Recenzje

“Ja teraz kłamię” – Klimat, muzyka, zdjęcia [RECENZJA]

Kamil Walczak

Nie będę kłamał, na film poszedłem z czystą kartą. Żadnych zwiastunów, żadnych opinii, przez głowę przeszły mi tylko jakieś cyferki na Filmwebie, ale na to i tak się nie zwraca uwagi. O Ja teraz kłamię słyszałem tylko przecieki z planu, gdzie było podobno niemałe zamieszanie związane z trzydziestoosobową orgią. Miałem to i kilka zdjęć sprzed paru miesięcy. Ja byłem gotowy, ale gorzej z filmem.

Już pierwsze spojrzenie przykuwa coś tak głęboko nieprzystającego do naszego nadwiślańskiego kurortu filmowego. To wyjęta spod powszechności estetyka, prawdziwy styl. Jest to, co prawda, styl retro tandety, wskrzeszonych lat 80., świecących orgiastycznie neonów i futurystycznych fantazji, ale… gdy o tym piszę, to brzmi przecież epicko. Bo kiedy ostatnio mieliśmy do czynienia z polską dystopią z prawdziwego zdarzenia? Powiedzieć, że w Seksmisji to pewnie ignorancja, ale taka jest ogólna świadomość. Film Pawła Borowskiego naprawdę zbudowany jest z godną podziwu pieczołowitością, zadbaniem o małe świecidełka, przechodzące pojęcie kiczu stroje i stroiki, wąsy i wąsiska. Puszczone przez taki pryzmat Katowice to pożywka dla oczu i po prostu kawał dobrej roboty. Czepiam się tego, że nie zbudowano tutaj koherentnej, dystopijnej wizji, a za kostiumami i drobiazgami nie zawsze nadąża miejska topografia. Z drugiej strony, gdy popatrzę na imidż Roberta Więckiewicza czy Adama Woronowicza, to chyba jednak było warto.

Tym bardziej mając to na względzie, nieodparcie przytłacza rozlazłość tej fabuły. Akcja skupia się niby na telewizyjnym show pt. “Konfesjonał Gwiazd”, gdzie protagoniści, Celia, Mat i Yvonne zwierzają się widzom ze swoich tajemnic. Jeśli zdobędą posłuch publiki, zgarną tak potrzebne im pieniądze. Jednak przez większość czasu ich losy skupiają się na retrospektywnym śledztwie i kulisach powstawania nowego filmu Mata. Z uwagi na równorzędność bohaterów zostają nam przedstawione 3 perspektywy zdarzeń. Ale nie ma co liczyć na jakieś Rashōmon. Często są to te same sceny, utrwalone przez montaż dwa razy, a intryga właściwie sama się rozwija i wyjaśnia. Zanim Borowski pozwoli się wam połapać w tym galimatiasie, już zwija biznes i załatwia na dodatek ryjące banie zakończenie.

Zobacz również: Recenzję filmu “Petra”

Owo zakończenie jest podobno asumptem do dyskusji na temat dzisiejszych mediów, tego, jak widz jest postrzegany i na ile jesteśmy w stanie uwierzyć w autoprojektowany obraz celebrytów i tabloidów. No wiecie, fake newsy, postprawda i inteligentna gra z widzem. Będę mocno próbował w to uwierzyć, ale na razie mi nie wychodzi. Fabuła nie jest bowiem jakimś pretekstem, a cały ten Konfesjonał Gwiazd właściwie się do niej wpasowywał. Nad bohaterami wiszą jak chmury nieustępliwi paparazzi, a gwiazdy próbują odpędzić się od brukowców węszących ich sekrety – ale to zaledwie tło, jakiś motyw, a nie poszukiwany-nieodkryty komentarz polityczny.

Mimo zdawkowej nudy i sporadycznej monotoniczności, narracja nie wypada tak słabo. Noirowa konwencja, zacieranie się znanych nam intencji bohaterów samo w sobie jest ciekawe, a opowiadanie obrazem Arkadiusza Tomiaka wprowadza nas w ten piękny świat przez efektowne neonowe kadry i sycące oko iluzje optyczne. Nie mogę przesłodzić, bo czasem to “efektowne” przechodzi w “efekciarskie”, a tricki na widzach zapodziewają gdzieś swój sens. Lecz to dalej bardzo solidna robota, na którą aż miło patrzeć.

Ja teraz kłamię może poszczycić się plejadą gwiazd w swojej obsadzie. Poza głównymi rolami Mai Ostaszewskiej, Rafała Maćkowiaka i Pauliny Walendziak pojawia się też władcza Agata Buzek, jej poplecznik Adam Woronowicz, menadżer Robert Więckiewicz, menadżerka Joanna Kulig czy biznesmen Jacek Poniedziałek. Szwenda się tu gdzieś nawet Janusz Chabior i Marian Dziędziel. Niestety aktorzy za wiele nie wnoszą, a ich drugo- i trzecioplanowe role często sprowadzane są do paru dialogów i lepiej sprawdzają się jako element scenografii niż postacie z krwi i kości. Znajduje się za to miejsce dla wymuszonych bluzgów i niespodziewanych negliży, o które nikt nie pytał. Wspomnianej na początku sceny orgii też się dopatrzycie. Po co? To zapewne komentarz na współczesne tabloidy, które łakną seksu, przemocy i narkotyków. Ale to chyba nie komentarz z tego filmu.

