Recenzje

“Monsters and Men” – Errata nie przyjdzie łatwo [RECENZJA]

Szymon Pietrzak
Monsters and Men

Wbrew temu co sugeruje tytuł, w filmie Monsters and Men nie uświadczycie żadnych potworów. Mimo iż Reinaldo Marcus Green w swoim pełnometrażowym debiucie mówi o policyjnej brutalności, rasistowskim profilowaniu i nieuzasadnionym oddawaniu śmiercionośnych strzałów, to jednak po obydwu stronach barykady pokazuje przede wszystkim ludzi. Ludzi, którymi targają emocje, poczucie niesprawiedliwości, strach.

Zobacz również: “Oddech” [“Breath”] – Mentalista został surferem [RECENZJA]

Co do jednego, amerykański reżyser nie pozostawia wątpliwości – ukazana w filmie śmierć czarnego mężczyzny, podczas jednej z pozornie rutynowych kontrolii policyjnych, nie powinna się wydarzyć. Obiekcji co do tego faktu nie pozwala zostawić nagranie wykonane smartfonem przez jednego z głównych bohaterów, które najpierw przysporzy mu sporo problemów moralnych, a następnie stanie się zapalnikiem protestów ulicznych.

Monsters and Men
Monsters and Men

Reżyser Monsters and Men w pewnym stopniu stara się eksplorować te tematy, ale w momencie kiedy miałby się stać częścią dyskusji, wycofuje się. I nie jest to zarzut, bowiem twórca robi to w pełni świadomie. Zamiast stawać się kolejnym głosem w dyskusji – stara się stanąć trochę z boku i pokazać tę społeczną debatę samą w sobie. Pokazuje pokolenie, które jest szczególnie mocno nabuzowane politycznie, gotowe zaangażować się, wyjść na ulice, zrezygnować z własnego, względnie komfortowego życia, żeby opowiedzieć się za czymś ważnym, okazać solidarność, bo właśnie to dla nich jest moralne i prawidłowe.

W drodze do pokazania tego stanu rzeczy, dzieli swoją opowieść na trzy segmenty. W każdym z nich główną rolę gra członek mniejszości, pierwszy to wspomniany wcześniej autor nagrania – Manny – kochający, młody ojciec i mąż, mieszkający ze swoją rodziną i matką w jednym małym mieszkaniu, szukający pracy i ledwo wiążący koniec z końcem. Manny to dobry chłopak w niełatwej sytuacji życiowej, która zaczyna się polepszać w momencie, kiedy go poznajemy – właśnie znalazł pracę, a jego żona wkrótce skończy studia. I to właśnie w tym momencie w jego ręce trafia nagranie, za które on i jego rodzina znajdą się w niebezpieczeństwie.

Zobacz również: “Reformatorka islamu” – Z wysoko podniesioną głową [RECENZJA]

Drugim bohaterem jakiego poznajemy jest policjant z lokalnego posterunku. To jego kolega po fachu oddał strzał, a już w przeszłości miewał problemy z nieuzasadnioną brutalnością. Postawa Dennisa (W tej roli wybitny John David Washington) jest o tyle problematyczna, ponieważ sam pada na codzień ofiarą rasistowskiego profilowania policji – po tym jak zobaczył nagranie, zmaga się z ogromnym problemem moralnym – wie, że to co zrobił jego znajomy, powinno zostać ukarane. Z drugiej jednak strony, sam zostaje potraktowany jak człowiek należący do “układu”. Zaatakowany przez przyjaciółkę, która nie do końca rozumie jak ciężka i niebezpieczna jest jego praca, nie do końca wie jak zareagować, jak wytłumaczyć jej jego perspektywę.

Monsters and Men
Monsters and Men

Trzeci bohater to Zyric, obiecujący młody talent baseballu, który stoi przed podpisaniem wielkiego kontraktu. Stanowi on zupełne przeciwieństwo swojego ojca, który skonfrontowany z obojętnością na to co się dzieje na ulicach, sugeruje synowi, aby skupił się na swojej karierze, wyrwał się z miejsca, w którym jest – bo tam bez względu na wszystko wciąż będą ginąć ludzie. Dla młodego sportowca taka argumentacja nie jest wystarczająca, bo jego poczucie niesprawiedliwości jest zbyt silne – na tyle, że postanawia się zaangażować.

Każda z tych perspektyw jest równie ważna – każda zasługuje na swoją własną opowieść, ze wszystkimi jej odcieniami. Monsters and Men pozwala jednak sobie wrzucić te historie to społeczeństwa, w którym wszyscy wspólnie tkwimy. Może gdyby bohaterom udało się ze sobą porozmawiać, byłoby im łatwiej z tkwiącymi w ich głowach konfliktami? Cięzko bowiem samemu, reprezentując nie tylko siebie, ale też swoją rodzinę, przyjaciół, kolegów z pracy – dążyć do jakiegoś kompromisu.

Zobacz również: Mastercard OFF Camera 2019 – TOP 5 Konkursu Głównego

Te wszystkie dylematy moralne nie wybrzmiałyby tak mocno, gdyby nie świadoma kameralność dzieła. Reżyser pozwala sobie na momenty intensywne, żeby za chwilę spowolnić akcję, zamknąć kadr w ciemnym pokoju, pozwolić ekranowym rodzicom pobawić się z ich córeczką. Robi to, zeby pokazać życie, które bohaterowie mogą nieodwracalnie utracić.

To nie jest kino, które odmieni wasze życie, wskaże nowe perspektywy. To zaledwie krótki wycinek z życia trzech osób, którymi zatrząsnął jeden incydent. Monsters and Men nie wyciąga żadnych wniosków. To film skupiony na zbliżeniach ludzkich twarzy, czasem z trochę przesadnie dramatyczną muzyką, czasem dążące donikąd. Ale zawsze szczere, z każdą minutą pokazujące nowe odcienie przedstawianych postaci i sytuacji. Odnosi się przy tym bardzo błyskotliwie do naszej rzeczywistości, w której może czasem zbyt często jest “my kontra oni”, a zbyt rzadko jesteśmy my i errata naszych błędów.

Ocena

7 / 10
Recenzje

“Oddech” [“Breath”] – Mentalista został surferem [RECENZJA]

Maciej Kędziora

Było ich trzech, a w każdym z nich inna krew. Pikelet – zagubiony, przerażony życiem nastolatek, którego największym marzeniem jest przestać bać się zrobienia kolejnego kroku. Loonie – miejscowy rozrabiaka, który prawdopodobnie nie bałby się samego Boga stojąc z nim twarzą w twarz. Sando – lokalny Piotruś Pan, który odkrywa przed chłopakami Nibylandię surferskiego świata, tym samym uciekając od bolączek codzienności.

Zobacz również: “Asako. Dzień i noc” – Więcej niż japońska drama [RECENZJA]

Choć połączy ich miłość do tańczenia na falach, surfing stanie się czymś innym dla każdego z nich. Dla Pikeleta będzie codzienną walką z własnymi słabościami i wewnętrznym niepokojem związanym z ryzykiem kontuzji i trwałej utraty sprawności. Loonie w desce zobaczy powołanie, któremu poświęci resztę okresu dojrzewania – biorąc zarówno to co dobre (luz, afirmację życia) jak i to co złe (hasz, ignorancję obowiązków) ze środowiska. Dla Sando natomiast ważniejsza będzie więź jaką zbuduje z chłopakami, którzy nauczą go jak o kogoś zadbać w życiu.

