Seriale

“Status związku” albo my dinners with Rosamund Pike and Chris O’Dowd [RECENZJA]

Maciej Kędziora

Restauracyjny stolik przypomina bitewne pole. Z jednej strony barykady stoi opustoszały kufel piwa, z drugiej kieliszek wina, dający złudną nadzieję, że magiczny trunek pozwoli przeżyć następne dziesięć minut. Gdzieś na skraju leży poplamiona gazeta, z jeszcze niedokończoną codzienną krzyżówką (kto bowiem umiałby w takim stanie odpowiedzieć na pytanie o prowodyra końca mariażu Wielkiej Brytanii z Unią Europejską), a na pustym krześle znajduje się wypełniona po brzegi torba, w której zawodowe papiery mieszają się z zakupami na kolację dla dzieci. Ponad tymi rekwizytami teatru życia, odbywa się cotygodniowa rozgrzewka przed terapią; małżeński, intelektualny ping-pong, gdzie wyrzuty łączą się z zarzutami, szydera z ironią, a utracone uczucie z rozżaleniem. Pytanie tylko, czy z tego starcia ktokolwiek może (i czy w ogóle powinien) wyjść zwycięsko?

Choć w każdym odcinku obserwujemy Louise i Toma na parę minut przed kolejną sesją, która ma uratować ich małżeństwo, mamy poczucie, że to my – nie pani doktor – oglądamy najważniejszą część ich cotygodniowych spotkań. To w trakcie tych kilku chwil spędzonych w pobliskim barze ustalają plan bitewny na całe spotkanie, a także wchodzą w spór, który bez cienia wątpliwości przeniesie się na terapeutyczną kozetkę. Wtedy też ujawnią się ich największe lęki związane z przyszłością – czasem będą oni myśleli, że nic ich już nie łączy, czasem w głębi serca poczują niewymowny żal, że w ich dobrej (dalekiej od perfekcji, ale przecież perfekcja nie ma prawa istnienia) relacji coś pękło. Pytanie tylko czemu do tego doszło i czy na pewno winna wszystkiemu jest zdrada Louise? (w końcu “wina często leży po dwóch stronach”)

Zobacz również: “Tyrel” – Nie jestem twoim murzynem [RECENZJA]
Status związku
Status związku

Jako widzowie mamy często poczucie, że to my jesteśmy terapeutami małżeństwa. Że to przed nami piorą swoje największe brudy, próbując przy tym odnaleźć wspólny język. Poruszają przy tym przeróżne tematy – od nieudanego współżycia małżeńskiego, które prysło gdy Tom zamiast spędzić romantyczne pięć minut, wybrał lekturę Marcela Prousta, przez debatę na temat Brexitu, aż do cen męskich bokserek, które drastycznie wzrosły w ostatnimi czasy (dziesięć funtów za parę!). Nie powinno nas to dziwić – po 15 latach razem nie ma dla nich przecież tematów tabu, nie ma między nimi żadnych sekretów. Pytanie tylko czy przez to wyzbycie z wyjątkowości i przyzwyczajenie, nie ma też już między nimi żadnego uczucia?

Pierwszy odcinek nie traktuje nas łagodnie – wrzuca nas w środek akcji, tuż przed pierwszą sesją. Początkowo może nam się nawet zdawać, że oglądamy nieudaną randkę. Dopiero z czasem zaczynamy łączyć skrawki historii, a pojedyncze fakty, rzucone przez bohaterów mimochodem, zaczną składać się w puzzle całego związku. Każdy szczegół, pozornie nawet najbardziej błahy, okazuje się tu często kluczowy dla całej historii. Nick Hornby nie prowadzi widza za rękę, wymagając od niego by nadążał za narracją, często przesiąkniętą nawiązaniami kulturalnymi, grami słownymi; pozwalając sobie na większą dezynwolturę dialogową niż Linklater w “Before”.

Zobacz również: Recenzję dokumentu “Cała przyjemność po stronie kobiet”

Udało mu się osiągnąć efekt tak kluczowy przy minimalistycznych produkcjach tego pokroju – wrażenie improwizowania wszystkich dialogów. Z jednej strony mamy poczucie, że oglądamy wymyślaną na poczekaniu rozmowę miedzy Tomem i Louise, z drugiej strony jest ona zbyt perfekcyjna, by mogła taka być. Hornby spełnia tym samym sen każdego inteligenta o wyglądzie zaciętego związkowego dyskursu, bo serialowe małżeństwo jest mieszanką relacji Sartre’a i De Bouvenir oraz Jesse’ego i Celine. Jako widzowie słuchamy ich rozmów zauroczeni, zafascynowani ich postaciami, a także przerażeni, bo pewne wnioski do jakich wspólnie dochodzą i konkluzje jakie wysnuwają, nie napawają optymizmem.

Status związku
Status związku

Status związku jest genialny przede wszystkim dzięki dwójce znakomicie dobranych do siebie aktorów. Zarówno Rosamund Pike jak i Chris O’Dowd zdają się świetnie rozumieć położenie swoich bohaterów. Ona – idealny przykład współczesnej every woman, utrzymującej całą rodzinę, w wolnych chwilach zajmującej się domem. On – bezrobotny krytyk muzyczny, w wolnych chwilach załamujący ręce nad swoją sytuacją i tłumaczący dzieciom, czemu Bob Dylan jest Judaszem. Nie ma w ich grze ani chwili fałszu, ani momentu zająknięcia czy grymasu na twarzy. Pike jest w swoich wypowiedziach frywolna i do bólu ironiczna, próbując tym samym przykryć poczucie winy jakie narasta w Louise. O’Dowd, jak to on, jest całkowicie zagubiony we współczesnym świecie i nie wie czego od niego oczekuje – a co dopiero, czego oczekuje od swojego małżeństwa.

Tworzą oni jeden z najlepszych serialowych duetów ostatnich lat, aż chciałoby się dosiąść do ich stolika z własnym kuflem Portera i zapytać czy można dołączyć się do ich dyskusji.

Zobacz również: Camping opowiadający o filmie “Burleska”

Pod koniec każdego odcinka przed naszym nosem zamykane są drzwi gabinetu. Z jednej strony bardzo chcielibyśmy poznać co w tym tygodniu wydarzy się po drugiej stronie złotej klamki, z drugiej jest coś perwersyjnego w tym trzymaniu widza w niepewności, czy w następnym odcinku bohaterowie w ogóle wspomną o czym rozmawiali u doktor Kenyon. Stephen Frears dokładnie wiedział co chce osiągnąć tak krótkim metrażem każdego epizodu – rozbudzić nasz apetyt na więcej, zarazem pozostawiając nas z niedosytem. Ta opowieść nie ma przecież klamry, zostajemy wrzuceni w środek związku pogrążonego w kryzysie, opuszczamy go w innym miejscu, w innej sytuacji, ale bez pewności, co stanie się z tą relacją. Przecież nawet Tom i Louise nie mogą być tego pewni.

Status związku
Status związku

Nie pamiętam kiedy ostatnio tak bardzo chciałem pozostać w czyimś świecie jak w przypadku Statusu związku. Nawet nie po to by poznać jak dalej potoczy się historia bohaterów, tę część lepiej by owiała zasłona niepewności, ale po to by jeszcze na chwilę zanurzyć się w ich rozmowie i odpłynąć – tak jak przy seansie My dinner with Andre, tak jak przy spotkaniach z Before Linklatera. Płynnie przeskakiwać z nimi przez przeróżne tematy – od Prousta, do “powięziennego” seksu. Pożyć jeszcze przez chwilę w krainie gdzie idealnie nieidealne związki istnieją – ze świadomością, że to tylko 10-minut, które w tym tempie intelektualnego dyskursu upływa zdumiewająco szybko.

Złośliwy człowiek, mógłby powiedzieć, że serial przez swoją nietypową formę, szybko popada w rutynę i jest wtórny. Ale jeśli tak ma wyglądać rzeczona rutyna, to chyba przestaję się bać nadchodzącej nieuchronnie życiowej stagnacji.


Recenzje

“Cała przyjemność po stronie kobiet” – girl power! [RECENZJA]

Marta Ossowska

Prześmiewcza wizja świata przyszłości zdominowanego przez kobiety – rodem z Seksmisji – powoli staje się koszmarem współczesnych szowinistów. Za sprawą rosnącego zainteresowania ideami feministycznymi kobiety nabierają odwagi do mówienia o spotykającej ich niesprawiedliwości. W dokumencie Cała przyjemność po stronie kobiet bohaterki obalają tematy tabu i obnażają hipokryzje patriarchatu. Nic dziwnego, że w epoce Time’s Up temat ten zdobywa coraz szerszy rozgłos, czego odzwierciedleniem jest Nagroda Czytelników „Co jest grane 24” dla tego filmu na 16. Festiwalu Filmowym Millennium Docs Against Gravity.