Zobacz również: Recenzję filmu “Anna” Luca Bessona

Po seansie odpaliłem parę razy zwiastun i wtedy przypomniałem sobie motyw muzyczny. Ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Adama Burzyńskiego to bodaj największe zaskoczenie w tym przypadku. Absolutnie klimatyczne elektroniczne bity, mi osobiście skojarzyły się z retrofuturyzmem Die Mensch-Maschine Kraftwerku. Tak czy siak, to mokry sen wszystkich tych, którzy marzą o dobrej polskiej muzyce filmowej. Wespół ze znakomitymi zdjęciami i scenografią, zbudowana została prawdziwa aura sensacyjnego sci-fi. A to zasługuje na: Wow!

Ja teraz kłamię

Choć scenariusz jest schorowany, a fabuła rozlazła, mam ochotę pójść na Ja teraz kłamię jeszcze raz. Ten masochizm można wytłumaczyć ekspresowo – to jednak dobre polskie kino. W granicach stylowej tandety; futury, na którą nas stać. Nie bez kozery zamykam to w maksymie: Klimat, muzyka, zdjęcia. Z pewnością jest tutaj więcej do odkrycia, ale dla artystycznego i własnego bezpieczeństwa zostawię to odłogiem. Może lepiej szczycić się, że mamy polskie Oczy szeroko zamknięte, Blade Runnera, Donniego Darko i tak dalej…

Ocena

6 / 10
Podcast

Złodzieje Rowerów #16 – “Euforia” po dwóch odcinkach [PODCAST]

Marcin Kempisty

W dzisiejszym odcinku Marcin skupia się na dwóch pierwszych odcinkach serialu Euforia. Jego zdaniem, to największe serialowe rozczarowanie tego roku. Dlaczego? Przekonajcie się w krótkim nagraniu!


Zobacz również: Pozytywną recenzję Euforii od Szymona!


P.S. Odtwórz i subskrybuj nas na: iTunes, Android, SpotifyRSS lub YouTube!


 

Publicystyka

Filmawka na festiwalu Młodzi i Film w Koszalinie [RELACJA]

Martin Reszkie
Młodzi i Film

Festiwal Młodzi i Film 2019. Osiem godzin drogi nigdy nie brzmi dobrze, szczególnie w fazie planowania. Ale cóż, czego się nie robi dla klimatyzowanej sali kinowej, gdy na zewnątrz temperatura zbliża się do poziomów absurdalnych. Koszalin powitał mnie swoim pięknem i typowo nadmorskim upałem. A zestaw akredytacyjny stosem zaproszeń na przeróżne eventy i wydarzenia. Powiem szczerze – przeraziłem się wtedy bardziej niżbym się tego po sobie spodziewał. Bo przecież tu jestem, żeby oglądać filmy, prawda? Całe mnóstwo filmów.

Młodzi i Film
Oficjalna torba Festiwalu Młodzi i Film 2019 z naniesionym plakatem tegorocznej edycji.

Właśnie, filmy. Pękający w szwach program festiwalu wręcz prosił o nabycie umiejętności bilokacji. Bo jak inaczej rozwiązać problem seansu nakładającego się ze spotkaniami po poprzednich filmach? Nie mam pojęcia, więc zazwyczaj zagryzałem zęby i czekałem na następną okazję.

Jesteśmy też na Facebooku, polub fanpage Filmawki

A okazji było mnóstwo. I za każdym razem żałowałem, gdy takowa okazja mnie ominęła. Z czasem jednak przestałem przejmować się utratą szansy na poznanie pełnometrażowego debiutu. Dlaczego? Bo to krótki metraż jest sercem tego festiwalu. Powiedzieć, że Koszalin przez kilka dni oddychał tymi 65 produkcjami różnej długości i jakości, to ogromne niedopowiedzenie. Takowy format daje szansę na twórczą odwagę, na pytania i odpowiedzi, na które nie można pozwolić sobie nigdzie indziej. Mają w sobie także odrobinę kinowej magii – związane jest to ze stosunkowo niewielką szansą na ponowne zapoznanie się z obrazem. Odczucie niedosytu po jednym seansie zachęca do ponownego zanurzenia się w świat kreowany na wielkim ekranie, skutkiem którego jest poczucie wyjątkowości. To nie jest film, który możesz zobaczyć w każdym kinie przez miesiąc od premiery. Liczy się jedynie tu i teraz, napierające na widza nie tyle z powodu presji, co z powodu wyjątkowości i niepowtarzalności zbliżającego się przeżycia. Oczywiście – były debiuty lepsze i były gorsze, jednak krótkometrażowe produkcje mają to do siebie, że chociaż niewiele trwają, na długo pozostawały w mojej pamięci.

Zobacz także: “Eastern” – Tutejszy dziki wschód [RECENZJA]
Młodzi i Film
Codzienny zestaw – akredytacja, program festiwalu i macbook!

Nie dziwię się temu w żadnym wypadku. Codziennie nadawały rytm mojemu dniowi, wyciągały mnie z pokoju i kazały siedzieć i chłonąć nowe treści. Jednak nie odzwierciadlały one całkiem kierunku, w którym podążały historie pełnometrażowe. Ekran za każdym razem skradały dla siebie kobiety. To one wychodziły na pierwszy plan w Eastern (reż. Piotr Adamski), filmie, który osobiście uważam za najlepszy w całym programie festiwalu. Perypetie losu pewnej kobiety z Londynu poznać można było podczas seansu okropnego Moja polska dziewczyna (reż. Ewa Banaszkiewicz i Mateusz Dymek) – może i film był kompletnym niewypałem, pretensjonalną szmirą, przepełniony bylejakością i tumblrową dojrzałością, ale wciąż jednak starał się wziąć pod lupę kobietę i jej zmagania: z odrzuceniem, ze śmiercią, z samotnością, z problemami i nieszczęśliwym życiem.

