Advertisement
Recenzje

“Maksymiuk. Koncert na dwoje”, czyli “Śmierć Tybalta” w aranżacji orkiestry szkolnej [RECENZJA]

Maciej Kędziora

W trakcie jednej ze swoich tyrad na temat współczesnego stanu muzyki poważnej, Jerzy Maksymiuk dochodzi do wniosku, że jako wirtuoz stracił potrzebne mu tworzywo – solidnych muzyków z dobrym słuchem. Podobnie komentując warunki akustyczne sal, będzie zwracać się do swojej orkiestry lekko podłamanym głosem – “Wiem, że tu nic nie słychać, ale płacą, więc trzeba grać”. W pewnym momencie dojdzie nawet do wniosku, że nie nadaje się do bycia dyrygentem, co, patrząc na jego artystyczny dorobek, jawi się jedynie jako zbyteczna (a może fałszywa?) skromność. Pytanie tylko, gdzie stoi granica między wspomnieniami lat świetności, a zwykłym i jakże wyświechtanym w obecnych czasach frazesem “kiedyś to było!”?

Maksymiuk ze swoimi twardymi poglądami na temat sztuki nie będzie jedynym bohaterem filmu Tomasza Drozdowicza. Równie ważna będzie jego żona i menadżerka Ewa. O ile twórca muzyki do “Sanatorium pod klepsydrą” króluje niepodzielnie na sali koncertowej, o tyle w domu gra pod batutę swojej wieloletniej partnerki. Trudno jednak mu się dziwić. Gdy obiektyw kamery ukazuje jego wszystkie słabości, to w konfrontacji z prozą codzienności wydaje się bezradny. Nie potrafi rozwiązać sobie butów przed wejściem do łóżka, zaparzyć herbaty, czy kupić odpowiednio ciepłego płaszcza. Bez małżonki nie tylko byłby skazany na samotność, ale również nie potrafiłby przeżyć, błądząc myślami w taktach dziewiątej symfonii Beethovena.

Mimo niewątpliwego podziwu dla geniuszu muzycznego Maksymiuka, Drozdowicz nie stroni od pokazywania go w sytuacjach wątpliwych. Pewne zachowawcze lapsusy, wynikające zapewne ze starych, okropnych przyzwyczajeń, we współczesnych realiach nie powinny mieć miejsca – od nieświadomego seksizmu, gdy zwraca się do swoich muzyków i muzyczek w formie jedynie męskiej, per “koledzy”, przez obściskiwanie swoich współpracownic, bo przecież jak to nie można nie pocałować “pięknej instrumentalistki”, aż do zgryźliwości wobec współpracowników. Oczywiście, większość wad można zrzucić na wiek i zawodowe zmęczenie, ale nie powinno być to żadne wytłumaczenie.

Szkoda jednak, że reżyser nie decyduje się na wejście w dialog z dyrygentem, pozostając jedynie biernym obserwatorem. Problem w tym, że ta bierność jest wątpliwa, gdyż, szczególnie w przypadku scen rozmów z żoną, sceny wydają się być tutaj zainscenizowane, by nie powiedzieć sztuczne. Z tego też powodu w pewnym momencie przestałem wierzyć w słodką nieporadność Maksymiuka, która momentami przypominała kreację niźli szczerą postać twórcy.

To, co najbardziej doskwiera w “Maksymiuku…”, to jego fragmentaryczna forma. Choć ma ona na celu wprowadzenie dynamizmu, rodem z “Hungarian Dance No.4” Brahmsa, w pewnym momencie zatraca to, co najbardziej w nim pociągające, czyli momenty, w których kompozytor odpływa do krainy wyobraźni i rzuca teorie na temat świata. Może te tezy są chwilami pozbawione ładu i składu, ale jednocześnie są bardzo szczere i pasjonujące – choć z tymi komplementami nie zgodziłaby się jego żona. Tak też, gdy Maksymiuk po raz kolejny wpada w swój strumień świadomości, Drozdowicz zamiast dać się mu porwać, nagle ucina jego myśl, przez co opowieść traci niczym wykon “Libertango” bez akompaniamentu pianina.

W pewnym momencie główny bohater, w trakcie zachwytów nad geniuszem Chopina, wbija szpilkę (moim zdaniem skądinąd słuszną) Szostakowiczowi, twierdząc, że nawet dla niego samego nie liczyły się takty, które umieszczał w środku swoich utworów. Paradoksalnie ta obserwacja sprawdza się również w przypadku filmu – “Koncert na dwoje” ma świetne preludium i epilog, ale pewne takty-sceny są aż nazbyt repetytywne i nieprowadzące donikąd. Brak tu maksymiukowskiej finezji (czy szaleństwa, znanego z jego brytyjskiego przydomku – “Mad Max”); nagłej zmiany harmonii, przesunięcia taktu, ostrego ruchu batutą całkowicie zmieniającego nastrój.

Tu też pojawia się pewien dysonans jaki miałem, gdy nie tyle oglądałem, co próbowałem post factum spojrzeć krytycznym okiem na “Koncert na dwoje”. Z jednej strony jest to do bólu poprawna produkcja, niczym występ szkolnej orkiestry, przez cały rok próbującej spamiętać takty “Carmen” Bizeta. Z drugiej jest to film chwilami urokliwy, momentami frustrujący, ale jednak zrobiony z uczuciem i wyczuleniem na muzykę poważną – tu docenić należy znakomitą sekwencję montażową w rytm wielbionej przeze mnie “Śmierci Tybalta” Prokofiewa.

Kiedy jak w “Bohemian Rhapsody” Drozdowicz kończy swój film koncertem, trudno się nie zachwycić. O ile przez całą produkcję nie widzieliśmy mistrza w ferworze wykonów na żywo przed publicznością, to epilog w pełni zaspokaja nasze pragnienia obcowania ze sztuką w jej najwyższej formie. I choć mam nieodparte poczucie, że znacznie więcej dało się z tej historii wycisnąć, a w szczególności z postaci samego Maksymiuka, to “Koncert na dwoje” jest po prostu poprawny. A jak skwitował by to sam kompozytor – “w tych czasach musi to wystarczyć”.


Recenzje

Rozmawiamy z Remigiuszem Kadelskim o 10. edycji LGBT Film Festival [WYWIAD]

Maciej Kędziora

Kiedy początkowo zasiadałem do rozmowy z Remigiuszem Kadelskim, jednym z koordynatorów programu 10. edycji LGBT Film Festival, obydwoje nie mieliśmy pojęcia, że odpłyniemy w naszej rozmowie na długą i jakże pasjonującą godzinę. To jednak pokazuje jak wielki jest urok tego festiwalu, na którym takie dyskusje zdarzają się codziennie.

Czym jest dla Ciebie LGBT Film Festival?

Remigiusz Kadelski: Rozpatruję go na dwóch poziomach. Od zawsze byłem widzem tego festiwalu, a ponieważ jestem dziennikarzem filmowym, czy szerzej – kulturalnym – i niemal od zawsze interesowały mnie festiwale filmowe , to zanim zacząłem jeździć na te międzynarodowe, to LGBT Film Festival był takim oknem na świat, papierkiem lakmusowym tego co dzieje się w światowym obiegu filmowym, ale przede wszystkim – i to było dla mnie najważniejsze – pokazywał jak filmografia pod szyldem LGBT+ wygląda, że nie tylko takie filmy są produkowane, ale jak szerokie jest ich spektrum – wrażliwości/tematów/narracji filmowej. Miałem to szczęście, że w moim rodzinnym domu mieliśmy dostęp do płatnej telewizji; w szczególności Canal +, . To był początek lat 90- tych czyli moment kiedy ten program w Polsce raczkował. Ale już wtedy, pojawiały się w nim filmy z etykietą LGBT. I moim marzeniem jako nastolatka było móc zobaczyć te filmy na dużym ekranie, a już w ogóle, żeby te filmy funkcjonowały u nas w kinach. No i ten festiwal był takim zwieńczeniem moich marzeń. Spełniał również taką formacyjną rolę. Miałem zawsze wrażenie, że to kino jest gdzieś w tyle w stosunku do tego głównego nurtu , a tu zobaczyłem jak bardzo rozwinięta jest ta gałąź kinematografii i to była ta kluczowa rzecz dla mnie jako widza. A od tego roku LGBT Film Festival rozpatruje w roli programatora. To nowe dla mnie wcielenie dało mi możliwość współtworzenia z Wiktorem Morką repertuaru i podzielenia się z widownia swoją wrażliwością filmowa. Bo nie można też ukrywać – nie zawsze nasze wybory się ze sobą zgadzały. Próbowałem iść w stronę kina bardziej wysmakowanego, mniej stawiałem na komedie, slapstick, a bardziej na historie, które są takimi kinofilskimi opowieściami. Nie miało dla mnie znaczenia czy na ekranie pojawia się lesbijka, gej, osoba transseksualna, czy też szerzej – nieheteronormatywna. Kluczowe było to by był to prostu dobry film.

Tak jak “Jose”

RK: Na przykład. Na drugim dopiero planie było dopiero to, że głównym bohaterem jest osoba z szerokiego katalogu LGBT+. No i też fantastycznym przeżyciem był moment – będąc od zawsze uzależnionym od festiwalu w Berlinie – kiedy mogłem pojechać na Berlinale ze świadomością: “O! Mogę teraz wybrać filmy i spróbować nakłonić agentów do tego by pokazać je na naszym festiwalu”. By mogły być pokazywane w Polsce – jeśli nie w tym roku uwzględniając specyfikę kupowania produkcji z tak dużych festiwali, to może w następnym.

Remigiusz Kadelski (pierwszy po lewej na gali otwarcia 10. LGBT Film Festival)
Pozostając przy początkach jako widz. Czy gdy szedłeś na pierwszą edycję myślałeś, że doczekamy się jubileuszowej, dziesiątej edycji Festiwalu?

RK: To zabrzmi paradoksalnie, ale gdybyś mi zadał to pytanie teraz, albo dwa-trzy lata temu, to miałbym dużo większe obawy niż na początku. Po pierwsze, co się może wydawać teraz truizmem, ale klimat wówczas był bardziej sprzyjający organizowaniu takiego festiwalu niż teraz. Oczywiście jak za każdym festiwalem, w tle rozgrywa się batalia o fundusze. Ten festiwal to inicjatywa całkowicie oddolna, nie otrzymuje wsparcia ani od instytucji samorządowych, ani instytucji miejskich, w związku z czym trzeba pozyskać pieniądze od partnerów. A partnerzy również patrzą jaka jest sytuacja w kraju. Mówiąc najprościej – czy im owe dofinansowanie się opłaci. Także w wymiarze wizerunkowym czy kreowaniu swojej marki w oparciu o wspieranie takich czy innych wydarzeń kulturalnych. Teraz trudno znaleźć organizacje – mimo naszego szczytnego celu – które chcą te pieniądze dawać, patrząc na to jaka jest konfiguracja polityczna. Również – ze względu na tę sytuację – po pieniądze ustawia się znacznie więcej „potrzebujących” niż te 10 lat temu. Wtedy absolutnie takiej obawy nie było, gdyż wiedziałem, że jest to silna inicjatywa, zaspokajająca ogromny głód widzów i widzek, którzy czekali w kolejce po bilety na ten festiwal. Wiktor był tak porażony siłą tego Festiwalu, że poszedł po prostu za ciosem. Kina też były bardzo zdziwione – w dobrym tego słowa znaczeniu – że ten festiwal gromadzi taką widownię. Fama się rozchodziła, a za nią znajdowali się kolejni, skłonni do wsparcia festiwalu. Więc – na początku żadnej obawy o kontynuację festiwalu nie było, teraz miałbym zapewne większe. Zresztą teraz mam całkiem realne obawy związane z możliwością zdobywania upragnionych tytułów . Przy tak małym budżecie , mamy ograniczone możliwości w konkurowaniu z innymi festiwalami jeśli chodzi o pozyskiwanie tytułów. Filmy LGBT nie są już szczęśliwie rozchwytywane na potrzeby jedynie wąskich, branżowych festiwali . To powoduje, że nie są to tanie filmy . W kolejce nie ustawiamy się więc jedynie my, ale także giganci jak Locarno czy Karlove Vary.