Oddech
“Oddech”

Dla filmu natomiast surfing stanie się metodą medytacji i symbolem wyzwolenia. Każda sekwencja ujarzmiania żywiołu odzwierciedla różne emocje bohaterów – czasem będzie sposobem celebracji dorastania, czasem sposobem wyżycia się na świecie, który nie potrafi zrozumieć ich potrzeb. Szkoda tylko, że z czasem każda wyprawa nad wodę staje się wtórna, nawet mimo znakomitej strony technicznej, gdy każda ewolucja zapiera dech w piersiach.

Od połowy filmu następuje jednak zmiana narracji i od tego czasu na świat będziemy patrzeć głównie oczami Pikeleta, gdzieś na bok odrzucając wątek Looniego. Tu pojawia się pewien problem Oddechu – nasz główny bohater jest postacią dość… nijaką. Ta jego cecha świetnie kontrastowała z energicznością przyjaciela (momentami bardzo irytującego), kiedy jednak na jego barkach zaczęła spoczywać siła całej produkcji; to okazało się, że jego neurotyzm jest wyjątkowo nieznośny.

Zobacz również: “Gra o tron” – Koniec gry [Podsumowanie serialu]

Oczywiście Simon Baker nie zapomniał by w opowieść inicjacyjną wpleść wątki romantyczne. I o ile pierwsza relacja protagonisty to prawdopodobnie najgorzej napisany związek jaki widziałem w tym gatunku od dawna (nawet biorąc pod uwagę wszystkie C-klasowe filmy Netflixa), o tyle wątek opowiadający o romansie z Eve, partnerką życia swojego duchowego mentora, jest przykładem perfekcji dramaturgicznej. Każda scena między postaciami nosi w sobie tak wielki ładunek emocjonalny – od nienawiści, przez pożądanie, aż do fetyszystycznego wstydu – i jest tak znakomicie zagrana, że nie sposób wyjść z podziwu do uchwycenia ulotności napięcia seksualnego. Ważna jest także wątpliwość moralna całej relacji, która będzie podkreślana w każdej pojedynczej scenie i każdym zażenowanym wzroku Elizabeth Debicki.

Pozostańmy na chwilę przy Debicki, która po raz wtóry już udowadnia, że jest znakomitą aktorką. Tym razem jej Eva, pozbawiona możliwości uprawiania swojego powołania – jazdy na nartach alpejskich – staje się zgryźliwa i chimeryczna, ale zarazem poszukująca mocnych wrażeń. Jest w życiu naszego grzecznego protagonisty istną panią Robinson – pytanie tylko czy ta balansująca na granicy prawa i moralności relacja ma prawo przetrwać. Podpowiem – odpowiedź znajdziecie w oczach samej Debicki.

Oddech
“Oddech”
Zobacz również: “Film Pokémon: Wybieram cię!” – czyli Pikachu na nowo [RECENZJA]

Największą bolączką Oddechu jest jego nierówność. Czasem pojawi się fala wznosząca w postaci wątku Evy i początkowo przepięknych sekwencji sportowych, by potem dopadła nas flauta, której nie usprawiedliwia nawet chęć ukazania małomiasteczkowego marazmu. A szkoda, bo czuć emocjonalną więź łączącą Bakera z subkulturą surferów.

Niedociągnięcia treści próbują nadrabiać piękne widoki i szerokie kadry australijskich raf koralowych. Oddech wizualnie zachwyca – od ukazania wszystkich kolorów błękitu (hiperbolą nie będzie, jeśli stwierdzę, że woda z rzadka wyglądała na ekranie równie pięknie), przez wysublimowane kadry, aż do wykorzystania palety barw w sposób symboliczny – do oddania emocji poszczególnych postaci.

Baker osiągnął swój cel – stworzył dobry film o surferach. Szkoda tylko, że takich produkcji w ostatnich latach powstało multum – a Oddech łapie zadyszkę powtarzalności nie potrafiąc dodać do utartej opowieści niczego nowego. Może gdyby ta historia została przeniesiona na ekran w czasach surferskiego boomu byłaby odebrana lepiej? Ale cóż, podobnie jak bohaterowie i ja nie lubię gdybać.


Recenzje

“Asako. Dzień i noc” – Więcej niż japońska drama [RECENZJA]

Wiktor Małolepszy

Rok przyszło nam czekać na premierę najnowszego filmu Hamaguchiego. W momencie, gdy tegoroczny festiwal Cannes trwa w najlepsze, w polskich kinach pojawia się ostatnie z dzieł wyświetlanych podczas ubiegłorocznej edycji. Taki poślizg wcale nie dziwi – japoński romans w reżyserii twórcy stosunkowo nieznanego w Polsce raczej nie stanie się hitem nad Wisłą. Można jednak założyć, że odnajdzie on swoich wielbicieli. W końcu Asako. Dzień i noc jest filmem podejmującym temat tak aktualny dzisiaj, jak 500 lat temu – prawdziwej twarzy miłości i tego, co warunkuje ludzkie uczucia.

Zobacz również: “Reformatorka islamu” – Z wysoko podniesioną głową [RECENZJA]

Film rozpoczyna się nietypową, szczególnie dla zaznajomionych z awangardowymi korzeniami reżysera, sceną. Tytułowa bohaterka śledzi tajemniczego chłopaka po czym, bez zbędnych rozmów, łączą się w nakręconym w slow-mo pocałunku. Fajerwerki wybuchają tak jak uczucie Asako do – jak się okazuje później – Baku i dziewczyna przepada na dobre. Haruyo, najlepsza przyjaciółka, wprost oznajmia, że przystojniak złamie jej serce, lecz Asako nie widzi świata poza swoim nowym chłopakiem. Baku nie okazuje jednak zbyt wielkiego przywiązania do dziewczyny. Początkowo znika na całą noc, a pół roku później wychodzi kupić buty i nigdy nie wraca. Parafrazując Carly Rae Jepsen: I’m just goin’ to the store, you might not see me anymore.

Asako. Dzień i noc
Asako. Dzień i noc

Lecz, w przeciwieństwie do nieszczęśnika w piosence autorki Call me maybe, 2 lata później Asako ponownie spotyka Baku – a przynajmniej tak jej się wydaje. Nie mogąc wyrzucić z pamięci twarzy ukochanego, zdecydowała się na przeprowadzkę do Tokio. Tak jak wielu jej rówieśników uciekła z Osaki szukając nowego startu w wielkiej stolicy. I właśnie tam, w jednym z setki biurowców natrafia na Ryoheia – mężczyznę wyglądającego identycznie, jak wybranek jej serca. Z charakteru stanowi jego przeciwieństwo – ułożony, miły, wiecznie w koszuli pod krawatem – lecz widząc to, jak dziewczyna na niego patrzy od razu się w niej zakochuje. I chociaż udaje mu się zdobyć jej serce oraz zbudować szczęśliwą relację Asako wciąż w jego twarzy widzi Baku, co staje się szczególnie bolesne, gdy w Tokio pojawiają się cienie z przeszłości. Najpierw Haruyo, a potem On…

Zobacz również: “Sauvage” – Życzenie śmierci [RECENZJA]

Fabuła Asako. Dzień i noc może wydawać się uroczo młodzieżowo-dramowa, co wcale nie jest złym tropem. Film jest adaptacją książki Tomoki Shibasaki, która skierowana była właśnie do licealistów i innych czytelników gustujących w tego typu literaturze. Hamaguchi jednak, jak na doświadczonego artystę przystało, wynosi obiecujący setup poziom wyżej. W historii Asako, Ryoheia i Baku widzi szansę na stworzenie czegoś więcej niż tylko trójkąta miłosnego – chociaż nie zawsze efektywnie to artykułuje.