Co było dalej? Zaskakujące Zgniłe uszy (reż. Piotr Dylewski), które nie skupiały się na kobiecie pogrążonej w kolejnym epizodzie depresji ogrywanej oklepanymi schematami czy ujęciami. Nie zrozumcie mnie źle, nie widzę żadnego problemu w przedstawianiu depresji w jakichkolwiek filmach. Mam jednak duże wątpliwości, czy przedstawianie tak poważnej choroby jedynie jako chwile przerażającej ciszy czy ckliwe, mdłe i bezbarwne długie kadry bohaterów przyglądających się pustym przestrzeniom za oknem, bo nie tak przejawiają się stany depresyjne. Dylewski szanuje swoją bohaterkę i pozwala jej na godziwe wyrażanie uczuć, emocji i obaw. Przyzwoitość Dylewskiego widać było także w zestawieniu do Via Carpatii (reż. Klara Kochańska i Kasper Bajon), będącej, moim zdaniem, niemalże sztandarowym przykładem kompletnego niewykorzystania okazji by powiedzieć cokolwiek. Nie tylko o kobietach, ale w ogóle o czymkolwiek. Jedynie Julia Kijowska, która została wyróżniona za rolę żeńską może bez wstydu i z podniesioną głową wspominać ten nieudany eksperyment.

Kadr z filmu „Eastern”
Zobacz także: “Zgniłe uszy”, a pomiędzy nimi pomysł na bezpieczny start [RECENZJA]

Oczywiście nikt nie zrzucał mężczyzn do przepaści podczas seansów. Wręcz przeciwnie – niezależnie od wieku, chętnie poznawali nowe kierunki polskiego kina: tego dużego i tego mniejszego. Dlatego, że festiwal Młodzi i Film nie okazał się być hermetycznie zamkniętym pudełkiem dryfującym w stronę horyzontu. Wiele krótkometrażowych produkcji eksponowało życie osób, których młodość dawno odeszła w zapomnienie, a którzy nie utracili młodzieńczej pasji i radości, nawet pomimo przeciwności losu. Tytuły Koniec sezonu (reż. Stanisław Cuske) czy Miłość bezwarunkowa (reż. Rafał Łysak) to jedynie pierwsze z brzegu dowody na to, że dopóki człowiek jest przekonany o swojej młodości, nikt mu jej nie odbierze.

Chyba tak to powinno wyglądać. Najstarszy w Polsce festiwal filmowy dla debiutantów łączący się z młodością, świeżą krwią wpompowywaną do nieco zużytego serca polskiej kinematografii. Będący ponad podziałami i dający każdemu chwilę na jego historię, jego pierwszy krok.

Recenzje

„Anna” – Palindrom, czyli słowo czytane tak samo wspak [RECENZJA]

Martin Reszkie

ANИA – tak specjaliści od marketingu promują najnowszy film Luca Bessona, francuskiego reżysera, który od lat stara się nakręcić dobry film. Jedni powiedzą, że przecież Lucy ze wspaniałą Scarlett Johansson był całkiem niezły. Inni powiedzą, że Besson skończył się po Piątym elemencie czyli dobre 22 lata temu. Niezależnie jednak co ktokolwiek uważa – Anna nie zmieni niczyjego życia.

Bo na plakatach zamiast ANИA powinno się wielkimi literami wpisać nudna. Ale to nie tak, że nowy produkt Bessona jest fajny, ale nudny. Jest potwornie sztuczny i arogancki. Przepełniony kliszami i stereotypami. Nieinteresujący i wtórny. Wiele osób podejmowało się już tego typu kina i wielu robiło to lepiej aniżeli ten francuski stary wyga.

Jesteśmy też na Facebooku, polub fanpage Filmawki

Tytułowa Anna zostaje zauważona na moskiewskim bazarku, a dzięki swojej nieprzeciętnej urodzie, onieśmielającym spojrzeniu i urokowi, zostaje zwerbowana przez paryskiego łowcę talentów. Przenosiny do Paryża, modeling, sesje zdjęciowe, setki ubrań, kostiumów i rekwizytów. Tylko coś nietypowego jest w tej Annie, coś co niewielu zauważa. Widzowie oczywiście dostają strzępki informacji o rosyjskiej piękności, której fach coraz bardziej przypomina zadania Jennifer Lawrence w Czerwonej jaskółce.

Tak, rok temu dostaliśmy produkt niezwykle podobny, i chociaż wcale nie był on pierwszej świeżości, to i tak rzuca na kolana to bajdurzenie Bessona. A jego monolog o niezwykle zabójczej i skutecznej Annie usypia na tyle, że każdy flashback traktowany jest z politowaniem, przymrużeniem oka i wewnętrznym zażenowaniem spowodowanym tym, jak bardzo Besson nie wierzy w widza i jego inteligencje.

Kadr z filmu „Anna”
Zobacz także: Recenzję „Oszustek”

Prawie wszystko nie pasuje do siebie. Począwszy od wspomnianej już niepotrzebnej i zagmatwanej manipulacji czasem, która nie dość, że nie wnosi niczego ciekawego, nie angażuje, nie wciąga i nie przykuwa uwagi. Francuz zabija tym samym swojego jedynego asa w rękawie – coraz mocniej odsuwa nasze zainteresowanie od potencjalnie trzymającego w napięciu kina szpiegowskiego stworzonego na oldschoolową modłę.

