rok temu, po premierze Infinity War, wahałem się, jak ocenić pół filmu perspektywie nadchodzącego Endgame, które mogło obrócić w pył cały dramatyzm poprzednika po prostu przywracając świat do punktu wyjścia. Na całe szczęście, twórcy zadbali o to, żeby każda czynność miała określone konsekwencje, których nie da się odczynić. Dotychczasowe podejście do podróży w czasie, znane choćby z Terminatora, Harry’ego Pottera czy Powrotu do przeszłości opierały się na konkretnej linii czasowej, w przeszłości bohaterów, którą należało zmienić, żeby zapobiec strasznej przyszłości. Koncepcja jakkolwiek ciekawa, nastręcza wiele problemów takich jak brak wolnej woli i determinizm postaci. Avengers zrobili to lepiej: tutaj nie ma możliwości zaingerowania w przeszłość ze skutkiem w teraźniejszości. Każda interwencja w wydarzenia minione tworzy nowe odgałęzienia rzeczywistości, natomiast “główna” linia czasowa, z której przybywają podróżnicy pozostaje nietknięta. Proste, genialne i pozbywa się paradoksu!

Oczywiście rodzi to pytanie: co z powstałymi wszechświatami. Co ze światem, w któym Loki uciekł z Kamieniem Nieskończoności? Co z wszechświatem, w którym Strażnicy Galaktyki nigdy się nie spotkają i z którego zniknął Thanos? Pozostaje sprawą otwartą, czy Disney zarzuci nas teraz historiami z tych różnych wątków czasu i przestrzeni, czy skupi się na głównym, a pozostałe odwiedzimy jedynie w serialowej serii What if? Czas pokaże.

Kolejna kwestia, za którą należy się pochwała twórcom to balans postaci. Wprowadzona wiosną Kapitan Marvel to bohaterka na miarę Thanosa, przewyższająca swoją siłą każdego z pozostałych bohaterów. Dlatego jej rola zostaje w filmie mocno ograniczona, co zostaje zgrabnie wytłumaczone jedynym ograniczeniem, które faktycznie ma: czasem. Pani Kapitan musi zając się nie tylko Ziemią, ale też innymi planetami. Dlatego zjawia się na początku i na końcu, żeby pomóc w zabiciu Thanosa. Ja to absolutnie kupuję. Film to historia Thora, Kapitana Ameryki i Iron Mana; oryginalnych Avengersów, którzy posiadają swoje ograniczenia. To oni muszą stanąć przeciwko tytanowi i robią to w rewelacyjnym pojedynku, do którego zaraz przejdziemy, ale…

mat. prasowe, Disney

Czas na jeszcze jedną, podwójną szpilę. Endgame nigdy nie uniknie porównań do Infinity War. Niestety, z tych dwóch filmów to wcześniejszy uważam za lepszy jako całość. Zeszłoroczna Wojna bez granic, wbrew tytułowi, nie była produkcją o Avengersach, ale miała swojego silnego, dobrze napisanego protagonistę, którym był Thanos. Kreacja Josha Brolina, zademonstrowana rok temu to zdecydowanie najlepszy czarny charakter w MCU, a być może przejdzie do historii jako jeden z najlepszych w historii kina. Pisałem już to wyżej, ale powtórzę: Thanos w Infinity War wygrał z Terranami. Wygrał nie przypadkiem, ale inteligencją, bezwzględnością, siłą, wytrzymałością, sprytem i innymi cechami, które w połączeniu sprawiły, że bohaterowie mogli wspólnymi siłami wycisnąć z niego najwyżej kroplę krwi. Do tego dochodzi fakt, że pod względem dramatycznym poprzednik Końca gry był dużo lepiej rozplanowany. Akcja mieszała się z momentami wytchnienia, żarty przeplatały się zgrabnie z dramatyzmem. Oprócz kilku przestojów, najnowszemu filmowi MCU brakuje zwyczajnie protagonisty.

Z jednej strony jest nim Iron Man, z drugiej strony Kapitan Ameryka, z trzeciej strony protagonista to bohater zbiorowy: superbohaterowie, którzy walczą o uratowanie Ziemi. Żaden z nich nie ma niestety tyle uwagi, którą miał Thanos w poprzednim filmie. Ten ostatni zresztą zostaje bardzo boleśnie zdegradowany. W ciągu trzech finałowych godzin staje się dość archetypicznym “złym”; postacią okropnie płaską. Najbliżej zastąpienia Thanosa w roli głownego bohatera jest Tony Stark (dziwi to o tyle, że bracia Russo byli odpowiedzialni wcześniej głównie za rozwój Kapitana Ameryki), którego motywację są jasne i którego ostateczne poświęcenie naprawdę daje się odczuć. Wzruszająca jest też rozmowa z ojcem i świadomość nieuchronności losu. Zresztą to właśnie starcie Starka i Thanosa; dwóch wizji ojcostwa: liberalnej oraz despotycznej, zdaje się napędzać dylogię.