Zobacz również: Ostatni odcinek “Campingu”

Reżyserka Barbara Miller oddaje głos pięciu kobietom z czterech stron świata. Początkowo ich historie wydają się być chaotyczne, nie mające ze sobą zbyt wiele wspólnego, poza negatywnym stosunkiem do mężczyzn. Z biegiem czasu bohaterki przemawiają jednym, spójnym głosem. Różnorodność ich życiorysów, a tym samym problemów, z jakimi musiały się zmierzyć, jest przeogromna. Na ekranie ujrzymy Niemkę, Doris Wagner, która jako zakonnica była gwałcona przez dwóch księży. Opresji ze strony radykałów doświadczyła także Amerykanka Deborah Feldman, była chasydka, której historia przypomina opowieści Żydów po odejściu z ortodoksyjnej społeczności z dokumentu Netflixa Jedni z nas. Szokujący jest portret Leyli Hussein, Sudanki urodzonej w Londynie, poddanej rytualnemu obrzezaniu. Dająca nadzieję jest opowieść Hinduski Vithiki Yadov, jako pierwszej w swojej rodzinie zamężnej z miłości, uświadamiającej swoich rodaków w kwestii kobiecej seksualności. Krąg kobiet zamyka japońska artystka znana pod pseudonimem Rokudenashiko, która stanęła przed sądem za rozpowszechnianie wulgarnych treści w postaci wydruku 3D swojej waginy.

Cała przyjemność po stronie kobiet
Cała przyjemność po stronie kobiet

Z ich narracji wyłania się obraz systemu, który skrzętnie dba o lekceważenie kobiet. Sporą rolę w tej kwestii odgrywają wspólnoty religijne. W dokumencie Miller wskazuje dokładne cytaty z Biblii, Koranu, Tory czy Talmudu, które jednoznacznie mówią o tym, że kobieta jest źródłem grzechu, a jej mąż sprawuje nad nią władzę i może ją karać za domniemane przewinienia. Przekłada się to na wychowywanie kolejnych pokoleń w duchu podtrzymywania krzywdzących tradycji.

W dokumencie nie obrywa się tylko panom, ale także kobietom obojętnym na losy swoich sióstr. Szczególnie opowieść Leyli prowadzącej akcję edukującą afrykańskie społeczeństwa, która ma nakłonić ich do zaprzestania rytuału obrzezania dziewczynek, wskazuje na to, jak stłamszone kobiety dla własnego dobra pozostają obojętne wobec cierpienia współtowarzyszek patriarchalnej niedoli. Ostatecznie w scenie spotkania wielkomiejskiej edukatorki z prowincjonalnymi matkami z obu stron padają te same wyznania bolesnych wspomnień i deklaracje ochrony swoich córek.

Zobacz również: Recenzję filmu “Podbić Kongres”

Potężna siła przekazu filmu nie ustrzegła jej twórczyni przed nieco niesprawiedliwym podziałem czasu ekranowego dla każdej z bohaterek. Po seansie czuć niedosyt, zwłaszcza w stosunku do opowieści byłej zakonnicy, której historia przy obecnym wzroście zainteresowania patologiami Kościoła katolickiego po emisji dokumentu Tomasza Sekielskiego „Tylko nie mów nikomu” szczególnie mogłaby zainteresować polską widownię. Osobiście rozbawiły mnie słowa Niemki przyznającej, że żadna z nas nie sprosta ideałowi, jakim jest Matka Boska – dziewica, która poczęła i wychowała cudownego syna, jednocześnie po jego odejściu nie zastała samotnej starości i śmierci, a jej ziemskie cierpienie zostało wynagrodzone wniebowstąpieniem. Trudno się z tym nie zgodzić.

Cała przyjemność po stronie kobiet
Cała przyjemność po stronie kobiet

Z pewnością Cała przyjemność po stronie kobiet jest filmem rzetelnym i ważnym w obecnej dyskusji o prawach kobiet. Miller nie miała raczej ambicji zaciekawienia widzów formą dokumentu, a jego treścią, i to założenie udało się osiągnąć. Jednocześnie każda z kobiet pojawiających się w filmie miała tyle do powiedzenia, że mogłaby stać się samodzielną bohaterką kolejnych produkcji, lecz połączenie ich odmiennych głosów najlepiej oddaje złożoność żeńskiej płci.


Recenzje

“Podbić Kongres”, czyli jak pokonać establishment i przywrócić wiarę w politykę [RECENZJA]

Maciej Kędziora

Po wyborach w naszym kraju rozgorzała dyskusja – strona wygrana, jak zawsze, udowadnia, że jest znacznie lepsza od opozycji, całkowicie ją marginalizując. Strona przegrana szuka winnych – nie tylko wśród swoich (a nawet czyni to z rzadka), ale też w innych – często mniejszych partiach i wyborcach, którzy nie oddali na nią głosu. I oczywiście, możemy załamać ręce i stwierdzić, że przecież ta sytuacja nie ulegnie nigdy zmianie, bo machina wyborcza tak już u nas wygląda – trwa od kampanii do kampanii. Możemy wyzywać siebie od “zdrajców”, “sprzedawczyków”, “motłochu” i patrzeć kto głośniej krzyknie “zwyciężymy!”. Możemy umniejszać oddolnym inicjatywom, bo to w końcu tylko “jeden procent” i nie warto na niego głosować. Ale możemy też zrobić introspekcję, potem przeczytać programy (choć i one zdają się świętym Graalem naszej sceny) i zagłosować nie rozumem, a ideowym sercem. A potem obejrzeć Podbić Kongres i zrozumieć, że wbrew powszechnej opinii, nasz rzekomo “zmarnowany” głos, nie musi oznaczać porażki.

Zobacz również: “John Wick” prawem, nie towarem [FELIETON]

Debiut Rachel Lears możemy podzielić na dwie części. Jedna poświęcona jest Alexandrii Ocasio-Cortez, która w wieku 29 lat postanowiła wystartować w demokratycznych prawyborach przeciw czwartej najważniejszej postaci w partyjnych strukturach – Joe Crowleyowi, który na stołku w Kongresie siedział już przez 19 lat, a od parunastu nikt nie próbował kontestować jego władzy i pozycji. Druga, będąca przebitkami kampanii Cortez, opowiada o innych kandydatkach (niekoniecznie równie lewicowych co Alexandria), które postanowiły stanąć w szranki z molochem partyjnym w swoich okręgach i udowodnić, że można przeprowadzić kampanię bez wsparcia establishmentu i pieniędzy od korporacji czy ludzi z Wall Street.

Podbić Kongres
Podbić Kongres

Lears nie decyduje się jednak na prostą dokumentacje sukcesu. Z jednej strony boi się popadać w hagiografię, a z drugiej ma świadomość, że nie zawsze ten sukces czeka za rogiem. Nie wszystkim bohaterkom się uda – mimo, że każda zdaje się posiadać wszystko co potrzebne by zmienić swój kraj na lepsze. Nie każda zasiądzie w Kongresie, mimo że jej głos zdaje się być powiewem zmian. Nie każda wreszcie zdobędzie potrzebne źródła finansowania, co pogrzebie jej szanse sukcesu. Ale każda powtarza – “By choć jedna z nas mogła wejść do Kongresu i coś zmienić, setka musi przegrać, ale udowodnić, że też mogła wystartować”.

Zobacz również: “Tyrel” – Nie jestem twoim murzynem [RECENZJA]

Reżyserka nie popada też w radykalizm i nie stara się powiedzieć “każdy z was może coś takiego zrobić”. Nie – każdy musi mieć impuls, który spowoduje, że będzie chciał działać. Momentami Podbić Kongres przypomina psychoanalizę każdej z bohaterek, próbując odkryć co jest ich motorem napędowym. Dla Amy Vileli będzie to zmarła córka, która z powodu braku ubezpieczenia nie mogła zostać poddana odpowiednim badaniom. Dla Cori Bush będzie to strzelanina w pobliskiej okolicy, w której zginął niewinny mężczyzna. A dla Pauli Jean Swearengin impulsem stanie się zatrute powietrze, spowodowane zbytnią eksploatacją kopalni w Zachodniej Virginii. Cortez natomiast zrobi to wszystko dla swojego ojca, który powtarzał jej – “Kongres jest też Twój!”.