Uczynienie z głównej bohaterki Asako było odważnym posunięciem. Jest nieśmiała, zamknięta w sobie – doskonale widać to w niezręcznej/uroczej scenie, gdy Ryohei wyznaje jej miłość, a dziewczyna, zamiast spojrzeć mu w oczy, spuszcza wzrok. Jest to jeden z wielu momentów kontrastujących jej relacje z doppelgängerami. Miłość do Baku była silna, romantyczna i namiętna – nawet w momencie, gdy rozbijają się na motorze nie widzą świata poza sobą i zatapiają się w pocałunku. Związek z Ryoheiem oparty jest na stabilności. On kocha ją na zabój, ona – darzy go czułością, ale nie widać w jej oczach tego samego błysku, który zapalał się na widok chłopaka z Osaki. Ponadto, Asako głęboko w duszy chowa urazę do Baku i pragnie dowiedzieć się, dlaczego ją zostawił.

Asako. Dzień i noc
Asako. Dzień i noc
Zobacz również: “Gra o tron” – Koniec gry [Podsumowanie serialu]

Hamaguchi przetyka obraz wieloma akcentami, które upoetyczniają przedstawiony przez niego świat. Tajemnicze trzęsienie ziemi, zniknięcie Baku lub ponowne spotkanie Asako z przyjacielem z dawnych lat to momenty, które zostają w pamięci i wybijają się z melodramatycznej formy. Szczególnie ten ostatni, kiedy główna bohaterka poznaje swoją własną osobowość. Zauważa, że przez całe życie była egoistką – zamiast okazać czułość i współczucie koncentrowała się na własnych problemach – czym reżyser chce nie tylko skrytykować decyzje Asako, ale całego, zamkniętego w sobie japońskiego społeczeństwa. W ujęciu Hamaguchiego obywatele Kraju Kwitnącej Wiśni są zbyt mocno oddani rutynom oraz konwenansom. Konserwatywna Japonia to wciąż państwo, w którym panuje patriarchat, mężczyźni dominują w związkach, a kobiety fantazjują o gwiazdach z bilboardów. Oglądając film widzimy, jak protagonistka próbuje wyrwać się ze stanu quo i wziąć życie we własne ręce. Ostatecznie okazuje się to niemożliwe – jest zbyt mocno związana z dwoma mężczyznami o tej samej twarzy.

Relacji Asako z Ryoheiem Hamaguchi przeciwstawia związek Mayi oraz Kosuke. W jednej z najciekawszych scen w filmie – pierwszego spotkania pary – wywiązuje się między nimi kłótnia. Maya pokazuje znajomym nagranie z przedstawienia, w którym grała na co Kosuke reaguje bardzo krytycznie. Kompletnie nie podoba mu się gra dziewczyny i nieumiejętnie wyraża swoją negatywną opinię. Rzadki obraz w japońskim społeczeństwie – otwarta krytyka – w rzeczywistości okazuje się bardzo ożywcza, a para formuje szczęśliwy i udany związek. Reżyser wskazuje tutaj na potrzebę większej odwagi w kontaktach ze swoimi partnerami. Pokazuje, że najważniejsza jest otwartość i ufność do drugiej osoby. I szczerość – której brakuje Asako.

Asako. Dzień i noc
Asako. Dzień i noc
Zobacz również: Po co mi festiwale filmowe? [FELIETON]

Niestety, nie każda scena niesie ze sobą tak silny emocjonalny ładunek. Produkcja Hamaguchiego cierpi na nadmierną rozlazłość – akcja toczy się bardzo niespiesznie, a sama historia nie jest wystarczająco pojemna, żeby zmieścić się w dwugodzinnym metrażu. I chociaż pojawia się wiele momentów ocierających się o wybitność, zdecydowanie większa część akcji to przepełnione ekspozycją dialogi. Poza Asako próżno szukać tu postaci z krwi i kości. Baku i Ryohei – fantastyczne zagrani przez Masahiro Higashide – to klasyczne przeciwieństwa, które nie istnieją poza funkcją w filmie. Jej przyjaciele również pełnią rolę ust, które mówią, co tytułowa bohaterka czuje lub wydaje jej się, że czuje. Sprawia to wszystko wrażenie, jakby Hamaguchi nie do końca odnalazł się w formie i zabrakło mu inwencji, żeby nadać dialogom oraz postaciom wyraźniejszej osobowości.

Zachwyca natomiast muzyka. Świetne, cieplutkie ambientowe kolaże i citypopowe, wpadające w ucho melodie autorstwa tofubeats nadają filmowi potrzebnej mu często lekkości. Bo pomimo bycia adaptacją książki dla młodzieży, dzieło Hamaguchiego nie jest tak proste w odbiorze jak znane z Netflixa teenflicki. Jednak przy odrobinie skupienia, sporej dawce empatii oraz otwarcia na specyficzne zabiegi reżysera, Asako. Dzień i noc może okazać się przeuroczym i prowokującym do przemyśleń seansem. Szczególnie w ciepły majowy wieczór, w intymnej sali kinowej, z tą specjalną osobą w siedzeniu obok…

Ocena

6 / 10
Recenzje

“Film Pokémon: Wybieram cię!” – czyli Pikachu na nowo [RECENZJA]

Maja Głogowska
"Film Pokèmon: Wybieram cię!" mat. prasowe

Pisząc, iż Satoshi Tajiri był jednym z nas, naprawdę mam to na myśli. Przyszły twórca Pokémonów zajmował się przed ich powstaniem tworzeniem własnego fanowskiego magazynu o grach o nazwie Game Freak. Jednak im więcej o nich pisał, im bardziej wgłębiał się w temat, tym większą czuł irytacje (I feel you, Satoshi). Miał dość gier arcadowych, które wydawały mu się wtórne i chciał, by współczesne dzieciaki (aka dzieci lat 90’tych) mogły odczuwać wszystkie te odcienie radości co on, gdy jako mały chłopiec przeżywał swoje przygody. Takową było dla niego… Zbieranie owadów. 

Zobacz również: “Sauvage” – Życzenie śmierci [RECENZJA]

Właśnie tak powstał koncept gry Capsule Monsters, która dostała aprobatę od Nintendo mimo tego, że zarząd japońskiej korporacji najpierw pomysłu Tajiiri kompletnie nie rozumiał. Producent pracował nad nią aż sześć lat, w tym czasie zdążył przemianować swój tytuł na Pocket Monsters, które za oceanem przerodziło się zaś w Pokémony. Popularność gry rosła nie tylko w Kraju Kwitnącej Wiśni, ale i na całym świecie. Powstała manga o Ashu Ketchumie, później anime, które jest jej luźną adaptacją (po latach już całkowicie się rozjechały), a nawet prawdziwe Pokemon Center! To, zarówno w animacji, na papierze czy w grze stanowi jedną z najważniejszych części świata – w Japonii zaś są jednym z najpopularniejszych turystycznych punktów.

zdjecie autorstwa Amelii Krales

Zdaje się, że w Polsce kieszonkowe potworki nie miały takiej szansy na ewolucję (pun intended), jak w Kraju Wschodzącego Słońca. Myślę, że zwieńczenie ich sławy nastąpiło gdzieś między śmiercią Fox Kids, a tym, gdy do czipsów przestali dorzucać sygnowane marką Tajiriego tazosy. Gdybym miała zaś wyznaczyć moment w którym Pokemony wróciły do łask w Nowym Świecie to wskazałabym palcem na postać Yung Leana. Raper, który kilka lat temu pokazywał wszystkim, że fajnie być smutnym w swoich teledyskach i na zdjęciach powoływał się na bardzo specyficzną estetykę. Retro konsole stały się cool, Pokemony przestały być tylko geekowską zajawką, a każdy fan rapu chciał pić tylko wodę Fiji. 