W zamian daje nam wijącą się, biegającą, katującą fotografów i zdrajców stanu Annę, której jedyną cechą jest bycie naprawdę ładną kobietą. Może coś tam jeszcze się znajdzie po drodze, ale zwracanie uwagi na takie szczegóły, o które nawet scenarzysta się nie troszczy, to jednokierunkowa droga pełna bólu, rozczarowań i rozgoryczenia.

Nie można ukrywać, że nikt nie pomaga w tej farsie. Odgrywająca główną rolę Sasha Luss stara się jak tylko może i zapewne przekroczyła większość granic jakie jej ciało posiada. Niestety nikt do niej nie dołączył. Helen Mirren chyba zapomniała, że ma na koncie Oscara i kilka Złotych Globów. Luke Evans kompletnie się zagubił w swoim idiotycznie brzmiącym akcencie, w który pewnie nawet on nie wierzył. Jedynie Cillian Murphy może cieszyć się z braku ośmieszenia samego siebie.

Kadr z filmu „Anna”
Zobacz także:  Recenzję „Midsommar. W biały dzień”

Czy tak prezentuje się załoga dobrze naoliwionej maszyny pędzącej w kierunku wspaniałych recenzji i worków z pieniędzmi? Nie, bo Anna nie ma szans na żadne z tych osiągnięć. Tak kończą pisane na kolanie filmidła, mające aspiracje by podłączyć się pod aktualne trendy. Jako gnioty bez żadnego ładu i składu, poplątane i z jedynie śladową ilością własnych pomysłów czy koncepcji. Szkoda potencjału, szkoda pieniędzy, szkoda czasu. Dobrze, że już nikt nie kręci na taśmie, bo jej też byłoby szkoda.

Całość wpisuje się w słowo słabizna. Szkoda, że nie jest ono palindromem, bo wtedy miałbym interesującą puentę na koniec. Ale nie czuję się z tego powodu jakoś szczególnie źle. Besson także jej nie miał. Pełniący obowiązki reżysera i scenarzysty ponownie udowodnił, że biorąc na siebie podwójną odpowiedzialność, podwójnie jest się winnym klęski.


Ocena

2 / 10
Recenzje

“Petra” – W labiryncie ludzkich spraw [RECENZJA]

Marcin Kempisty
Petra

Wspaniale jest czasami uciec w głąb wyciszonego, spokojnego filmu, zamiast po raz kolejny ścierać się z jazgotliwą, publicystyczną biegunką. Nie sposób policzyć tytułów, w których ważny temat stanowi pretekst do uderzania obuchem odbiorców, do siłowego wciskania stawianych wniosków jako prawd objawionych. Wszędobylskość natarczywego przekazu sprawia, że takie kino, jak Petra, jest nie lada wyzwaniem dla widowni nieprzyzwyczajonej do innego sposobu narracji. Warto jednak stanąć w szranki z tą produkcją, bowiem gwarantuje ona przeżycia dalekie od li tylko powierzchownego zaciekawienia.

Zobacz również: “Oszustki” – czy oszukają także Ciebie? [RECENZJA]

Jaime Rosales niczego nie udaje i nie bawi się w żadne gierki. Dzieli film na rozdziały i przestawia ich kolejność, zaburzając tym samym chronologię wydarzeń, lecz nie ma w tej taktyce niczego efekciarskiego. Reżyser woli wyłożyć najpierw karty na stół, a dopiero później przedstawiać kulisy wydarzeń, zamiast sztucznie podsycać tajemnicę i odwracać uwagę publiczności od spraw dla niego najważniejszych. A są nimi głównie międzyludzkie relacje, pełne kłamstw i hipokryzji. Hiszpan bezlitośnie obnaża mechanizmy funkcjonowania tajemnic, które nawet po wielu latach mogą powrócić i zniszczyć życie.

Petra

Dekonstrukcja rodziny jako źródła cierpień dokonuje się na przykładzie losów tytułowej bohaterki (Bárbara Lennie), która w pewnym momencie życia postanawia poznać swojego ojca. Z plotek wynika, że może być nim ceniony artysta Jaume (Joan Botey), więc kobieta nawiązuje z nim kontakt, podając się za początkującą malarkę pragnącą terminować u boku mistrza. Starszy mężczyzna jest jednak okropnym despotą, tyranem lubującym się w łamaniu kręgosłupów moralnych osób z jego otoczenia, więc dociekanie prawdy przez Petrę przypomina drogę przez mękę, pełną zakrętów i ślepych uliczek. Przy okazji poszukiwań własnych korzeni protagonistka poznaje syna Jaume’a, Lucasa (Alex Brandemuhl), z którym zacznie ją łączyć coraz silniejsza nić porozumienia. 

Jesteśmy też na Facebooku, polub fanpage Filmawki

Miłośnicy śledzenia zawiłości fabularnych na pewno będą zadowoleni, ponieważ Rosales przygotował kilka niespodzianek i zwrotów akcji. Wraz z ich odkrywaniem widzowie są zmuszani do przewartościowania dotychczasowych sądów, gdy okazuje się, że wcześniej ukazane wydarzenia, oświetlone później pod innym kątem, jawią się już w zupełnie inny sposób. Takie to według reżysera jest życie: pełne niedomówień, białych plam, nierozwiązywalnych tajemnic. A nawet gdy sekrety zostają rozwikłane, to też bohater nie może mieć pewności, że uzyskane odpowiedzi są zgodne z rzeczywistością. Petra to świadectwo ludzkiej tragedii, której najważniejszym elementem jest wiecznie męcząca wątpliwość w prawdziwość poznawanych fragmentów rzeczywistości.