Czy jak u nas znakomite Nowe Horyzonty…

RK: Dokładnie! Nowe Horyzonty po prostu zgarnęły nam sprzed nosa parę tytułów, bo mają znacznie większą siłę rażenia i budżet. Stąd te obawy – potrzebujemy więcej pieniędzy by móc sprostać rosnącym wymogom rynku i koniunkturze na filmy LGBT. Filmy spod etykiety LGBT przestały być jedynie filmami środowiskowymi i są traktowane od strony sprzedażowej jak każde inne filmy na rynku, więc naprawdę mamy sporo do zrobienia, żeby zbudować repertuar kolejnych edycji.

Pozostając jeszcze w tematyce wspominkowej. Jakie jest twoje najlepsze wspomnienie ze wszystkich edycji; seans, sytuacja, o której myślisz i mówisz – to jest dla mnie esencja tego festiwalu?

RK: Trudno mi się odwołać do konkretnego tytułu, choć jeden kojarzę i jest mi bliski. Była to historia surferów z Oceanii. O tyle było to abstrakcyjne, ze geograficznie i mentalnie jest to bardzo odległy rejon, nie każdy z nas ma okazję zobaczyć jak tam jest, a do tego środowisko surferów, mi kompletnie odległe bo sportów wodnych nie uprawiam, poza tym że pływam. I ten mix atmosfery Oceanii, Antypodów z wrażliwością nieheteronormatywną plus to dla mnie była mieszanka piorunująca. Dla mnie to co jest esencją tego festiwalu, tym czymś za co go uwielbiam czyli jego niejednoznaczność. To znaczy nie tylko widzę filmy, ale biorę również udział w dyskusjach po projekcjach, podczas których toczą się ostre spory – co oznacza, że te filmy są jakieś, niezależnie od ich poziomu. Filmy, wobec których nie pozostajemy obojętni, obojętne. Często układając program myślimy o doborze produkcji w taki sposób by sprowokować dyskusję. Zawsze fascynują mnie te debaty, gdyż nie polegają one na spotkaniu grona wzajemnej adoracji, gdzie klepiemy się po ramieniu i zawsze się zgadzamy. To są debaty, gdzie w gronie osób grających umownie do jednej bramki, słyszymy różne zdania, opinie i te opinie się cudownie ścierają. Publiczność, co nie jest regułą na innych festiwalach, ma czelność formowania myśli, które idą w kontrze do tego co mówią paneliści i panelistki.

Przykładowa, jak zawsze wypełniona sala, na Festiwalu
To też zapewne wynika z tego, że publiczność składająca się często z przedstawicieli LGBT+, którzy wiedzą, że nie muszą i nie powinni wstydzić się swojego zdania i mówią głośno to co myśli niezależnie od sytuacji.

RK: Dokładnie tak. Po prostu muszą to mówić otwarcie, subwersywność mają we krwi. I to jest właśnie super – dzięki temu dyskusje są bardziej krwiste, często polegają na „boksowaniu się” i przeciąganiu argumentów. Jedyne nad czym powinniśmy popracować, to by było więcej czasu na zadawanie pytań. Na przykład teraz – rozmawiamy po debacie (dotyczącej filmu “Ovil&Usman” – przyp. red), która była znakomita i bardzo merytoryczna, ale była tak ekscytująca, że zabrakło czasu na pytania z sali. I jeszcze jedno – i mówię to bez żadnej kokieterii – jest to jeden z najbardziej kolorowych festiwali na jakich bywam. Cudowny konglomerat osobowości, które się tutaj przewijają i ta energia, która z tych ludzi bije to jest to co uwielbiam. Czasami potrafiłem przyjść na seans widząc film wcześniej, tylko po to by pobyć wśród widowni bo to są ludzi, z których chciałoby się widzieć na co dzień, a giną w codziennym, ulicznym tłumie.

To też jeden z niewielu festiwali – jak w przypadku otwierającego mój festiwal pokazu Lesbian shorts – gdzie ludzie z własnej woli decydują się siadać na podłodze, tylko po to by pomimo braku miejsc, trochę pożyć tym festiwalem. I a propos shortów – filmem otwierającym selekcje była polska “Baba Joga”, my rozmawiamy w trakcie seansu wielbionej przeze mnie “Niny” Olgi Chajdas. Czy spodziewałeś się 10 lat temu, 5 lat temu, że polskie kino będzie tak odważnie i artystycznie podejmować tematykę LGBT, która teraz nie ma za zadanie w naszych produkcjach szokować, tylko opowiadać zwyczajne, życiowe historie?

RK: Myślę, że wszyscy ludzie zajmujący się kinem nie spodziewali się takiego boomu – nie tylko w kontekście rodzimego kina LGBT+, ale całościowego rozwoju polskiego kina. Jesteśmy w takim momencie kiedy o naszym kinie mówi się głównie w samych superlatywach, a złym nawykiem staje się powiedzenie “jak na polski film”, co kiedyś utożsamialiśmy z obniżonymi standardami rodzimej kinematografii . Mam wrażenie, że krótkie czy średnie metraże podejmujące tematykę LGBT nie dość, że są tworzone w czasach prosperity polskiego kina, to powstała również świetna koniunktura na takie produkcje. Bo – jak często powtarzam przy 10, edycji festiwalu – krótkie i średnie metraże to coś na co powinno się zwracać większą uwagę. Są moim absolutnym oczkiem w głowie, przez co na Berlinale z rozmysłem przekładałem pokazy krótszych form nad długie, bo uważam że to w nich drzemie największy potencjał współczesnego kina. Tam trzeba się zmierzyć ze wszystkim – z formą, z narracją, z sposobem opowiedzenia historii. Mamy 6,8, 12 minut by zaabsorbować uwagę widza/widzki. W tak krótkim czasie musimy zawrzeć wszystko – opowieść, zwroty akcji, zaskoczenia czy w końcu finał. I to właśnie co dzieje się w krótkich metrażach przyprawia mnie o ten dreszczyk emocji, bo to jest absolutne mistrzostwo. I sam fakt, że polscy twórcy i twórczynie podejmują coraz śmielej tematyką LGBT nie jest przypadkiem – mamy na to koniunkturę, krótki metraż jest w modzie, a finansowo nie potrzeba już dużego zaplecza PISF-u czy szkół filmowych. Wystarczy poszukać we własnym zakresie finansowania, mieć sprzęt – choćby komórkę – i przede wszystkim dobry pomysł i scenariusz i możemy zrobić genialny film. Potwierdzeniem tego jak rośnie znaczenie krótkiego metrażu jest to jak łatwo na udział w nich zgadzają się nestorzy polskiego kina. To dodaje i powagi i w jakiś sposób uwiarygadnia, wzmacnia ten film. Jestem zawsze im wdzięczny za to, że ufają tym debiutantom i debiutantkom, stawiając na szali swoje nazwisko.

Kadr z filmu “Nina”
Powiedzieliśmy o Polsce, teraz spójrzmy szerzej. Kiedyś kino z etykietą LGBT definiowano jako kino campowe, a teraz – jak już powiedzieliśmy – mamy coraz większą subtelność. Czy według Ciebie da się obecnie zdefiniować kino LGBT, wskazać jakieś trendy?

RK: To co jest papierkiem lakmusowym kina LGBT pokazywanego na festiwalach to to, że nie jest już prezentowane jako kino ometkowane skrótem LGBT, ponieważ on bardzo mocno zawęża percepcję tego kina. Nie tylko formalnie – do gejów, lesbijek, osób transseksualnych i biseksualnych, ale też w niepotrzebny sposób dodaje zbędne emblematy kinu. Teraz określając filmy na festiwalach w Berlinie czy Rotterdamie opisuje się je terminem queer i co do tego mamy większą zgodność, bo queer najkrócej rzecz ujmując jest definiowany jako nienorma. A po drugie – w ramach tak zdefiniowanego kina – możemy pokazać szerszą stylistykę niż dotychczas w ramach kina LGBT. Wracając do pytania, tak naprawdę jest to kino opowiadające o wszystkim co nie mieści się w ramach heteronormatywnej normy. Mnogość podejmowanych gatunków, mnogość stylistyk i tematów jest tak ogromna, że dzisiaj nie da się już tego sprowadzić do wspólnego mianownika. Na pewno jest to też kino, która na szczęście , ucieka od stereotypowo powielanego portretu geja/lesbijki jako ofiary współczesności. To już nie jest osoba, która musi się miotać ze swoją tożsamością. To już nie jest osoba, która siedzi wiecznie w tej mitycznej szafie. I to wreszcie nie jest osoba, która zastanawia się czy na ulicy może skraść pocałunek bliskiej osobie. To są pełnoprawni członkowie i członkinie społeczeństwa, często lepiej rozwiniętego niż Polska, ale to wcale nie oznacza, że wolnego od błędów. To jest bohater uwikłany w te same problemy jak “większość”; tak samo musi się borykać z rozpadem związku, konfliktami rodzice-dzieci, z problemami edukacyjnymi gdy posyła dziecko do szkoły, które tam z kolei , tak samo jak w polskiej szkole, często spotyka się z niewygodnymi pytaniami czy homofobia. Nadszedł koniec z cierpiętnictwem, martyrologią, jesteśmy pełnokrwistymi obywatelami i obywatelkami świata. Penetruje się także współczesne modele społeczne; zastanawia się nad związkami poliamorycznymi, ucieczką od monogamii, patchowrkowością rodzin, migracją i tym jakie są różnice w traktowaniu nieheteronormatywności w różnych krajach.

Czy związkami zapoczątkowanymi w internecie jak w “Kilku rozmowach o bardzo wysokiej dziewczynie”

RK: Tak! Są oczywiście nadal filmy, które cały czas muszą wracać do podstaw, ze względu na sytuację w pewnych zakątkach świata. Bardzo chciałem pokazać film nagrodzony w tym roku w Berlinie – “Bulbul can sing” – indyjski film osadzony poza wielkimi miastami, który odwołuje się do absolutnie pierwotnych rzeczy. Skupia się na konflikcie nasze prawo do bycia sobą kontra rygorystyczne normy tamtejszej społeczności. Troje młodych bohaterów, z których każdy nie pasuje w jakiś sposób do tej większości, głównie przez niespełnianie sztywnych norm jednoznacznie definiujących role społeczne i negujących jakąkolwiek inność. I może nam się to wydać archaiczne – bo my jesteśmy super wyemancypowani (albo tak nam się wydaje), ale warto sobie uświadomić, że takie problemy, niemalże stanowiące podstawę życia zgodnie z samym sobą , wciąż mają miejsce. Bo te problemy są uniwersalne – przecież nawet w Warszawie, wracając o drugiej w nocy z klubu, gdy spotkamy dwóch wstawionych mężczyzn, możemy zostać zbluzgani, a nawet pobici – tylko dlatego, że nie pasujemy do ich stereotypowego wizerunku kobiety czy mężczyzny.

Można by powiedzieć, że tak samo jak bohaterowie nie wstydzą się swojej tożsamości, tak samo kino LGBT nie boi się powiedzieć, że jest pełnoprawnym kinem.