Zobacz również: “John Wick 3”, czyli najlepsza część trylogii [RECENZJA]

Mogę teraz tylko snuć swoje domysły, ale myślę, że są dość trafne. Mamy fanów ekstremalnie przywiązanych do marki, z braku innego słowa – geeków. Oprócz tego mamy też grupę ludzi, którzy również kochają Pocket Monsters. Może w trochę inny sposób, może nie – ale teraz mogą się do tego przyznawać. Nie jest im wstyd, bo „Pokemońska” kultura przestała być ku temu powodem i nikt nie kojarzy jej tylko i wyłącznie z dziećmi. Zbieranie kart i przeszukiwanie szuflad rodziców w poszukiwaniu starego Gameboya stało się powodem do dumy. 

kadr z teledysku Yung Leana do piosenki “Hurt”

Amerykański rynek wyczuł, że nadeszła pora na ponowne wprowadzenie Asha Ketchuma do kin. Pierwszy raz od sześciu lat fani mogli obejrzeć jego próby zostania mistrzem Pokemon na wielkim ekranie, a i okazja nie była byle jaka. Film Pokemon: Wybieram cię to uhonorowanie okrągłej liczby pełnometrażówek ze stworkami w rolach głównych. Historia, która nie boi się uderzać w struny nostalgii, ale równoczesnie idzie też w stronę świeżości.

Produkcja jest luźną adaptacją pierwszego odcinka anime o tym samym tytule, ale jej akcja dzieje się w alternatywnym świecie. Tu Ash również zaspał w najważniejszy dzień dla młodego trenera Pokemonów – wybieranie swojego pierwszego pupila. Gdy dotarł na miejsce okazało się, że został już bez żadnej decyzji do wykonania, a w laboratorium profesora Oaka czeka na niego żółty, niesforny i niepasujący do tak młodego trenera Pikachu. Tu kończą się podobieństwa do pierwszego odcinka. Oczywiście pobudki Asha wciąż są takie same jak te sprzed dwudziestu lat, ale na swojej drodze wpada on na zupełnie innych ludzi i zupełnie inne Pokemony – choć te głównie zaczerpnięte są z klasycznej już generacji pierwszej i drugiej (czyli prawdopodobnie najbardziej znane Wam z anime). 

Zobacz również: Po co mi festiwale filmowe? [FELIETON]

Tu spotykamy się z pierwszą, wielką kontrowersją. Fani byli niemile zaskoczeni wymianą Brooke’a i Misty na nowych bohaterów, Sorrela i Verity. Muszę przyznać, że ja nie rozumiem skąd tyle ataków w stronę twórców ze względu na ową zmianę. Tak, w tej linii czasowej główny bohater jeszcze nie spotkał swoich klasycznych przyjaciół z pierwszych sezonów serialu, ale to wcale nie znaczy, że jeszcze ich nie spotka. Sorrel i Verity nie tylko pomogli Ashowi wyciągnąć inne lekcje niż te znane nam z historii o Brooke’u i Misty, ale nieco odświeżyli całą atmosferę produkcji zmuszając widza do ich analizy. Wraz z Ashem przyglądamy się niepewnej Verity i zastanawiamy nad jej rodzinnymi koneksjami i kibicujemy Sorrelowi w jego naukowej karierze. Nie są to postaci napisane tak dobrze, że nie mogą przejść w zapomnienie, ale jednocześnie nie są też kalką innych, znanych nam postaci. To wystarczy, by stanowili tło produkcji… 

“Film Pokèmon: Wybieram cię!” mat. prasowe

Tylko tło, bo przecież Pokémony i tak od zawsze stawiały na przyjaźń człowieka z kieszonkowymi stworkami. Muszę Wam przyznać, że ja nigdy aż tak bardzo nie odczuwałam ich cielesności i tego, że są faktycznym bytem jak w tej produkcji. Film korzysta zarówno z tanich sztuczek, znanych dobrze fanom „psiarskiego” kina, jak i z takich… No cóż, wciąż bardzo oczywistych jak na to co serwuje nam kino, ale przy tym dość ostrych jak na to uniwersum. Kieszonkowe stworki są tu bite i poniżane przez swoich panów. Jesli jesteście jednymi z tych ludzi, którzy nie mogą znieść śmierci pupila na ekranie czy ukazywania jego bólu w pełnej skali to zalecam przygotować na ten seans paczkę chusteczek. 

Zobacz również: “Cat Sick Blues”. Czy kot jest warty więcej niż ludzkie życie? – Recenzja [CAMPING #30]

Sama oś główna produkcji niestety zostawia widza bez posmaku satysfakcji na języku. Odbiorca bardziej angażuje się w historie Asha i Pikachu, zamiast skupić się głównym wątku produkcji, czyli poszukiwaniem jednego z legendarnych Pokemonów… Ale czy nie taki był zamysł twórców? W końcu od pierwszych kadrów animacji zderzamy się z Ashem i Pikachu, to właśnie skromna przyjaźń między bohaterami jest budulcem całego filmu. 

Pora na mały spoiler i omówienie drugiej, wielkiej kontrowersji. Hollywood przyzwyczaja nas do mówiącego Pikachu, ale nie zawsze było to coś tak logicznego jak teraz, gdy w postać elektrycznego Pokémona wciela się w Reynolds. To właśnie w tej animacji Pikachu po raz pierwszy przemówił ludzkim językiem i jest to… No cóż. Typowy segment rodem z japońskiej animacji. Nieco pretensjonalny w swej istocie, nieco zbyt łzawy, nieco zbyt naciągany i sprawiający, że widz przewraca oczami z myślą – przecież i tak wszystko będzie dobrze.  

Film Pokémon: wybieram ciebie to solidna animacja o kieszonkowych stworkach w roli głównej. Ma w sobie to do czego w tej serii miałam największą słabość – postacie. Przyjaźnie między Ashem, jego przyjaciółmi a ich Pokémonami są rozpisane bardzo realistycznie dzięki czemu w to anime można uwierzyć. Jednak to wcale nie oznacza, że zapadnie Wam w pamięci. Jest wręcz przeciwnie. Mimo tego, że to bardzo specjalny film dla historii Pokémonów, jestem przekonana, że finalnie nie będzie niczym więcej jak kolejnym (choć alternatywnym) segmentem tej długo opowiadanej historii. 


Gra o tronPodcasty o GOTRecenzje

“Gra o tron” – Koniec gry [Podsumowanie serialu]

Kamil Walczak
Gra o tron

Nareszcie koniec! Bez względu na to, co kto uważa o finałowym sezonie Gry o tron, każdy może odetchnąć i w końcu zabrać się za coś pożytecznego. Serio, wyjdźcie na dwór, poczytajcie Philippa Dicka, obejrzyjcie Czarnobyl (kolejne odcinki co wtorek na HBO), w ostateczności odświeżcie sobie książki Martina i czekajcie na Wichry zimy. Wielu z was zerwało nocki ze względu na poniedziałkowe premiery GoT. Sezon ósmy został oddzielony dwuletnią przerwą, ale poza tym w tej dekadzie co roku stawaliśmy się fanami politycznego, militarnego i obyczajowego starcia o Siedem Królestw, o Żelazny Tron, o Westeros. Gra o tron, co by o niej nie sądzić, wyznaczyła pewien kult oglądalności, którego skalę niełatwo będzie przebić w następnych latach.