Petra

Wydaje się jednak, że najważniejszym bohaterem filmu jest sama kamera, prowadząca swój własny żywot, funkcjonująca na sobie tylko znanych zasadach. Wprawdzie jest zainteresowana losami bohaterów i podgląda ich w kluczowych momentach, ale jakie w międzyczasie potrafi odstawiać figle! Zazwyczaj wprawiana jest przez reżysera w ruch wahadłowy, kołysząc się od prawej do lewej strony, ale bywa, że na chwilę porzuca postaci, odwraca się i wpatruje w jakiś element wystroju wnętrza. Kamera porusza się również w fascynujący sposób po świecie przedstawionym. Stąpa delikatnie, niczym po lodzie, skradając się w trakcie przechodzenia między pomieszczeniami, podgląda zza winkla, by jak najmniej przeszkodzić protagonistom. Jej choreografia jest jak skrupulatnie przygotowany układ taneczny, z zegarmistrzowską precyzją wykorzystujący przestrzeń do działań.

Zobacz również: “Ma”, albo Marność nad Marnościami [RECENZJA]

Petra to mariaż rodzinnej dramy z elementami nurtu slow cinema. Jednocześnie Rosales rzadko ocenia swoich bohaterów, raczej starając się jak najlepiej oddać ich fatalną sytuację, zaplątanie się w gąszczu kłamstw i niedomówień. Na szczęście reżyser nie stawia na egzaltację, preferując spokojną, jednostajną narrację, tylko w krótkich momentach nakłuwaną szokującymi zwrotami. Film Hiszpana to rodzaj kontemplacji nad zwichrowanymi jednostkami, niekiedy bardzo potrzebnej w obliczu pędzącego świata.


Recenzje

“Oszustki” – czy oszukają także Ciebie? [RECENZJA]

Martin Reszkie
NW_03085_RAnne Hathaway stars as Josephine Chesterfield and Rebel Wilson as Penny Rust in THE HUSTLE, a Metro Goldwyn Mayer Pictures film.Credit: Christian Black / Metro Goldwyn Mayer Pictures© 2018 Metro-Goldwyn-Mayer Pictures Inc. All Rights Reserved.

Bywa czasami tak, że pomimo przeciwności losu, coś ciągnie do seansu. Niezależnie od tego jak bardzo znajomi machają na film ręką czy jak nieprzychylni są krytycy. Ja i tak wiem, że zmarnuję te mniej więcej dwie godziny w sali kinowej – albo marudząc, że mogłem lepiej wybrać seans albo ciesząc się z własnej asertywności.

Mimo wszystko trudno mi jednoznacznie ocenić, czy Oszustki nie oszukały także i mnie. Wprawdzie remake Parszywych drani ciągnie za sobą kilka niezłych pomysłów czy zagrań, nietrudno będzie mu wytknąć całą lawinę pomyłek czy błędnych decyzji. Od czego to wszystko się jednak zaczyna?

Penny (Rebel Wilson) trudząca się naciąganiem od naiwniaków małych i średnich sum postanawia przenieść się w miejsce piękne, bogate i pełne jeszcze naiwniejszych i jeszcze bogatszych mężczyzn, gotowych oddać pół portfela za silikonowe wkładki dla jej siostry. W Beaumont-sur-Mer, stolicy południowej łatwowierności napotyka silną konkurencję reprezentowaną przez tutejszą piękność – Josephine (Anne Hathaway). Na pytanie, czy mała francuska mieścina pomieści dwie, całkowicie różne od siebie manipulatorki nie musimy odpowiadać, przecież oczywistym jest rozstrzygnięcie sporu przez zakład o to, kto prędzej oskubie bogatego młodzieńca.

Kadr z filmu „Oszustki”
Zobacz także: Recenzję „Laleczki”

Jak widać – kto jeszcze pamięta komediowy klasyk z końcówki lat 80. raczej nie zostanie zaskoczony niczym nowym. Chociaż reżyser Chris Addison wraz ze scenarzystką Jac Schaeffer starają się dodać coś od siebie, są świadomi, że ta historia nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Można rzecz więc, że pomimo zmiany płci tytułowych oszustek, to duch oryginału (który także był remakiem) został utrzymany nietknięty. Wyrazem tego niech będzie fakt, że do grona scenarzystów wpisano wszystkich trzech autorów filmu z 1988 roku, z których jedynie jeden dożył premiery Oszustek. 

Szeroko rozumiany duch oryginału to w zasadzie największa i dla większości pogrążająca wada tej produkcji. Nawet jeżeli zmienimy płeć bohaterów, nie zmienimy tego, że od lat 80. komedia jako gatunek ewoluowała. Dzisiaj już nie wystarczy postawić naprzeciw siebie dwie postaci diametralnie różne i czekać na ich konfrontację czy demonstrować ich paralele.

Nie dziwią mnie zatem niemal campowe szarże Hathaway, która daje swojej bohaterce więcej niźli dała jej scenarzystka. Lawiruje pomiędzy wyrachowaniem, bezbronnością, bezwzględnością i beznamiętnością na zmianę rzucając na wszystkich lasso seksapilu albo traktując ich całkowitą oziębłością i wyrafinowaniem. I nawet jeśli wszystkie jej akcenty języka angielskiego nie trafiały w odpowiednie dźwięki, ja kupiłem tę przerysowaną i miejscami karykaturalną kreację.