RK: Absolutnie tak. Gdy rozmawiałem i negocjowałem z agentkami i agentami warunki pozyskania danego filmu to nie miałem wrażenia, że nasz festiwal , jakkolwiek nacechowany na konkretny nurt kina, jest traktowany jako ten mniejszej rangi, stawiany na innej półce ważności. Dla nich jest to kolejne miejsce na coraz ciaśniejszej mapie festiwalowej, gdzie mogą pokazać swój świetny film. Percepcja kina LGBT zmieniła się – mało kogo interesuje sam fakt, że jest to kino LGBT. Kluczowa jest jakość – czy jest to dobre czy złe kino. Nie ma znaczenia w jakich konfiguracjach są bohaterowie. Ważna jest odpowiedz na pytanie czy są po prostu postaciami, których losy chcemy zobaczyć na dużym ekranie.

Kadr z filmu “Bulbul can sing”
Ten trend zauważmy również w dystrybucji, przecież zeszły rok to nie tylko “Nina”, a chociażby “Las heraderas” od Aurory. Na rynku coraz prężniej działa przecież outfilm.pl, jeden z patronów festiwalu, czy też Tongariro. Czy myślisz, że to już ten moment by przestać reklamować je jako “mityczna historia z nurtu LGBT”, a skupić się na samej jakości filmu?

RK: Trzeba sobie uświadomić, że bardzo dobrą i kolosalną robotę w tym temacie wykonali sami dystrybutorzy. Bo pamiętam jak swego czasu wszyscy bardzo obawiali się wprowadzania tego typu produkcji do kin. Pamiętam też wrzawę jako powstała przy okazji “Samotnego mężczyzny” Toma Forda. W opisie tego filmu znalazło się wszystko poza faktem, że główny bohater ma relację z młodszym od siebie mężczyzną. Rozgorzała dyskusja czy był to celowy zabieg, mający na celu zabezpieczenie się przed zniechęceniem potencjalnego widza tematyką LGBT, czy wręcz odwrotnie – był to świadomy zabieg by unikać takiego kategoryzowania filmów. Dzisiaj dystrybutorzy po pierwsze nie mają problemów z wprowadzaniem tego typu filmów do kina. Ba – wprowadzają nie tylko blockbustery, ale również produkcje niszowe – co oznacza, że te filmy spłacają się czyli maja widownię. Bardzo bym też chciał, żeby już nie przywoływać ciągle tego terminu, gdyż wiem i wielokrotnie o tym mówię, że to kino nie potrzebuje już emblematu LGBT. Nie chciałbym już dzielić kina na kobiece, męskie itd.

… kino na obcasach

RK: Co to w ogóle znaczy kino na obcasach? Czy to oznacza, że ja jako biologiczny mężczyzna nie mogę na taki seans pójść? A co było było gdybym jednak założył np szpilki?

Są wtedy prośby by mężczyźni opuścili film w trakcie dyskusji, bo mogą zostać tylko kobiety.

RK: To jest jakiś absurd. Nie jestem zwolennikiem dzielenia kina, ani widowni. Dlatego też ten termin nie powinien być wzmiankowany. Podobnie jak z outingiem – nie jestem zwolennikiem outowania się. Tego by stawać przed rodzicami, znajomymi i mówić “Jestem gejem.”. Ważne by jeśli już to outować się w sposób choćby wynikający z naturalnego przebiegu rozmowy typu, gdy na pytanie “Z kim jedziesz?”, nie kłamać że z koleżanką, a powiedzieć “Jadę z partnerem”. Jeśli kogoś przedstawiasz to nie udawaj, tylko powiedz – to mój partner/partnerka. Tak samo kino nie potrzebuje wykluczających sloganów marketingowych, choćby przywołanego przez Ciebie terminu „ kino na obcasach „. Rewers jest taki, że cały czas jesteśmy na etapie formowania się publiczności. My cały czas jeszcze musimy podkreślać obecność wątków LGBT wszak ta publiczność w dużym stopniu wciąż „oswaja” się z tym kinem. I jak już sprawimy, że będzie ona w stanie konsumować kino, bez potrzeby jego kategoryzowania, dopiero wtedy uwolnimy się od tych etykiet. Mam nadzieję, że ten festiwal robi właśnie taką dobrą robotę. Może kiedyś zrezygnujemy z naszej nazwy i wymyślimy termin, który nie będzie sam w sobie zawężeniem tematu i nie będzie sugerował żadnej wrażliwości tego kina.

Kadr z filmu “Tajemnica Brokeback Mountain”
Zanim przejdziemy do obecnego programu pytanie o wpływ filmów na tolerancję. Niedawno mieliśmy trzynastą rocznicę premiery “Brokeback Mountain” i liczba komentarzy pokroju “wtedy nie wiedziałem/nie byłem tolerancyjny, zobaczyłem “Brokeback” i zrozumiałem, że to też normalna relacja”. Teraz podobną rolę odgrywa wśród młodych “Call me by your name” – gdy utożsamiają się z postacią Elio i widzą “zwykłość” tej wakacyjnej miłości. Czy LGBT Film Festival też może być takim zjawiskiem terapeutycznym? – bo z mojej perspektyw, w przypadku jednego znajomego, takim był, który spodziewając się perwersji i szoku, zobaczył film, który a – mu się spodobał, b – był zwykły, czy jak on to określił “normalny”.

RK: Z jednej strony całkowicie się z tobą zgadzam, ale dostrzegam w tym pewną pułapkę, która pokrywa się z pułapką w jaką wpadła Kampania przeciw homofobii i jej akcji billboardowej z 2004. Słynna kampania “Niech nas zobaczą”, czyli pierwsza kampania wizerunkowa osób nieheteronormatywnych. Polegała ona na wielkoformatowych billboardach w największych miastach w Polsce, na których można było zobaczyć osoby LGBT. Problem był jednak taki, że w przerażającej większości były to pary nie wyróżniające się niczym. Pary powielające wzorzec heteronormatywny. I to była ta pułapka. Poza tym, że kocham “Tajemnicę Brokeback Mountain” i tę opowieść, to mam świadomość, że została w tak dużym stopniu “łyknięta”, gdyż nie była – jak to określiłeś – perwersyjna. Opowiada przecież o kowbojach, krwistych, stereotypowych mężczyznach, o których nigdy nie powiedziałbyś, że mogą przynależeć do jakiejkolwiek mniejszości. Byli tak wykreowani , ze nie odbiegali choćby wizerunkowo od definicji normalnego mężczyzny” narzucanych przez heteronormę. Ja bym chciał by takie reakcje jak twojego kolegi pojawiły się na LGBT Festiwalu po filmach, opowiadających o dwóch drag queenach, albo filmach „epatujących „ wizerunkiem odbiegającym od norm. Żebyśmy pokazali wszystkie osoby – i te z przysłowiowymi piórami w dupie, transgenderowe, cross-dresserów, czy mówiąc w kontrze do stereotypów – mężczyznę ze szminką i w sukience, a kobietę z zarostem w “ultra męskim ubiorze”. I by po takim filmie nie było reakcji, że zobaczyło się coś nienormalnego. W ogóle słowo normalność powinno być wyrzucone ze słownika. To jedno z najbardziej wykluczających i przemocowych określeń. Dlatego szanując kino o którym mówisz boje się jednak pewnej pułapki i dlatego wybierając filmy na Festival chciałbym, żeby widzowie uświadomili sobie, że geje to nie tylko mężczyźni o wyglądzie pokroju Ledgera i Gylenhaala, a lesbijka to nie zawsze Cate Blanchett z “Carol”, czy zjawiskowa Rooney Mara. To są piękne osoby, ale przy całym szacunku do takiego wizerunku kobiety , jak się pójdzie do klubu lesbijskiego to na palcach jednej ręki można policzyć osoby podobne wizerunkowo do Mary. Powinniśmy pokazywać całe spektrum i mieć świadomość, że “Brokeback..” jest jedną z wersji, ale nie jedyną. Film ten zrobił kawał dobrej roboty, ale była to bardzo bezpieczna wersja geja.

Choć “Brokeback” pokazuje jak robić to dobrze, bo przykład “Bohemian Rhapsody” i potraktowania tożsamości Freddy’ego po macoszemu…

RK: To jest rewers i regres całej sytuacji. Ucieczka przed podejmowaniem tego tematu. Chowanie głowy w piasek. Ale wiemy kto jest producentem tego filmu, jaka była widownia i grupa docelowa i dlaczego tak wyszło, co nie znaczy że musimy się na to godzić.

Przechodząc do tej edycji. Czy miałeś jakąś myśl przewodnią dobierając program. Pamiętam, że dwie edycję temu były to dokumenty, rok temu krótki metraż.

RK: Gdy Wiktor zaprosił mnie do pracy nad programem tej edycji, od razu powiedziałem, że jestem na etapie fascynacji shortami i chciałbym na nie postawić punkt ciężkości . Miałem świadomość, że ta część festiwalu kulała, bo rok temu byłem strasznie zawiedziony. Większość filmów w blokach krótkich metraży nie tylko nie powinna była być pokazywana, ale też nie powinna była w ogóle powstać. Bo były to fatalnie opowiedziane historie. A co najgorsze – część to były filmy powstałe na zaliczenie w szkołach filmowych. Oglądałem je z przerażeniem myśląc, że stworzyło je przyszłe pokolenie polskiego i światowego kina. Dlatego też powiedziałem Wiktorowi, że stawiam na krótkie metraże i to mi się udało (może z jednym, małym wyjątkiem), a przynajmniej mam taką nadzieję. Drugą rzeczą na jaką stawiałem to dokumenty – i mogę zdradzić trochę kuchni festiwalowej, bo widzieliśmy bardzo dużo ciekawych dokumentów, które chcieliśmy pokazać, niestety musieliśmy polec na etapie dogadywania szczegółów, głównie tych finansowych. Jednak po rozmowach z agentkami i agentami wiemy, że oni te filmy bardzo chętnie u nas pokażą, ale za rok, jak stanieją. Ale to normalne przy festiwalach naszego formatu , że musimy trochę odczekać w kolejce po nie. Więc już teraz mogę zdradzić, że mamy po części ułożony program 11. edycji festiwalu. Bardzo chciałem również pokazać takie filmy, które uciekają od klasycznej love story, a bardziej skupiają się na problemach, które trapią współczesną cywilizację.

To świetnie widać w “Sauvage”!

RK: Na przykład. Czy też kino, które jest tak wolne, tak cudownie wyemancypowane, że już nie podejmuje codziennych problemów, a zderza wrażliwość LGBT z UFO. Doszło już do tego , że tematyka LGBT jest wpleciona w gatunkowe kino sci-fi. I to jest po prostu coś! Takim przykładem jest „Breve historia del planeta verde” nagrodzony Teddy Award ma tegorocznym Berlinale, opowiadający historię trójki nieheteronormatywnych osób, które odwiedzając babcie orientują się, że przetrzymywała ona w domu kosmitę.

Kadr z filmu “Breve historia del planeta verde”
To pytanie, którego nie wypada mi nie zadać. Jeśli miałbyś polecić produkcje, na które koniecznie chciałbyś żeby ludzie poszli to byłyby to?