Dla samego filmu natomiast, bez żadnych wątpliwości, motorem napędowym jest sama Alexandria Ocasio-Cortez. Dzięki nienachalnemu i nieingerującemu w życie obiektywowi kamery, możemy ujrzeć czemu stała się symbolem walczącej o swoje prawa klasy pracującej. Czemu porwała za sobą tłumy, niezależnie od ich pochodzenia, orientacji czy statusu majątkowego. Czemu mówi się, że w przyszłości to ona będzie kandydatką Demokratów na fotel prezydencki USA. I wreszcie – czemu udało jej się dokonać największej oddolnej zmiany w historii Partii Toma Pereza.

Podbić Kongres
Podbić Kongres

To co jednak najbardziej mnie zachwyciło w Podbić Kongres, to decyzja Lears by za głównego złego nie obierać Donalda Trumpa i Partii Republikańskiej, a Demokratyczny establishment i złych Demokratów sterowanych przez pieniądze, a nie własne idee. Czym bowiem różnią się nagrania Trumpa z czasów elekcji od rubasznie śmiejącego się Crowleya, gdy jego wyborca nazywa Ocasio-Cortaz “Very stupid woman”, by potem zapytać “What is she thinking?”. Czym różni się Crowley od jakiegokolwiek doświadczonego polityka z Kongresu, gdy w trakcie debaty używa zasad erystyki Schopenhauera, atakując swoją kontrkandydatkę za coś, czego nawet nie zrobiła? Czym różni się “ikoniczny” Demokrata od innego znudzonego pracą polityka, gdy z góry skazuje Cortez na porażkę i unika debat z udziałem swoich wyborców?

Zobacz również: “Oddech” [“Breath”] – Mentalista został surferem [RECENZJA]

Po stronie formalnej czuć jednak telewizyjność całej produkcji. Nadużywane są zdjęcia z drona, w tle gra nazbyt dramatyczna muzyka (zdecydowanie zabijająca całą opowieść), a często nachalne cięcia powodują, że wybijamy się z bardzo dobrze zbudowanej dramatycznie historii. Szkoda – bo narracja, szczególnie w wątku Ocasio-Cortez, jest zbudowana po mistrzowsku i świetnie balansuje między patosem, a tak znamienną w politycznym życiu Alexandrii “zwyczajnością”.

Oczywiście trudno przełożyć historię ze Stanów na jakikolwiek inny system polityczny, gdyż ichniejsza kultura wyborcza czy też świadomość własnych poglądów, jest nieporównywalna z chociażby naszą (patrząc na przykład na frekwencję). Jednak pewne trendy pozostają takie same, a by coś zrobić i coś zmienić – w swoim życiu i życiu innych – musimy uwierzyć, że zmiana leży w naszej gestii.

I nie każdemu z nas się uda, nie każdy wygra ze stagnacją, ale warto próbować. Bo choć Podbić Kongres opowiada o progresywnych demokratach, to jego przekaz jest uniwersalny. Mówi on: “Każdy głos, niezależnie czy kelnerki w lokalnym barze, szefa prosperującego start-upu czy też CEO miejscowej firmy, jest sobie równy. I każdy głos ma znaczenie i może coś w tym świecie zmienić”.


CampingRecenzje

“Burleska” – Recenzja [CAMPING #32]

Albert Nowicki
Burleska

Istnieją filmy świadomie kampowe oraz te, których stylistyka wydaje się efektem niezamierzonych potyczek reżysera. Do tej pierwszej grupy zaliczymy większość dzieł Kena Russella, a z pozycji nowszych chociażby netfliksową „Perfekcję”. W drugiej czołowe miejsce od lat okupują „Showgirls”, uważane za ambitną porażkę Paula Verhoevena. Bardzo łatwo pomylić camp z wybujałym kiczem, lecz nie są to terminy stosowane przemiennie, o czym warto wspomnieć w kontekście recenzowanej perełki − bo śmiało można w ten sposób określić „Burleskę” Steve’a Antina z 2010 roku. Film ten nigdy nie przekracza granicy złego smaku, choć podczas scen rewiowych wykorzystane zostają w nim takie akcesoria, jak lateksowy kostium pielęgniarki, wielka strzykawa czy wreszcie banan, symulujący męskiego członka i ochoczo pochłaniany przez jedną z tancerek. „Burleska” to autoironiczny, przebojowy backstage musical, któremu ciężko się oprzeć. Nie obwołamy go jako guilty pleasure, bo to film sprawiający autentyczną frajdę, a przyjemność nie powinna przecież wywoływać uczucia winy. Tuż po premierze krytycy ocenili „Burleskę” odrobinę zbyt ostro.

Zobacz również: “Dead of Night” aka “Deathdream” – Recenzja [CAMPING #31]

Film Antina stanowił debiut aktorski Christiny Aguilery − gwiazdy muzyki pop, mającej na swoim koncie kilka wybitnych albumów, m. in. „Stripped” i „Back to Basics”. Artystka wciela się w postać Ali Rose − dziewczyny z małego miasteczka, snującej jednak wielkie marzenia. Już w pierwszej scenie dowiadujemy się, że jest bohaterka obdarzona silnym tembrem głosu: świadczy o tym popisowy występ z coverem „Something’s Got a Hold on Me” Etty James. Ali dusi się pośród prowincjuszy i postanawia wyruszyć w podróż do Los Angeles, gdzie spełniają się najskrytsze pragnienia. Dostaje posadę w neoburleskowym klubie przy Sunset Boulevard, choć jego właścicielka, Tess (Cher), nie jest przekonana, czy dziewczyna z Iowy ma w sobie wystarczająco dużo ognia, by dorównać doświadczonym tancerkom. Murem za nowo przybyłą stoi seksowny barman Jack (Cam Gigandet) − początkujący tekściarz, który proponuje Ali nocleg, kiedy jej mieszkanie zostaje okradzione.

Burleska
Burleska

Jak nietrudno przewidzieć, postać Aguilery szybko pnie się na szczyt, a jej talent przykuwa uwagę całego Miasta Aniołów. Przy okazji ratuje podupadający klub i znajduje przyjaciółkę w chłodnej z początku Tess. Każdy, kto widział choć kilka hollywoodzkich musicali, z łatwością przewidzi, jakie asy kryją się w rękawie reżysera. Film oparty został nawet nie tyle na wtórnych schematach, co na najlepszych tradycjach gatunku, a podjęte w nim klisze − jeśli lubicie posiłkować się takimi zwrotami − przekuto w złoto. Ali jest więc zmuszona wybierać między miłością do słodkiego Jacka a fascynacją, jaką zapałała do zuchwałego bogacza Marcusa (Eric Dane).

Zobacz również: “Cat Sick Blues”. Czy kot jest warty więcej niż ludzkie życie? – Recenzja [CAMPING #30]

Znikąd wyłania się uszczypliwy eks-małżonek (Peter Gallagher), który ilekroć gości w The Burlesque Lounge, koniecznie musi utrzeć nosa Tess. Droga na muzyczny Olimp oparta jest z kolei na zrządzeniach losu, które w świecie rzeczywistym nie miałyby racji bytu. „Burleska” ma charakter hurraoptymistycznej, skąpanej w sugestywnej erotyce bajki dla nieco starszych dzieci, w której wszystko może się zdarzyć. W której wszyscy są piękni i zgrabni, konflikty zawsze zostają rozwiązane, a po marzenia wystarczy sięgnąć ręką. To pozytywnie nastrajający feel-good movie − bijący od niego eskapizm stanie się idealną pożywką dla widzów szukających odrobiny filmowego wytchnienia, ale też liczących na kino produkcyjnie nienaganne.

“Burleska” wymaga od swoich odbiorców dystansu − jest formą ironicznej reprezentacji i w tym kluczu powinna zostać odczytana. Widz podchodzący do filmu Antina mierzy się tak naprawdę z kinem bystrze napisanym (choć niegłębokim), nawet w obrębie swego komizmu zapewniającym wiele różnych bodźców. Scena wokalno-taneczna, w której Aguilera stroi się w różowe pióra, a potem staje przed widownią obnażona, chowając biust za parą reflektorów, ma być filuternym hołdem dla dziedzictwa tytułowej burleski. Zupełnie inne podejście do żartu interesuje Antina, gdy Tess przybiera wobec Ali postawę matczyną i uczy ją „sztuki” make-upu.

