Advertisement
Recenzje

“Belzebub” – Wielki Piątek dla ateistów [RECENZJA]

Kamil Walczak

Normalnie bym pomyślał, że to rutyna – ot, jaki horror o motywach satanistycznych jest każdy widzi. Różnica li tylko taka, że przed premierą ani widu, ani słychu, jakby kmiot makiem zasiał a reklamę diabli wzięli. By zasięgnąć języka udałem się zatem na stronę Rotten Tomatoes – tam wizja optymistyczna, bo film “świeży”, lubiany, meksykańscy krytycy zachwyceni. Oglądam w końcu rzeczonego Belzebuba, z tyłu głowy dalej skowronki, ma przecież być fajnie. Seans już skończyłem, a tym anegdotycznym wstępem pragnę przekazać szczytną myśl: niech wam żadne krytyczne skowronki nie przesłonią widoku, że ktoś może sobie z was robić jaja. A przy tak… ambiwalentnym dziele jak tytułowe dałem się chyba na to złapać.

Policyjny detektyw zmagający się z traumatycznymi wydarzeniami sprzed lat zostaje wyznaczony do zbadania tajemniczych tragedii, w których masowo giną dzieci. Pomaga mu grupa gringos ze sprzętem do badań zjawisk paranormalnych, a przeszkadza sekta okolicznego księdza, wygnanego ongiś z bram Watykanu. I gdyby historia dalej rozwijała się jak w pierwszej godzinie filmu, byłbym za, rękami i nogami. Sprawy niestety się komplikują i to głęboko na niekorzyść oglądających.

Ale zgodnie z hierarchią przyzwoitości, oddam najpierw panu reżyserowi Emilio Portesowi należną mu porcję pochwał. Wydaje się, że za wszystkim stoi nietuzinkowy pomysł, który twórcy próbują ezoterycznie uspójnić. Niby całość trzyma się motywów z pogranicza satanistyki i heretycko pojmowanego chrześcijaństwa, niby pieczę nad fabułą sprawuje diabeł czy inny belzebub, a zjawiska paranormalne zbijają sztamę z głęboką traumą nękającą protagonistę. Tyle że gdzieś po drodze historia traci impet, komplikuje się, o scenariuszu już zapominamy, bo kto nie nadąża, trafia za burtę. Ja nie umiem obsługiwać lutownicy, więc się tym nie zajmuje. Niektórzy przy tym filmie też nie ogarnęli łączenia tak nieoczywistych elementów jak fabuła, montaż i rozwój postaci.

Zobacz również: Czy warto obejrzeć serial “Gentleman Jack”

Co jednak cieszy, przy dosyć długim jak na ambicje gatunkowe metrażu (1h 50min.!) Belzebub zdaje się dostatecznie długo utrzymywać nas przy życiu. W ogóle skomasowana jest tutaj imponująca liczba akcyjnych michałków, morderczych masakr, od których włos staje dęba. Sprawia to, że zwykła meksykańska mieścina pod granicą z USA staje się areną plag egispkich, zresztą równie biblijnych, literalnych odniesień jest tutaj dosyć dużo. Superlatywy wieńczy anturaż znanych-nieznanych czwartoligowców aktorskich: Joaquín Cosio (ostatnio widziany w Narcos: Mexico), Tate Ellington (Sinister 2 czy Straight Outta Compton) czy… Tobin Bell (n-ta reinkarnacja Jigsawa).

Chcąc zrozumieć fenomen tego filmu, jak mawiał klasyk, musielibyśmy cofnąć się do religijnej historii Meksyku. Ani ja, ani wy niekoniecznie chcielibyśmy to jednak robić. Myślę, że rodzima siła horroru tkwi w jego autochtoniczności per se i naturalnie podejmuje on problemy, które dla takiego metojka jak ja mogą być zbyt hermetyczne. Główny bohater, Emmanuel, na pytanie amerykańskiego księdza, czy wierzy, odpowiada, że tutaj (w Meksyku) nawet ateiści są wierzący. I jasne, że poza głęboką prawdą na ekranie, która zmieni oblicze świata, w rzeczywistości jest w tym sporo prawdy, to reżyser czy scenarzyści raczej nie skłonili mnie, by szukać w tym obrazie czegoś więcej, by uwierzyć w wyjątkową metatekstualność religijnych referencji i uwierzyć, że to, co oglądam jakkolwiek trzyma się kupy. Pod tym względem można to zestawić z koreańskim Lamentem sprzed paru lat, gdzie te kulturalne napięcia naprawdę odegrały znakomitą rolę i ukonstytuowały film Na Hong-jina jako dzieło ważne i oryginalne. W przypadku meksykańskiej kalki, natrafiamy na słaby rozwój samego diabła (stricte jako Belzebub objawia się pod sam koniec filmu i też nie do końca wiadomo dlaczego), wyciągniętą znikąd historię zbawienia, na egzorcyzmach przeprowadzanych w przeklętych miejscach się nie znam, więc będę musiał jeszcze znajomych księży podpytać. Najlepszą peryfrazą tych quasi-teologicznych dywagacji jest kwestia ojca Canettiego (Tobin Bell): “Będziecie musieli użyć ekstremalnych metod. Mrocznych rytuałów z użyciem krwi i soli, którą mogą wydawać się bluźniercze…”. Biorąc pod uwagę te rażąco tanie i nierealistyczne efekty specjalne, ciężko mi się z nim nie zgodzić.

Trzeba jednak przyznać, że film ten jest nieoczywistym manewrem ze strony dystrybutora. W Polsce premierował w Wielki Piątek i uwierzcie, że nie było w tym przypadku. Spirytualne odwołania do krzyża i rzeźb z wizerunkiem Jezusa mogą szokować bądź zachwycać. Mi bliższe jest to drugie uczucie, ale nie ma w tym powagi czy wielkanocnej zadumy. Wbrew pozorom Belzebub jest straszny i wcale nie używa do tego jumpscare’ów. Straszy klimatem, jak to się mówi. Nie jest dobry ani nie jest zły. Czymś się wyróżnił i jakoś przez niego przebrnąłem, ale czuć tu bardziej guilty pleasure niż jakiegoś doniosłego pretendenta. Ciężko mi to polecać, ale głupio też odradzać.

Ocena

4 / 10
Recenzje

I nie wódź nas na pokuszenie, czyli współczesne kino wątpiące [FELIETON]

Maciej Kędziora

Trudno uwierzyć, jak bardzo zdewaluowało się określenie “kino religijne” – niegdysiejszy symbol najwyższej formy kinematografii, przeplatający ze sobą ewangelickie nauki, hagiografię i wysoką jakość samych produkcji. Nie sposób nie wspomnieć chociażby o znakomitej “Ewangelii wg. świętego Mateusza” Pasoliniego, intrygującej formalnie “Biblii” Hustona, czy nawet głośnej “Pasji” Gibsona. Jednak ostatnia dekada, a z nią trend nowego kina biblijnego, którego głównym zadaniem jest nawracanie wątpliwych (plus zarabianie ogromnej ilości pieniędzy), doprowadziła do tego, że termin “film religijny” stał się pojęciem pejoratywnym, oznaczającym produkcję nudną, tanią, nieudolnie wykonaną, podającą morał i głoszącą tezy w sposób “łopatologiczny”.

Zobacz również: “Wywiad z Bogiem” [RECENZJA]

Filmy pokroju “Bóg nie umarł”, “Niebo istnieje naprawdę”, czy polskie jak “Karol, który został świętym”, to produkcje żerujące na wycieczkach ze szkół w ramach lekcji religii. Nie ma w nich niczego fascynującego, każdy operuje utartymi schematami, przeradzając się szybko w farsę i osiągając tym samym rezultat całkowicie odmienny od oczekiwanego. Gdy we wspomnianym “Karolu..” Piotr Fronczewski po raz wtóry wspomina o swoim przyjacielu, przyszłym papieżu, nawet dzieci – do których owa produkcja jest skierowana – ziewają ze znudzenia, bądź odwracają twarz od przerażająco obskurnych animacji. To właśnie trend niskobudżetowych tasiemców, bazujących na postaci wtenczas beatyfikowanej/kanonizowanej, przyczynił się do tego, że pierwszym skojarzeniem idącym za sformułowaniem “kino sakralne” jest kicz.

Kadr z filmu “Karol, który został świętym”

Na całe szczęście współczesna kinematografia podejmująca tematykę duchową nie wychodzi jedynie spod rąk wątpliwej jakości wyrobników. Swoje eseje teologiczne, rozprawy na temat moralności prowadzą również najwięksi twórcy, często kwestionując w nich instytucję kościoła, nie negując przy tym samej wiary. Od tych najbardziej religijnych – Wendersa (“Papież Franciszek – człowiek, który dotrzymuje słowa”) i Scorsese, przez wchodzących w otwarty dialog z religią Schradera i Łazarkiewicz, ukazujących przekleństwa oraz choroby Kościoła McCarthy’ego i Smarzowskiego, aż do jawnie kwestionującego istotę boską Aronofsky’ego i atakującego fanatyzm Edgertona (“Wymazać siebie”). To oni są prawdziwą twarzą kina religijnego. Kina, które nie boi się wątpić.