Kadr z filmu „Oszustki”
Zobacz także: Recenzję „Kobiety, która idzie na wojnę”

Nieco inaczej sprawy się mają z Rebel Wilson. Naturalnie, nie można jej odmówić talentów komediowych oraz dystansu do samej siebie. Niestety, za każdym razem, gdy mamy przyjemność widzieć Australijkę na na dużym ekranie, dostajemy swego rodzaju zestaw zagrań i cech osobowościowych znany nam od dawna. Przykro to stwierdzać, ale obecnie Wilson staje się być damskim odpowiednikiem Jonaha Hilla, za którym także ciągnie się łatka „tego śmiesznego grubaska”. Etykieta jej przylepiona jest dla mnie o tyle bolesna, że wręcz przytłacza ona karierę Wilson, nie dając jej pola do popisu, na które ewidentnie zasługuje.

A jak wygląda reszta? Dokładnie tak jak można się tego było spodziewać. Królujący humor słowny i sytuacyjny trafia pół na pół, historia jakoś stara się być popychana przez nasze dwie gwiazdy, prężące aktorskie muskuły do granic możliwości. Widoki są także tak samo piękne jak można było się ich spodziewać po ulokowaniu akcji nad Lazurowym Wybrzeżem. Co pewnie nie zaskakuje – zakończenie zostawia nam furtkę do ewentualnej kontynuacji. Tego też można się było spodziewać. Jeśli więc niespodziewanie zabraknie Ci odrobiny radości podczas przełomu czerwca i lipca – Oszustki mają szansę dać Ci trochę komedii na zjadliwym poziomie.

Ocena

5 / 10
Recenzje

“Niedobrani”, czyli od dawna nikt tak pięknie nie powiedział “kocham” [FELIETON]

Maciej Kędziora
F_D5_01292.NEF

Są dwa typy pierwszych pocałunków. Ten “de facto pierwszy”, często nie ma w sobie nic z mistycyzmu – ot, dochodzi do niego z jakiegoś wewnętrznego przymusu, gdy chcemy przekroczyć barierę fizyczną i najprawdopodobniej za parę lat całkowicie o nim zapomnimy. A właściwie nie tyle zapomnimy, co zastąpimy to wspomnienie wspomnieniem prawdziwego, amorycznego pierwszego pocałunku. Tego, do którego dochodzi w ułamku sekundy, kiedy to serce, a nie rozum, wysyła impuls przejmujący kontrolę nad naszym ciałem. To chwila, którą jesteśmy w stanie odtwarzać w swojej pamięci niczym nagranie z Black Mirror, pamiętając każdy, pojedynczy element naszego otoczenia: jej zmierzwione i rozpuszczone włosy, swoją niebieską, lekko rozpiętą koszulę w kratę, startą po dziesiątym praniu w pralce, przaśną dyskotekową piosenkę lecącą z telefonu i poczucie dręczącej niepewności, czy to co robię jest na pewno dobre – bo jest zdecydowanie największym ryzykiem, jakie podjąłem do tej chwili. I choć zapewne nie uda się wówczas stworzyć stabilnego związku na lata, to te 5 sekund będzie jednym z niewielu przypadków prawdziwego, euforycznego uniesienia.

Podobnie jak ja, swój “pierwszy prawdziwy pocałunek” niczym fotografię pamięta Fred Flarsky (Seth Rogen), eksbrooklyński dziennikarz polityczny, zapijający nowy smak bezrobocia na imprezie charytatywnej, uświetnionej występem Boyz II Men. Bowiem, jak wiadomo, nic nie leczy smutku lepiej niż nostalgiczna wyprawa do Motownphilly. Jeśli jednak jest jedna rzecz, której wolimy unikać w związku ze swoim pierwszym zbliżeniem, okupionym późniejszym złamanym sercem, to kontakt z tą drugą połową. Szczególnie jeśli w głębi nas wciąż tkwi gorycz miłosnego zawodu, niewyleczone stare uczucie i wstydliwa nieświadomość własnej fizyczności.

Zobacz również: Recenzję “Midsommar”

Oczywiście los musi stanąć nam okoniem i na tej samej imprezie, w chwili gdy znajdujemy się na granicy rozpaczy, pojawia się Ona. Flarsky’ego nie powinno to jednak dziwić – Ona to w końcu Pani Sekretarz Stanu, Charlotte Field (Charlize Theron), będąca wzorem do naśladowania dla wszystkich młodych aktywistów, którzy chcą i mogą coś zmienić. Dziwić może go natomiast inna rzecz. Pani Sekretarz, a swego czasu jego niańka i pierwsza miłość, bez skrępowania bawi się na koncercie kultowego zespołu hip-hopowego, a na jego widok w jej oku pojawia się błysk wspomnień. Flarsky zapomina, że Ona, czasem zamiast “Pani Sekretarz” chciałaby być po prostu znów być “Charlotte”, a On zamiast “Flarsky’ego” stać się na chwilę “Panem Flarskym”. Tak samo jak w przypadku Niedobranych, współczesna komedia romantyczna chciała choć przez chwilę znów operować uczuciami.

Już pierwszy akt zmienia typowe schematy dla romkomów. Oczywiście mamy tu typową narracyjną podstawę. Fred zostaje zatrudniony przez Charlotte jako jej spin doctor, dzięki czemu podczas tworzenia jej przemów, mogą wspólnie odnowić kontakt i znaleźć wspólny język – dla niego bardziej ugładzony i mniej histeryczny; dla niej bardziej wyluzowany, przesiąknięty odniesieniami do bliskiej jej popkultury. Wybawieniem od kliszy jest łączący bohaterów kod kulturowy i intelektualny – bo choć będzie ich różnił status materialny czy społeczny, to ani Ona, ani On nie będą od siebie odstawali pod względem wiedzy i ciętego języka, co stanowi całkowite novum w świecie opowieści o błyszczącej miłości.