Z kosmetycznie powiększonych ust Cher urywają się słowa, będące swego rodzaju życiową lekcją: „Kiedy chwytasz za pędzel do makijażu, stajesz się artystką. Tyle tylko, że zamiast malować na płótnie, pokrywasz kolorem własną twarz”. Cher zachowuje przed kamerą pokerową twarz, ale jej wykładu nie da się przyjąć ze śmiertelną powagą. Film bywa i śmieszny, i prześmiewczy, naiwny, kiedy trzeba cheese’owy − wszystko to w zdrowych dawkach, bo nie brak mu też chwil poruszenia i euforycznego ferworu. Dowcipny, kipiący seksem, ale też pełen klasy jest występ Ali ze szlagierem „A Guy What Takes His Time”, w latach 30. śpiewanym przez Mae West.

Burleska
Burleska
Zobacz również: “Karnawał dusz”, czyli esencja horroru artystycznego – Felieton [CAMPING #29]

Nie brakuje „Burlesce” dobrze zagranych postaci, które zwyczajnie chcemy widywać na ekranie. Prym wiedzie tu homoseksualny kostiumograf i kierownik programowy Sean, w którego wciela się Stanley Tucci. W podobnej roli widzieliśmy aktora w starszym o cztery lata „The Devil Wears Prada” i tam też dał się poznać jako scene stealer. Show kradnie innym aktorom sprzed nosa także Kristen Bell − jej Nikki to wyrachowana diva, która podlewa płatki śniadaniowe tequilą. Między Cher i Aguilerą nie lecą może iskry, bo obie bohaterki szybko zawiązują przymierze, ale na pewno występuje wzajemna chemia.

Szkoda, że relacja Ali i Tess nie została bardziej zgłębiona, przez co stanowi raczej wątek drugoplanowy − przecież nawet slogany reklamowe zapowiadały, że to legenda pomoże narodzić się gwieździe. Cher widzimy na ekranie rzadziej niż drugą ze sław, ale jej popisy wokalne są pierwszoligowe. Uwagę zwraca pierwszy wykonany w filmie utwór, „Welcome to Burlesque”. Ewidentnie zainspirowany został on „Kabaretem” z Lizą Minnelli, podobnie zresztą jak kilka późniejszych inscenizacji, w których tancerki noszą kapelusze i zmysłowe podwiązki, a z krzesłem − scenicznym rekwizytem −  uprawiają praktycznie seks.

Zobacz również: “Tyrel” – Nie jestem twoim murzynem [RECENZJA]

Film pełen jest cekinów, pereł i błyszczących ornamentów. Wizualnie wręcz olśniewa, a jego nasycona kolorystyka i bogactwo wnętrz budzą wyraźne skojarzenia z Luhrmannowskim „Moulin Rouge!”. Świetne są zdjęcia autorstwa Bojana Bazelliego: niedoświetlone, spowite dymem i tonące w glamourze zakamarki The Burlesque Lounge, gdzie toczy się większość akcji, budują atmosferę niezwykłości, chwilami balansującą na granicy oniryzmu. Bohaterka Aguilery trafia do klubu zupełnie przypadkiem, gdy jej uwagę zwraca piękna tancerka, korzystająca z krótkiej przerwy między wystąpieniami. Podążając za nią, Ali (a właściwie Alice) poznaje kapelusznika, to jest Alana Cumminga sprzedającego wejściówki w przydużym nakryciu głowy. Analogie te mogą być czynione trochę na wyrost, ale nie odmówimy Antinowi wyobraźni: wykreowany przez niego świat to miejsce ujmująco magiczne, dalekie od realizmu. Większość scen zmontowano kierując się rytmem i estetyką teledysku.

Burleska
Burleska

Ostatni punkt recenzji jest najważniejszy i ogniskuje się wokół Christiny Aguilery. Już w 2010 roku rolę wokalistki oceniono pozytywnie. Dziś śmiało można powiedzieć, że to najlepszy „piosenkarski” debiut minionych lat − Britney Spears i Mariah Carey pozostawiający wraz z „Crossroads” i „Glitterem” daleko w tyle. Aguilera jest w „Burlesce” elektryzująca: jej wykonanie zabarwionego elektroniką „Express” uwalnia tajfun emocji. Choreograficznie to chyba najlepiej opracowana sekwencja w całym filmie. Ali śpiewa i porusza się wyzywająco, a burza jej włosów odważnie przecina powietrze, wyznaczając przestrzeń, której żadna z pobocznych tancerek nie powinna przekraczać. To moment królewski; od tej chwili nikt nie będzie miał wątpliwości, do kogo należy scena.

Zobacz również: “Ptak o kryształowym upierzeniu”, czyli Giallo Dario Argento – Recenzja [CAMPING #28]

Warto dodać, że choć bywa Aguilera drapieżnym wampem, na ogół pozostaje niewinną dziewczyną z małego miasteczka. Ali to więc postać uniwersalna i można się z nią utożsamić. Pomimo statusu debiutantki − a może właśnie z jego powodu − Aguilera cechuje się pewnym niewymuszonym urokiem, gra całkowicie naturalnie i nie wydaje się sztuczna. Jest pełna charakteru, z łatwością odnajduje się w skórze swojej bohaterki, w scenach dialogowych wypada − nomen omen − śpiewająco. Każdy jej utwór to showstopper. Kilka miesięcy temu Akademia przyznała Lady Gadze nominację do Oscara za „Narodziny gwiazdy”, choć z tej dwójki to Aguilera okazuje się lepszą odtwórczynią. Operuje bowiem frywolniejszym językiem aktorskim, jest mniej teatralna. Sam film pozostaje zaś pozycją mniej manieryczną niż „Narodziny…”, przyjemniejszą w odbiorze.

“Burleska” powinna ucieszyć każdego miłośnika lekkich musicali. Pomocne okażą się w tym na przemian dynamiczne i chwytające za gardło piosenki oraz umiłowanie twórców do campu. Na soundtracku znalazły się nagrania w pełni nowoczesne, ale przy tym umiejętnie dawkujące jazz, swing czy trendy ejtisowe (ballada Cher). Antin to facet obdarzony niezwykłą wrażliwością i zapewne też poczuciem humoru, lecz jestem święcie przekonany, że najzabawniejsze kwestie, padające z ust bohaterów, narodziły się w głowie Diablo Cody, która naniosła na scenariusz poprawki. „Burleska” trochę przepadła w zestawieniach box-office’u, ale to film rewelacyjny. Nie musicie mi wierzyć dzisiaj. Poczekajcie dziesięć, dwadzieścia lat − mniej więcej wtedy jej kultowy status będzie sprawą oczywistą.


Recenzje

“Tyrel” – Nie jestem twoim murzynem [RECENZJA]

Szymon Pietrzak

Pewnego wieczora, podczas gdy siedzicie ze swoją hiszpańską dziewczyną na kanapie i oglądacie Netflixa, dzwoni wasz telefon. To rodzina twojej wybranki serca, wpraszająca się na długi weekend do waszego małego mieszkanka. Rodzina, za którą nie przepadasz – religijne świry i generalnie wrzód na dupie. I choć kochasz swoją dziewczynę, z którą jesteście już trzeci rok razem, to nie masz zamiaru przechodzić przez to piekło. Nazywasz się Tyrel, jesteś czarnym obywatelem USA i właśnie decydujesz się dołączyć do swojego białego przyjaciela w wypadzie w Appalachy, gdzie ma się odbyć impreza urodzinowa jednego z jego przyjaciół. 

Zobacz również: “Monsters and Men” – Errata nie przyjdzie łatwo [RECENZJA]

Choć taka scena nie ma miejsca – bo film zaczyna się w momencie jak Tyrel ze swoim przyjacielem, Johnem, szukają domu, w którym ma się odbyć impreza urodzinowa – to jednak reżyser, Sebastián Silva, zostawia w swoim dziele masę cennych wskazówek, które działają jak odkrywana powoli ekspozycja. No ale uporządkujmy – w momencie, w którym nasz czarny protagonista decyduje się na weekendową ucieczkę z domu, jeszcze nie podejrzewa jak bardzo niezręcznie będzie się czuł w towarzystwie zupełnie mu obcych ludzi z paczki Johna.