I – Przerwane “Milczenie” Martina Scorsese

Religia przez długi czas była nieodzownym punktem filmów Martina Scorsese. To ona powodowała dylematy moralne Charliego, głównego bohatera “Ulic nędzy”, rozdartego między chrześcijańskim dewotyzmem a niegodziwą pracą dla wuja. To ona była podstawą kodeksów moralnych wszystkich postaci u twórcy “Taksówkarza”. Wówczas wydawało się, że Scorsese i Kościół tworzą nierozerwalną więź, a on pozostanie na zawsze czołowym przedstawicielem progresywnego, symbolicznego kina katolickiego. Tak było do czasu premiery “Ostatniego kuszenia Chrystusa”.

Kadr z filmu “Ostatnie kuszenie Chrystusa”

Recepcja, skądinąd znakomitego dzieła Scorsese przerosła nawet samego mistrza. Nikt jednak nie atakował go za formę opowieści o Jezusie Chrystusie, a sam zamysł, by uczłowieczyć Mesjasza. W jednej chwili prysła cała magia twórcy “Ulic nędzy”, który z jednego z największych autorów kina uduchowionego stał się heretykiem, jego film został zakazany, a na lekcjach religii katecheci zabraniali sięgania po tę pozycję, nazywając ją owocem zakazanym. Co z tego, że morał i finalna sekwencja całkowicie zmienia wydźwięk “Ostatniego kuszenia..”, gdy Zbawiciel decyduje się umrzeć za grzechy. Opinia publiczna skazała go na wieczne potępienie, a sama produkcja do dziś wywołuje w wielu poczucie zgorszenia, czy nawet zhańbienia.

Nie wiadomo czy sam fakt negatywnego odbioru, czy też incydent w kinie świętego Michała w Paryżu, gdy w ramach protestu grupa wiernych podpaliła jedną z sal, na skutek czego 13 osób doznało obrażeń, spowodował, że Scorsese porzucił na długo temat Kościoła w swoich filmach. Nawet sama wiara będzie pojawiała się w jego filmach rzadko (głównie w “Kundunie”), albo będzie ukryta pod gęstą warstwą symboli, jak w “Ciemnej stronie miasta”. Mało kto spodziewał się, że “nawrócenie” nastąpi po jednym z najbardziej szalonych i obrazoburczych filmów reżysera – “Wilku z Wall Street”.

Zobacz również: “Grâce à Dieu”, czyli Ozon o zranionych duszach [RECENZJA]

“Milczenie” to jeden z najważniejszych projektów w życiu Martina Scorsese. Po raz kolejny nie unika trudnych pytań – o sens męczeństwa, o istotę apostazji, oraz aspekt trwania w wierze, gdy cały świat jest przeciwko nam. Jego powrót w sferę sacrum nie ma jednak na celu kwestionowania religii, a jest jedynie próbą spojrzenia na nią z szerszej perspektywy. W końcu nawet, gdy opowiada o buddyzmie, nie wartościuje poszczególnych systemów duchowych, co zapewne wynika z jego długich studiów nad postacią Dalaj Lamy.

Kadr z filmu “Milczenie”

Najciekawsze jednak, że Scorsese w swoim filmie, poza ukazywaniem ludzkiego okrucieństwa ubolewa nad słabością słów. Nad tym, jak nie potrafią one oddać Boskiej istoty, jak w swej ulotności nie są w stanie uchwycić esencji wierzeń ludzkich. Zarówno Sebastião, jak i Francisco podejmują próby nawrócenia miejscowej ludności, ale wypowiadane przez nich kwestie często pozostają bez odzewu. Jedynym, słyszalnym echem będzie sam Bóg, objawiający się jako głos znikąd.

Co jednak najwspanialsze w wydźwięku “Milczenia” Scorsese, to zawarta tu myśl tomistyczna, gdyż twórca “Ulic nędzy” zdaje się ufać i żyć w zgodzie z zasadami świętego z Akwinu. W “Sumie teologiicznej” Tomasz napisał “Nie wolno zmuszać niewiernych do wierzenia, ponieważ wiara musi pochodzić z wolnej woli.” Tak samo reżyser jak i najważniejsza postać, czyli ojciec Ferreira, nie będą nikogo zmuszać do nawrócenia, żyjąc jednocześnie w przeświadczeniu, że tylko Bóg może zmienić człowieka.

II – “Uchowaj, Panie Boże, takiej pobożności!”, czyli dewocja oczami Łazarkiewicz

“Powrót” początkowo może wydawać się kolejną uproszczoną historią ukazującą trudny żywot Polski B, trapionej biedą, przemocą i patologią. Wcale by mnie takowe podejście nie dziwiło – jak pokazuje przykład Małgorzaty Szumowskiej, w ten oto sposób można najłatwiej przekazać swój punkt widzenia. I tak w “Twarzy” operuje ona samymi karykaturami, na czele z komicznym portretem księdza i parodystyczną sceną egzorcyzmu. Nie miałbym jednak z takim podejściem dużego problemu – w końcu moralizatorski pastisz jest niejako wpisany w ten nurt (chociażby w produkcjach z Charliem Chaplinem). Problem w tym, że slapstick, kicz, w klasycznych produkcjach ma być wprowadzeniem do pewnych rozważań.  Czy w “Twarzy” skłania nas do analiz i moralnych retrospekcji? Nie.

Kadr z filmu “Powrót”

Kino Łazarkiewicz cechuje jednak większa powaga w podejściu do tematu. Historia Uli, dziewczyny zmuszonej do sprzedawania swojego ciała za granicą, która wraca po dwóch latach do domu, również mogła przerodzić się w mieszankę poverty porn i grubiańskich żartów, zakrapianych hektolitrami żytniego napoju wysokoprocentowego. Twórczyni niedocenianego “Ostatniego dzwonka” wiedziała, że w ten sposób nie trafi do grupy docelowej – ortodoksyjnych katolików – choć, co należy zaznaczyć, morał całej opowieści jest uniwersalny i dotyka wszystkich wyznań.

“Powrót” to film ascetyczny. Każdy kadr przepełniony jest bólem, czy to na skutek korzystania z chłodnej palety kolorów, czy też wiecznego umartwiania bohaterów. Niektórzy będą sami skazywali się na cierpienie, zalewając swoje żale wódką i samookaleczając się; inni będą zadawać ból swojej rodzinie, katując syna pasem, czy zamykając córkę na klucz w swoim pokoju bez możliwości wyjścia, nawet do toalety.

Zobacz również: Ostatni dialog filmowy – “Syn Szawła”

Zamiast przypowieści o synu (a w tym przypadku – córce) marnotrawnym dostajemy parafrazę legendy o św. Aleksym, nierozpoznanym przez rodzinę po latach. Podobnie Ula, mimo bycia ponownie przyjętą do domu, nie jest tam już mile widziana. I choć zmowa milczenia i tabuizacja jej przeszłości jest chlebem powszednim, to można wyczuć, że lepiej by było, gdyby już nie wróciła. Łazarkiewicz pokazuje tym samym trochę inną stronę oczekującego na zaginioną domu niż tą z “Fugi” Agnieszki Smoczyńskiej.

Kadr z filmu “Powrót”

W “Powrocie” jest tak naprawdę dwóch antagonistów – uosobienie szatana w postaci eks Uli, który zmusił ją do wyjazdu oraz ksiądz Jerzy, człowiek upadły moralnie, erotoman-alkoholik. Najmocniejszy wydźwięk ma scena, w której Jerzy w stanie całkowitej nietrzeźwości próbuje przeprowadzić jedno z najważniejszych nabożeństw w ciągu roku liturgicznego. Dramatyczna próba powstania po kolejnym upadku, gdy otrzymuje całun od Anny, jak ma się dopiero okazać nie tylko w tym aspekcie przypominającej Marię Magdalenę, jest symbolicznym upadkiem instytucji w oczach Uli.

Łazarkiewicz w żadnym momencie nie atakuje w swoim filmie wiary, nie stygmatyzuje katolików. Punktuje jedynie wady człowieka, brak zrozumienia dla swoich słabości. I tak jak Scorsese w opowieści o męczeństwie odwoływał się do św. Tomasza, tak w “Powrocie” reżyserka odwołuje się do samej Biblii, przypominając, że “Wino to szyderca / alkohol jest nieokiełznany / a kto błądzi pod wpływem trunków, nie jest mądry” (Przysłów 20:1). A także, że wyznanie nigdy nie powinno nas zaślepiać, a dobro bliźniego to najwyższa wartość.

III – “Pierwszym naszym krokiem na drodze wyjścia z grzechu jest uznanie grzechu, uznanie go w jego strasznej powadze, przebudzenie się ze snu..”, czyli Kościół grzeszny

Mimo podjęcia podobnego tematu pedofilii w Kościele Katolickim Tom McCarthy i Wojciech Smarzowski przyjęli diametralnie różne założenia formalne. Jeden postanowił obnażyć prawdę w sposób chirurgiczny, ani razu nie spuszczając z tonu, w każdym dialogu oddając hołd ofiarom. Smarzowski natomiast postanowił być Smarzowskim.