Zabrakło mi również większej roli Kamieni Nieskończoności. Przez bite trzy godziny dostajemy tylko jeden moment, w którym ktokolwiek używa pojedynczego kamienia: Thanos wyrywa z rękawicy Kamień Mocy, żeby uderzyć jego siłą Kapitan Marvel. Szkoda, bo moc poszczególnych kamieni dodała sporo różnorodności do Infinity War i dawała duże pole do popisu podczas scen walki. Szczególnie boli fakt, że pomimo dwóch filmów z Kamieniem Duszy, nadal nie wiemy, na czym polega jego moc. Nie został on ani razu wykorzystany oddzielnie (jako jedyny kamień!), przez co, oprócz specyficznych warunków potrzebnych, żeby go zdobyć, wydaje się być jedynie minerałem, który uzupełnia kolekcję.

Sama scena poświęcenia Czarnej Wdowy wymaga osobnego komentarza. To nie jest zła scena, choć mistycyzm miejsca, w którym znajdują się bohaterowie zostaje mocno nadszarpnięty niepotrzebną sceną akcji, doprowadzającą do upadku bohaterki. Jakkolwiek poświęcenie jest godne pochwały i spójne z rysem psychologicznym postaci, blednie w porównaniu z poświeceniem Thanosa, który postawił przed nami rok temu przerażające i filozoficzne pytanie: czy wszechświat naprawdę uznaje toksyczną, samolubną i autorytarną miłość ojcowską za prawdziwe uczucie?

mat. prasowe, Disney

Te mankamenty bledną, gdy nadchodzi czas ostatecznego starcia. Moment, w którym Steve Rogers chwyta młot Thora był chwilą, gdy cała sala kinowa zaczęła bić brawa. Chwila, w której Doktor Strange otworzył portale, przez które zaczęli wychodzić kolejni superbohaterowie zjeżyła mi włosy na całym ciele. Nie mieliśmy w historii science-fiction jeszcze tak wielkiej i tak wspaniałej bitwy,  w której każde ujęcie było okazją, żeby skonsumować relacje między bohaterami budowane przez lata. Absolutne finałowe spełnienie drugiej dekady XXI wieku, z okiem puszczanym w kierunku fanów na każdym kroku. Rewelacyjne momenty feministyczne, Pepper w zbroi, kooperacja Spider-Mana, Kapitan Marvel, oryginalnych Avengersów i wielu innych to sekwencja, która jak tylko pojawi się na Youtube będzie przeze mnie odtwarzana wielokrotnie. Uwielbiam ten podniosły ton muzyki, która zaczyna grać w tle w momencie otwarcia pierwszego portalu, w którego wychodzi Czarna Pantera i osiąga punkt kulminacyjny w chwili, gdy Ant-Man staje się gigantem. Uwielbiam kwestie Avengers assemble oraz I am Iron Man! Tak powinno się budować napięcie!

Niewiele mam do powiedzenia na temat zakończenia. Ono też nabierze kształtu dopiero przez pryzmat czasu. Zakończenie opowieści Iron Mana jest świetne, zakończenie opowieści Kapitana Ameryki jest w porządku. Dziwi chyba najbardziej to, że następcą tego ostatniego został nie Bucky, ale Sam Wilson; postać, której nigdy nie poświęcano do tej pory zbyt wiele uwagi.

Mimo wszystkich powyższych krytycznych uwag, Avengers: Endgame to dobry film. To także godne zwieńczenie serii, która tworzy się na naszych oczach. Kiedy oglądałem wiele lat temu pierwszego Iron Mana i jego próby zbudowania pierwszej zbroi, nie spodziewałem się, że przyjdzie mu kiedyś podróżować w czasie i przestrzeni na kinowym ekranie. Z punktu widzenia kinematografii MCU to bezprecedensowy przypadek serii, która nie służy jedynie do zarabiania ogromnych pieniędzy, ale też jest spełnieniem marzeń całego pokolenia wychowanego na komiksach. W panteonie wielkich znajdzie się miejsce dla Avengersów.

PS Mam nieodparte wrażenie, że największą ofiarą finałowego filmu MCU może stać się Gra o Tron. Jakkolwiek są to produkcje z różnych gatunków, trudno mi uciec od kilku skojarzeń. Zarówno GoT, jak i Avengers to epickie wysokobudżetowe historie, których rozwój zdominował popkulturę ostatniej dekady, finały obydwu następują w niemalże tym samym momencie i mam wrażenie, że celują w podobne grupy odbiorców. Nadchodząca bitwa o Winterfell będzie musiała być naprawdę niesamowita, żeby przebić osiągnięcie MCU. Kto wygra popkulturowe starcie – Anthony i Joe Russo czy David Benioff i D. B. Weiss?

Okiem FilmawkiSeriale

„Templariusze” – S02E04: „Equal Before God” [RECENZJA]

Martin Reszkie

Błądzić to rzecz ludzka, przebaczać – boska.

Ponowne połączenie się Landry’ego z jego braćmi dokonało się. Niedługo jednak przyszło jemu cieszyć się tym wydarzeniem. Król zaciska pięść, w której trzyma swoje władztwo. Współbracia jeszcze nigdy nie byli tak odsłonięci na atak. Osłabieni, przetrzebieni, zdradzeni pozbawieni przywódcy oraz skłóceni wewnętrznie. I chociaż jeszcze nie są w stanie dostrzec nadciągającej burzy, ich los został przypieczętowany.