Tyrel
Tyrel

Ta niezręczność nie ma jednak nic wspólnego z wrogim nastawieniem przyjmującej ich ekipy. Wręcz przeciwnie – wszystko wskazuje na to, że Tyrel powinien czuć się tutaj komfortowo, chwycić rozlewany cały czas w tle podejrzany alkohol, zapalić jointa, rozluźnic się. Uprzedzeń rasowych wobec niego też praktycznie nie ma, są tylko niewinne żarty – z jego akcentu, przyzwyczajeń żywieniowych itd. Ale spokojnie – jako, że impreza odbywa się jakoś krótko po elekcji Donalda Trumpa na Prezydenta, cała ekipa będzie miała całkiem sporo okazji udowodnić jak bardzo nienawidzą rasisotwskich świń – nie przebierając w słowach i czynach. I może właśnie tu leży klucz, dlaczego tytułowy bohater czuje się tak nieswojo? Bo ekipa tego urodzinowego wypadu traktuje swojego czarnoskórego gościa dość protekcjonalnie, cały czas gdzieś między słowami podkreślając dzielące ich minimalne różnice.

Zobacz również: Mastercard OFF Camera 2019 – TOP 5 Konkursu Głównego

W tworzeniu tej gęstej atmosfery reżyser wspiera się jednak przede wszystkim stylistyką – (bardzo) roztrzęsiona, szerokokątna kamera przez cały czas trzyma się blisko Tyrela. Bardzo świadomie rezygnuje jednak z dynamiki i staje w miejscu, kiedy jest potrzeba ukazać chociazby najmniejszą zmianę w mimice postaci. I tutaj aktorzy wykonują bardzo dobrą robotę – bo przecież wypowiadane przez nich dialogi naprawdę nie wyróżniają się niczym szczególnym, każdy podtekst, nawet taki niezamierzony, wybrzmiewa tutaj z ogromną siłą. I choć wiadomo, że pierwsze skrzypce gra tutaj pierwszoplanowy Jason Mitchell (wybitny początek kariery, kiedy błyszczał jako Eazy-E w filmie o NWA) bo zagubienie, tęsknote za bezpiecznym miejscem ma wypisaną na twarzy. Ale wyróżnia się tu naprawdę każdy z obsady. Mało wymienić Michaela Cere, którego postać mogłaby w normalnych warunkach być jedynie comic reliefem, a tu reprezentuje tego kogoś, kogo dopiero co poznaliście na tej imprezie i zaczynacie się dość dobrze dogadywać, więc trzymacie się razem do końca.

Bo nie ma co ukrywać – ten film na pewnej płaszczyźnie służy temu, żeby się z głównym bohaterem jakoś utożsamić. Nawet żarty o podłożu rasistowskim można poczuć – wystarczy, że choć raz trafiliście na imprezę, gdzie nie było zbyt wielu Polaków i ktoś poruszył kwestię waszego pochodzenia, żeby zagadać. Wiadomo, reżyser nie ukrywa, że w tych dialogach próbuje umieścić cały społeczny dyskurs współczesnych Stanów Zjednoczonych, ale na pewnym poziomie ta opowieść działa bardzo uniwersalnie. Bo tę niezręczność i zagubienie można bardzo mocno poczuć – tutaj warto jeszcze podkreślić wybitnie zagranego Johna, który jako osoba, z którą tu przyjechaliśmy, którą znamy, powinna dawać nam jakiekolwiek poczucie bezpieczeństwa. I choć jesteśmy dorośli, to jednak każdy potrzebuje takiego Johna, który ogarnie nas, kiedy wypijemy za dużo i postanowimy wyjść w mroźną noc na spacer.

Tyrel
Tyrel
Zobacz również: Po co mi festiwale filmowe? [FELIETON]

Cała ta impreza zaczyna się w pewnym momencie przeradzać w prawdziwy koszmar na jawie. Zaciera się czas i przestrzeń – w pewnym momencie nie wiemy już, ile dni nasi bohaterowie tam spędzili. Reżyser wrzuca nas w chaotyczny ciąg zdarzeń – z każdą minutą rośnie napięcie, z każdą sekundą oczekujemy jakiegoś spisku, jakiejś fabularnej bomby, która wisi w powietrzu. Nawet ci traktujący nas dotychczas protekcjonalnie ziomkowie, zaczynają być bardzo bezpośredni, nachalni, nieprzyjmujący odmowy i wywierający dziwną presję. Inspiracji można szukać nie tylko w Get Out Peele’a, ale też widać w pewnym stopniu inspirację Tajemnicami Silver Lake, w szczególności sceną z muzykiem.

Nie chcąc zdradzać zbyt wielu szczegółów fabuły, podpowiem tylko, aby dobrze się zastanowić nad końcówką filmu. Bo choć pozornie może się wydawać bez wydźwięku, to jednak kryje się w niej moim zdaniem swoiste katharsis. Tyrel to bowiem gość, który trafił na sytuację, w której musi wybrać mniejsze zło. Tęskni za domem i swoją ukochaną, ale nie może tam póki co wrócić. Pozostaje mu więc przeczekać i podjąć dialog z ludźmi, którzy go przyjęli do siebie. I może to odrobinę za daleko idące wnioski – ale być może to ta potrzeba dialogu jest dziś bardziej aktualna niż kiedykolwiek.

Ocena

8 / 10
Publicystyka

“John Wick” prawem, nie towarem [FELIETON]

Kamil Walczak

Mamy rok 2014. Ekrany kin podbija pierwsza część Kosogłosu z serii Igrzysk śmierci. Marvel Cinematic Universe jest właśnie w fazie drugiej, a wyniiki w box-office’ie śrubują Zimowy żołnierz czy Strażnicy Galaktyki. Ton seryjnego kina akcji dalej w jakiś sposób podtrzymuje Jason Bourne, choć ostatnia część, Dziedzictwo Bourne’a (2012), spuściła raczej z tonu. I jasne, klasyczne akcyjniaki dalej powstają, a męskie historie z tatusiowymi żartami (podobno) dalej są hot, co potwierdza przecież seria Niezniszczalni.

Zobacz też: “John Wick 3” – Zakochać na zabój [RECENZJA]

Z tego gatunkowego betonu wyłaniają się: Chad Stahelski i David Leitch. Obaj są zawodowymi kaskaderami i zaprawionymi w boju “gośćmi z zaplecza” – tymi, o których w przemyśle filmowym się nie mówi, a jedynie przyjmuje za pewnik. Pierwszy z nich był też dublerem Neo na planie Matriksa, drugi – wygrał wraz ze swoją ekipą Nagrodę Gildii Aktorów Ekranowych za epickie wyczyny w Ultimatum Bourne’a. Do projektu napisanego przez Dereka Kolstada o emerytowanym asasynie, który zmaga się ze śmiercią swojej żony, dołącza Keanu Reeves. To właśnie jego Stahelski dublował w filmie Wachowskich. Już w proweniencji Johna Wicka zasadza się sedno całej sprawy. Oczywiście nikt z tych panów nie sądził, że franczyza rozwinie się w uniwersum z ambicjami na kolejne sequele i spin-offy. Zatrzymuję się zatem przed pięcioma laty i zastanawiam się: czemu to zadziałało tak dobrze?

John Wick
Chad Stahelski, Keanu Reeves i David Leitch na planie “Johna Wicka”.
Technokracja

Jakkolwiek brzmi to na wyrost, John Wick został stworzony przez profesjonalistów w swoim fachu. Z bardziej sceptycznej perspektywy, można się zastanawiać, na ile formuły wykorzystane w tej serii odbiegają od standardowych (re)produkcji pościgów i wybuchów, na ile Wickowskie bijatyki są lepsze od tych operowanych przez Jasona Stathama. Jako widzowie, którzy są świadkami jedynie postprodukowanych miraży akcji i, zakładam, niewykwalifikowanych w sztukach walki, zdajemy się na nasze najprostsze, kinetyczne zmysły.

Ekipa Stahelskiego gwarantuje nam ten sui generis realizm kolejnych uderzeń, przemyślany układ choreograficzny, wizualnie wzbogacony nielicznymi cięciami i przejrzystymi ruchami kamery. W migoczącym montażu można ukryć pewnie uchybienia, niedociągnięcia, trudne do sfilmowania manewry. Tu przeważają długie ujęcia, które wzbogacają choreografię estetycznie i technicznie. To w końcu znakomity katalizator immersji – nie od dzisiaj zresztą wiadomo, że piękne i zgrabne ruchy obiektywu zatapiają nas jeszcze mocniej w głębi obrazu.