Kadr z filmu “Spotlight”

W “Spotlight” McCarthy naświetla śledztwo Boston Globe, niejako je “globalizując”. Podobnie jak Mike Rezendes i Sacha Pfeiffer próbuje dotrzeć z nim do każdego wierzącego i pokazać, że w instytucji, której tak bardzo ufają, dzieją się złe rzeczy. Pokazać, że ich dzieci mogą być zagrożone. Bo choć – jak w jednej ze scen – słyszą głosy, że “to tylko 6 procent” (sam fakt takiego zdystansowanego podejścia do zbrodniczego procederu przeraża), muszą sobie uświadomić, że za niepozorną cyfrą stoi 90 księży, którzy dopuścili się napaści fizycznej. Księży, z którymi Kościół nic nie zrobił, księży, którzy nadal mogą dopuszczać się pedofilii – księży, których należy zatrzymać.

Kluczowym pytaniem, jakie wynosimy z oscarowego filmu jest “W jaki sposób te afery były tuszowane przez taki długi okres?”. Paradoksalnie odpowiedź na nie pada dość szybko, gdy Peter Canellos mówi “Akceptowałem to, bo księża mieli być tymi dobrymi”. Oczywiście Canellos nie będzie odpowiadał za całą instytucję, a samo upublicznienie faktów, do których doszli dziennikarze na skutek ich śledztwa, nie zatrzyma zbrodniczego rytuału relokowania pedofili. “Spotlight” natomiast osiąga inny, jakże ważny cel – powoduje, że przestajemy bezgranicznie ufać instytucjom, bo owa ufność może przerodzić się jedynie w zaślepienie.

Zobacz również: “Varda według Agnès” – Piękna retrospektywa od samej twórczyni [RECENZJA]

Znacznie większy dysonans mam przy ocenianiu “Kleru”. Ba, uważam, że znacznie bardziej niż sam film, do ważnego procesu kwestionowania religijności w naszym kraju przysporzyła się recepcja widzów. Trudno wskazać drugą produkcję (może swego czasu “Pokłosie” Pasikowskiego), która rozpoczęła tak głośną debatę w naszym kraju. Pójście na najnowsze dzieło Smarzowskiego od początku nie było jedynie chęcią zapoznania się z pejzażem Kościoła Katolickiego malowanym ręką jednego z lepszych obserwatorów naszego społeczeństwa, ale również formą manifestu. Nikogo nie dziwiły głośne reakcje na sali (podczas mojego pierwszego seansu, doszło nawet do słownych utarczek między opcją pro i antyKLERykalną), ukazujące przekonania polityczne ubrania (od koszulek z “Konstytucją”, po “Nie wstydzę się Jezusa”), czy też próby bojkotowania seansów. Nie przypominam sobie również innego przypadku, w którym krytycy zaczęli spierać się o pokazy prasowe – tu oczywiście piję do fascynującej utarczki na linii Raczek – Isakowicz-Zaleski.

Kadr z filmu “Kler”.

Sam film natomiast zmaga się z jednym problemem, czyli stylem narracyjnym Smarzowskiego. Choć wątek księdza Trybusa i jego wystąpienia z pełnienia posługi kapłańskiej jest świetną rozprawą na temat zwątpienia w swoje powołanie, to postać Arcybiskupa Mordowicza powoduje, że trudno mi brać “Kler” na poważnie. Podobnie jest z symboliką. Z jednej strony mamy starcie na wiedzę biblijną w bardzo subtelny sposób ukazuje podejście poszczególnych duchownych do Słowa Bożego, gdzie Lisowski i Kukuła traktują je z dystansem, a postać grana przez Roberta Więckiewicza jest nim przepełniona – co nie znaczy, że nie trapiona słabością ludzką. Z drugiej sama końcówka gdzie Lisowski niczym Ryszard Siwiec podpala się w ramach manifestu, nie wybrzmiewa tak mocno, gdyż reżyser decyduje się – niczym Spike Lee w epilogu “BlacKKKlansman” – wymusić konkretną interpretację. Czyni to poprzez ustawienie tłumu w kształt trójkąta, z płonącym okiem-proboszczem w środku. A czasem – szczególnie w przypadku tak trudnych tematów – subtelność jest remedium na wszystko.

Zobacz również: „José” – nagrodzony w Wenecji dramat [RECENZJA]

“Kler” ukazał również jeszcze jeden, bardzo negatywny trend w mechanizmie ludzkim. Pokazał jak szybko można odwrócić się od bliźniego, którego chwilę wcześniej nazywało się przyjacielem. Jeszcze dwa lata temu, Smarzowski był kreowany na wielkiego bohatera prawicy, przyjaciela od “Wołynia”. Zbawcę polskiej kinematografii. Jak się jednak okazało, wystarczy podjąć niewygodny dla pewnej strony temat, by zostać zrzuconym z piedestału i stać się ibsenowskim wrogiem ludu. Szkoda, że ta opcja zapomina, że errare humanum est nie jest usprawiedliwieniem, bo jak powiedział Augustyn z Hippony “Błądzenie jest rzeczą ludzką, ale dobrowolne trwanie w błędzie jest rzeczą diabelską.”.

IV – Ecce Deus, czyli Aronofsky w roli Boga

Trudno o wskazanie bardziej jawnego wykorzystania symboliki biblijnej niż “Mother!” Darrena Aronofsky’ego. Twórca, który często poruszał tematykę sacrum, czy to w postaci sekty z “Pi”, czy też ekranizacji opowieści o Noe w “Wybranym przez Boga”, postanowił sparafrazować Księgę Rodzaju i opowiedzieć o sobie, Artyście, przez pryzmat Najwyższego.

Różnice w interpretacjach “Mother!” wynikają najczęściej z klucza jaki podejmiemy. Jeśli uznamy, że Pan (S)Twórca Aronofsky, stawiając siebie w roli Demiurga, po prostu łechta swoje ego i puszcza wodze fantazji, by pokazać, że może wszystko, zapewne wybuchniemy śmiechem. Wówczas jego ostatnie dzieło będzie wydawać się nieświadomą autoparodią, wyrazem obłąkania i szaleństwa, a monolog Jego – wygłoszony tubalnym głosem przez Javiera Bardema – stanie się twórczym testamentem artysty straconego.

Kadr z filmu “Mother!”

Jeśli natomiast nie będziemy utożsamiać bardemowskiej postaci z reżyserem, wówczas “mother!” stanie się okrzykiem rozpaczy Boga-artysty (wizerunku znanego z Księgi Jeremiasza), który przegrał w dążeniu do perfekcji. Wtedy – patrząc na globalne ocieplenie, napięcia między państwami i nadal ciążące na ludziach reperkusje wojen światowych – film Aronofsky’ego stanie się ciekawą rozprawą nad obecnym światem. Przestaniemy bowiem mieć pewność, że za chwilę On nie pstryknie palcami, a cały świat nie zacznie się od początku. A może, poprzez niezatrzymywalną pętlę historii świat odradza się co chwilę na nowo, wbrew temu, co myśli Fukuyama?

Ktoś może powiedzieć, że w tym momencie interpretuję “mother!” wbrew zamysłowi reżysera, przeinaczając scenariusz i treść. A czy przypadkiem w ten sam sposób nie postępują martyrologiczno-katolickie filmy Kondrata i Ludwiga, przekłamujące rzeczywistość i wyrywkowo posługując się Biblią?

V – “Pierwszy reformowany”, czyli “Dziennik miejskiego proboszcza”

W życiu każdego człowieka przychodzi kiedyś moment zwątpienia. To przez nie rozpadają się długoletnie związki (gdy pewnej nocy zastanawiamy czy i teraz powinniśmy pozostać wierni), ludzie porzucają dotychczasową pracę, a także zmieniają miejsce zamieszkania, licząc, że gdzieś indziej będzie im lepiej. Tragizm kwestionowania siebie pojawia się jednak dopiero wtedy, gdy zaczynamy wątpić w sens własnej egzystencji.

O tych rozterkach będzie mówić w swoim arcydziele Paul Schrader. “Pierwszy reformowany” to mix dwóch genialnych filmów o wierze i powołaniu – “Dzienników wiejskiego proboszcza” Bressona i bergmanowskich “Gości wieczerzy Pańskiej”. Pastor Toller będzie zmagał się zarówno z problemami Proboszcza Ambricourta – poważną chorobą i masową laicyzacją społeczeństwa, jak i z zawodową porażką Ericssona, w postaci niemożności uchronienia swojego wiernego przed odebraniem własnego życia.