RK: Z krótkometrażówek szczególnie zwróciłbym uwagę na bliski mi film “Four quartets”, na którym to bardzo mi zależało by znalazł się w programie festiwalu . Pozornie banalna historia chłopaka, który trafia do gejowskiego klubu i nagle przeżywa retrospekcje z czterech różnych momentów jego życia. Jednak to co mnie w nim uwiodło, to nie historia, która z opisu może się wydawać błaha, ale strona audiowizualna, a w szczególności warstwa montażowa. Ja kocham również kino ze względu na jego umiejętność połączenia fonii i wizji oraz montażu. “Four Quartets” jest doskonałym połączeniem wszystkich tych elementów. To jest krótki metraż, który absolutnie trzeba zobaczyć w kinie, w systemie Dolby Surround, by w pełni docenić to jak jest on zbudowany. Jeśli chodzi o krótki metraż lesbisjki to proponuję zwrócić uwagę na “Boxes”. Historia spotkania wnuczki z babcią, gdzie przy różnych pracach opowiadają historie swojego życia Babcia, opowiada część życia dotyczącą Holocaustu, a dziewczyna mówi o swojej miłości do innej. I to zderzenie wspomnień wydawałoby się z innych galaktyk, odwołuje się do czegoś najprawdziwszego – naszej własnej wrażliwości. Tam niewiele się dzieje od strony fabularnej, ale jest to cudownie opowiedziana historia z znakomicie dobranymi elementami. Jeżeli zaś chodzi o fabułę, to właśnie film “Sauvage”, dlatego że prostytucja jest tam opowiedziana z całkowicie innej perspektywy – a przecież sama prostytucja jest często tematem długich debat. Tu ta prostytucja opowiedziana jest w bardzo specyficznym języku filmowym – który nie każdemu może przypaść do gustu. Jest ona trochę odczarowana, odmitologizowana i może zmienić nasze wyrobione zdanie na temat prostytucji. Chciałbym też zwrócić uwagę na dokument “Stories of intersex and faith”. Może nie jest to wybitnie zrealizowana produkcja, ale cieszę się, że znalazła się w naszym repertuarze gdyż podejmuje temat, który w naszym dyskursie praktycznie nie istnieje. Gdyby zapytać osobę na ulicy – kim jest osoba interseksualna i z jakimi mierzy się problemami? Jak odnajduje się w społeczności LGBT+? Naprawdę trudno by było znaleźć osobę, która by umiała te wątki powiązać i udzielić odpowiedzi. Ten film poprzez dobór bohaterów i bohaterek oraz wrażliwą i nie zdradzającą wszystkiego narrację, bardzo płynnie wprowadza nas w tę tematykę.

Kadr z filmu “Sauvage”
“Sauvage” i dla mnie jest prawdopodobnie najlepszym filmem festiwalu, przynajmniej na ten moment i bardzo cieszę się, że wchodzi do dystrybucji pod koniec maja. Czy jest jakiś inny film, który chciałbyś, żeby trafił do szerszej publiczności?

RK: Po pierwsze, bardzo chciałbym, żeby w kinach pojawił się “Jose”. Jest to produkcja gwatemalska, która z jednej strony mocno penetruje tematykę LGBT, a z drugiej jest filmem wybitnie kinofilskim. Jest to definicja – choć wiem, że tym samym skazuje go na pewien ostracyzm – kina festiwalowego. Znakomicie opowiedziana historia, przedstawiciel kina slowfoodowego, niespiesznego, które pozwala nam się nacieszyć każdym kadrem i chwila, atmosfera zatrzymana w tym kadrze. Tu sami jako widzowie i widzki decydujemy o tempie wejścia w ten niesamowity, duszny klimat jednego z gwatemalskich miast i też spojrzenia na wycinek tamtej rzeczywistości. Bo choć Gwatemala jest nam dosyć obca, a jej kinematografia zwłaszcza, to “Jose” nie dość, że przybliża nam kawałek tamtego świata to jeszcze pokazuje nam pewien wycinek rzeczywistości, który wcale nie musi być tak odległy.

Z tego co kojarzę pojawiają się głosy, że będzie na platformie outfilm.pl

RK: Nie ukrywam też, że chciałbym by w dystrybucji pojawił się również dokument “Ovil & Usman”. Dokument bardzo ważny z dwóch powodów. Po pierwsze wciąż jesteśmy na etapie rozmów, debat na temat uchodźców i uchodźczyń i jest to jeden z największych problemów jątrzących współczesną Europę. Ten dokument daje nam wgląd w miejsca często pomijane przez mainstreamowe serwisy informacyjne. Zaglądamy do “hotspotów” czyli miejsc, w których lądują uchodźcy i uchodźczynie po przekroczeniu granic ojczystych krajów w oczekiwaniu na przedostanie się do lepszych miejsc na świecie. Widzimy to z perspektywy LGBT, czyli osób w tamtych miejscach podwójnie, a czasami nawet i potrójnie wykluczonych. Bardzo chciałbym, żeby ludzie zobaczyli tę narrację, bo świetnie się wpiszę w toczącą się debatę, stając się kolejnym przyczynkiem do dyskusji i poszerzając nasz horyzont w tym arcytrudnym temacie.

Kadr z filmu “Jose”
Na plakacie 10. edycji możemy zobaczy RuPaula. Jaki jest według Ciebie wpływ RuPaula na tolerancję, akceptację i świat LGBT+?

RK: RuPaul jest oczywiście jedną z najbardziej ikonicznych postaci kolorowego parasola LGBT+. Przez swoją ekstrawagancję, przez swoją zabawę z konwencją i stereotypami, rozpycha myślenie jak potencjalna osoba nieheteronormatywna miałaby wyglądać. On pokazuje, że my – mówię o osobach nieheteronormatywnych – nie domagamy się akceptacji tylko wtedy gdy będziemy bliźniaczo podobni do osób hetero. Chcemy być akceptowani na naszych warunkach, takimi jakimi jesteśmy. To my będziemy decydować jak mamy wyglądać, a nie słuchać katalogu skarg i zażaleń co nie pasuje tzw większości. RuPaul jest osobą, która rozbija ten monolit fatalnej heteronormy.

Znając techniki ściągania z zagranicy telewizyjnych formatów i adaptowania ich na nasze warunki. Czy myślisz, że dojdziemy w naszym kraju do takiego poziomu tolerancji, gdy “RuPaul’s Drag Race” – nie wiadomo oczywiście pod jaką nazwą – pojawi się na ekranach jako polska wersja programu, z rodzimym drag queen i drag kingami?

RK: Daleki byłbym od stwierdzenia, że ten program pojawi się w wielkich stacjach typu TVP. Ale myślę, że tak. Ogromną robotę robi tutaj świat polityki, do którego coraz częściej przedostają się politycy i polityczki ze świata LGBT, co już jest pewnym formowaniem gruntu. Moim zdaniem rynek telewizyjny w naszym kraju, choć często wydaje się oderwany od rzeczywistości, jest mocno umiejscowiony w obiegu światowych standardów, nie mówiąc już o powiązaniach kapitałowych. A prawda jest taka, że za tym programem stoi świetna widownia, a za nią idą reklamy, a za nimi pieniądze. Więc myślę, że to jest tylko kwestią czasu, kiedy wielka stacja, rozpatrująca ten format nie w kategorii wolnościowej czy jako swoistej edukacji obywatelskiej, a motywowana twardymi finansami, wprowadzi go na ekrany i w roli prowadzącego obsadzi osobę transseksualną, drag queen czy drag kinga. Myślę, że już teraz w szufladach leżą gdzieś scenariusze takich programów. Popularność talk show Ellen pokazuje, że kwestią czasu jest kiedy takie formaty pojawią się w kraju nad Wisła. Nie wątpię, że gdy pojawi się lepsza koniunktura to i takie programy pojawią się w różnych stacjach. Wszystko zależy od reklamodawców i ich przekonania, że gdy wesprą taki program, to część ich konsumentów się od nich odwróci w proteście na zasadzie bojkotu. A sam pracując w mediach przez wiele lat, wiem że są pomysły na takie formaty, czekające w blokach startowych na lepsze czasy.

Obsada “RuPaul’ Drag Race”
Pozostając w kontekście nadziei. Czy masz jakiś temat, wizję opowieści, którą chciałbyś, żeby kino LGBT poruszyło? Historię, którą bardzo chciałbyś zobaczyć na dużym ekranie?

RK: Zawsze o tym mówię, że moim głównym postulatem jest chęć oglądania większej liczby kobiecych historii w kinie. Kino LGBT jest niestety zdominowane przez męskie narracje, to częściej mężczyźni pojawiają się na dużym ekranie. Dlatego też chciałbym oddać paniom głos i ich opowieściom. Chciałbym też, żeby podjęty został wątek osób podwójnie wykluczonych – z jednej strony będącej pod parasolem LGBT+, ale z drugiej zmagających się z niepełnosprawnościami. Każdy może sobie wyobrazić, jak bardzo to namnożenie wykluczeń wpływa na takie osoby. Kino takich tematów w ogóle nie podejmuje, a bardzo chciałbym zobaczyć takie historii, łącznie z tym jak wygląda strona erotyczna takich osób. Trzecim obszarem, który kocham to jest kino podejmujące temat seksu. W obrębie LGBT+ jest mniejsze tabu jeśli chodzi o seksualność. Chciałbym by pokazywano więcej kina BDSM-owego, kina fetyszystycznego, więcej kina o ludziach uwikłanych w rozmaite konfiguracje. Seks jest tak nierozerwalną częścią naszego funkcjonowania. Bardzo się cieszę, że należę do tej społeczności, bo choć jesteśmy objęci tym całym kulturowym tabu to jednak świetnie go rozpracowaliśmy  otwartość na sprawy cielesne jest w gronie LGBT większa. To wynika z chęci afirmacyjnej i wpisanej w nasze istnienie walki, a także wspomnianej już wcześniej subwersywności czy naszego postulatu obalania tematów “zakazanych”. Świadomiej stawimy opór filarom norm społecznych, do których przecież tak często działamy w kontrze. Parę lat temu na festiwalu Nowe Horyzonty był pokazywany film “The Duke of Burgundy” Petera Stricklanda, skupiający się właśnie na relacji między masterką a osobą jej podległą. To było dla mnie niesamowite przeżycie, bo nie dość że poruszał taką tematykę, w której zawarte były elementy fetyszystyczne, to jeszcze wszystko było pokazane w lekko odrealnionej stylistyce, z doskonałą muzyką równie odrealnionego zespołu The Cat’s Eyes. I chciałbym żeby takiego kina było więcej.

FIlmGramm poza organizowaniem LGBT Film Festival odpowiada również za znakomitą Afrykamerę. Czy miałbyś jeszcze jakiś kierunek/kraj/nurt/gatunek mało doceniany i zauważany w naszym kraju, który chciałbyś pokazać szerszej publiczności?

RK: Bardzo bym chciał, żeby powstał festiwal filmów pornograficznych.

Były chyba kiedyś nawet u nas takie próby!

RK: Były, były. Nawet w Warszawie było kino, które nie istniało za długo i miało taką otoczkę miejsca, gdzie bardziej szło się do kina niż na film. Gdzie przy przyćmionym świetle można było oddać się własnym uciechom cielesnym, nie zważając na wielkiego penisa na ekranie, a bardziej na przyrodzenie sąsiada. Mi chodzi bardziej o taki typ kina porno, gdzie oglądając (!) film na ekranie, możemy sobie dogodzić… choćby estetycznie czy nawet merytorycznie. W Berlinie czy na innych festiwalach mamy filmy, które nie wstydzą się tego pokazywać.

Chociażby zeszłoroczne “Touch me not”

RK: Dokładnie. Jest to kino, które nie tylko zaspokaja nasze potrzeby wynikające z naturalnego afektu i fascynacji seksualnej, ale przemyca inne wartości, dotyczące własnej cielesności. Zrywa ze stereotypem jak powinny wyglądać ciała mężczyzn i kobiet. Przywraca też godność kobiecie, oddaje jej podmiotowość, gdyż współczesne filmy porno skierowane są na użytek białego, heteroseksualnego mężczyzny. Kobieta nie ma tam żadnych praw – jest okładana, gwałcona, bita – jest to kobieta bez podmiotu. A powstaje kino oddające jej godność, trafiające do szerszej grupy społecznej, pobudzając przy tym nasze najbardziej intymne zmysły.