Flarsky będzie odstawał od Jej świata ubiorem i swoim radykalnym idealizmem, ale ta inność nie będzie dla niego powodem do użalania się nad sobą i własnym losem, co było do tej pory stałą w tego typu opowieściach. Za każdym razem romkomy o miłości zakazanej i między klasowej – czy to Bajecznie bogaci Azjaci, czy Chyba na pewno Ty – skupiały się na emocjonalnych rozterkach protagonisty(-ki) i próbach dopasowania się do nowych realiów. W przypadku Niedobranych główny bohater będzie przede wszystkim próbował pozostać sobą, pozostać tym, kogo Charlotte pokochała.

Zobacz również: Recenzję “Ma”

W czasach gdy bardzo pozytywnym trendem jest tworzenie opowieści romantycznych à rebours, Niedobrani nie idą na łatwiznę i poza odwróconymi kliszami twórcy wkładają w tę opowieść całe swoje serce. Kluczowy nie jest tu sam fakt, że to Charlotte może zostać Panią Prezydent – wówczas równie dobrze mógłbym zachwycać się nad całkowicie wyzbytym z emocji Chyba na pewno ty – ale to, że naprawdę zależy nam na jej postulatach i jej sukcesie (przez co identyfikowałem się z Fredem jeszcze bardziej). Czuć tu rękę scenarzystki Liz Hannah, która również w Czwartej władzy znakomicie ukazała przeciwieństwa i ustępstwa, na jakie musi niestety godzić się kobieta wchodząc do świata polityki. Tym razem jednak reżyser Jonathan Levine, poza smutną kontestacją realiów, pozwolił jej uderzyć ręką w stół (skądinąd dosłownie, poprzez samą postać Charlotte) i tę rzeczywistość zmienić.

 

Postęp jaki poczynili Niedobrani w swoim gatunku widać znakomicie przez pryzmat roli Setha Rogena. Zasadniczo trudno było rozdzielić Rogena od kreowanych przez niego ról – w końcu zawsze był orędownikiem depenalizacji narkotyków, głośno opowiadał o swoim imprezowym życiu oraz byciu lekkoduchem. Po raz pierwszy jednak komediową rolę Setha zdecydowano się udramatyzować. Pokazać stronę, z jakiej aktor słynie w prawdziwym życiu: organizuje coroczne stand-upowe imprezy, na których uświadamia ludzi na temat choroby Alzheimera; w licznych wystąpieniach kładzie nacisk na walkę z rasizmem i głośno mówi o polityce klimatycznej. Tym samym Niedobrani odczarowują archetyp rogenowskiej postaci, ukazując, że oferuje on sobą coś więcej niż zniżkę na bongo w pobliskim coffee shopie i dwa zaległe rachunki za wodę.

Choć najnowsza produkcja Levine’a opowiada o światku nieosiągalnym dla większości widzów, jest bardziej życiowa niż harlekiny opowiadające o “zwykłych ludziach i ich pięknych relacjach”. Opowiada bowiem o czymś, co, przez komercjalizację i masową produkcję gatunku romkomowego, reszta twórców pominęła – o pięknie rodzącego się uczucia.

Zobacz również: Recenzję “Laleczki”

Nawet w zderzeniu z klasykami gatunku z przełomu wieków, to Niedobrani wychodzą obronną ręką. Oczywiście brakuje im brytyjskiej klasy i dżentelmeńskiego humoru, ale bajkowy William Thucker z Notting Hill w porównaniu z Flarskym wydaje się być sztucznym urojeniem, a Charlotte wygrywa z Anną Scott mieszanką majestatu argentyńskiego tanga z emocjonalnym luzem refrenu It must have been love Roxette.

W jednej ze scen Levine osiągnął ideał mojego wyobrażenia o miłosnym uniesieniu. Nasza para wymyka się o zmroku by imprezować (pod wpływem gasparowskich substytutów szczęścia), a przy okazji zrobić rewizję w miejscowych klubach i celebrować swój wciąż świeży związek. Gdy łapią zadyszkę, postanawiają przystanąć pod katedrą, by zastygnąć w splocie warg na trochę dłużej. W tle rozlega się piosenka Can’t Do Without You Caribou, a na horyzoncie pojawiają się rozbłyski po fajerwerkach. I tak przez te 30 sekund każdy może cieszyć się chwilą autentycznego szczęścia. Charlotte, bo znajduje się w objęciach mężczyzny, który kocha ją, a nie Panią Sekretarz, i z którym wreszcie może być sobą; Fred, bo znajduje się w objęciach kobiety, którą kochał od 12. roku życia i “pierwszego prawdziwego pocałunku”, a także Caribou, bo ten, prawdopodobnie najpiękniejszy elektroniczny utwór o miłości, to jedyny kawałek, który przebił się do świadomości masowego słuchacza. Te 30 sekund za chwile się skończy i wróci normalność, ale każdy z nich powtarza sobie motywująco w głowie: Trwaj chwilo, jesteś piękna. Ja też.

Zobacz również: Recenzję filmu “Polaroid”

Levine imponuje oszczędnością słów, jeśli chodzi o przekazywanie emocji. W większości produkcji słowo “kocham” doczekało się całkowitej degradacji – pada na pierwszej randce, jest powtarzane jak mantra i stosowane jako pustosłowie do uzupełnienia dialogu. W Niedobranych kocham Cię pada trzy razy, gdy nasi bohaterowie są ze sobą już przez pewien bardzo intensywny seksualno-emocjonalnie czas. I jest to najbardziej cichy zwrot w całej produkcji, pełen niepewności i strachu przed odrzuceniem, pozbawiony tej sztucznej pewności kreowanej przez komedie romantyczne. Kocham Cię będące pytaniem, czy to już jest ten moment, kiedy nie tylko to czuję, ale również to mówię. Kocham Cię, które wreszcie jest czymś więcej niż kolejną kwestią dialogową.