Kadr z filmu “Pierwszy Reformowany”

Wszechobecny kryzys wiary nie dotknie jednak samego Pastora (wątpiącego jedynie w sens utrzymywania kongregacji). Wszyscy – począwszy od jego przełożonych – traktują Kościół jako jedną wielką firmę, stworzoną do zarabiania pieniędzy. Parafia Tollera częściej niż przez wiernych, będzie odwiedzana przez gości zwiedzających stare mury niczym muzeum. I choć z dumą będą potem nosić czapkę z napisem “Kościół reformowany”, nie będzie ona oznaczała deklaracji religijnej, a jedynie będzie dobrym dodatkiem do “Outfitu’ – niczym wpychany wszędzie krzyż.

Zobacz również: Czy warto obejrzeć serial “Gentleman Jack” od HBO?

W świecie otaczającym Tollera brakuje refleksji. Nie ma momentu zatrzymania się, spojrzenia na świat i uświadomienia sobie, w jak bardzo zaawansowanym stanie rozkładu się znajduje. Bo o ile worki pieniędzy wrzucane do kościelnego sejfu są bardzo mile widziane, nie powinny one pochodzić z zakrapianego brudem ropy naftowej miejsca, gdyż nic nam po nich, gdy nadejdzie klimatyczny koniec naszej Ziemi. Schrader w swoich tezach nigdy nie posuwa się do grandilokwencji, prosząc jedynie widza (poprzez dramatyczną końcówkę, gdy protagonista jest o krok od podjęcia nieodwracalnej w skutkach decyzji), by nie pozostawał obojętnym wobec rzeczywistości. Bo nie każdy dobrodziej musi nosić sutannę.


Patrząc z perspektywy osoby niewierzącej na współczesne, artystyczne kino katolickie, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że przywraca ono duchowe kino na właściwe ścieżki. Nie chodzi bowiem o to, żeby przestać opowiadać o świętych, Kościele czy religii. Trzeba natomiast – a sztuka zawsze była idealnym do tego medium – konfrontować przekleństwa i grzechy naszych społeczności, bo tylko w ten sposób możemy dojść do wewnętrznego oczyszczenia. Nie bójmy się więc mówić o problemach i kontestować statusu quo. Żyjmy w zgodzie ze słowami św. Augustyna – “Jeśli chcesz być wielki, zaczynaj od rzeczy małych. Zakładaj głęboki fundament pokory, skoro zamierzasz budować wysoko.”. Nie strońmy od dyskusji i nie bójmy się zwątpień, bo to one umacniają nas w swoich przekonaniach.

Recenzje

“Wywiad z Bogiem” [RECENZJA]

Marcin Kempisty
KINÓWKI.pl

Kino religijne wywołuje niezdrowe emocje u znacznej części widowni. Jedni widzą w kolejnych filmach okazję do naśmiewania się ze źle skonstruowanych produkcji, w końcu wena najlepiej przychodzi przy ironizowaniu z “paździerzy”, zaś drudzy czują, że nareszcie w kinach pojawiła się produkcja skrojona pod własny gust i zamykają oczy na wszelkie niedoskonałości, byle tylko nie skrytykować filmu zgodnego z ich światopoglądem. Coś w tym jednak jest, że o wierze w Boga i trudnościach z tym związanych niewielu potrafi mówić mądrze, a jednocześnie nie wykładać wszystkiego kawa na ławę, stąd pewnie wynikają tak diametralne różnice po obu stronach sporu. Tymczasem Perry Lang to kolejny twórca, który poległ przy próbie uchwycenia istoty boskości, gdyż jego Wywiad z Bogiem stanowi kalejdoskop wszystkich wad, jakie mogą się pojawić w tego typu propozycjach.

Paul Asher (Brenton Thwaites) był niegdyś mężczyzną pełnym wiary i nadziei w ludzkie dobro. Chciał swoje zaufanie do Boga przekuć w czyn, dlatego też wyjechał jako dziennikarz do Afganistanu, by udokumentować wszelkie przejawy niesprawiedliwości i dać świadectwo walki o lepszą przyszłość. Wyjazd kosztował go jednak znacznie więcej, niż mógł przewidzieć. Powrót na łono rodziny okazał się zbyt trudny, a poniesione na wojnie psychiczne rany zbyt głębokie, by mógł odnowić relację z żoną Sarą (Yael Grobglas). To właśnie w tym kluczowym momencie, gdy szczęście bohatera wisi na włosku, na jego drodze pojawia się tajemniczy mężczyzna skory do udzielenia wywiadu i odpowiedzi na każde postawione pytanie. A imię jego – Bóg.

Już od samego początku uwiera w oglądanej produkcji brak jakiejkolwiek dozy tajemnicy, czy niedopowiedzenia. Ot, Paul po kłótni z żoną jedzie na rowerze do parku i tam siada do rozmowy z Bogiem, zaś między nimi znajduje się plansza z szachowymi figurami. Jak pokazał Ingmar Bergman w Siódmej pieczęci, taki motyw w kontekście ścierania się z bytami metafizycznymi może być wykorzystany w odrobinę subtelniejszy sposób. Również sam dialog między postaciami pozostawia wiele do życzenia. Bohater nie zachowuje się jak postać patrząca na ucieleśniony Absolut. Zadaje jedynie podstawowe pytania z prawd wiary, na które Bóg (David Strathairn) odpowiada w taki sposób, jakby był młodym uczniem zdającym egzamin przed pierwszą komunią świętą.

Perry Lang jedynie udaje, że mówi w swoim filmie o sprawach poważnych. Skoro już od samego początku uderza w najwyższe tony i robi to niczym “mistrz” szkolnych jasełek, to wszelki ciężar dylematów głównego bohatera szybko odchodzi na dalszy plan. Jego zmagania z wojenną traumą, groźba utraty ukochanej kobiety, czy wreszcie rozmowy z Bogiem są nic nieznaczącymi epizodami, gdy zostają przedstawione w tak amatorski sposób. Wygląda to na robotę osoby dopiero wchodzącej w świat filmowy, a przecież reżyser ma na koncie udział w tworzeniu poszczególnych odcinków wielu seriali, takich jak Trawka, czy Czarodziejki. Tym bardziej nie da się zrozumieć niektórych cięć montażowych, scenariuszowej powierzchowności i ilustracyjnego podejścia do omawianych problemów. Twórca nie potrafi niczego pokazać, więc bohaterowie tylko mówią, mówią, mówią. Spotkania Paula z Bogiem to trzy kilkunastominutowe sekwencje, których Lang nie potrafi w żaden sposób ograć, skorzystać z przestrzeni wokół postaci, czy okrasić scen jakimś zaskakującym twórczym gestem. Mężczyźni jedynie siedzą naprzeciwko siebie i perorują, a kamera przygląda im się z różnych perspektyw.

Skoro dialogi pozostawiają wiele do życzenia, to i aktorzy sprawiają wrażenie zagubionych i kompletnie nieprzygotowanych do stworzenia wartościowych charakterów. Dlaczego wybrali uczestnictwo w tym projekcie, Bóg raczy wiedzieć, może to wynikało z osobistych przekonań, ale okropne kwestie nie pozwoliły im na zapalenie chociaż światełka w ciemnym tunelu. Czuć na tym polu ogromny niewykorzystany potencjał, zwłaszcza że Strathairn dał się poznać w wielu rolach, między innymi w Good Night and Good Luck, w ostatniej części Piratów z Karaibów można było oglądać Thwaitesa, zaś Grobglas lśniła od samego początku w autoironicznej telenoweli Jane The Virgin.


Seans Wywiadu z Bogiem po raz kolejny udowadnia, że o Bogu i wierze powinno się mówić tylko wtedy, gdy naprawdę ma się na to pomysł. Poszukiwanie autorskiego stylu wypowiedzi, pozbawionego uproszczeń i jednoznacznych deklaracji, to jedyna droga do stworzenia poruszającej historii. W przeciwnym razie, tak jak to dzieje się w przypadku Perry’ego Langa, zagwarantuje się widzom jedynie okazję do chichotu z obserwowanych wydarzeń. Nie trzeba się nawet silić na wytykanie błędów twórcom tego filmu, gdy autodestrukcja trwa nieprzerwanie od samego początku dziewięćdziesięciominutowego seansu.

Recenzje

„José” – nagrodzony w Wenecji dramat [RECENZJA]

Wiktor Małolepszy

Żar leje się z nieba. Ulice stolicy Gwatemali uginają się pod ciężarem samochodów, skuterów, ciężarówek. Milion ludzi codziennie budzi się, pracuje i zasypia w tym ulu. Gdzieś wśród nich jest i José – dziewiętnastoletni gej, żyjący w biedzie ze swoją matką, zarabiający zaczepiając przejeżdżające auta i oferując kierowcom oraz pasażerom kanapki z okolicznej knajpy – jako swojego rodzaju mobilny punkt drive thru. Nie jest to specjalnie wynagradzająca praca, nie oferuje też możliwości rozwoju – ale przynajmniej José pracuje legalnie. W przeciwieństwie do swojej matki, która – również przy ulicy – sprzedaje jedzenie bez licencji, licząc, że uda jej się uniknąć kontroli. Nie zarabiają kroci, ledwo wystarcza im na opłacenie rachunków, więc matka jest całkowicie uzależniona od swojego młodego, silnego dziecka. Zastanawia ją tylko pewna rzecz – dlaczego José tak często wraca późno z pracy, a pensja, którą przynosi nie jest tak wysoka, jak powinna być.