Zobacz też: “Pokémon: Detektyw Pikachu” [RECENZJA]

Nietrudno znaleźć w internecie materiały making-off z prac na planie Johna Wicka. A właściwie to sprzed prac na planie. Keanu Reeves i jego koledzy przygotowywali się parę miesięcy, trenując judo, jiu-jitsu i układy bojowe. Aktor nauczył się sztuk walki właściwie od podstaw, nigdy wcześniej tego nie robił. Sam wykonywał większość pokazów kaskaderskich (czy jak sam to nazywa: akcji). To może być poczucie mocno subiektywne, ale wysiłek włożony do JW przekłada się na jakość samego widowiska. Odczuwalny jest ciężar fizyczny kolejnych potyczek (niezmordowany Baba Jaga też się męczy), znakomite zgranie ruchowe aktorów. Realizm i pieczołowitość zachowuje nawet amunicja, która, w przeciwieństwie do większości tego typu serii, w końcu się kończy. Twórcy korzystają z tych pozornych “utrudnień”, bo efekt jest zupełnie świeży, warty innego spojrzenia.

Z tym sfingowanym naturalizmem w parze idzie oryginalność. Nie sposób opisać, jak przyjemne do oglądania są kolejne aranżacje agresji, zręczne strzelaniny, pomysłowość protagonisty na efektowne i/lub efektywne wykończenie przeciwników. Arena walk również nie zawodzi – bohaterów otaczają migoczące miejskie światła, klasyczne neony, rustykalne przedmieścia, ascetyczne wnętrza robocze. To standardowe dla tego kina lokacje, ale kamera czyni z nich odpowiedni użytek. Synergicznie stajemy się współudziałowcami pierwszoklasowej rozrywki. Satysfakcjonujące wizualnie sekwencje i artyzm całej akcji pozostawiają nas kontentymi. Długo w popkulturowej pamięci pozostaną (mam nadzieję) takie sceny, jak rytmiczna strzelanina w klubie (John Wick), potężnie nasycona niebieskimi i czerwonymi kolorami; paranoiczna scena lustrzana w muzeum (John Wick 2) czy wreszcie legendarna konna przejażdżka Johna po ulicach Nowego Jorku (Parabellum). To esencja wysokojakościowego i rzemieślniczego kina.

Homaż

Przez oryginalność nie rozumie się jednak tylko wprowadzanie innowacyjnych technik i ewolucyjnych form obijania komuś twarzy. John Wick jest oryginalny także w tym postmodernistycznym rozumieniu tego słowa – to hołd dla mistrzów X muzy. Chad Stahelski opowiadał o szerokich inspiracjach od Bustera Keatona po spaghetti westerny. Szczególny homaż dla ery niemej przedstawia część druga: podczas jednej z pierwszych scen widzimy nawet pokaz filmu Generał (1927, reż. B. Keaton) na elewacji budynku. John Wick pozostaje w nieustannym ruchu i głównie przez swoje akcje opisuje postacie. Pewien minimalizm slapsticku (groteskowa scena strzelaniny w metrze między Reevesem a Commonem), lapidarne dialogi, a także wizualne referencje: plakat Johna Wicka 2 jest repliką plakatu Two-Gun Gussie (1918) z komediantem Haroldem Lloydem, a wspomniana scena z lustrami pojawia się w Cyrku (1928) Charlesa Chaplina.

Zobacz też: “Gra o tron” – KONIEC GRY [Podsumowanie serialu]

John Wick

Sam protagonista swoją ascetyczną postawą, dwuznacznie moralnym zachowaniem i zabójczo szybką reakcją przypomina bezimiennego Clinta Eastwooda z trylogii dolarowej czy wręcz Charlesa Bronsona z Pewnego razu na Dzikim Zachodzie. Obrazowo wiele analogii znaleźć można ze wspomnianym wyżej Matriksem, zwłaszcza w trzeciej części, gdy John powtarza za Neo słynne: [What do you need?] Guns. Lots of guns. W obu seriach pojawia się Keanu i Lawrence Fishburne, klasyfikując swoje postaci na poziomie meta. Nawiasem, powstała już masa teorii mówiących o tym, że obie seria istnieją w tym samym uniwersum. Kinofilia twórców zapiera czasem dech w piersiach (w Parabellum pojawił się Tarkovsky Theatre) i pozwala odkrywać przeróżne easter eggi, eksplorować przemyślany świat przedstawiony, z nieudawaną satysfakcją doceniać osiągnięte efekty.

Ikona

Jest jednak jeszcze jeden aspekt produkcji Stahelskiego i Leitcha, może zbyt oczywisty żeby o nim mówić. I nie, nie chodzi o słodkie pieski (ale w sumie też). To sam odtwórca głównej roli. Nie bez kozery po internecie krąży pasta o Keanu, który własnoręcznie nakarmił piersią płaczące dziecko. To z jednej strony aktor, który w 2005 roku zdobył nagrodę największego przegranego w historii Złotych Malin – w ciągu 11 lat był nominowany 5 razy, ale ani razu nie wygrał. Druga strona medalu jest taka, że triumfy święcił na pokazach Teen Choice czy MTV. Był memem odkąd pamiętam. Conspiracy Keanu, Sad Keanu, Sad Keanu in a Helmet. (Oczywiście, nie można przy tym zapominać o jego bardzo dobrych występach w Moje własne Idaho czy Adwokacie diabła).

Jego mimika jest ograniczona, nie potrafi wyrazić gniewu, jest dość nieekspresywny. Mimo że jego występy nie powalały, a on sam dał się zaszufladkować, zaskarbił sobie wielu fanów, którzy wprost kochają jego szczere zaangażowanie w kolejne projekty czy demiurgiczną pozę herosa. Personalnie Reeves jest po prostu w porządku gościem. Znany jest ze swojej działalności dobroczynnej, przez wiele lat przekazywał dotacje na szpitale dziecięce. Czynił to anonimowo, bo nie zależy mu na rozgłosie. Słowem, Keanu jest wholesome.

 

To właśnie ten Keanu stał się Johnem Wickiem i świadomość ta towarzyszy nam od samego początku. Myślę, że to sprawia, że inaczej postrzegam tego bohatera. Nie jesteśmy skłonni do relatywizowania jego postawy, a może powinniśmy? Jonathan wszczyna w końcu rzeź z powodu zabicia jego szczeniaczka i kradzieży auta. Jest bezwzględny, może nie gruboskórny, ale zdecydowany, literalnie po trupach idzie po swoją zemstę. I raczej nie kwestionujemy jego zachowania. Problemy emocjonalne po stracie żony nie mogą przecież usprawiedliwiać rozmyślnych zabójstw, których się dopuszcza. Wcześniejsza kariera asasyna w zorganizowanej mafii tym bardziej nie powinna.

Zobacz też: Po co mi festiwale filmowe? [FELIETON]

W ogóle nie zastanawiamy się nad socjopatycznym wymiarem bohatera. Jasne jest, że z nim sympatyzujemy, ale nimb Keanu Reevesa pozwala nam zapomnieć o diegetycznym wymiarze Johna Wicka. Nie chcę być hipokrytą, ja sam abstrahuję od tego, czy wielbiciel zwierząt i czarnych koszul Baba Jaga naprawdę powinien był eliminować 250 osób z powodu psa. A może ten beagle był tego wart? Dla Keanu na pewno był.

Czwarta część już została zapowiedziana na rok 2021. To oznacza jeszcze więcej estetycznej stylówy i kinematycznego kociokwiku. W dodatku nie zapowiada się na to, by Kolstad czy Stahelski mieli tracić wenę, zwłaszcza, że już szykuje się spin-off serii, opowiadający o historii hotelu Continental w Nowym Jorku. Nie powinni jednak robić z Johna Wicka czegoś więcej, niż jest. To techniczna jakość i gatunkowa świeżość, rozrywka, która dystansuje się trochę od powagi. A dopóki Keanu jest zadowolony, ja będę zadowolony.