Kadr z filmu “The Duke of Burgundy”
Takie sale znakomicie ukazywał ostatni dokument dotyczący Waleriana Borowczyka. I ostatnie – bardzo oczywiste – pytanie. Patrząc na frekwencyjny sukces kolejna edycja nie stoi pod pytaniem “czy?”, a “kiedy?”. Czy masz jakąś nadzieję na przyszłe edycje – więcej miast, więcej filmów?

RK: Okazja do jubileuszu jest – jak pisałem we wstępniaku do katalogu – czasem podsumowań, ale też życzeń. Po pierwsze bardzo bym chciał, żebyśmy mieli lepsze dofinansowanie, związane z większym komfortem dobierania repertuaru, a co przekłada się dla Was, widzowie i widzki, na lepsze produkcje na dużym ekranie. Po drugie chciałbym, żeby ten festiwal zawitał do mniejszych kin i miast w Polsce, bo choć 8 dużych Polskich miast to chlubna liczba, to są to nadal te największe miasta. A to nie jest ta widownia, która najbardziej potrzebuje zobaczyć te filmy. Chciałbym też, nie żyć w świecie w którym -tak jak w pewnym innym dużym, polskim mieście w naszym kraju, gdzie zmieniła się władza samorządowa – jeden człowiek dając pieniądze na kino decyduje o tym co może, a czego nie może oglądać 300 tysięczna widownia tego miasta , tylko dlatego, że jakiś gatunek czy nurt mu się nie podoba. Że jedna osoba, ze względu na swoje własne preferencje i zarządzanie miejskimi funduszami może decydować co inne osoby będą oglądać. Mam też jedno, bardzo odległe życzenie – marzy mi się stworzenie objazdowego kina festiwalowego, kopiując niejako projekt Doroty Kędzierzawskiej i Artura Reiharta. Mają oni busa z projektorem oraz namiot i jeżdżą po najmniejszych miastach i mieścinach, pokazując tam swoje filmy i zapraszając widownię na spotkania z aktorami i aktorkami. Brałem w takich pokazach parę razy udział i zawsze byłem pod wrażeniem niesamowitej temperatury tych rozmów oraz emocje. My w dużych miastach jesteśmy już nieco zmanierowani, poniekąd zblazowani i zatracamy te żywiołowość dyskusji .

Czy też opatrzeni z takowym kinem..

RK: Klepiemy się też po ramieniu. A tam nie ma pytań, których nie należy zadawać, bo nie wypada. Wszystko prosto z mostu, kawa na ławę. Kocham tę naturalność, szczerość w percepcji kina i jego ocenianiu. Nie ma tej bariery między twórcami i widzami. Bo jeśli nawet w tych miastach są kina to pokazywane są tam filmy z szerokiego obiegu – i nie ma w tym nic dziwnego. Kino przecież musi się utrzymać. A my chcemy pojechać tam z filmem, na który przyjdzie nawet i piec osób. I te pięć osób będzie przeszczęśliwe, że mogli zobaczyć ten film, a my będziemy równie szczęśliwi, że mogliśmy im ten film pokazać.

PodcastPodcasty o GOT

Złodzieje Rowerów #9 – “GRA O TRON”: S08E01

Szymon Pietrzak
Gra o tron

Zdrada, pożądanie, intrygi i siły nadprzyrodzone wstrząsają czterema stronami Westeros, a walka o Żelazny Tron staje się coraz bardziej zażarta. Planujemy dla was cotygodniowe omówienie każdego z odcinków finałowego sezonu “Gry o tron”. Do usłyszenia w poniedziałek za tydzień!


P.S. Odtwórz i subskrybuj nas na: iTunes, Android, SpotifyRSS lub YouTube!


Zobacz również: Omówienie drugiego odcinka





Recenzje

„Smętarz dla zwierzaków II”, czyli sequel z 1992 roku – Recenzja [CAMPING #27]

Albert Nowicki
Smętarz dla zwierzaków 2

Witajcie w świecie, w którym bohaterowie bez zastanowienia mijają tabliczki z napisem „wstęp wzbroniony” i szlajają się po najupiorniejszych zakamarkach miasta, jakby nigdy nic – widzimy się w nim już po raz drugi. Po zaskakującym sukcesie „Smętarza dla zwierzaków” Paramount zlecił realizację sequela. Na stanowisko reżyserskie powróciła Mary Lambert, ale efekt jej pracy okazał się mniej zadowalający – do tego stopnia, że Stephen King całkowicie odciął się od filmu i nie chciał być z nim wiązany. Tam, gdzie pierwszy „Smętarz…” miał straszyć i niepokoić, kontynuacja próbuje obrzydzać. „Dwójka” z reguły bywa słabsza od oryginału i w tym przypadku schemat się sprawdza: to horror pełen przemocy, za to pozbawiony poezji.

Zobacz również: „Smętarz dla zwierzaków” (1989) – Pierwsza adaptacja książki Kinga! – Recenzja [CAMPING #26]

Rolę przodującą powierzono nastoletniemu Edwardowi Furlongowi, który dopiero co debiutował w „Terminatorze 2: Dniu sądu”. Jego Jeff Matthews przenosi się ze słonecznego L.A. do skąpanego w smutku Ludlow – oczywiście w stanie Maine. Matka bohatera, popularna aktorka, zginęła na planie zdjęciowym nowego filmu grozy i Matthewsowie próbują rozpocząć wszystko od nowa. Ojciec-weterynarz otwiera klinikę dla czworonogów, a Jeff musi odbierać ataki szkolnych oprychów. Kiedy dowiaduje się o indiańskim cmentarzysku, gdzie pochowane ciała wracają do życia, w jego głowie roi się rozpaczliwy plan.

Smętarz dla zwierzaków 2

Scenariusz filmu napisał Richard Outten – zupełnie niezwiązany z poprzednią częścią, najbardziej bodaj kojarzony z ghostwriterską redakcją skryptu do „Gremlinów 2”. Był to fabularzysta bez większego doświadczenia, przed którym postawiono ciężkie wyzwanie: miał sprawić, by buty po Kingu dobrze na nim leżały. Niestety, okazały się one stanowczy przyduże. „Smętarz dla zwierzaków II” określić można jako serię nadprzyrodzonych zdarzeń, bez większego ładu i składu. Deklamatorsko dorzucone przez scenarzystę zostają sceny znęcania się nad zwierzętami, uprzedmiotowienie kobiet, wreszcie gratisowy gwałcik – ot tak, na rozluźnienie obyczajów.

Potwora o ludzkiej twarzy uczyniono z Gusa Gilberta (Clancy Brown). To czarny charakter na miarę Freddy’ego Kruegera: morderca, napastnik seksualny, oprawca zwierząt, domowy tyran, dziecięcy bokser, toksyczny mężczyzna… Dawno nie spotkałem na ekranie postaci równie przegiętej i karykaturalnej – ilekroć Lambert wprowadza Gusa do filmu, przemienia się on w czarną komedię. Sztuka zachowania umiaru i artystycznego opamiętania wydaje się być obca reżyserce i scenarzyście. Jego bohaterowie są przerysowani i nieautentyczni. Jej upodobanie do tandety pogrąża całość jako horror nawet nie B-, a C-klasowy.

Zobacz również: „Smętarz dla zwierzaków” (2019) – Król wykastrowany [RECENZJA]

Teledyskowy montaż bardziej sequelowi szkodzi niż służy, nawet jeśli wsławiła się Lambert jako twórczyni nowatorskich wideoklipów. W pierwszym „Smętarzu…” nie postawiono ani na rwane cięcia rodem z kina akcji, ani na nadgorliwe tempo. Film był posępny i melancholijny, powoli zmierzał do szokującego finału. W kontynuacji sposób montażu zupełnie do mnie nie przemówił, czemu po trosze winne są też absurdalne, zupełnie nieprzystające do reszty materiału sekwencje: zwracanie obiadu przy kuchennym stole, sen, w którym matka Jeffa ma łeb psa zamiast głowy, wreszcie „dramatyczna” kraksa z udziałem… ciężarówki przewożącej ziemniaki.

Smętarz dla zwierzaków 2

Najdziwniejszą decyzją artystyczną, na jaką pozwoliła sobie Lambert, jest sposób finalizacji filmu. W epilogu widzimy samochód przedzierający się przed leśną drogę, a na niebie – portrety wszystkich bohaterów, zawieszone w rozmytej ramie. Większość z nich zginęła w starciu z siłami zła. Czy dusze nieszczęśników mają unosić się ku niebu w symbolicznym akcie unieśmiertelnienia? Nie wiem – chciałbym wierzyć, że nie… Moment ten jest tak skończenie rzewny i melodramatyczny, że będziecie płakać z poczucia uciskającego zażenowania.

Zobacz również: Camping #24 – „Wielka draka w chińskiej dzielnicy” 

Największą zaletą filmu są efekty gore: topiące się lica, broczące i bryzgające płynami ustrojowymi ciała. Widzimy między innymi, jak wredny wyrostek trafia pod rozpędzone koło motocyklu – twarzą. Imponuje charakteryzacja nieumarłego psiaka, który prezentuje się nawet upiorniej niż Church z pierwszego „Smętarza…”. Niestety, ekranowa przemoc nie równoważy się z budowaniem napięcia. Brakuje w filmie scen, które przerażą widownię powyżej dwunastego roku życia, a o skrupulatnie skonstruowanym suspensie możemy zapomnieć. Sama Lambert przyznała, że w sequelu chciała przyjrzeć się nie tyle rozpadowi jednostki rodzinnej, co głupocie nastoletnich chłopców. Furlong i towarzyszący mu na planie gimnazjaliści podejmują więc serię nieprzemyślanych decyzji, a ich krótkowzroczność przynosi straszliwe konsekwencje. Reżyserka nie działa zbyt metodycznie: „Smętarz dla zwierzaków II”, choć w znacznej mierze prowadzony jest jako teen horror, sili się też na bycie teen-dramatem o żałobie i strachu przed śmiercią. Na tym polu nie sprawdza się w ogóle, zrealizowany dość niezręcznie, na pół gwizdka.

Dodatkowym atutem tego raczej niepomyślnego horroru jest na pewno specyficzna, jesienna atmosfera – kilka scen toczy się nawet w halloweenowy wieczór. Zdjęcia nie były już kręcone w Maine, a w stanie Georgia, również słynącym z naturalnego wdzięku i dzikiej przyrody. Tytułowy cmentarz do złudzenia przypomina ten z pierwszego filmu, czemu warto przyklasnąć: w horrorowych kontynuacjach przestrzeń akcji nie zawsze pozostaje spójna i logiczna, czemu dowiodło choćby jezioro Crystal z szóstego „Piątku, trzynastego”. Warto jednak dodać, że nawiązań do poprzednika nie ma tu prawie w ogóle – to sequel typu „cash-in”, „in-name-only”. Obejrzyjcie go, jeśli nie straszne są Wam cmentarzyska pogrzebanych nadziei. I jeśli dobrze brzmią Wam w uszach kawałki takich grup, jak Miranda Sex Garden czy The Jesus and Mary Chain. 

Recenzje

After – pejczów i knebli brak, romans to nadal “rak” [RECENZJA]

Kuba Stolarz
After
After21_0020.ARW

Nie ukrywam, że jeżeli wchodzi się na seans filmu będącego ekranizacją książki napisanej na podstawie fanowskiego opowiadania o członkach One Direction, do którego scenariusz został popełniony pod wpływem zbytniego zafascynowania się Pięćdziesięcioma twarzami Greya, to ma się wobec niego p e w n e oczekiwania. Muszę uczciwie przyznać, że naprawdę trzeba mieć jaja, żeby reklamować taką produkcję cytatem, że jest to “godny następca” serii E.L. James (wiecie, tych dzieł, w których toksyczne związki są podane jako wzorzec relationship goals, a brak dialogu ze swoim partnerem jako budulec stosunków pomiędzy Wami).