José ma bowiem tajemnice. Kiedy kończy zaczepianie kierowców, zaczyna zaczepianie mężczyzn przez aplikację w smartfonie. W każdej wolnej chwili podpina go pod wi-fi i umawia się z partnerami na schadzki w pobliskim „motelu”. Chociaż to słowo niezbyt precyzyjnie opisuje tę lokalizację – ciemną, duszną, bez świateł, z dźwiękami par uprawiających seks dobiegającymi zza cienkich ścian. Właśnie tam José spędza popołudnia z twarzami i ciałami z internetu, niemalże rytualnie, każdego dnia. Coś jednak się zmienia gdy poznaje Luisa. Relacja z nim nie kończy się po odbyciu stosunku. Mężczyźni otwierają się przed sobą. W ciemnych, wystylizowanych scenach, gdzie jedyne co widać to ich smutne twarze i piękne, młode ciała, czuć ulgę. Chwilę wrażliwości, przerwy od przyjmowania roli latynoskiego maczo. W trakcie jednej z takich rozmów, Luis pokazuje Josému swoje blizny. Opowiada o tym, że został kiedyś przyłapany z chłopakiem przez swoich braci, którzy niemiłosiernie go zbili. Później, gdy matka Joségo zaczyna podejrzewać, że jej syn nie jest heteroseksualny, kobieta zaczyna być wobec niego nieufna i oddaje się intensywnej modlitwie, w której prosi Boga o wybaczenie dla dziecka.

Amerykańsko-chiński reżyser – Li Cheng – przygotowując się do realizacji Joségo spędził długie godziny prowadząc wywiady z homoseksualną młodzieżą w Ameryce Łacińskiej. Planował nakręcenie filmu, który rzuciłby światło zarówno na problemy mieszkańców tego regionu, jak i trudy, z którymi muszą walczyć tam mniejszości. Efektem tego jest wyciszony romans/dramat społeczny, opisujący bohatera przyjmującego niesprzyjające mu elementy egzystencji ze stoickim spokojem, lecz szukającego czegoś więcej. José ma ambicję być czymś szerszym, niż prostą produkcją o niespełnionej miłości. W ciągu półtorej godziny Li Cheng pokazuje widzowi pełną gamę wyzwań, z którymi mierzy się każdy człowiek – nie tylko ten mieszkający w Gwatemali.

Angażuje oczywiście najbardziej historia tytułowego bohatera. Chłopak nie może studiować, prawdopodobnie nie ma żadnego hobby, w pracy cały czas spotyka się z odrzuceniem i zdaje się być stłamszony przy swoich współpracownikach – młodej, heteroseksualnej parze. Wraz z Luisem się to jednak zmienia. Mężczyźni zaczynają się spotykać w motelu codziennie. Z czasem wychodzą z ciemnej klitki na miasto. Początkowo nocą – oglądając fajerwerki, włócząc się pod latarniami – potem nawet w dzień. Podczas tych scen przez chwilę film przyspiesza. Zmienia się kompletnie jego nastrój – mężczyźni jadą na motorze przez słoneczne, wiejskie ulice. Luis pochyla się do Joségo i delikatnie całuje jego szyję. Klasyczny, eskapistyczny motyw wolności na motocyklu staje się tu poruszającym symbolem wyzwolenia spod oczekiwań – męskiego społeczeństwa i swoich rodzin.

Wolność Joségo nie trwa jednak długo. Gdy Luis składa partnerowi propozycję ucieczki z Gwatemali, ten nie jest w stanie jej przyjąć. Nie wyobraża sobie opuszczenia matki. Pozostawienia jej w skrajnej biedzie. Wie też, że kobieta nie byłaby w stanie zrozumieć tej miłości. Ze wspomnieniami upojnych nocy i pocałunków na wsi, mężczyźni się rozstają. Bez zbędnych słów i łez. W sercu Joségo znowu pojawia się wielka dziura i tym razem aplikacja nie pomaga w jej zapełnieniu.

Podczas gdy pierwsza połowa koncentruje się na wątku romantycznym, w drugiej pojawiają się motywy społeczne, lecz nie są tak dobrze wyegzekwowane. Widok Joségo przemierzającego ulice Gwatemali kolorowymi autobusami, choć początkowo dołujący, bardzo szybko staje się nużący. Pozostałym wątkom brakuje odpowiedniego naświetlenia i rozwinięcia. Zupełnie jakby Chengowi zabrakło pomysłu na kreatywne poprowadzenie akcji. Każda z historii sprawia wrażenie nieskoncentrowanej, trudno znaleźć w nich jakikolwiek ładunek emocjonalny. Rzeczy dzieją się na ekranie, a widz wierci się w fotelu przez pół godziny, co jest tym bardziej uciążliwie, ponieważ poprzednią połowę filmu spędził oglądając angażującą historię miłosną.

Bardzo dobrze wypada natomiast Enrique Salanic. Doskonale udźwignął ciężar roli Joségo i mimo braku wykształcenia aktorskiego oddał wiele niuansów postaci – smutek w jego oczach, lekką, delikatną mowę ciała oraz dominującą, silną prezencję. Ważną rolę w sukcesie filmu (Lew Queer w Wenecji!) niewątpliwie miał też Paolo Girón, bo zdjęcia stanowią jedną z największych sił w produkcji. Intymne sceny w motelu wyglądają tak, jakby tylko czekały na oprawienie i powieszenie na ścianie. Gwatemala jest duszna i zatłoczona, a kiedy pod koniec José eksploruje ruiny pozostawione przez Majów, widz czuje podniosłość oraz metafizyczność tego miejsca.

Cheng jako największą inspirację podaje wczesnego Hou Hsiao-Hsiena. I istotnie, w Josém czuć celowanie w podobną wrażliwość, co u Tajwańczyka, albo jego rodaka – Edwarda Yanga. Młody reżyser, tak jak azjatyccy mistrzowie, stara się eksplorować psychikę „zwykłego człowieka” na tle wielkiego, pulsującego miasta. Ukazać jego samotność i głęboko skrywaną tęsknotę za tym „czymś”. Podobnie, jak w Historii z Tajpej bohater staje się jedynie marionetką uczuć oraz wielkiego świata za oknem. Lungowi w rozpostarciu skrzydeł przeszkadza niespełniona sportowa kariera. Joségo trzyma bliskość matki. I nawet jeśli obudzi go w środku nocy trzęsienie ziemi, to jest zbyt mocno do niej przywiązany, by ją opuścić.

Ocena

6 / 10
Nowe Horyzonty 2019Recenzje

“Dzięki Bogu”, czyli Ozon o zranionych duszach [RECENZJA]

Maciej Szymkowiak
Grâce à Dieu

Ostatnimi czasy nośnym tematem stało się wytykanie pedofilii księży. Nagrodzony Oscarem Spotlight ukazywał dziennikarskie śledztwo, odkrywające coraz to potworniejsze fakty, polski Kler skupiał się na wiwisekcji nadgniłej strony polskiego kościoła, Wątpliwość zasiewała ziarno niepewności w kwestii samosądów, a tegoroczny Dzięki Bogu Francoisa Ozona uderza w źle działającą instytucję kościoła. Zwycięzca Grand Prix Srebrnego Niedźwiedzia ukazuje historię od strony pokrzywdzonych. Reżyser zrywa ze swoimi typowymi filmowymi środkami, czyli sentymentalizmem i formalną grą na rzecz kameralnej opowieści o ofiarach molestowania. Psychologizuje bohaterów, którzy po latach pragną odzyskać spokój ducha i przede wszystkim, rozliczyć się sprawiedliwie z demonami przeszłości.

Przeczytaj również: “Antologia duchów miasta” – śmierć, żałoba, dzieci w maskach [RECENZJA]

Francuski reżyser korzysta z fikcji fabularnej, jednak wymowa filmowa ma zbieżne cechy z dokumentem i dziennikarskim reportażem, gdyż reżyser wykorzystuje w historii prawdziwe imiona i nazwiska ofiar oraz sprawców. Wykorzystując elementy powieści epistolarnej, poznajemy historię trzech różnych bohaterów, których łączy wspólna krzywda wyrządzona przez księdza Bertranda Preynata. Preynat działał w okolicach Lyonu i sprawując pieczę nad skautami w latach 1971-1991 molestował około 70 dzieci. Gdy jeden z bohaterów dostrzega ponownie księdza w otoczeniu dzieci, postanawia ujawnić swoją tragiczną przeszłość i wymusić odsunięcie księdza od sprawowanej funkcji. Zaczyna się walka o sprawiedliwość, a cała sprawa nabiera ogromnego rozmachu i rozgłosu.