Recenzje

“Pokémon: Detektyw Pikachu” [RECENZJA]

Andrzej Badek
Pokemon: Detektyw Pikachu

Mniej więcej rok temu, krótko po premierze drugiej części Deadpoola, po raz pierwszy usłyszałem o projekcie aktorskiego filmu w uniwersum Pokemon, w którym najbardziej znany jego przedstawiciel przemówi głosem Ryana Reynoldsa. Od tego momentu postanowiłem odciąć się od wszelkich nowych wiadomości, informacji i przeczekać do premiery, zastanawiając się, w którą stronę pójdą twórcy z tak egzotycznym pomysłem. Skierowany do dzieci film familijny? A może sprośna komedia z żartami pełnymi seksualnych podtekstów rodem z zeszłorocznego projektu Reynoldsa? Z zaskoczeniem, ale i nieukrywaną satysfakcją melduję, że twórcom udało się znaleźć złoty środek, który sprawia, że na filmie coś dla siebie znajdzie dziecko, ale także dorosły widz. Szczególnie ten, który w dzieciństwie zetknął się z serią Pokemon.

Zobacz również: “Film Pokémon: Wybieram cię!” – czyli Pikachu na nowo [RECENZJA]

Przyznam Wam się szczerze do czegoś. Nigdy nie byłem fanem anime z Ashem Ketchumem. Bohatera wspominam głównie z wczesnego dzieciństwa i programów w telewizji, w której razem z przyjaciółmi podróżował po kolejnych regionach łapiąc tajemnicze stworki. Serial oraz kilka pełnometrażowych filmów, które widziałem zawsze zdawały się dla mnie infantylne. Dużo bardziej zapadły mi w pamięć same Pokemony. Oglądane na ekranie, znajdowane na kapslach w czipsach, czy na naklejkach wklejanych do odpowiedniego kajetu wzbudziły we mnie, podobnie jak w milionach ludzi na całym świecie, potrzebę kolekcjonowania – słynnego “złapania ich wszystkich”. Prawdziwy szał rozpoczął się jednak dopiero wtedy, gdy w moje ręce trafił GameBoy Advanced z FireRed Edition a jakiś czas później Nintendo DS z edycją Diamond.

Pokemon: Detektyw Pikachu
Kadr z filmu “Pokemon: Detektyw Pikachu”

Możliwość wcielenia się w trenera Pokemon, wyboru jednego ze startowych Pokemonów, a następnie łapanie coraz to nowych, pochłonęły mnie na setki(!) godzin. Do dziś żadna gra, nawet Wiedźmin 3 czy Skyrim, nie mogą się pochwalić tyloma godzinami na liczniku co seria Pokemon. Z pozoru prosta mechanika rozgrywki – polegająca na walkach między stworkami w systemie turowym, gdzie wybierało się jeden z czterech dostępnych ruchów – zawsze była szalenie przystępna nawet dla zupełnie zielonych graczy. Pod tą powierzchnią skrywała się cała masa zależności, statystyk, dodatkowych przedmiotów i możliwości, które zapewniały radość zawodowcom. Istnieją smaczki, o których dowiedziałem się dopiero kilka lat temu, przeglądając dedykowane serii fora! Cała zabawa polegała jednak nie tylko na zbieraniu stworków i walce nimi, ale też na ich rozwoju oraz ewolucjach. Z każdą potyczką nas podopieczny zdobywał punkty doświadczenia, dzięki którym zyskiwał kolejne poziomy, co jakiś czas mogąc przekształcić się w o wiele silniejszą i doroślejszą postać siebie.

Zobacz również: “Aladyn” – W obronie infantylności [RECENZJA]

Te wszystkie wspomnienia kłebiły się w mojej głowie, gdy wchodziłem na przedpremierowy pokaz filmu w siedzibie Warner Bros. Pragmatyzm kazał mi patrzeć sceptycznym okiem na cały projekt – w końcu lata doświadczenia nauczyły nas, że filmowe adaptacje gier komputerowych to w przeważającej większości klapy, a w najlepszym razie średniaki. Przyczyna tego leżała dotychczas głównie w próbie zaimplementowania mechaniki gry do filmu. Media te, podobnie jak choćby kino i literatura, dysponują zupełnie innymi środkami przekazu i pewne elementy, które wciągają gracza, ze względu na bezpośredni udział w świecie przedstawionym, pozostawią widza zupełnie niewzruszonym. Taką porażkę zaliczył choćby kinowy Assassin’s Creed z Michaelem Fassbenderem w roli głównej.

Oparta o serię gier o zakapturzonym zabójcy produkcja zdawała się niemalże skazana na sukces. Potencjalnie pełna akcji, osadzona w interesującym okresie historycznym i przyprawiona aurą tajemniczości pobudziła wyobraźnię producentów i fanów i zakończyła się fiaskiem. Niestety, to tylko pierwszy z brzegu przykład spektakularnej porażki, pomimo angażu wielkich nazwisk z Hollywood.

Pokemon: Detektyw Pikachu
Kadr z filmu “Pokemon: Detektyw Pikachu”

Rob Letterman, reżyser Pokémon: Detektyw Pikachu znalazł prosty sposób na zrobienie dobrego filmu na motywach gry komputerowej: po prostu opowiada prostą, nieszczególnie oryginalną historię z elementami kryminału, używając dobrodziejstw świata przedstawionego jako tła, ale przede wszystkim jako narzędzi do budowania świata i fabuły. Jeśli miałbym wymienić jeden element, który dał mi najwięcej radości w trakcie seansu, byłaby to ekspozycja. Naprawdę uwierzyłem w świat, w którym Pokemony żyją obok ludzi. Już otwierająca sekwencja, w której w powietrze wzbija się klucz ptaków, które automatycznie rozpoznałem jako Pidgeye, wypełniła moje serce uczuciem przyjemnego ciepła. Takich elementów mamy w produkcji naprawdę wiele – sekwencje walk Blastoise’a z Gengarem, wszechpotężnego Mewtwo, Jiglypuffa śpiewającego w barze, Squirtle gaszące pożary ze strażakami, na Magikarpiu w akwarium skończywszy. Istnieją tutaj dziesiątki lub setki nawiązań i smaczków, które tylko czekają na wyłapanie.

Zobacz również: “Monsters and Men” – Errata nie przyjdzie łatwo [RECENZJA]

Na całe szczęście, ani bitwy ani trenowanie stworów nie zostało wykorzystane w głównym wątku. Akcja zogniskowana została wokół młodego chłopaka, jednego z niewielu, którzy nie posiadają własnego Pokemona. Pracujący na prowincji Tim dostaje informację, że jego ojciec, detektyw, zginął w wypadku samochodowym. Następnie uda się do miasta, w którym Pokemony i ludzie żyją na równych prawach, a walki między stworzeniami są zakazane, żeby zabrać rzeczy po ojcu z jego mieszkania. Tam spotyka cierpiącego na amnezję Pikachu, którego on jako jedyny może zrozumieć. Razem postanawiają rozwiązać sprawę zagadkowego wypadku. Pomoże im w tym reporterka CNM, Lucy Stevens i jej przesympatyczny, cierpiący na migreny Psyduck.

Pokemon: Detektyw Pikachu
Kadr z filmu “Pokemon: Detektyw Pikachu”

Pikachu przemawiający głosem Ryana Reynoldsa to drugi najlepszy element produkcji. Żółty stworek jeszcze nigdy nie był tak sympatyczny. Elektryczna mysz jest wygadana, co rusz rzuca ciętymi żartami i jest uzależniona od kofeiny, a przy tym pozostaje niezwykle słodka. Nie wiem, jak wyglądać będzie polski dubbing, ale na Waszym miejscu robiłbym wszystko żeby trafić na wersję z napisami. Humor Pikachu to ten element, który czyni produkcję atrakcyjną dla dorosłego widza. Przy czym humor ten nigdy nie przekracza dopuszczalnych norm przyzwoitości. Może oprócz dość niepokojącej sceny z zapałką, ale to musicie zobaczyć sami!

Zobacz również: “Gra o tron” – Koniec gry [Podsumowanie serialu]

Hołd należy oddać także grafikom i animatorom, którzy włożyli ogromną ilość pracy, żeby znane nam z gry i animacji stworzonka były jednocześnie wierne oryginałowi, jak i rzeczywiste. Sam Pikachu jest przesłodki i aż chciałoby się go dotknąć! Charizard, Lickitung, Mr Mime, Bulbasaury, Aipomy, Eevee i inne potworki wyglądają naprawdę świetnie i chyba tylko animacja jednego z nich, Sneasela, wydała mi się nienaturalnie wkomponowana w świat. Nie oznacza to niestety, że film pozbawiony jest wad. Justice Smitch w roli głównego bohatera, Tima, wypada co najwyżej przeciętnie. W niektórych scenach jest nadekspresywny, w innych w ogóle nie okazuje emocji. Dużo lepiej na ekranie radzi sobie Kathryn Newton, choć może to być zasługa tego, że dostała ciekawszą i bardziej wyrazistą rolę do odegrania. Drugi plan to głównie Bill Nighy i Ken Watanabe. Obaj obsadzają bardzo generyczne role, odpowiednio biznesmena wizjonera i policyjnego detektywa.