Zobacz również: „Hellboy” – Apokalipsa franczyzy [RECENZJA]

Z powyższych przyczyn, jeżeli ktoś z Was podjarał się posterowym sloganem, że, podobno, “pierwszy raz zmienia wszystko”, to pozwólcie, że Was najpierw uspokoję. Jedyne, co After ma wspólnego z Trylogią Pejcza i Kajdanek, to traktowanie swojej drugiej połówki jak ostatniego śmiecia, drewniane dialogi, sceny miłosne nakręcone z takim erotyzmem, że na TV4 puściliby je spokojnie przed 22, oraz dialogi podlane tym, czego można było się spodziewać po ekranizacji fanfika z Wattpada – gęstym i jakże soczystym krindżem. Chowamy chusteczki i wyciągamy ręce na kołderkę. To nie są stosunki, których szukacie.

After

Poznajcie Tessę. Tessa to dobra dziewczyna. Pochodzi z dobrego domu, ubiera się jak Dorotka z Czarnoksiężnika z krainy Oz, została wychowana przez dobrą, kochającą matkę i kocha swojego dobrego, wychowanego chłopaka. Dopiero co rozpoczęła naukę w college’u (dobrym!), a tu już los spycha ją w objęcia złego młodzieńca o imieniu Hardin.

Poznajcie Hardina. Hardin to niegrzeczny chłopak. Pochodzi z bogatego domu, ubiera się jak model nowej kolekcji H&M, został wychowany przez bogatego tatę i nie kocha nikogo, ponieważ, jak sam twierdzi podczas omawiania na lekcji Dumy i uprzedzenie, miłość to zwykła transakcja – a jedyne, co się liczy, to pożądanie.

Tessa od początku czuje względem niego bardzo silny pociąg, chociaż nie chce się do tego przyznać. Zanim się obejrzy, Hardin tak ją omota swoim niebagatelnym byciem “edgy”, że po paru niepewnych spotkaniach i jednej kąpieli w jeziorze będzie już gotowa nosić jego koszulki z Metalliką (ani chybi kupione za dwie dychy na polskich festynach), wprowadzić się z nim do mieszkania, a do tego olać szkołę, żeby tylko spędzić więcej czasu z swoim ukochanym. Musi jeszcze tylko o tym wspomnieć swojemu eks, ale powiedzmy to głośno – kogo on obchodzi? Miłość! Bunt! Anarchia! Jak to mawiał wielki wieszcz: “Chcecie z naszych mózgów zrobić ciasto, to my wam rozwalimy miasto!”.

Zobacz również: „Varda według Agnès” – Piękna retrospektywa od samej twórczyni [RECENZJA]

Choć powyższy opis fragmentu fabuły Aftera wyjął mi z życiorysu najwyżej dziesięć minut, przedstawienie go zajmuje twórcom prawie ¾ czasu trwania seansu, czyli dobrą godzinę z hakiem. Nie znaczy to oczywiście z miejsca, że film dłuży się przez to jak glut z nosa przedszkolaka – reżyserka i współscenarzystka Jenny Gage do spółki z dwiema pozostałymi autorkami skryptu opanowała bowiem rzadką sztukę stworzenia produkcji kompletnie o niczym, ale którą da się… bezboleśnie oglądać.

Sztuka ta nie jest specjalnie trudna do opanowania: wystarczy zatrudnić do swojego filmu przystojnych aktorów (poza jednym drewnianym, który gra głównego bohatera, ale że jest nieco podobny do Harry’ego Stylesa, to dajesz mu święty spokój), dać im do powiedzenia żałośnie sztywne teksty z gatunku: “Kogo najbardziej w życiu kochasz?”, “Nie jestem taki jak inni” czy “Miłość to tylko transakcja”, bierzesz sprawnego operatora, żeby to wszystko ładnie sfilmował – pyk! Otrzymałeś dialogi, których słucha się z zaciśniętymi zębami, ale przynajmniej oczy mają czym nacieszyć oko – biznes się kręci.

Zobacz również: Ostatni dialog filmowy – „Syn Szawła”

I mimo że Josephine Langford (siostra Katherine Langford, najbardziej znanej z roli Hanny Baker z Trzynastu powodów) w pewnym stopniu ratuje swym naturalnym urokiem kanciaste wywody na temat sensu studenckiego życia, to niestety nie pomaga jej w tym ekranowy partner, Hero Fiennes-Tiffin. Hardin to w jego wykonaniu podręcznikowy przykład odzianego w czarną skórzaną kurtkę, przystojnego jak cholera bad boya, ale nie takiego, którego masz ochotę schrupać, tylko takiego, który ma tak skostniałą i nieużywającą emocji twarz, że prędzej zadzwonisz na 911, aniżeli zaprosisz go na kawę (ale jak całuje, to ohoho).

After

Chwała Bogu, After (w przeciwieństwie do swojego protoplasty, czyli trylogii Greya właśnie) nie idzie na tyle daleko, żeby przedstawiać widzowi relację Tessy i Hardina jako coś normalnego. Tessa okłamuje bliskich, nie rozmawia z nimi, a do tego zdradza swojego chłopaka? Dostaje od losu porządnego kuksańca w brzuch. Hardin okłamuje bliskich, nie rozmawia z nimi, a do tego traktuje wszystkich z góry jak ostatni cieć? Także dostaje od życia palec w ucho. (Co prawda, pod koniec i tak do siebie wracają, bo trzeba jeszcze zekranizować trzy kolejne książki z Wattpada, ale chociaż tyle).

Zobacz również: „Gra o tron”: Najważniejsze informacje z 7. SEZONU, czyli powtórka przed FINAŁEM

Sceny, w których Tessa zdradza swojego chłopaka z Hardinem twórcy oczywiście tak rozkosznie oświetlelili i wykadrowali, żeby widz oglądał je z nieukrywaną przyjemnością, ale o sarkastycznej zabawie z widzem, mającej na celu sprawdzić jego bystrą spostrzegawczość, nie ma tutaj mowy – film nie ma na tyle jaj, żeby się bawić jakimikolwiek schematami, choćby tak błahymi. Nie ma jaj, żeby zaprzeczyć, bądź też potwierdzić, że w ogóle przyklaskuje temu, co czynią główni bohaterowie, bo po prostu nie zaprząta sobie tym głowy. After nie ocenia ani nie daje widzowi samemu ocenić, czy to, co robi główna para, to moralna rzecz – po prostu to pokazuje i tyle.

Ba! Nie ma jaj w ogóle, ponieważ nawet jeżeli trafia się jakakolwiek scena łóżkowa, to zawsze sprowadza się ona do paru ujęć na całujące się głowy, okazjonalnie unoszącą się w trybie góra-dół twarz Langford oraz na tułowia naszej zakochanej pary – nic od pasa w dół. A ujęcia te znajdują się tak blisko głównych bohaterów, że aż dziw, iż nie widać na obiektywie pary wydychanej z ich ust. Minuta, dwie, kilka całusów, popowa muzyka, relacja zbudowana (toż to filmowy związek instant – polej gorącą piosenką i gotowe!).

Najbardziej ironiczne jest w tym wszystkim to, że najlepszą sceną w filmie jest moment, w którym główni bohaterowie dokonują kolejnej wątpliwej moralnie rzeczy – włamania do uniwersyteckiej biblioteki oraz następującej po tym bardzo szybkiej ucieczki przed strażnikiem (którego inspekcja przed zamknięciem na noc tegoż pomieszczenia opiera się na tym, że zatrzymuje się zaraz przed stołem, za którym kryje się nasza dwójka, obraca głowę na boki i po prostu sobie idzie).

Zobacz również: Dziewiąty sezon „The Walking Dead”, czyli o zmartwychwstałym trupie [RECENZJA]

Scena ta, choć nie ma w niej nic odkrywczego (ot, slow motion i kolejna popowa piosenka), to jednak jest jedyną, w której naprawdę czuć chemię pomiędzy postaciami Langford i Fiennesa-Tiffina – uśmiechy nie są wymuszone, przyjemny zapaszek anarchii udziela się także i widzowi; znajdzie się nawet miejsce na jedyny trafiający w punkt żarcik (Hardin przeskakuje buntowniczo przez bramkę obrotową, a patrząca się na niego z wyrazem politowania na twarzy Tessa po prostu przez nią przechodzi). Prawo złamane, ale serce nie narzeka; widz zadowolony, reżyser zadowolony, bo kolejny etap fabuły odhaczony. Udana transakcja.

After

I niby śmichy chichy, ale prawda jest taka, że seans Aftera minął mi wyjątkowo bezboleśnie, choć film upstrzony jest poważnymi wadami po sam czubek głowy. Po tym, kiedy pojawiły się napisy końcowe, a ludzie, którzy wypełnili największą salę w kinie praktycznie w całości, zaczęli szemrać do znajomych, że “szału nie było”, mnie pozostało jedynie mocne przeciągnięcie się, głębokie ziewnięcie, zebranie swoich betów i ruszenie do wyjścia ewakuacyjnego. Jak po maśle, bez grymasu na twarzy. Ot, obejrzałem takie sobie filmidło, świat kręci się dalej, nikt od tego filmu nie ucierpi, godny następca Pięćdziesięciu twarzy Greya nie zdjął królowi korony z łepetyny. Jeśli poczekamy na ekranizację następnych książek z serii, to bardzo możliwe, że w ruch wejdzie syndrom Christiana, którego przygody osiągnęły apogeum absurdu dopiero w finalnym epizodzie trzecim (będziemy musieli zatem trochę poczekać, zważywszy że After składa się z czterech części).

Na razie jednak nie ma o czym mówić. Naprawdę istnieją lepsze rzeczy do roboty niż prychanie na nic. Na przykład zajęcie się czymś ciekawszym. After powstało, After jest i After będzie. C’est la vie, ręce pod kołderkę, idźcie spać, dobranoc.


Recenzje

Ostatni dialog filmowy – “Syn Szawła”

Marcin Kempisty

Marcin: Nie wiem, czy można sobie wyobrazić lepszy debiut. László Nemes wszedł do filmowej ekstraklasy już dzięki pierwszemu swojemu filmowi, udowadniając, że drzemią w nim pokłady niezwykłej precyzji, perfekcjonizmu, ale również wrażliwości na sprawy estetyczne. Jego Syn Szawła to dowód na to, że wyeksploatowana tematyka obozów koncentracyjnych nadal może być wykorzystywana przez twórców, o ile będą oni w stanie odrzucić spielbergowską, pompatyczną narrację i w zupełnie inny sposób spojrzeć na tę czarną kartę historii Zachodu. Z okazji premiery jego kolejnego filmu – Schyłku dnia – porozmawiajmy o jednym z najważniejszych tytułów w historii kina XXI wieku. Zacznijmy Maćku od sprawy podstawowej: czy ty również podzielasz mój entuzjazm?

Maciej: I tak, i nie. Tak – bo film Nemesa jest zdecydowanie wyjątkowy, drobiazgowo zaplanowany i noszący w sobie ducha tak bliskich mi dzieł jak opowiadania Borowskiego i spowiedzi Sołżenicyna (ze świadomością, że ten drugi pisał o łagrach). Nie – bo nie uważam Syna Szawła za arcydzieło, głównie ze względu na całkowicie obcą mi stylistykę. Odnoszę nawet wrażenie, że działa tu casus Krainy wielkiego nieba gdzie dla mnie był to film wybitny, dla Ciebie po prostu dobry. Z jednym jednak nie sposób mi się nie zgodzić – Nemes udowodnił, że można opowiedzieć o obozach koncentracyjnych z zupełnie innej perspektywy – bez tromtadracji, bez pompatyczności – skupiając się jedynie na przejmującym realizmie i tragizmie jednostki. Niech świadczy o tym fakt, że jest to jeden z niewielu filmów podejmujących tematykę obozów i Shoah, który został doceniony przez Claude’a Lanzmanna, który to nazwał go jednym z najbardziej godnych obrazów Zagłady. Może od tego wejdźmy w analizowanie Syna Szawła – jak prezentuje się produkcja Nemesa na tle innych opowieści o Auschwitz?