Niedobrani są produkcją bardzo idealistyczną, ale nie ma w nich bolączek trapiących kino zaangażowane, vide zbytniej pompatyczności czy poglądowej egzaltacji. Napawają za to nadzieją, że może jeszcze nadejść lepsze jutro. Dlatego też jeśli Charlize Theron szukałaby wsparcia do kampanii wyborczej, to zgłaszam się i z dumą założę koszulkę #VoteCharlize. A póki co wracam do słuchania Boyz II Men, bo może również mi uda się pójść na ich koncert i przypadkowo kogoś na nim spotkać.

Recenzje

“Ma”, albo Marność nad Marnościami [RECENZJA]

Marcin Kempisty

Sezon ogórkowy w pełni, więc do polskich kin trafiają tytuły, po które często sięga się z recenzenckiego przymusu, aniżeli z szczerej wiary w wysoką jakość. Z filmem Ma historia miała być jednak zupełnie inna, wszak za kamerą stanął Tate Taylor, ponownie zapraszając do współpracy uznaną Octavię Spencer. To miał być przyjemny przerywnik między kolejnymi sztampowymi blockbusterami, czy odtwórczymi animacjami. To miała być nadzieja na mocne zamknięcie, dosyć słabego pierwszego półrocza 2019 roku. A tymczasem okazało się, że propozycja autora Służących to trudna do sklasyfikowania efemeryda quasi-horroru, niezamierzonej pulpy oraz niewykorzystanego komediowego potencjału. 

Zobacz również: Recenzję “Laleczki”

Zaczyna się powoli, od przyjazdu Maggie (Diana Silvers) wraz z matką do niewielkiej mieściny pośrodku niczego. Skromne domki, kilka ulic na krzyż i gruzowisko na obrzeżach, na którym można się skryć i spokojnie spożywać alkohol. Panuje obezwładniająca nuda, więc trudno winić bohaterów za poszukiwanie sposobności do zabawy. Dziewczyna wchodzi więc do towarzystwa, zapoznaje nowych znajomych, a że szczęście jej dopisuje, to przy okazji napotyka na swej drodze Sue Ann (w tej roli Spencer), chętnie kupującą młodzieży używki, jak również udostępniającą piwnicę do szalonych imprez.


W takich warunkach zawiązuje się znajomość między starszą kobietą a młodszymi uczniami. Z początku serdeczna i uczynna, po pewnym czasie Sue staje się coraz bardziej zaborcza. Manipuluje emocjami przyszłych ofiar, by wymusić na nich kolejne spotkania. Tytułowa Ma nie jest jednak szaleńcem bez motywacji, a jej  jedynym celem nie jest wymordowanie wszystkich ludzi z otoczenia. Reżyser momentami sięga do przeszłości protagonistki, by zracjonalizować jej poczynania i wpisać je w szerszy kontekst kulturowo-społeczny. Taylora nie interesuje gatunkowa sieczka dla “uciechy” widzów, zbrodnia jest tutaj wynikiem doznanych traum i sposobem na uwolnienie się od demonów przeszłości.

Wydaje się jednak, że nadmierna powaga w sposobie prowadzenia historii sprowadza film na manowce, niezamierzenie wywołując uśmiech politowania. W postępowaniu Sue tkwi kampowy potencjał, ale Taylor nie zamierza bawić się “filmowością” swojego dzieła. Woli na poważnie zajmować się rasowymi uprzedzeniami i szkolnymi nierównościami, dodatkowo robiąc z młodych bohaterów stado nierozgarniętych istot, tak chętnie wchodzących obcej osobie do piwnicy. Przy okazji nieumiejętnie sięga po konwencję horroru, nachalnie serwując jumpscare’y, przez co sytuuje Ma po kiczowatej stronie mocy. Autor kompletnie nie wyczuwa tętna swojego dziecka, ubierając jr w szaty zupełnie do niego nieprzystające.

Zobacz również: Recenzję “Midsommar”

Nie sposób nawet cokolwiek więcej opowiedzieć o tym kinematograficznym potworku, gdy wszystko jest w nim skonstruowane na łapu capu. Chciałoby się wprawdzie napisać więcej pozytywów na temat gry Spencer, ale jest ona na tyle uwięziona przez ramy nieudolnie napisanego scenariusza, że za oznakę jej szaleństwa muszą wystarczyć dziwne grymasy twarzy i szeroko otwarte, rozbiegane oczy. Aktorka nie dostaje szansy na rozwinięcie skrzydeł, gdy przy zerowej pomocy twórców ma ciągnąć na swoich barkach całą produkcję. 

Ma to rodzaj filmu, nad którym można bezpiecznie się pastwić, a następnie szybko o nim zapomnieć. To wyjątkowo bezbronny chłopiec do bicia, więc ukrycie go za zasłoną zapomnienia to najlepsze, co może w tym momencie spotkać jego ojca. Co najwyżej ci szczególnie masochistycznie nastawieni do X Muzy powinni zapoznać się z najnowszym tytułem Tate’a Taylora, by przekonać się, ile jeszcze perwersyjnych uciech ma im do zaoferowania ten rodzaj sztuki. Kto jednak w jakikolwiek sposób ceni swój czas, ten powinien trzymać się z daleka, bo karą będzie pobyt w piwnicy Sue aż do końca wakacji.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.