Advertisement
Recenzje

“Milcząca rewolucja” – Siła woli wobec totalitaryzmu [RECENZJA]

Maciej Kędziora
Milcząca rewolucja

Wiatr zmian roku 1956 odczuło – w mniejszym lub większym stopniu – większość państw wschodniej części żelaznej kurtyny. I choć propaganda radziecka ograniczała dostęp do wiadomości o węgierskim powstaniu Imre Nagy’a, to wieści o rewolucji dotarły do małego Stalinstadtu i rozpaliły serca maturzystów, głodnych przemian w NRD. Gdy jednak po paru dniach dowiadują się oni o brutalnej masakrze dokonanej na powstańcach (w tym rzekomo na Ferencu Puskasu), decydują się na krok radykalny, szczególnie w systemie totalitarnym – jawny bunt wobec działań Wieczystego Przyjaciela ich Kraju, w postaci dwuminutowej ciszy w celu uczczenia pamięci ofiar. Tytułowa Milcząca rewolucja jest preludium do opowieści o aparacie sprawiedliwości NRD-owskiego systemu.

Zobacz również: Ostatni dialog filmowy – “Perfekcja”: Czy mamy do czynienia z udanym filmem? [DWUGŁOS]

Systemu trapionego przez układy, zakłamanie, fałszerstwa oraz radykalizm ideologiczny. To on uczyni z pozornie niewinnego protestu zdradę wagi państwowej i wykorzysta go do przeprowadzania szkolnego popisowego procesu, który ma raz na zawsze udowodnić, że każda kontrrewolucja w kraju będzie surowo karana. Problem w tym, że system nie lubi zbiorowych wrogów (w końcu wrogiem nie może być młodzież a “zwyrodniała” jednostka), więc grupa musi wskazać jednego winnego – i jak się okazuje nie może nim być Puskas.

Milcząca rewolucja
“Milcząca Rewolucja”

W tym momencie większość twórców skupiłaby się na wiwisekcji systemu, niektórzy nawet próbowaliby go zrozumieć, bo w końcu – idąc za Miłoszem – najlepszym sposobem by pokonać komunizm, jest zrozumieć na jakich opiera się założeniach. Lars Kraume natomiast w swojej opowieści nie decyduje się iść utartą ścieżką i aparat przymusu jest jedynie jednym z wielu wrogów naszych bohaterów. Drugim, często silniejszym, są oni sami.

Kraume mimo sympatyzowania z każdą z młodocianych postaci, nie tworzy martyrologicznych portretów uczniów kończących okres adolescencji, a ukazuje ich wewnętrzne demony – trapiące wszystkich, bez żadnego wyjątku. Czasem będą one ujawniać się jako bunt przeciw figurze despotycznego ojca, czasem też przerodzą się w nagłe, niekontrolowane wybuchy agresji. W żadnej chwili jednak reżyser nie będzie marginalizował dylematów moralnych, nie będzie również usilnie usprawiedliwiał ich zachowań. Czuć jednak zrozumienie bohaterów – w końcu to pokolenie przeklęte, pokolenie dzieci wojny.

Zobacz również: “Rocketman” – Kolejny nieudany film biograficzny [RECENZJA]

To podejście do kreowania postaci umożliwiło stworzenie wielu równoważnych sobie bohaterów, z których każdy ma za sobą pełny bagaż doświadczeń. Choć z czasem fabuła coraz bardziej będzie skupiać się na historii trójki – Kurta, Theo i Erika – to w żadnym momencie twórcy nie zapomnieli o wiarygodnym drugim i trzecim planie, czy nawet znakomicie rozpisanych postaciach epizodycznych. Ta istna charakterologiczna detaliczność powoduje, że równie mocno zależy nam na finalnym sukcesie Theo jak i niewielkiej karze dla dyrektora szkoły – z jednej strony oficera partyjnego, z drugiej człowieka skrzywdzonego wojną. Jak sięgam pamięcią, trudno wskazać mi drugą produkcję, w której każdą z postaci można zdefiniować, a także ideologiczne cele jakie jej przyświecają.