Marcin: Nie zawężałbym rozmowy tylko do Auschwitz, zwłaszcza że jednym z pierwszych filmów o tej tematyce jest Majdanek – cmentarzysko Europy. Wolałbym mówić generalnie o Zagładzie, której obozy były jednym ze składników. Jest to również na tyle szeroki nurt, na tyle sposobów podejmowane sprawy obozowe, że nie sposób sprowadzić tych produkcji do wspólnego mianownika. Na pewno w ostatnim czasie, głównie za sprawą Stevena Spielberga utrwaliło się dosyć kiczowate spojrzenie na te sprawy, gdzie o dwoistości ludzkiej natury (dobrej i złej) zaczęto mówić obowiązkowo przy pomocy muzyki klasycznej i taniego symbolizmu. Pojawia się w takich przypadkach ciekawa dychotomia – perwersyjnie atakuje się widza obrazami zmasakrowanych, zagazowanych ciał, ale jednocześnie ucieka się w schematy narracyjne, jak gdyby dosłowność mogła być zbyt bolesna. Jedni korzystają przy tej okazji z tandetnego pragnienia zemsty (Bękarty wojny), inni uciekają w symbolikę i oniryczność (najnowszy Wilkołak). Tymczasem Syn Szawła jest właśnie boleśnie dosłowny. Kadry nie potrzebują odautorskiego komentarza, one mówią same za siebie. Dlaczego więc taka stylistyka jest tobie obca?

Zobacz również: Recenzję “Schyłku Dnia”

Maciej: Bardziej wynika to z moich kinofilskich ograniczeń, gdyż jak wiadomo jestem fanem kina skupiającego się na dialogach, a tych w produkcji Nemesa nie ma zbyt wiele. Nie oznacza to jednak, że nie doceniam jego świeżości w spojrzeniu na temat Zagłady, jak również szczerości i realizmu. Syn Szawła przywodzi mi na myśl jeden z najważniejszych obrazów dziejących się w obozie – wybitny Ostatni etap Wandy Jakubowskiej. Obydwie produkcie nie tabloidyzują, nie operują mcguffinami i suspensem. Oddają hołd ofiarom (a w produkcji Jakubowskiej nawet pozwalają im rozliczyć się z przeszłością, gdyż to więźniarki grają u niej główne role). Z drugiej strony Nemes udowadnia swój geniusz w tym, że nie jest to film łatwy w odbiorze (tu kontrastuje szczególnie z bardzo uproszczoną Listą Schindlera). Swoją drogą Szaweł przypomina mi postać wyrwaną z Jednego dnia Iwana Denisowicza, a jego zachowanie można interpretować dwojako – jako godną próbę oddania godności ofiarą (do którego przychylam się jak), ale także samolubne działanie nie zwracające uwagi na resztę więźniów i więźniarek. A Ty Marcinie jak interpretujesz i zapatrujesz się na postawę głównego bohatera?

Marcin: Nie wydaję mi się, żeby zachowanie Szawła można było traktować jako przejaw egoizmu. On nie jest przecież aktywnym uczestnikiem machiny zagłady. Jasne, jego działania jako członka Sonderkommando przyczyniają się do śmierci innych ludzi, ale przecież gdyby w jakikolwiek sposób się zbuntował, to dostałby kulę w łeb. Z drugiej strony daleko mi też do traktowania jego losu w kategoriach antycznej tragedii, przyrównując jego chęć pochowania “syna” (bo tak ostatecznie chyba nie wiadomo, czy to jest jego syn) do działań podejmowanych przez Antygonę. Nie dość, że konflikt racji odbywa się na innej płaszczyźnie, to jeszcze nadmierne uwznioślanie odbierałoby całą grozę sytuacji protagonisty. Szaweł bowiem nie walczy z bezdusznym prawem, on walczy o chociaż niewielką, drobną jak ziarnko piasku, oznakę szacunku dla nieżywego ciała. To jest dla mnie najbardziej przejmujące, ta potrzeba uratowania godności chłopaka, jak gdyby od tego zależało, czy ludzka dobroć miałaby przetrwać wojenną nawałnicę. A co do twojej opinii – rozumiem pewną awersję do braku dialogów, ale mam nadzieję, że dostrzegasz maestrię w operowaniu kamerą i budowaniu kadrów?

Maciej: Oczywiście te niesamowite, przeszywające mastershoty, patrząc również z perspektywy Schyłku dnia, są zdecydowanie jedną z najwspanialszych cech kina Nemesa. Choć w Synu Szawła najbardziej poruszyła mnie jednak choreografia, idealne dopracowanie każdej sceny – czy to w rytmicznym ściąganiu ubrań z wieszaków, czy też równym marszu oddziałów. Choreografia, która jednak nie ma prawa nas urzekać, gdyż u węgierskiego twórcy jest uzewnętrznieniem obozowego reżimu, wymagającego na więzionych wyuczenia się schematów działań i tej przerażającej jednolitości. Żadna z postaci nie będzie bowiem się wyróżniała, może poza Szawłem, choć i tu jedynym, co różni protagonistę od reszty będzie chęć pochówku. O tej rytmiczności/schematyczności obozowego życia znakomicie pisał Herling-Grudziński w Innym świecie. Z Synem Szawła mam jednak jeden problem. Decyzja Nemesa, by stworzyć hermetyczny świat, operujący grozą, skutkuje tym, że każdy bohater jest tutaj podobny, by nie powiedzieć jednakowy. Podobnie sam Szaweł nie wyróżnia się niczym z grupy. I Nemes będzie ten sposób kreacji powielał w Schyłku.. stąd też pytanie – czy brak budowy charakterologicznej postaci jest zamierzonym efektem reżysera, czy też skutkiem nieumiejętności narracyjnej?

Zobacz również: Recenzję filmu “Żniwa”

Marcin: Według mnie jest świadomym zabiegiem. Każda decyzja narracyjna podyktowana jest maksymalizacją przekazu, dosłownym przeniesieniem na język filmowy tego, co bohaterowie mogli odczuwać w obozie koncentracyjnym. Skoro zostali przez oprawców sprowadzeni do roli numerków, których ciała zostaną wyrzucone jak śmieci do rowu, albo spalone w piecach, to tak też ich Nemes przedstawia. Poza tym wydaję mi się, że przyznawanie sobie prawa do utożsamiania się z oglądanymi postaciami, do identyfikacji z ich emocjami i myślami, jest często nadużyciem. Nie mamy prawa, siedząc wygodnie w kinowym fotelu, rościć sobie prawa do kreowania bohaterów podług naszych standardów. To mnie właśnie tak szalenie interesuje w kinie Węgra – on oducza mnie nawyków patrzenia i każe mi egzystować w świecie przedstawionym na zupełnie innych zasadach. Stawia wyzwania, w niczym nie pomaga, ale jednocześnie gwarantuje doznania jedyne w swoim rodzaju. Jego twórczość przypomina rekonstrukcje historyczne, kiedy to patrzysz na aktorów, wiesz, że oni tylko udają, ale ten cały sztafaż rekwizytów wokół nich sprawia, że zaczynasz więcej rozumieć. Nie możesz się z nimi połączyć emocjonalnie, bo nie masz przecież świadomości siedemnastowiecznego członka husarii, ale poznajesz i wraz z nim dopowiadasz sobie cały kontekst. Nie musisz dostać w łeb dosłownym przekazem, pewne białe plamy na historii paradoksalnie bardziej ciebie angażują i pochłaniają. Zauważyłeś może, jak rzadko Nemes w Synu Szawła pokazuje zmarłych ludzi?

Maciej: Oczywiście i uważam to za bardzo ważny zabieg oraz próbę zmiany perspektywy wobec typowych filmów o tematyce obozowej. Nawet ten brak osobowości jest uzasadniony w tamtejszych realiach. Problem polega na tym, że owa rekonstrukcja historyczna jest dla mnie pewnym pójściem na łatwiznę. Bo o ile uważam, że kino ma prawo męczyć widza (chociażby testując jego cierpliwość w chwilach konfrontacji z długimi, statycznymi ujęciami), to Nemes ma nazbyt wysokie wymagania wobec odbiorcy. Pozwolę sobie porównać jego twórczość do działalności Daniela Rycharskiego, a w szczególności pasjonującej wystawy Strachy w Muzeum Sztuki Nowoczesnej. O ile znając historię stojącą za każdą instalacją artystyczną jestem w stanie ją docenić i w pełni poczuć, o tyle bez tej wiedzy nie wiedziałbym, co spaja to wszystko i łączy w spójną całość. I oczywiście – interpretacja i analiza po seansie jest esencją podróży filmowej – z tym, że filmy Węgra zbyt często od początku wymagają od nas podróży z kluczem, a nie zachęcają do zgłębienia wiedzą. A jak pokazują przypadki innych węgierskich mistrzów, pokroju Tarra czy Szabó, można opowiadać arcydzielne historie zakorzenione w budapesztańskiej kulturze, nie wytykając jednocześnie palcami niewiedzy widza i nieznajomości realiów. I choć Syn Szawła mógł jeszcze sobie na to pozwolić, bo większość wie o obozach, o tyle Schyłek dnia – i jak zakładam kolejne produkcje reżysera – mogą wpaść w pułapkę Zanussiego i stać się sobą “za bardzo”.

Marcin: Tutaj na pewno rozbijamy się o kwestie podstawowe, czyli prywatne wymagania wobec kina. Mnie w kinie Nemesa urzeka jego silnie autorskie piętno. Oglądając jego filmy mam pełną świadomość, że to mówi on, że to są tylko jego przemyślenia. Nie ma w jego obu pełnych metrażach współczesnej mody, przymilania się widzowi czy potrzeby bycia na świeczniku. Węgier podejmuje ważne tematy, mierzy się z nimi w odważny sposób i rzeczywiście, wymaga bardzo dużo od odbiorców, ale uwielbiam być przez reżyserów wrzucany na głęboką wodę. I nie chodzi mi tutaj o sytuację, w której czuję się przygnieciony symbolami. Chodzi bardziej o takie snucie opowieści, której podstawowe zasady i przesłanie jesteś w stanie od razu złapać, ale diabeł tkwi właśnie w szczegółach. Z tego względu warto oglądać filmy Nemesa, bo on jako z niewielu współczesnych twórców nadal uczy oglądać i odbierać kino.

Recenzje

“Hellboy” – Apokalipsa franczyzy [RECENZJA]

Mikołaj Krebs
HB_D44-7761.ARW

Po Guillermo del Toro, pałeczkę ekranizacji komiksu Mike’a Mignoli przejął Neil Marshall. Meksykanin, mimo paru lub wielu niedociągnięć, zależy kogo zapytać, postawił poprzeczkę na dość wysokim poziomie. I jeśli zastanawiacie się, czy nowy Hellboy tę poprzeczkę przeskoczył, albo chociaż był blisko, to odpowiedź jest jedna – nie. Piekielny chłopiec wziął dobry rozbieg, ale nie wyskoczył za wysoko.