Grâce à Dieu

Polski widz, chcąc nie chcąc, będzie zestawiał najnowszy film Ozona z Klerem Smarzowskiego. Oba filmy są publicystyczną, społeczną krytyką wymierzoną w trybiki obecnego kościoła i jego wewnętrznych problemów, ale o ile Smarzowski skupia się na ukrytych wadach, które ze znaną sobie estetyką filmowej diegezy wydobywa na światło dzienne, o tyle Ozon pozwala wybrzmieć opowieści kameralnego dramatu. Z tego powodu Kler i Dzięki Bogu świetnie się uzupełniają, jak i w swej strukturze omijają.

Przeczytaj również: “Truposze nie umierają”, czyli Selena Gomez chwaląca twoją imponującą wiedzę filmowa [RECENZJA]

Francuski twórca w swoim dziele przedstawia trójkę bohaterów: Alexandre, który wszystko zaczyna. Ojciec piątki dzieci i katolik, który swoje życie ma na pozór całkowicie ułożone, musi skonfrontować się z wieloletnią traumą dzieciństwa. Wysyłając listy do kardynała Barbarina, spowiada się i czeka na rozgrzeszenie, na sprawiedliwość, która nie nadchodzi. Sprawa znowu ma być zamieciona pod dywan. Następnie fabuła przeskakuje na ateistę Françoisa, który również ułożył sobie życie, ale wraz z medialnym rozgłosem batalii Alexandre’a z kościołem, mobilizuje swoje siły, aby utworzyć organizację zrzeszającą ofiary pedofilii. Trzecią postacią jest Emmanuel, którego doświadczenia z przeszłości najbardziej pokrzywdziły. Bez rodziny i żony, najtrudniej mierzy się z dawnymi wydarzeniami. Owa trójca staje przeciwko Preynatowi i kardynałowi Barbarinowi.

Grâce à Dieu

Ozon wykorzystuje przezroczystość filmową, aby dać wybrzmieć emocjonalnej historii. Całość zostaje oparta na retrospekcjach, dialogach i emocjach postaci. Francuz nie sili się na tanią publicystykę czy próbę szoku. Kieruje się empatią i dużą dozą humanistycznego spojrzenia, nawet wtedy, gdy portretuje Preynata. Mimochodem zawarty zostaje w opowieści również komizm sytuacji, który potęguję absurdalność niemocy konfrontacji jednostki z instytucją. Wykorzystanie dziennikarskiego śledztwa zostaje wzbogacone o emocje ofiar, co pozwala reżyserowi ukazać pozytywne możliwości mediów, ale jednocześnie demonstruję niemoc dziennikarskiej formuły w przedstawianiu człowieka od jego mentalnej strony.

Przeczytaj również: “Make Me Up”, pytania bez przeintelektualizowania [FRONT WIZUALNY]

Psychologizacja postaci nie następuje wyłącznie poprzez konfrontację wspomnień i batalii z kościołem, ale także zostaje dookreślona przez sprawy rodzinne. Ozon demonstruje, z jak wielkim problemem obecnie wciąż muszą się mierzyć osoby pokrzywdzone. Mówienie o sobie jako o ofierze dla niektórych wciąż jest czymś uwłaczającym i hańbiącym. Alexander nie dostaje wsparcia od rodziców, François od brata, a Emmanuel słyszy od ojca, jedynie, że „ma po prostu sobie ułożyć życie”. Mówienie o traumie publicznie to nie to samo, co prywatnie. Wolność słowa i sprawiedliwość dotąd nie zawsze jest czymś akceptowalnym. Niektórzy chcieliby pewne sprawy przemilczeć, z czym walczy najnowszy film Ozona.

Kara kanoniczna nie wiąże się z publiczną, a zakończenie nie stanowi zamknięcia tematu, a wręcz otwarcie kolejnych drzwi do dyskusji i batalii. Alexander rozmawiając z synem, słyszy pytanie: „Dlaczego to robisz, tato?” i odpowiada: „Żeby więcej razy się to nie działo i dla ciebie, abyś nigdy się nie bał mówić” – a jego słowom wtóruje swoim filmem François Ozon.


Seriale

“Osmosis”, czyli naukowa metoda na miłość [RECENZJA]

Joanna Kowalska
Osmosis

Jak bardzo technologia potrafi pomóc miłości? Gdzie przebiega granica między duchowymi odczuciami a czystą biologią? Na tego typu pytania odpowiedzi szuka francuskojęzyczna produkcja NetflixaOsmosis. To fantastycznonaukowa opowieść przedstawiająca świat, w którym idealną drugą połówkę wybiera… algorytm. Taka wizja przyszłości nie wydaje się być wyjątkowo odległa. W czasach Tindera, wirtualnej rzeczywistości i prężnie rozwijającej się medycyny, z pewnością ktoś kiedyś spróbuje zarobić na ludzkich emocjach. Z pozoru perfekcyjna miłość może okazać się koszmarem. Osmosis jednak w niczym nie przypomina snu, z którego widz chciałby się jak najszybciej obudzić.

Zobacz również: “Pose”, czyli tańcz, baw się, kochaj [RECENZJA]

Technologia jest swego rodzaju zagadką. Otacza ludzi na każdym kroku, wszyscy z niej korzystają. Jednakże nie biorąc udziału w jej tworzeniu, nigdy do końca nie wiadomo, czym tak naprawdę jest. Tego typu ogólną niewiedzę wykorzystuje Osmosis. Nie sposób nie zauważyć, że z punktu widzenia naukowego serial jest mocno naciągany. Przypomina bardziej niewyraźną wizję tego, co może się wydarzyć, a nie poparte logicznymi argumentami, faktyczne obawy dotyczące rozwoju technologicznego. Dlatego też francuskojęzycznej produkcji nie wypada porównywać do jednego z odcinków słynnego Black Mirror. Podobieństwo jest tak czy inaczej łudzące. Osmosis bliżej jednak do Ex Machiny lub nawet Człowieka-demolki. W drugim przypadku nawiązanie znaleźć można w sposobie przedstawienia stosunku seksualnego, uprawianego przy pomocy okularów VR.

Osmosis

Nie tylko miłość, ale także w dużej mierze erotyka wiedzie prym przez cały czas trwania serialu. Tytułowe Osmosis to sztuczna inteligencja, która dobiera dwa organizmy w taki sposób, aby doszło między nimi do „osmozy”. Kilkunastu śmiałków bierze udział w fazie beta testów – do ich mózgów (po zażyciu kapsułki) trafiają nanoboty, wizualizujące następnie tzw. bratnią duszę. To właśnie ich losy stanowią uzupełnienie głównego wątku, którym jest relacja między rodzeństwem, a zarazem twórcami Osmosis. Serial wyraźnie koncentruje się na kilku postaciach, nie przeskakuje z tematu na temat. Tym samym nie rozprasza uwagi widza i dokładnie pokazuje swoje początkowe założenie. Scenariusz nie wyróżnia się jedynie bardzo zwartą i konkretną formą, ale również naturalnymi dialogami. Przy tak „zgrabnie” napisanych kwestiach bohaterów, niepotrzebne były ostentacyjne ekspozycje, co stanowczo przemawia na plus.

Zobacz również: Rozmawiamy z Remigiuszem Kadelskim o 10. edycji LGBT Film Festival [WYWIAD]

Trochę scen erotycznych tu, niewiele więcej tam. Mają one jednak większe znaczenie. Nie są wyłącznie po to, aby pokazać  przyciągającą wzrok nagość. Owszem, zachwycają widza, ale w zupełnie inny sposób. Pełnią w Osmosis rolę artystycznych „uzupełniaczy” fabuły. W ich wizualizacji można się wręcz zatracić. Poszczególne kadry przypominają malarskie akty, fragmenty baletu lub sceny rodem z romansów. Ich sensualność oczarowuje i wzrusza, chociaż serial nie stroni także od ostrzejszych, mocno fizycznych ujęć. Francuskojęzyczna produkcja to niezaprzeczalny raj dla zmysłów. Z pewnością przekonałaby do siebie sceptyków, gdyby oceniali ją głównie w kategoriach artystycznych.

Osmosis wyraźnie stawia na emocjonalność. Można pokusić się o stwierdzenie, że element sci-fi stanowi otoczkę dla tego, co tak naprawdę liczy się najbardziej – dla uczuć. Serial pokazuje, jak niebezpieczne jest myślenie o miłości w sposób wyłącznie chemiczno-biologiczny. Dla „zwykłych” ludzi jest to coś duchowego, nienamacalnego, a przede wszystkim niekontrolowanego. W momencie, kiedy te dwa światy zaczynają się ze sobą stykać, nie wiadomo, czy lepiej jest zaufać technologii, czy własnej intuicji.

Osmosis

Za emocjonalnym wydźwiękiem produkcji przemawia również fakt, że przedstawiona w nim nowoczesna technologia nie ma destruktywnego wpływu na ludzi. Co więcej, pomaga im odnaleźć szczęście i sama jest zdolna do miłości. Twórcy produkcji opowiadają się za ideą, według której największą przeszkodą na drodze ku spełnieniu jesteśmy my sami. Wykorzystujemy naukową wiedzę w zły sposób, oddajemy jej się bez reszty, zapominając o egzystencjalnych wartościach. Mierzymy wszystkich jedną miarą i chorzy na „kompleks Boga”, staramy się dać każdemu to, czego według nas szuka w życiu.