Zobacz również: Osobną recenzję dla każdego odcinku serialu

Pozwoliłem sobie na tę sentymentalną podróż po to, by przypomnieć wam, że mamy do czynienia z całościowo naprawdę solidną produkcją fantasy, która, imperatywnie, dla każdego znaczy chociaż “coś”. Ale ta perspektywa nie usprawiedliwia zaserwowanego nam finału. Wręcz przeciwnie. Widzowie przerażającą większością wskazali, że sezon ósmy to po prostu kompromitacja.

Gra o tron
Gra o tron

Przypomnijmy, jaki był punkt wyjścia. Cersei przyobiecała dostarczyć posiłków Jonowi i Daenerys, Nocny Król przedarł się przez mur i kroczy na stolicę Północy. Oczekujemy na spotkanie z Armią Umarłych w Winterfell. Masa reunionów i spotkań. Kończymy pożogą Królewskiej Przystani (choć to i tak odchodzi w zapomnienie), morderstwem królowej i elektorskim wyborem Trójokiej Wrony. I wszyscy żyli w spokoju i szczęściu. Pamiętam, jak w pierwszym sezonie Ned Stark wypowiadał legendarną maksymę: Winter is coming. I oto nadeszła. No i już się skończyła.

Aby podsumować ten sezon w jednym słowie nie będę uciekał się do inwektyw czy bluzg. Wystarczy gorzkie: niesatysfakcjonujący. Stąd wzięły się dramatycznie niskie oceny na Rotten Tomateos, stąd powszechna dezaprobata wobec “dedeków” (D. Weissa i D. Benioffa). To fanowska frustracja, ale też zwykła gorycz porażki fabularnej, jaką okazało się zwieńczenie adaptacji Pieśni Lodu i Ognia (scenę nawiązującą do napisania tej książki trzeba przemilczeć).

Myślę, że można napisać wprost, że decyzje o rozwiązaniu konfliktu o Żelazny Tron czy Nocnego Króla były zbyt wątłe, niewydatne, w żaden sposób zaskakujące. I nie chodzi mi o zaskoczenie z kategorii Azor Ahai czy powrót Stannisa (choć to oczywiście pierwszorzędne rozwiązania). Ale tak nudne i przewidywalne rozwiązania nie mogły zaspokoić apetytu tych wszystkich, którzy czekali na legendarny epilog ulubionych wątków. No wiecie, cokolwiek innowacyjnego, coś, co jakoś wcześniej naznaczyło Grę o tron w popkulturze. Sprawy rozwiązano dość pospiesznie, bo ktoś uparł się przy 6 odcinkach w finałowym sezonie i skutki tego są opłakane.

Zobacz również: Po co mi festiwale filmowe? [FELIETON]

Nie chcę być populistą, ale są motywy, które wciąż próbuję wyrzucić ze świadomości, a one wracają jak bumerang. Może dlatego że jest w nich trochę prawdy. To kwestia bohaterów. Obserwujemy ich organiczny rozwój przez 7 bitych sezonów, kochamy ich, nienawidzimy, życzymy im śmierci albo tronu. Sympatia bądź antypatia wobec nich bierze się z tego, że zmieniają się oni na naszych oczach, że ich akcje mają konsekwencje, że podejmują oni w cholerę ciężkie decyzje, ale przez to są w pewien sposób wyjątkowi. I nie mitologizuję. Był przecież inteligentny i charyzmatyczny Tyrion, który dokładnie ważył jakość swoich słów, był doskonałym strategiem. Był Jaime, zeszpecony przez swoją dumę, który wstąpił na klasyczną drogę odkupienia i podążał nią, żałując bycia człowiekiem, który zrzucił Brana z tej przeklętej wieży. Była Cersei, zimna, wyrachowana, ale perwersyjnie i destrukcyjnie kochająca swoje dzieci i swojego brata.

gra o tron
Gra o tron

Wymieniłem tylko Lannisterów, ale przecież znalazłoby się ich więcej z innych rodów. Pluję do tego, że wszystkie te postaci zostały gdzieś zatracone, że to, co nas do nich pociągało, stało się iluzoryczne, sprzeczne, spiłowane (dokładnie w tej kolejności). W szerszym kontekście development bohaterów został skrócony lub wyrzucony do kosza, przez co, przynajmniej ja osobiście, nie potrafiłem z nimi być. Kolejne sceny, sekwencje, odcinki oglądałem bez namiętności i bez woli. Jeśli nikt mnie już tutaj nie trzyma, to dobrze, że mam to już za sobą.

Bezsprzecznie, punktem zwrotnym całego sezonu była bitwa ludzi z armią Nocnego Króla, czemu poświęcono cały trzeci odcinek. Przed tym mieliśmy do czynienia z dość kruchą kaskadą reunionów, spotkań, pożegnań. I choć od samego początku krytyczne głosy narastały, to pierwsze odcinki były pod jakimś względem neutralne, kontynuowały zeszłosezonowy ciąg zdarzeń, przygotowując nas na epickie starcie. Tu odgrzebany zostaje zarzut o fanservice ze strony twórców, o łatanie czasu ekranowego melodramatycznymi pustakami.

Zobacz również: Nasze podcasty o Grze o tron

Może i tak, choć antycypacja tej bitwy była jak najbardziej potrzebna, a dostarczyła nam ona konfrontacji postaci, które naprawdę nie widziały się przez wiele lat: łączą się wszyscy żywi Starkowie, Jaime spotyka swoją ofiarę, Sam wyznaje Jonowi, że ten był jego jedynym prawdziwym przyjacielem. Szczególnie wzrusza zwłaszcza powrót marnotrawnego Greyjoya, który w milczeniu wtula się w ramiona Sansy. To pokazało nam, jak trudne drogi musieli przejść bohaterowie, jak dzieci dorosły, jak starzy wymarli, jak wrogowie stali sie przyjaciółmi w obliczu cywilizacyjnego zagrożenia.

Momenty zachwytu to nocne spotkanie przy kominku, gdzie zgraja szlachetnych mężów Westeros, którzy jeszcze kiedyś służyli znienawidzonym stronom, opowiada dowcipy i piękne historie; Podrick śpiewa niewinnym głosem Jenny of Oldstones, niczym Pippin śpiewał ongiś Edge of Night; Jaime niespodziewanie nadaje Brienne godność rycerza. Trudno o nutę fałszu w pieczołowitości tego preludium wojennego. Ale nawet sama bitwa, mimo decyzji technicznych, jest dobrym widowiskiem, zwłaszcza jeśli spojrzymy na indywidualne wątki kolejnych bohaterów. Śmierć czy heroiczne przetrwanie jakiegokolwiek z nich jest niezłym katalizatorem głównych wydarzeń. Walka, przerażenie, odwrót. Powtórz.

Zobacz również: “John Wick 3”, czyli najlepsza część trylogii [RECENZJA]

I jeszcze jeden zachwyt. To Tyrion przechadzający się po zgliszczach Królewskiej Przystani. Tej samej, w której chodził na dziwki, używał życia i obmyślał dworskie fortele. Opuszczał to miasto w osobistej gehennie, mordując własnego ojca; przybywa do niego zmieniony, będąc tym razem, jak sądzi, po dobrej stronie. Ale stolica w tym momencie nie istnieje, została spustoszona, a on jako Namiestnik Królowej nie mógł nawet kiwnąć palcem. Przywołuję Tyriona, bo warto przypomnieć sobie, kim był, co zrobił, jak myślał. Jak od bycia pogardzanym karłem doszedł do tego punktu. Przywołuję Tyriona, bo mówiąc wprost, to jedyna postać, do której zachowałem całą moją sympatię, jakkolwiek nie stałaby się ona bezużyteczna. Nawet ósmy sezon nie mógł zepsuć tego, że to postać ikoniczna dla telewizji i dla filmu w ogóle; warto nie zapominać o tym, kogo wykreował fantastyczny Peter Dinklage.