Zobacz również: „Smętarz dla zwierzaków” – Król wykastrowany [RECENZJA]

W kinie akcji panuje bardzo brzydki zwyczaj nadmiernej ekspozycji i rozpoczynania opowieści historyczną narracją. Nie inaczej jest i w tym przypadku – na powitanie otrzymujemy narrację Iana McShane’a, która od razu pokazuje nam, kto jest głównym złym – Nimue, królowa krwi, pokonana przed wiekami przez króla Artura. Jej ciało zostało poćwiartowane i zamknięte w kilku różnych skrzyniach, które następnie zostały ukryte w różnych zakątkach Anglii. Jeśli kiedykolwiek miałaby wrócić, będzie chciała ujrzeć koniec ludzkości.

Hellboy 2019

Brzmi bardzo kliszowo, ale kliszowość jest nieodłącznym elementem takich historii. I możnaby to przerodzić w tonę frajdy podszytej niezbyt ambitną fabułą. Tylko trzeba przestać udawać, że chodzi o coś innego niż o czystą zabawę właśnie. Poprzednie części lawirowały gdzieś wokół rozterek Hellboya, jednakże było to ledwo drapanie powierzchni, a u rdzenia nadal leżał humor, one-linery i naparzanie się z potworami. Tym razem wgryzamy się w głębie serca naszego czerwonego emo dziecka z daddy issues, a u rdzenia leży masturbacja nadmierną brzydotą, przemocą i gęstą komputerową krwią. Nie mówiąc już o tym, że ilości patosu dorównują tutaj Przełęczy Ocalonych, a to jest naprawdę niemały wyczyn.

Ten poważny klimat filmu mógłby działać, gdyby nie dwa przeogromne problemy. Pierwszy to wspomniany rdzeń całego filmu. David Harbour jako Hellboy wygląda niesamowicie, a jego paskudne rogi wywołują dreszcz niepokoju za każdym razem kiedy widzimy zbliżenie na jego twarz – przyjemny dreszcz. Dało mi to nadzieję, że Marshall będzie umiejętnie operować brzydotą. Nadzieję, którą byłem zmuszony szybko porzucić.

Zobacz również: „Gra o tron”: Najważniejsze informacje z 7. SEZONU, czyli powtórka przed FINAŁEM

Latające kończyny, wypruwane flaki, przepołowione ciała, rozłupane czaszki, wylewające się organy, krew, krew, krew. Wszakże poszedłem na film o pomiocie piekieł, ale nie wiem czy byłem na to przygotowany. Taka przesadna brutalność jest jak seks w filmach – niepotrzebna, przereklamowana, moralnie nieusprawiedliwiona, zezwierzęcająca i obrzydliwa. I bardzo nudna, bo widząc po raz enty, jak jakiś demon rozczłonkowywuje losowego przechodnia, chcemy żeby to się po prostu skończyło, a reżyser przeszedł do ważnych rzeczy. Niestety i poza scenami akcji nasze oczy skazane są na oglądanie a to wijącej się Baba Jagi i jej falujących płatów skóry, a to zszywania ciała Nimue, a to martwych dzieci na hakach, a to zupy z wnętrzności, a to korpusów z wypadającymi wnętrznościami, i tak dalej. Jeśli ktoś odwiedza strony o tematyce gore pewnie polubi ten klimat. Pozostałe 99.99% oglądających – na pewno nie.

Drugi problem z jakim mierzy się Hellboy to tragiczny scenariusz. Ekspozycja po ekspozycji, retrospekcja pod retrospekcji, losowo wprowadzone postacie, które nie stały nawet blisko komiksowych pierwowzorów, pourywane wątki. I najgorsze w tym wszystkim są nieudane gagi, które wprowadzają ogromne zażenowanie. Szczytem jest superśmieszny i przezabawny gag z telefonem. Zmieszajmy to wszystko razem i otrzymamy większa katastrofę niż apokalipsa, którą miał wywołać główny bohater. Do teraz zastanawiam się po co znalazła się w filmie postać Ganeidy czy Homara Johnsona. By całość wypadła jeszcze gorzej, a ilość błędów logicznych sprawiła, że podczas seansu rozbolała mnie głowa. Ser szwajcarski wydaje się przy tym spójną całością.

Hellboy 2019

Aha, i jeszcze jedno. Mam apel do twórców – jeśli tworzycie film o baśniowych istotach, potworach, magii, etc., a przy okazji lubicie wszystko wizualnie eksponować, to sprawcie, by wasze efekty komputerowe wyglądały lepiej niż sprzed dwóch dekad. Tak, żeby nie wyglądało to tragicznie i nie przepełniało nikogo żenadą.

Zobacz również: „Powrót”, którego nie było [RECENZJA]

I jeśli chce się wykorzystać muzykę w montażu, warto, żeby to nie było losowe i na zasadzie „lubię ten utwór, szybko wrzućmy go tutaj bo robimy przejście do nowej lokacji/sceny”. Parę razy aż prosiło się o wykorzystanie muzyki diegetycznie, a zamiast tego dostaliśmy… no, w sumie to nic.

Jest jedna rzecz, której nie umiem zrozumieć. Występują sceny, które wyglądają tak, jakby reżyser chciał nam puścić oczko, że jednak potrafi zrobić dobry film. Przykładowo pierwszy kontakt z postacią Daimio czy ostatnia scena, w której to nawet nie jest puszczone oczko, a naplucie widzowi w twarz. Bo to piękna sekwencja montażowa z płynną kamerą i Kickstart My Heart w tle, bez fruwających części ciała. Czysta rozrywka i to, czego wszyscy oczekiwali od tego filmu. Występuje tylko raz. Na sam koniec.

Wyrażenie, że nowy Hellboy nie wyskoczył za wysoko to spore niedopowiedzenie. On upadł i sobie swój głupi ryj rozwalił. Ekipa z Harbourem na czele ma szanse powodzenia, o ile kierowaniem nią zajmą się zupełnie inne osoby. A druga scena po napisach (tak, ten film ma aż dwie sceny po napisach) mocno sugeruje, że czeka nas sequel i możliwość, by piekielny chłopiec odzyskał swoje odkupienie.


Recenzje

“Żniwa” – Zmarnowany potencjał debiutanta [RECENZJA]

Mikołaj Krebs

Etienne Kallos w swoim pełnometrażowym debiucie Żniwa zabiera widza do odciętej od świata zamkniętej wspólnoty afrykanerów gdzieś w Wolnym Państwie, w Republice Południowej Afryki. Tam właśnie 15-letni Janno (Brent Vermeulen) mieszka ze swoją rodziną na jednej z największych farm całego rejonu. To bardzo konserwatywne i religijne społeczeństwo, w którym dominuje obraz mężczyzny jako silnego, ciężko pracującego żywiciela i głowy rodziny. Obraz, w którym chłopiec się nie odnajduje. Problemów przybywa, gdy jego rodzina adoptuje Pietera (Alex van Dyk), sierotę, syna handlarza narkotyków i prostytutki, dla którego ma zostać nowym bratem. Pieter jest całkowitym przeciwieństwem Janno. Podczas gdy ten drugi jest dobrze zbudowany, wrażliwy i zagubiony, pierwszy jest wątły, bezczelny i pewny swojej wartości. Chłopców łączy jednak jedno – wiedzą, że nigdy nie będą częścią otaczającego ich świata.

Zobacz również: Marcin Czarnik: „Bliskie mi są postacie rewolucjonistów” [WYWIAD]

Żniwa to kino, które ciężko zamknąć w jednej definicji. Porusza tematykę queerową, coming of age, toksycznej męskości, ale także różnic społecznych i szukania siebie w otaczających nas realiach. Wisienką na torcie są właśnie realia, w których te problemy są poruszane, czyli afrykańskie farmy. I to wszystko brzmi pięknie i ładnie na papierze, bo mimo niewątpliwie najszczerszych chęci reżysera, wcale tak pięknie i ładnie nie jest. Nie jestem jedną z osób, którą kupuje jedynie tematyka filmu. Ważniejszy jest dla mnie sposób przekazu, nawet jeżeli z samym przekazem mogę się nie zgadzać. I jeśli ktokolwiek myśli podobnie do mnie, nie znajdzie tutaj satysfakcji.

Fot. kadr z filmu “Żniwa”

Kallos wchodzi w bardzo repetetywną formę, opierając się na sekwencji: problemy Janno – problemy Pietera – presja rodziny – afrykański krajobraz, powtarzając ją kilkukrotnie w przeciągu 100 minut. Nie mogę mu odmówić, że parę jego zabiegów trafia w punkt, ale znajdują się tu również tanie emocjonalne chwyty pokroju zabijania psa. Gdyby całość mogła wybrzmieć tak jak otwierająca scena, zdecydowanie wyszłoby to filmowi na dobre. We wspomnianej scenie matka modli się do Boga o to, by krew i nasienie jej syna było silne. Im dalej w seans, tym bardziej uświadamiamy sobie, że matka wierzy w moc Boga bardziej niż we własnego syna, a sam Janno zamiast mieć w głowie przedłużanie rodziny, ma w niej pewnego chłopaka.

Zobacz również: Marcin Czarnik: „Bliskie mi są postacie rewolucjonistów” [WYWIAD]

Niestety, ze względu na tę powtarzalność, większość poruszonych kwestii blaknie. Czułem się podobnie jak przy czytaniu tekstów naukowych z XX w., w których na 100 stron tekstu występuje 20 samej treści, a pozostałe 80 to ciągłe powtarzanie tego samego. Chociaż w tym przypadku dobre 20 to przydługie obrazy południowoafrykańskich równin, małych zabudowań, pól uprawnych i rzek.

Całe szczęście większość to nie całość. Subtelnie pokazany jest tutaj problem regresji białego społeczeństwa w Afryce, które z pozycji dominującej staje się mniejszością, otaczającą się jedynie „swoimi”. Społeczeństwa, które żyje w strachu, z powodu powtarzających się ataków na białych farmerów. I które swoją nadzieję lokuje w swoim dziedzictwie. Silnie wybrzmiewa również toksyczna konserwatywność w rodzinie, która jest przyczyną wszystkich wewnętrznych konfliktów Janno – chłopiec wiecznie musi udowadniać, że jest godzien, by pewnego dnia przejąć pieczę nad farmą, jednocześnie ukrywając swoje słabości, prawdziwe przekonania i żądze.

Fot. kadr z filmu “Żniwa”

Tyle, że to wszystko. Spośród tylu różnorodnych problemów jakie próbują poruszać, Żniwa skuteczne są tylko na dwóch polach. W tej różnorodności zresztą jest pies pogrzebany – przez reżysera też dosłownie. Odniosłem wrażenie, że Kallos spytany jaką tematykę chce poruszyć w swoim filmie odpowiedział Tak! tworząc wielki miszmasz niczego. A szkoda, bo od strony technicznej to całkiem niezły debiut. Operowanie kadrami w niektórych scenach jest wręcz mistrzowskie, a dźwięki tła i muzyka bardzo dobrze harmonizują się z chwilą przedstawioną na ekranie. Świetny jest również Vermeulen, który dał mi od swojej postaci więcej niż oczekiwałem.

Zobacz również: „Jutro albo pojutrze”, czyli „Boyhood” na deskorolce [RECENZJA]

Ostatecznie Żniwa zostawiają mnie z bardzo mieszanymi uczuciami, stąd też nie przywiązuje zbyt dużej uwagi do końcowej oceny. Gdybym mógł, zostawiłbym tę recenzję bez żadnej cyferki, ale jeśli już – większość przechyla szalę na negatywną stronę. Chciałbym docenić ten film za wszystko, co zrobił dobrze, ale jednocześnie potępiam go za wszystko to, co zrobił źle. Na pewno jest to pozycja, którą trzeba zobaczyć, by wyrobić sobie o niej własne zdanie. Również, z całą pewnością, jest to pozycja, której wcale zobaczyć nie trzeba.


Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.