Plotki o dzieciobójstwach Templariuszy zostały zasiane oraz podlane złotem i strachem zaczynają wyrastać. De Nogaret wie, że królewski brak powściągliwości należy pohamować oraz dać czas na skompromitowanie szanowanych zakonników. Jednak szaleństwo Filipa nie pozostaje obojętne Ludwikowi, zbrojnemu ramieniu królewskiej władzy. To on musi znosić trudy walki i brzemię kłamstw, intryg oraz niewinnie przelanej krwi.

Ciężar, który przygniata niedoświadczonego dziedzica francuskiego tronu nie robi wrażenia na Gawainie. Wypalanie ogniem stronników zamordowanego papieża nie wadzi mu, przecież w Ziemi Świętej był świadkiem scen o wiele bardziej przerażających. W tych chwilach, obdarty z moralności zdrajca nie ma czasu na osobiste rozterki czy chwile słabości. Brak zaufania od króla z powodu niepełnosprawności musi przekuwać w czyny potwierdzające jego siłę i umiejętności.

Kadr z serialu „Templariusze”
Zobacz także: Recenzję pierwszego odcinka finałowego sezonu „Gry o Tron”

Były brat ma świadomość, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Szczególnie teraz, w obliczu zbliżającej się wojny. Jego zadaniem jest wykazać się w boju i wykonać rozkaz. Niezależnie od konsekwencji czy osobistego zawahania. Wprawdzie im trudniejszą przeszkodę spotka na swojej drodze, tym większym triumfem będzie mógł się napawać. A wszystko w imieniu króla.

Zapłacić ten rachunek przyjdzie jednak komu innemu. Także początkowo postronnym, takim jak członkom Zakonu Rycerzy św. Łazarza, którzy odkryli prawdziwy powód śmierci papieża. Jeden z niedobitków, który umknął przed monarszym gniewem, Gabriel szukając schronienia natrafił na braci odzianych w biel. Jego informacje nie pomogły jednak scementować bractwa, wręcz przeciwnie. Niepewni i wewnętrznie podzieleni nie uwierzyli rannemu bratu w czasie, w którym za bierność płaci się życiem. Templariusze już niedługo się o tym przekonają.

Jednak nie samymi męsko-męskimi konfliktami żyje świat, także ten serialowy. Jednak wątek zawiązywania się nici porozumienia pomiędzy przyszłymi królowymi Francji i Anglii zazgrzytał mi okropną niekonsekwencją w kreacji postaci Izabeli, córki króla Filipa. Trudno mi bowiem uwierzyć, że niepewna siebie księżniczka, która przeżyła ogromne zawstydzenie w postaci testu dziewictwa nagle przeistoczyła się w korzystającej z rozkoszy życia kobietę.  Oczywiście nie mam na celu negowania jej postawy, bo aktualnie ta zmiana osobowościowa nie wpływa na serial. Jednak nawet średnio rozgarnięty komentator sportowy jest w stanie dostrzec, że to te małe detale decydują o powodzeniu lub nie jakichś przedsięwzięć. Na szczęście jednak niewiele jest postaci powtarzających się w obu sezonach, liczę więc, że to jedynie Izabela przeżyła zupełnie niespodziewaną i nigdzie nie potwierdzoną drastyczną zmianę osobowościową.

Kadr z serialu „Templariusze”
Zobacz także: Recenzję „Grâce à Dieu”

Wydaje mi się, że połowa sezonu to dobra pora by zauważyć podniesienie poziomu scen batalistycznych. Nie zrozumcie mnie źle, to nie tak, że dopiero ogniowa scena przekonała mnie do tego stwierdzenia. Nawet w niej znajdują się pewne nieścisłości, jednak nie zakrywa to faktu, że po prostu przyjemnie patrzy się na władających stalą rycerzy. Oczywiście, wciąż nie jest to półka takich produkcji jak Gra o Tron czy prawie dwudziestoletni Władca Pierścieni. Zrzuciłbym to jednak na karb pozbawionej jakiejkolwiek werwy reżyserii, mało sprawnego ogrywania przestrzeni czy raczej średniej jakości zdjęć. Właśnie tam upatrywałbym powód niepełnego wykorzystania potencjału związanego z machaniem replikami mieczów.

Finalnie jednak, moja prośba związana z poprzednim odcinkiem niejako została spełniona. Przyspieszenie akcji, które obrazować może starcie Landy’ego z Gawainem ukazuje nam, że to nie król Filip jest największym wrogiem naszego protagonisty. Oczywiście, świadomość nadciągającej konfrontacji z królewską furią ciąży nad Landrym. Jednak to miecz byłego towarzysza zagraża mu najbardziej. A gdy jego córka zostanie odnaleziona, także ona może stać się celem byłego rycerza.

 


Najnowszy odcinek Templariuszy będziecie mogli zobaczyć we wtorek na HBO oraz platformie HBO GO.

Zobacz także: Recenzję pierwszego, drugiego, oraz trzeciego odcinka.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.