Gra o tron
Gra o tron

Myślę, że nie ma tutaj potrzeby patrzenia na każdy element tego sezonu aż tak osobno: świetnie tę robotę wykonali moi koledzy i koleżanki z redakcji, analizując dzielnie kolejne odcinki. Zamiast tego spróbuję omówić problem holistycznie. Że nie zagrał scenariusz, to wiemy. Nie trzeba jednak szukać daleko, żeby stwierdzić, że coś więcej poszło nie tak. Śledząc wypowiedzi obsady o finałowych rozwiązaniach, można mieć poważne wątpliwości co do ich zadowolenia. Impertynencka wypowiedź Kita Harringtona o krytykach czy lekceważenie (aktor grający Brana) symbolicznej petycji fanowskiej z ostatnich dni wpasowują się w tę narrację.

Zobacz również: “The Act”, czyli serial o tragedii, która nie miała prawa się wydarzyć [RECENZJA]

Bez bazy Martinowskich książek walory konsystentnego uniwersum fantasy oklapły, zimne, polityczne wyrachowanie rozpłynęło się gdzieś na dobre. Przeogromna presja wywierana na współtworzących ten gigantyczny projekt okazała się ich przerosnąć. I nie chodzi nawet o to, że nagle wszyscy dramatyzują, bo wcześniej przecież też zdarzały się klapy ostatnich sezonów (niesławny przykład Dextera). Ale Gra o tron nie spadła z rowerka nagle. Po prostu za często się chwiała. Trudno się dziwić aktorom, że bronią produkcji HBO po jej zakończeniu, mało kto zdecydowałby się na votum separatum w takiej sytuacji (abstrahując od tego, że obowiązuje ich umowa i klauzula). Z perspektywy miesięcy, a nawet paru lat lepiej będzie nam oceniać telewizyjną wersję Pieśni Lodu i Ognia. Trudno dziś o trzeźwy osąd całości, ale zachęcam do takich refleksji.

Nie uważam, bym był jakimś wyjątkowym fanem Gry o tron. Ot, przez każdy premierowy poniedziałek odpędzałem się skrupulatnie od spoilerów, emocjonowałem się razem ze znajomymi, przewidywałem zabójstwa i śmierci, założyłem się kiedyś nawet o prawdziwe pochodzenie Jona Snowa (oczywiście przegrałem, bo nie czytam przecieków…). Żyłem jak każdy, to znaczy angażowałem się w tę podrasowaną zwyrodnialcami jesień średniowiecza. I naprawdę cieszę się, że miałem do tego okazję i że fenomen GoT powstał; stworzył kulturę ludzi, którzy może teraz nienawidzą “dedeków” i ich ostatecznego wkładu w rozwój serii, ale nie pamiętam kiedy ostatnio ktoś tak dużo mówił o rzeczach, których nie znosi.


Recenzje

“Reformatorka islamu” – Z wysoko podniesioną głową [RECENZJA]

Marta Ossowska

W większości religii kobiety stanowią grupę wykluczoną z pełnego uczestnictwa w życiu Kościoła, jednak to islam uchodzi za wyznanie najmocniej piętnujące płeć piękną. Zasłaniając swoje ciała i twarze muzułmanki dostosowują się do woli mężczyzn traktujących je jako grzeszne istoty, które nie mogą modlić się u ich boku. Powiew zmian powoli dociera także do kobiet Islamu, takich jak Sherin Khankan, która pragnie zreinterpretować Koran w duchu feministycznym. W filmie Reformatorka islamu obserwujemy początki działania pierwszego w Europie i nielicznego na świecie meczetu prowadzonego przez imamki.

Zobacz również: “Sauvage” – Życzenie śmierci [RECENZJA]

Gdy w pierwszych minutach filmu poznajemy Sherin – piękną, młodą kobietę – trudno powiązać ją ze obrazem typowej muzułmanki. Kobieta nie nosi hidżabu odsłaniając długie, lśniące włosy; lubi podkreślać swoją kobiecość nosząc dopasowane sukienki. Córka syryjskiego uchodźcy i fińskiej katoliczki została wychowana w Danii, nic więc dziwnego, że skandynawski feminizm odcisnął piętno na jej życiu. Gdy w 2015 roku postanawia założyć w Kopenhadze meczet Miriam, w którym razem z innymi kobietami będzie przewodniczyć modlitwom, wzbudza niemałą sensację. Mimo że z teologicznego punktu widzenia Koran nie zabrania kobietom przewodnictwa duchowego (jedna z żon Mahometa była imamką), ruch Sherin jest kontrowersyjny także dla lokalnych muzułmanów. Świetnie obrazuje to scena po spotkaniu na uniwersytecie, gdy grupa młodych mężczyzn ustawia się w kolejce do dyskusji twarzą w twarz, aby udowodnić jej jak błędnie rozumie nauki islamu.  

“Reformatorka islamu”, mat. prasowe

Początki nowego zgromadzenia przepełnione są entuzjazmem jego założycieli, w gronie których znajdują się także dwaj panowie. Jako kolektyw ustalają zasady swojej działalności, ale rosnące zainteresowanie mediów doprowadza do pierwszych konfliktów.  Khankan jest interesującą liderką w oczach dziennikarzy – została okrzyknięta przez BBC jedną ze stu najbardziej wpływowych pionierek na świecie –  ale jej kolegom zaczyna przeszkadzać fakt, że kobieta samodzielnie wypowiada się w ich imieniu. Co prawda zachowanie Sherin nie wskazuje na jej próżność, a raczej głęboką wiarę w możliwość reform, tym samym natężenie jej występów w mediach i na konferencjach ma na celu zbudowanie społeczności wokół jej meczetu. Niestety ego współzałożycieli ruchu wygrywa.

Zobacz również: Po co mi festiwale filmowe? [FELIETON]

Dokument Marie Skovgaard stara się być jak najbardziej uczciwy wobec głównej bohaterki, przez co popada w sidła poprawności. Sherin nie dzieli się z widzami szczegółami swojego prywatnego życia, które popchnęły ją do założenia meczetu. Tylko w dwóch scenach pojawiają się jej rodzice – w tym ojciec szczególnie wspierający ją w roli imamki – oraz dzieci. Kobieta wspomina, że ceną jaką przyszło jej zapłacić za przyjęcie nowej roli życiowej był rozwód. Reżyserka nie pociąga tego tematu, podobnie dzieje się w sytuacji odejścia członków zarządu oraz gróźb, które Khankan otrzymuje za pośrednictwem mediów społecznościowych. Pomimo tego nie ma wątpliwości, że założycielka meczetu swój wybór opłaca samotnością.  

“Reformatorka islamu”, mat. prasowe

Sporo uwagi w filmie poświęcono problematycznym zagadnieniom, które meczet Miriam interpretuje według nowych zasad. Dotyczy to kwestii ślubów międzywyznaniowych, które powszechnie są uznawane w przypadku muzułmanów oraz kobiet innej wiary, lecz w drugą stronę są one zakazane. Sherin bez cienia wątpliwości rozpoczyna udzielanie ślubów muzułmankom i ich innowiernym partnerom, wbrew głosom sprzeciwu jej kolegów z meczetu. Drugą sprawą są rozwody religijne, które według umowy małżeńskiej są dopuszczalne wyłącznie za zgodą mężów. W tej kwestii imamka także nie zostawia innych kobiet bez pomocy. Granica pojawia się dopiero w momencie prośby o udzielenie ślubu parze homoseksualnej, choć i w tej chwili kobiecie ciężko podjąć decyzję o odmowie. Pokazuje to jej zachodni styl myślenia, gdzie tolerancja i otwartość na inność są wynikiem wychowania. 