Zobacz również: After – pejczów i knebli brak, romans to nadal “rak” [RECENZJA]

W takiej perspektywie zakończenie Osmosis jest jednak bardzo niezadowalające, a przede wszystkim pretensjonalne. Ostateczny wydźwięk przypominał „przesłodzone” ostatnie sceny komedii romantycznych z lat 90. Nie zmienia to jednak faktu, że produkcja zdecydowanie broni się sama. Jakością w najmniejszym stopniu nie odstaje od amerykańskich seriali z gatunku sci-fi. Osmosis to bardzo dobra wróżba dla europejskiego rynku opowieści odcinkowych. Jest to również miejsce, w którym artyzm łączy się z technologią, tworząc idealną „osmozę”.


Seriale

“Pose”, czyli tańcz, baw się, kochaj [RECENZJA]

Marcin Kempisty
Pose

Nie wszystko, co wychodzi ostatnio spod ręki Ryana Murphy’ego, świeci niczym złoto. Coraz częściej zdarzają mu się potknięcia w roli producenta oraz scenarzysty, ale nie ma się czemu dziwić, skoro Amerykanin prowadzi tyle projektów w tym samym momencie. American Horror Story, American Crime Story, Feud, dodatkowo podjęta współpraca z Netflixem, która w najbliższym czasie zaowocuje powstaniem The Politician oraz Ratched, i dopiero gdzieś pomiędzy tymi wielkimi tytułami przeszedł niezauważenie jeden z najbardziej osobistych seriali w karierze Murphy’ego, czyli Pose. Wprawdzie premiera miała miejsce już w czerwcu zeszłego roku na stacji FX, a od stycznia można oglądać to dzieło również na polskim Netflixie, niemniej jednak doczekało się ono stosunkowo niewielu opracowań, zwłaszcza na rodzimym rynku recenzenckim.

Zobacz również: “Gra o Tron” – S08E01 [RECENZJA]

Trudno wyjaśnić tę niepopularność, skoro i nazwisko twórcy jest niezwykle ważne w serialowym świecie, i podejmowane zagadnienia są na pewno dla wielu osób kontrowersyjne, co zawsze wywołuje szum oraz przyciąga kolejnych odbiorców. Oto bowiem mają oni możliwość cofnąć się w czasie do drugiej połowy lat 80. i przypatrzeć się z bliska, jak środowiska transseksualne walczą o prawo do samostanowienia w świecie wyzutym z jakiejkolwiek empatii, czy tolerancji. Widzowie lądują również w samym środku bali organizowanych przez tę społeczność, gdzie pod płaszczykiem kolorowych bibelotów i bujającej muzyki trwa bój o uzyskanie stempla “prawdziwości”, jakże istotnego dla osób, które po korekcie płci pragną być akceptowane takimi, jakimi są w rzeczywistości.

Pose

Ryan Murphy, wraz z innymi twórcami Bradem Falchukiem i Stevenem Canalsem, rozpisują historię na wiele głosów, śledząc losy postaci z różnych środowisk i o różnym statusie majątkowym. Polifoniczna fabuła pozwala na głębsze wniknięcie w struktury nowojorskiej społeczności i ujawnienie wszelkiego rodzaju dyskryminacyjnych zasad uniemożliwiających życie w zgodzie ze sobą. Kamera śledzi zatem losy Blanki (Mj Rodriguez), zakładającej nowy dom i szukającej zagubionych dusz, którym będzie starała się pomóc zarówno na płaszczyźnie materialnej, jak i emocjonalnej.

Do jej podopiecznych będą należeli między innymi młodziutki Damon (Ryan Jaamal Swain), wypędzony z domu przez ojca za “sodomię” i skazany na uliczne życie, ale też Angel (Indya Moore) prostytuująca się przez doskwierającą jej biedę. To dzięki temu będzie mogła poznać korzystającego z jej usług nowobogackiego Stana (Evan Peters), co z kolei pozwoli wejrzeć widzom także w świat socjety białych “mężczyzn sukcesu”, utrzymujących żony z dziećmi na przedmieściach i jednocześnie posiadających tabuny kochanek na każde zawołanie. A że Stan przy okazji rozpoczyna karierę w Trump Towers, to zapewne przypadek i żadna złośliwość ze strony twórców.

Zobacz również: “GRA O TRON”: S08E01 [Podcast]

Wydawać się może, że Pose to kolejna produkcja o wykluczeniu osób LGBT, traktowaniu ich jak pariasów, wyrzutków niegodnych zaufania. Naturalnie te wątki są podejmowane, niemniej jednak twórcom udaje się nareszcie zróżnicować obserwowane postacie, nie traktując ich jak jednorodną masę posiadającą te same lęki i marzenia. Co więcej, nawet na łonie omawianej społeczności pokazywane są pęknięcia, gorsze traktowanie transseksualistów przez gejów (“knajpiana” historia z początków sezonu), a także wypominanie sobie “męskiej” przeszłości, gdy tylko dojdzie do niesnasek.

Pose

Mimo że padają frazesy dotyczące walki o siebie, o potędze marzeń i jednym życiu, które trzeba przeżyć do utraty tchu, to wreszcie bohaterowie są ludźmi z krwi i kości. Jasne, że Murphy i spółka mają ciągoty edukacyjno-moralizatorskie, co w kontekście takiej tematyki jest dość zrozumiałe, lecz nie zapominają oni również o ukazywaniu błędów i nieporozumień wśród protagonistów. Niby to takie oczywiste, a i tak we współczesnych filmach, czy serialach rzadko spotykane, by lubiana przez scenarzystów osoba czasami się myliła. Daje to przecież mnóstwo możliwości do pełnego zrozumienia ich dylematów i trudów, z którymi muszą się zmagać na codzień.

Widać to szczególnie w postaci wspomnianego Stana, bodaj najbardziej zagubionego bohatera Pose, rozdartego między “mentalnością” suburbii a zasmakowaniem seksu z osobą nieheteronormatywną. Niby mężczyzna spełnia marzenia, pracuje w korpo i stać go na drogie prezenty dla żony, lecz w tym samym czasie umawia się na schadzki i oddaje fantazjom, które zapewne wcześniej traktował jako grzeszne. A że sceny z udziałem Stana i Angel okraszone są fantastyczną ścieżką dźwiękową w postaci piosenek Kate Bush oraz Bryana Ferry’ego, to tym bardziej twórcom udaje się oddać emocjonalny stan osoby niepostępującej w zgodzie z etyką, zwykłego karierowicza i zdrajcy, na którego mimo wszystko należy spojrzeć z odrobiną współczucia.

Zobacz również: Podcast o serialu “GLOW”

Szczególną atencją cieszą się jednak osoby trans i to dla nich Murphy zarezerwował najwięcej zrozumienia oraz empatii. Przejmujące są te momenty, w których muszą się mierzyć z takimi problemami, jak brak akceptacji czy szalejącym wirusem HIV, dziesiątkującym społeczność LGBT. Szczególnie w pamięci zapada scena odśpiewywania przez Blankę piosenek przed szpitalnymi pacjentami. Jej jeszcze młode, ale już zakażone ciało łapczywie chwyta kolejne chwile, zwłaszcza w obecności śmierci wyzierającej z sylwetek chorych widzów.

Znakomitym suplementem do Pose jest zrealizowany w 1990 roku dokument Paris Is Burning w reżyserii Jennie Livingston. Jako że bale w serialu, prowadzone przez niezwykle żywiołowego Praya (Billy Porter) stanowią ważną część opowieści, to dzięki filmowi amerykańskiej reżyserki pojawia się okazja do bardziej szczegółowego poznania funkcji oraz zasad panujących w trakcie tych specjalnych wydarzeń. Dzięki tej propozycji znacznie łatwiej zrozumieć, z czego wynika potężna rywalizacja na tego typu eventach, ale też na jakich zasadach funkcjonują “rodziny”, czy jak ważną rolę pełnią “matki”. Okazuje się, że bale nie służą tylko do zabawy i spędzania wolnego czasu, lecz są przede wszystkim bezpieczną przestrzenią, w której realizują się marzenia niemożliwe do spełnienia.

Pose

Uczestnicy dobrze wiedzą, że z powodu swojego koloru skóry (najczęściej są czarni), lub orientacji seksualnej nie są w stanie osiągnąć sukcesu, że nietolerancyjne społeczeństwo nie potrafi nawet zaakceptować ich istnienia, więc sukces jest możliwy do osiągnięcia tylko przy pomocy takich zawodów, dających ułudę wtopienia się w tłum, bycia “normalnym”. W Paris Is Burning na zmianę można wydobywać smutne i pozytywne akcenty, tak jak i w serialu stacji FX. Z jednej strony zawsze jest dobrze, gdy ludzie się jednoczą i tworzą własną subkulturę, ale źle, jeżeli robią to zepchnięci na margines, niezrozumiani i wyszydzani.