Sama historia również nie należy do nadzwyczaj oryginalnych. Posiada kilka raczej spójnych logicznie zwrotów akcji, ale uważny widz wyłapie większość z nich wcześniej. Oddajmy jednak sprawiedliwość: film celuje w równie dużym stopniu do fanów, co do dzieci. Jakkolwiek wymaganie fabuły rodem z mrocznego thrillera byłoby nieuczciwe, możnaby oczekiwać czegoś więcej niż recyklingu opowieści, którą Fabryka Snów opowiada już dziesiątki lat, tylko w nieco innej odsłonie.

Pokemon: Detektyw Pikachu
Kadr z filmu “Pokemon: Detektyw Pikachu”

Bardzo wyważona jest także kolorystyka produkcji. Pastelowe barwy to strzał w dziesiątkę, bo komponują się z bajkowym światem, a jednocześnie dobrze sprawdzają się w mrocznych zaułkach miasta w ciągu nocy. Ich zastosowanie sprawia też, że całość nie została przesycona kolorystycznie, co mogłoby się zdarzyć gdyby chciano w zbyt dużym stopniu odwzorować animację.

Zobacz również: “Cat Sick Blues”. Czy kot jest warty więcej niż ludzkie życie? – Recenzja [CAMPING #30]

Pokémon: Detektyw Pikachu celuje w dwie grupy odbiorców. Jedna z nich to dzieci, które po seansie mogą złapać bakcyla i stać się kolejnym pokoleniem trenerów. Druga to dorośli już dziś fani serii, tacy jak ja, dla których film jest spełnieniem dziecięcego marzenia. Być może coś dla siebie znajdą tutaj także nienależący do żadnej z powyższych grup wielbiciele Reynoldsa. Jeśli nie zaliczacie się do żadnej z powyższych, dostaniecie jedynie przeciętną historię, która nie przybliży Was do zrozumienia fenomenu marki. Natomiast, jeśli macie w sobie chociaż małą nutkę nostalgii do kieszonkowych potworków, wybierzcie się na seans. Dostaniecie małą ucztę, na której będziecie się naprawdę dobrze bawili. Po Avengers i Johnie Wicku, jest to kolejna produkcja tego roku skonstruowana pod oczekiwania specyficznej grupy odbiorców. Jak dla mnie super; niech żyje 2019!


Recenzje

“Aladyn” – W obronie infantylności [RECENZJA]

Joanna Kowalska

Księga dżungli – odhaczone, Piękna i Bestia – odhaczone, Dumbo – odhaczone, a w końcu Aladyn – odhaczone. Maraton remake’ów klasycznych animacji Disneya trwa w najlepsze. Najnowsza produkcja hegemona wśród wytwórni nie jest jednak jedynie kolejną pozycją na liście „do zrobienia”. Niestety wielu osobom może się tak wydawać, a ich poglądy są, z drugiej strony, oparte na solidnych argumentach. Aladynowi, pomimo swojej skrajnej neutralności, udało się jednakże wnieść do kina coś więcej niż kolejną, „odświeżoną” wersję baśni dla dzieci.

Zobacz również: “John Wick 3”, czyli najlepsza część trylogii [RECENZJA]

Kolory prosto z Bollywood

Aladyn już w swojej oryginalnej odsłonie zdecydowanie wyróżniał się spośród reszty bajek Disneya. Co prawda powielał kliszę romansu między księżniczką a księciem, lecz fabuła rozgrywająca się na arabskich pustyniach to coś, czego próżno szukać wśród innych produkcji. Egzotyczna wręcz kultura tej części świata, niesamowite pejzaże oraz bardzo wyraźne podziały społeczne. Trzeba przyznać, że już samo „tło” sprawiało, że młode umysły rozbudzały się pod wpływem ciekawości. Kontrast a zarazem malowniczość scenerii to aspekty, które w najnowszym filmie nie uległy zmianie.

Aladyn
fot. Kadr z filmu “Aladyn”

Poczucie nieskończoności pustynnych piasków dodatkowo wzmaga wizualne doświadczenia. Natomiast umieszczone po środku „niczego” ogromne królestwo puchnące od przepychu, przywodzi na myśl tylko jedno – kino Bollywood.  Nie da się nie myśleć o Aladynie w tej kategorii, gdy w oczy biją jaskrawe kolory, a aktorzy błyszczą talentem w skomplikowanych i niesamowicie efektownych układach tanecznych. Co drugiej scenie towarzyszą znane z klasycznej bajki utwory muzyczne, wykonywane w „odświeżonych” aranżacjach (oraz nowa piosenka „Speechless”). Całość tworzy klimat niepowtarzalny, którego Aladynowi nawet najsurowsza krytyka nie odbierze.

W tym miejscu można by zacząć wymieniać techniczne błędy, które przydarzyły się filmowi. Nawet ogromna częstotliwość cięć nie potrafiła ukryć niedociągnięć w scenach dynamicznych, kiedy to animacja komputerowa musiała ściśle współdziałać z żywym aktorem. Zarzutem może być również to, że charaktery bohaterów animacji z 1992 roku nie zostały oddane w skali 1:1. Lista zapewne ulegałaby stopniowemu wydłużeniu w zależności od tego, jak bardzo uważny i dociekliwy jest widz. Nie da się jednak ukryć, że odbiór tego typu produkcji w dużej mierze zależy od innego czynnika – wrażliwości.

Daleko od naśladownictwa

Aktorskie wersje kultowych animacji Disneya mają stanowić powrót do lat dziecięcych. Nie są jedynie powtórką z rozrywki, zrealizowaną za ogromne pieniądze. Przywracają skrawki ukrytych głęboko w umyśle wspomnień, lecz składają się one w pewną innowacyjną całość, niczym puzzle. Dlatego też nie ma nic złego w tym, że przykładowo Will Smith nie jest tym samym Dżinem, któremu ponad 20 lat temu głosu użyczał wspaniały Robin Williams. Czas płynie nieubłaganie, a w kanon współczesnej popkultury wpisują się już zupełnie inne zjawiska.

Docelową grupą odbiorców Aladyna są dzieci, wychowane wśród nowoczesnych trendów. Czy to właśnie im produkcja przypadnie do gustu najbardziej? Owszem, ponieważ starszy widz przyzwyczaił się do odrębnych wizualizacji świata bajki. Pomimo tego film nie nudzi. Piękne dla oka i dopracowane w każdym szczególe kadry, w których non stop coś się dzieje, nie pozwalają oderwać wzroku od ekranu.

Aladyn
fot. Kadr z filmu “Aladyn”

Po prostu tańcz

W najnowszym Aladynie prym wiodą przede wszystkim dobra zabawa i subtelne przedstawienie moralizatorskiej puenty. Delikatny, wyważony humor przyjazny najmłodszym spodoba się fanatykom kina familijnego lat 80. i 90. Forma zdecydowanie góruje nad treścią, ale czy to naprawdę aż taka tragedia? Infantylność tego typu produkcji jest jak najbardziej uzasadniona. Nawet dzieci zasługują na odrobinę kompletnie niegroźnej rozrywki z delikatnym przekazem, skoro i tak muszą czerpać jakąś lekcję z każdego najmniejszego kroku.

Aladyn to film wykonany z niesamowitym przytupem. Lepsze i bardziej zasadne byłoby rozpatrywanie go w kategorii widowiska, którego zalety uwydatnia nie tylko scenografia, ale również bardzo udane kreacje aktorskie Naomi Scott oraz Mena Massouda. W najnowszej produkcji Disneya przewija się niesamowicie wiele talentów z różnych dziedzin sztuki, co rzadko można zobaczyć gdziekolwiek poza teatrem.

Zobacz również: “Oddech” [“Breath”] – Mentalista został surferem [RECENZJA]

Czasami wystarczy jedynie uruchomić swoje wewnętrzne dziecko, uśmiechnąć się i czerpać radość z każdego, nawet najbardziej infantylnego żartu. Nie ma się czego wstydzić. W kinie jest ciemno, a w razie czego zawsze można zrzucić winę na dziecko siedzące obok. Wystarczy jedynie dać się pochłonąć arabskiej nocy.


Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.