Próba przedstawienia złożoności tych problemów mogłaby być jeszcze ciekawsza, gdyby reżyserka uwieczniła na taśmie filmowej spory teologiczne pomiędzy członkami meczetu Miriam. Koniec końców Reformatorka islamu jest bezpiecznym obrazem portretującym przełom w siermiężnym, religijnym kręgu, co pozostawia widza z poczuciem niedosytu. 


Recenzje

“Sauvage” – Życzenie śmierci [RECENZJA]

Albert Nowicki
Sauvage

Kino francuskie utożsamiane jest często z pewnym dyskretnym urokiem − ma być pełne zmysłowych bodźców, wyszukane, przy tym zwiewne i delikatne jak croissant. To, oczywiście, tylko jedna strona medalu, bo typowe dla francuskich filmów są też ucieczka przed cenzurą, rozluźnienie rygorów obyczajności czy wreszcie eskalująca brutalność − znak firmowy Gaspara Noégo, spójnia tzw. „Nowej Ekstremy”. Sauvage zdecydowanie bliższy jest drugiej z tych kategorii; ma w sobie − zgodnie z tytułem − dzikość, jakiej reżyserowi pozazdrościłby już nie tylko Noé, ale Korine i von Trier razem wzięci. To film opowiadający o pierwotnych popędach i instynkcie śmierci, o zdobywaniu życiowej swobody kosztem własnej godności. Nie ma tu miejsca na zbędne sentymenty − większość wydarzeń z życia głównego bohatera to walka o przetrwanie.

Zobacz również: “John Wick 3”, czyli najlepsza część trylogii [RECENZJA]

Sauvage stanowi pełnometrażowy debiut reżyserski Camille’a Vidala-Naqueta, który przez trzy lata spotykał się z męskimi prostytutkami, badając ich teren i prowadząc wywiady. W ten sposób narodził się fikcyjny Léo − sprzedający swoje ciało dwudziestodwulatek, mieszkający na ulicach Strasburga. Grany przez Féliksa Maritauda chłopak nigdy tak naprawdę nie zostaje nazwany po imieniu, a jednemu ze swoich klientów mówi wprost: „zwracaj się do mnie, jak tylko chcesz”.  Léo nie wie dużo o świecie: kiepsko czyta, nie potrafi rozpoznać symptomów swojej choroby, a gdy od kolegi po fachu dostaje skradziony telefon, wyznaje, że dotąd żadnego nie miał. Nie miałby też do kogo zadzwonić, bo jego życie kręci się wokół Ahda (Éric Bernard), nieco starszego żigolaka o zawadiackim błysku w oczach. Léo lubi uprawiać seks za pieniądze i nie przeszkadza mu zasypianie pod gołym niebem. Do pełni szczęścia brakuje mu tylko odwzajemnionej miłości Ahda. Niestety, ten wiąże się z bogatym sponsorem.

Sauvage

Ahd określa swoją orientację jako heteroseksualną, co może być prawdą, lecz wcale nie musi. Obaj mężczyźni potrzebują się nawzajem: starszy jest dla młodszego opiekunem, przybiera postawę ojcowską, a niekiedy pozwala mu zasnąć na swojej piersi. Choć nie brak w tym specyficznym związku agresji, a Léo kilkukrotnie słyszy, że nie znajdzie w przyjacielu stałego partnera, bohaterowie zdają się być najszczęśliwsi wtedy, kiedy spędzają czas razem. Obaj są dla siebie opoką − nie leży to tylko po stronie beznadziejnie zakochanego Léo. Drastyczne zmiany przychodzą wraz z chwilą, gdy Ahd poznaje sugar daddy’ego, a drugi z protagonistów nie umie zaakceptować, że zakończył się pewien rozdział. Naturalna ulotność uczuć jest dla chłopaka niezrozumiała, a smutek po odejściu ukochanego doprowadza go do wewnętrznej ruiny.

Zobacz również: Po co mi festiwale filmowe? [FELIETON]

Przyglądamy się stopniowej degradacji pięknego, pełnego romantycznych zapędów człowieka. Léo dla pieniędzy zrobi wszystko. Najbardziej szokuje jego spotkanie z parą znudzonych sobą gejów. To moment prawdziwie sadystyczny, bo wzięty z ulicy chłopak jest dla nich przedmiotem perwersyjnej zabawy − w dosłownym tych słów ujęciu. Klienci penetrują desperata ekstremalnych rozmiarów zatyczką analną, wymuszając na nim jęki rozkoszy. Po sprawie zaś nie płacą mu wcale, bo „kiepsko się kurwił”. Głęboko pod skórę dostaje się scena, w której widzimy Léo śpiącego na krawężniku − nie zatrzymuje się przy bezdomnym żaden z wielu przechodniów. Warto dodać, że nie zostaje bohater całkowicie niezauważony. Pewien rodzaj czułości okazuje mu choćby Mihal (Nicolas Dibla) − zaradny i pomocny Rumun, również prostytuujący się w Strasburgu. Léo zdaje się nie dostrzegać ani aktów jego dobroci, ani mało subtelnego flirtu, bo w głowie wciąż dźwięczy mu imię innego mężczyzny.

W „Moim własnym Idaho” − chyba najlepszym filmie Gusa Van Santa − wykorzystany został podobny motyw niespełnionego związku. Vidal-Naquet z pewnością widział tę pozycję i co nieco z niej zaczerpnął. Miłość Léo do Ahda jest o tyle prawdziwa, że pozostaje w komitywie z melancholią. Dla Ahda jest tylko przystanią w najtrudniejszych czasach − to bowiem facet dążący do stabilizacji, szukający nowych rozwiązań, intratnych planów na życie. Léo nie do końca te potrzeby rozumie, bo żyje z dnia na dzień, balansuje na krawędzi przepaści. Zbawienie widzi tylko w Ahdzie, a bez niego coraz bardziej się zatraca.

Zobacz również: “Cat Sick Blues”. Czy kot jest warty więcej niż ludzkie życie? – Recenzja [CAMPING #30]

Szalenie intensywna jest rola Maritauda, którego widzieliśmy już między innymi w „120 uderzeniach serca” czy „Jonasie”. Odtwórca staje się odgrywaną przez siebie postacią: bije od niego rozpacz, żaden gest, żaden przejaw emocji nie wydaje się oszukany. Gdy upokorzony Léo słania się, rozwibrowany z nerwów, próbujemy okiełznać własne odruchy − umiejętność do wywołania w widzu złości, frustracji czy współczucia to cecha wielkiego aktora. Występ Maritauda robi wrażenie także dlatego, że główny bohater Sauvage to ciekawe indywiduum: postać impulsywna i nieokrzesana, o autodestrukcyjnych skłonnościach, chwiejąca się na marginesie społeczeństwa, ale nieszukająca ratunku.

Sauvage

Léo często pokazuje, co tak naprawdę czuje; jest z jednej strony twardym ulicznikiem, z drugiej zaś typem niekochanego wrażliwca. Płacze, gdy psychicznie jest u kresu wytrzymałości. Przytula nie tylko sympatycznego starca − swego „interesanta”, ale też działającą non profit lekarkę, gdy ta uważnie osłuchuje jego płuca. Świetnie sfotografowano scenę klubową, w której chłopak tańczy półnago tuż obok Ahma. Euforia miesza się z tragedią, każde dotknięcie czy namiastka pocałunku to boleśnie sprzeczny sygnał. Agresywne, epileptycznie migające światła raz przykrywają, a raz ukazują twarz, na której pot przecina łzy, i która chowana jest w rękach, jakby na znak chwilowej kapitulacji. Zdjęcia w Sauvage w ogóle są rewelacyjne, bo kamera jest ruchoma i zawsze znajduje się w pobliżu protagonisty. Ujęcia z ręki świadczą o dokumentalnej autentyczności, potęgują intymność doznań.