Zobacz również: “Miłość śmierć i roboty”, czyli Netflix tym razem trafia w dziesiątkę [RECENZJA]

Murphy nie idzie jednak tylko w minorowe nastroje, nie robi z bohaterów ofiar. Stara się ich przedstawić również jako silne jednostki, zdolne do przezwyciężania barier. Serial odziany jest w doskonale znaną z jego wcześniejszych produkcji estetykę, także lśni od nadmiaru barw, kostiumów, kołysze się w rytm wielkich hitów Diany Ross, czy Whitney Houston. Kadry rozrywane są przez tkwiącą w nich energię, pękają od przeładowania szczegółami, ale oczywiście jest również miejsce na trudniejsze momenty. Udało się zbalansować dawkę uśmiechu i łez, tworząc mieszankę iście wybuchową.

Pose jest produkcją ze wszech miar godną polecenia. Nie należy jej traktować tylko jako kolejnej lekcji z tolerancji, to byłoby wysoce niesprawiedliwe. To przede wszystkim bardzo solidnie zrealizowana opowieść o ludziach, którzy nie ze swojej winy trafili na dno i próbują się stamtąd wydostać. Twórcom udało się kompleksowo przedstawić problemy dotykające społeczność transseksualistów końca lat 80., ale wydaje się, że nadal większość z tych zagadnień mogłaby być powtórzona również w kontekście współczesności. Murphy jak zwykle praktykuje widmontologię stosowaną, wyciągając na światło dzienne i wprowadzając do mainstreamu głosy niesłyszanych i marginalizowanych. Upodmiotawia ich i buduje przestrzeń do prezentacji samych siebie, a jednocześnie nie zapomina o niezbędnych walorach rozrywkowych serialu, czym po raz kolejny udowadnia, że jego propozycje nadal wnoszą wiele do prowadzonych obecnie debat na temat równouprawnienia.

Ocena

8 / 10
Gra o tronSeriale

“Gra o Tron” – S08E01 [RECENZJA]

Maja Głogowska
źródło: HBO

Pamiętam jak dziś, gdy HBO ogłosiło, że na kolejny sezon Gry o Tron poczekamy dłużej niż zwykle. Fora internetowe huczały i parowały ze złości swoich użytkowników.

Jak wytrzymamy przez te dwa lata? – zdawali się pytać wszyscy.

Jak się okazało wytrzymaliśmy, a internet nie zdążył ucichnąć przez te dwa lata – polskie serwery HBO GO już w premierę zostały przeciążone. Nie przypominam sobie takiej sytuacji z okazji premiery pierwszego odcinka ostatniego sezonu. Gra o Tron jeszcze nigdy nie była na świeczniku tak bardzo jak dziś. 

Koniec czegoś wielkiego jest tu wręcz namacalny. HBO zawsze delikatnie zmieniało intro swojego najważniejszego serialu (wybacz, Westworld), ale zawsze były to zmiany czysto kosmetyczne. Teraz, choć zachowała swój stary sznyt jest w niej coś, co wyróżnia ją na tle poprzednich czołówek serialu. Czynnik epickości w postaci lodu rozkładającego się po mapie. Teraz już mamy pewność, że choć wiosna już chyba na dobre zapuściła swoje korzenia w sercach popkulturomaniaków, w Westeros panuje sroga zima. W ciągu dwóch lat do grona miłośników GoT dołączyło jeszcze więcej osób niż chyba kiedykolwiek (pozdrawiam tu wszystkie osoby, które nadrobiły serial specjalnie przed premierą ostatniego sezonu), a u starych fanów “hype” i oczekiwania urosły do niesamowitego poziomu, plasując się gdzieś między IX epizodem Gwiezdnych Wojen a ostatnim segmentem filmów o Avengers. Czy pierwszy odcinek finałowego sezonu był łaskawy dla fanów i pokazał, że było na co czekać? 

Gra o Tron, mat. prasowe, HBO

Odpowiedź na to pytanie jest chyba bardziej zawiła, niż byśmy chcieli. Z jednej strony pierwszy odcinek był naprawdę solidny, ale z drugiej zdaje się być lekkim marnotrawstwem czasu. Do końca zostało ich przecież jeszcze tylko pięć, a ten twórcy poświęcili na rzeczy, które… No cóż – wiemy. Dostaliśmy kilka powitań, których wyczekiwaliśmy z wypiekami na twarzy. Te wyszły nader naturalnie. Muszę przyznać, że największą zaletą tego odcinka jest to, że postacie, które tak dobrze znamy, wybrzmiewają naprawdę i autentycznie. Arya ma w sobie pierwotną naiwność, ale przy tym zdaje sobie sprawę z tego co jest dla niej najważniejsze. Jon stara się opanować gniew lordów po tym, jak oddał swoją koronę Daenerys – co dla honorowego i oddanego sprawie Jona z pierwszego sezonu też jest symptomatyczne. Daenerys zaś… Chyba nigdy nie była tam szczęśliwa jak u boku „bękarta”. Przecież nigdy nie miała kogoś tak bliskiego. Gdy pokochała Drogo, ten skonał, a przywiązując się do Joraha, przyjaciela rodziny przywiązała się do zdrajcy. Lata wstecz narzekaliśmy na Sansę, teraz jest jednym z ciekawszych pionków na szachownicy, a my naprawdę nie wiemy, co planuje jako następne. Twórcy w tym odcinku wyraźnie zarysowali kontrast między pierwszymi odcinkami sezonu inaugurującego i ostatniego. Pokazali nam, że pewne rzeczy nie zmieniają się nigdy.

I te wszystkie rozwinięcia byłyby strzałem prosto w dziesiątkę. No, ale przecież na takim pokazaniu rozwoju postaci skupiał się sezon poprzedni. Czy twórcy nie zmarnowali tego odcinka na pokazanie nam rzeczy, które, no cóż – i tak musielibyśmy zobaczyć? A tu są one skondensowane w jeden szybki epizod serialu. I tak, chcieliśmy tych rzeczy, ale ten dziwny pośpiech raczej nikomu z nas nie sprawia takiej frajdy, jaką by mógł. To trochę smutne, gdy pomyślę sobie o tym jak kilka lat temu byłam gdzieś w środku serialu i zastanawiałam się nad tym, co by było gdyby i zachwycałam myślą, że osoba X może jeszcze spotka osobę Y… 

Teraz nie dało mi to absolutnie żadnej radości. To nie wina złego scenariusza ani wygórowanych oczekiwań. To wina tego, że HBO poszło w dość klasyczną formułę odcinka i zaoferowało nam tylko 54 minuty rozrywki. Przy kilku większych rozmowach i przywitaniach ten nie zdążył się dobrze rozpocząć, a już witały nas napisy końcowe i muzyka spod batuty Djawadiego. Po odcinku czułam się trochę tak jakbym zobaczyła kolejną zapowiedź finałowego sezonu, a nie jego pierwszy odcinek.

Gra o tron

Z dobrze napisanego Winterfell przenosimy się do Królewskiej Przystani, która choć dostała mało błysku fleszy, swój czas wykorzystuje w pełni, zarysowując nam ciężką sytuacje Cersei. Znów możemy zastanawiać się nad tym, jaką grę uprawia jedna z najbardziej nieoczywistych postaci tego serialu. Twórcy nie wstydzą się szeptać nam do ucha enigmatyczne referencje, które poznamy w najbliższych tygodniach.  Jednak o ile na lądzie akcja sprawdza się po prostu poprawnie (bo ani nie zachwyca ani nie dołuje), to dużą zadyszkę łapie w powietrzu i na wodzie. 

Na wodzie spotykamy się z jeszcze większym i bardziej trywialnym błędem logicznym niż szybkie wycieczki z miejsca na miejsca (o tym więcej w naszym podcaście)  znane z poprzedniego sezonu, a w powietrzu… No cóż – zawodzą efekty specjalne. Dzieci Daenerys jeszcze nigdy nie wyglądały tak źle. 

Musimy mieć nadzieję, że twórcy będą działać zdecydowanie i z wielkimi zwrotami akcji nie będą czekali do ostatniego tchu finału. Pokazali już przecież, że potrafią być bardzo odważni i zaskakiwać, uśpiwszy naszą czujność. Mam nadzieję, że owa odwaga nie skończyła się wraz z postaciami do wybijania. Mimo wielu zalet odcinka mam wrażenie, że tu tak było, dlatego gdy wybiła godzina 3:54 telewizor wyłączyłam lekko poirytowana. Niestety sama „nadzieja” ani nie wybieli jego błędów, ani nie wyolbrzymi jego plusów. Dziś w nocy mieliśmy okazję obejrzeć zwykły odcinek Gry o tron. Odcinek, który mimo pięknych nawiązań do odsłony pilotażowej serii mógł okazać się tak wielkim rozczarowaniem, jak i niespodzianką. Możemy patrzeć na ten epizod optymistycznie, jak na przedsmak czegoś większego, bardziej epickiego i pompatycznego, w jakimś sensie dojmującego. Inne spojrzenie zostawia nas jedynie z zapowiedzią kolejnych pięciu odcinków, małą ilością fanservice’u i potężną liczbą zawiedzionych serduszek.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.