Miłośnicy dobrze zarysowanych character studies nie powinni długo zastanawiać się nad wizytą w kinie: Sauvage to film, który zwyczajnie trzeba zobaczyć. Niech o jego świetności świadczy fakt, że, poza klasykiem Van Santa, przypomina jeszcze „Nie całuję” André Téchiné’a oraz „Mężczyznę zranionego” w reżyserii Patrice’a Chéreau.


CampingPublicystykaRecenzje

“Dead of Night” aka “Deathdream” – Recenzja [CAMPING #31]

Albert Nowicki
Dead of Night

W bujanym fotelu siedzi dwudziestojednolatek. Jest apatyczny, zahipnotyzowany pustą przestrzenią, pozbawiony życia − zresztą w dosłownym tych słów znaczeniu. Andy (Richard Backus) właśnie wrócił z frontu i wydaje się doszczętnie wypalony. Jego rodziców poinformowano, że syn został rozstrzelany przez Wietnamczyków, jednak nazajutrz dochodzi do cudu, a chłopak staje w drzwiach, jak nowo narodzony. Choć witany jest jak bohater, Andy’ego nie przepełnia patriotyczna duma − młody żołnierz nie czuje w zasadzie nic, sprawia wrażenie skostniałego i oziębłego. Posługuje się tylko językiem milczenia. Odgłos starego krzesła, które kołysze się na skrzypiących biegunach, doprowadza do szału głowę rodziny; ognisko domowe powoli gaśnie, a tłamsi je emocjonalna martwica Andy’ego.

Zobacz również: “Cat Sick Blues”. Czy kot jest warty więcej niż ludzkie życie? – Recenzja [CAMPING #30]

W „Dead of Night” − pierwszym cenionym filmie Boba Clarka − ukazany zostaje stadialny rozpad amerykańskiej rodziny. Brooksowie popadają w obłęd i uzależnienia (od alkoholu czy ślepej wiary), bo Andy powraca z Wietnamu nie jako wyidealizowany chojrak o wiecznie podniesionej głowie, a jako żywy trup, który budzi przerażenie samą aparycją. Chłopak zmaga się nie tylko ze zgasłym pulsem, ale przede wszystkim z pourazowym stresem, który pcha go prosto ku zatracie.

Dead of Night

Postradawszy poczucie tożsamości, Andy miota się nocą po mieście, wypatruje pożywki dla destrukcyjnych instynktów. Jak wielu wojskowych po bitewnej traumie, ukojenia szuka u boku strzykawki; jego nałogiem nie jest jednak heroina, a ludzka krew (à la „The Addiction” Abla Ferrary). Clark nigdy nie wyjaśnia, co uczyniło z żołnierza zombie − w końcu zakończenie wojny wietnamskiej przyniosło Amerykanom więcej pytań niż odpowiedzi. W słowa nie zostają ubrane wewnętrzne konflikty Brooksów − w tym Andy’ego, jako sfatygowanego weterana − ani społeczne niepokoje, które ogarnęły Stany na początku lat 70. „Dead of Night” to film antywojenny, ale niezwykle subtelny, chwilami nawet wyrafinowany.

Sąsiedzi Andy’ego nie wiedzą, a może nie chcą wiedzieć, że w Wietnamie chłopak co rusz stawał twarzą w twarz ze śmiercią. Jedynie miejscowy listonosz (Arthur Anderson) nie tkwi w stanie głębokiego zaprzeczenia: sam jest weteranem wojennym i zna horrory z placu boju. Wpojono w „Dead of Night” pacyfistyczne doktryny; Clark ewidentnie potępia ideę konfliktu zbrojnego. Pop pręgierzem ustawia też samych Brooksów: ich obraz zostaje w filmie wypaczony, obnażane są hipokryzyjne zapędy każdego z domowników, zwłaszcza ojca-alkoholika. To Charles (John Marley) wysłał swojego pierworodnego do wojska, bo nie chciał, by wyrósł na „synka mamusi” (w myśl zasady, że tylko ciskanie amunicją we wroga uczyni z chłopca „prawdziwego” mężczyznę).

Zobacz również: Po co mi festiwale filmowe? [FELIETON]

Uderzająca jest scena, w której upiornie blady Andy sugeruje, że naprawdępoległ na froncie, a skonfundowani Brooksowie zaczynają śmiać się do rozpuku. Zbliżenia na rozbawione twarze ujawniają, że za każdym okrzykiem radości kryje się teatralna sztuczność; że uśmiech to maska, zasłaniająca niepewność, konsternację, może nawet obawę. Śmiech to kamuflaż, a salon rodzinny staje się polem emocjonalnej szarpaniny − której drastyczność będzie się nasilać wraz z upływem kolejnych dni.

Dead of Night

Rola Backusa wydaje się „niedograna” i, nomen omen, trupia, ale to część głębszego spektaklu. Na pewno tworzy aktor kreację bardzo stoicką. Jego spojrzenie niby jest martwe, ale kryje się w nim przenikliwa nienawiść do otoczenia. Backus nie mówi wiele, lecz jego złowróżbne milczenie wyraża więcej niż tysiąc słów − występ ożywi w Was wspomnienia „Frankensteina”, a już na pewno niewypowiedzianej melancholii, jaką wykrzesał ten film w Borisie Karloffie. Niemal werterowska jest sekwencja finałowa, w której gnijący Andy znajduje ukojenie na cmentarzu. Chłopak marzy o samozniszczeniu: nie bacząc na matczyne łzy, wykopał już nawet własny grób, bo wie, że tylko zakopany pod ziemią dozna spokoju.

Zobacz również: “John Wick 3”, czyli najlepsza część trylogii [RECENZJA]

Nie brakuje w „Dead of Night” ciekawych zagrywek operatorskich, zabaw z ogniskiem i kątem obiektywu oraz umiejętnego manewrowania cieniem. Wyborna jest sekwencja, w której matka (Lynn Carlin) siedzi w przyciemnionym pomieszczeniu i modli się o powrót syna z wietnamskiego piekła (Clarka wyraźnie zainspirowała nowela W. W. Jacobsa „The Monkey’s Paw”, która spopularyzowała frazę „uważaj, czego sobie życzysz”). Christine trzyma w dłoni zapaloną świeczkę, której płomień powoli i efektownie przeinacza się w przednie światła ciężarówki − siedzi w niej, oczywiście, wpółmartwy Andy. Ujęcie rejestrowane z perspektywy syna wracającego do domu pod osłoną nocy musiałodać Carpenterowi impuls do nakręcenia identycznej sceny w młodszym o kilka lat „Halloween”. Co ciekawe, bardzo podobny do kinowego plakatu „Dead of Night” (1974) jest kolorowy poster, który promował „Świt żywych trupów” (’78) w krajach anglojęzycznych.

Jeśli intrygują Was horrory o patologiach amerykańskiego społeczeństwa lub zgrabne filmowe metafory w ogóle, po seansie „Dead of Night” obejrzyjcie też „Martina” w reżyserii George’a Romero − gdzie to wampir, nie żywy trup, musi odnaleźć się w brutalnym świecie osób śmiertelnych.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.