Milcząca Rewolucja
“Milcząca Rewolucja”

Geniusz scenariusza nie opiera się jednak jedynie na znakomitym rozpisaniu postaci. Przejawia się również w niesamowitym tempie narracji jaki narzuca sobie Kraume. Z sceny na scenę coraz bardziej wiąże widzowi pętle wokół szyi, sprawdzając nie tylko wytrzymałość bohaterów na metody komunistycznej interrogacji, ale również odporność na nią widzów. Nie czyni tego jednak w sposób znany z Przesłuchania (hiperrealistyczny), a skupia się na psychologicznej grze z oskarżonym. Grze, w której nie tylko liczymy na sukces bohaterów, ale też której czujemy się częścią.

Zdolność do budowania napięcia ratuje Milczącą rewolucję od wtórności, do której chwilami niebezpiecznie się zbliżała. Bo choć mamy tu wiele klisz, często stygmatyzujących kino historyczne – patos, pompatyczne przemowy, czy egzaltacje emocjonalną, to są one łagodzone przez znakomicie rozpisane dialogi i umiejętność kreowania świata. W przeciwieństwie do innych reprezentantów gatunku, w tym przypadku każde, nawet najbardziej wydumane słowo zdaje się być na miejscu – mamy przecież do czynienia z młodymi idealistami, pragnącymi swą werwą przekonać ogół do własnych racji. I choć nie wszyscy są w przekazywaniu własnych prawd lotni jak Camus, trudno im nie wierzyć, że mówią z głębi serca.

Zobacz również: Godzilla – Historia filmowego symbolu atomowej pożogi [CAMPING #34]
Milcząca Rewolucja
“Milcząca Rewolucja”

Największą bolączką produkcji jest strona formalna, często przypominająca produkcję telewizyjnego formatu niżeli kinowego dzieła. Nie chodzi jednak o to, że kadry czy muzyka są złe per se, problem w tym, że nie dorównują znakomitej treści czy też zaskakująco wiarygodnemu aktorstwu. Choć z drugiej strony hermetyczność wizualna zdaje się również być świadomym zamysłem Kraume – pozwalającym widzowi skupić się na samej historii, bez zachwytów pięknymi ujęciami.

Trudno wyjść z podziwu dla historycznego kina niemieckiego ostatnich lat. Od poprzedniego filmu Kraume o Fritzu Bauerze z 2015 roku, przez znakomitą epopeję nominowaną do Oscara w postaci Werk Ohne Author, aż do opisywanej Milczącej rewolucji – każda produkcja porzuca tradycyjną tromtadrację, skupiając się na psychologicznym uchwyceniu dramatu jednostki. I takiego podejścia każdy z nas powinien się od nich uczyć.


Recenzje

“Zgniłe uszy”, a pomiędzy nimi pomysł na bezpieczny start [RECENZJA]

Martin Reszkie
Zgniłe uszy

Wiejska droga jak każda inna. Mijane domy takie, jak każde inne. Małżeństwo z dwuletnim stażem przyjeżdża do Henryka – specyficznego terapeuty, którego unikatowe metody mają pomóc im w ułożeniu związku na nowo. I chociaż wiedzą, co ich może czekać, i tak nie są gotowi by stawić czoła angażującym metodom samotnego pana w średnim wieku. Z pomocą przybędzie także druga para, doświadczona w tego rodzaju terapii: Filip i Salome. Tak, dostaliśmy w twarz imieniem-symbolem.

Już od początku atmosfera sugeruje wzajemne niezrozumienie. Godzinne spóźnienie przerzucane sobie z ręki do ręki przez małżonków, wprowadza nas w świat wzajemnych oskarżeń, niewypowiedzianych emocji i pretensji. Później także nie dostaniemy nawet chwili wytchnienia. Niekonwencjonalne, frustrujące pytania i angażujące zadania proponowane przez Henryka zdzierają z małżonków ich tarcze, osłony i blokady. Obserwujemy więc wiwisekcję związku, którego ogień się wypalił, w którym chęć bycia obecnym zamieniła się w rutynę i przyzwyczajenie.

Zgniłe uszy
“Zgniłe uszy” reż. Piotr Dylewski

Co rusz na wierzch wypływają dawno zapomniane wyrzuty czy głęboko ukryte urazy. Nie są one jednak całkowicie oderwane od naszej rzeczywistości czy charakterystyczne tylko i wyłącznie dla Marzeny i Janka. Każdy może obejrzeć się w nich jak w lustrze i dostrzec to, co sobie nawzajem wskazują. Reżyser (Piotr Dylewski) nie boi się wziąć swoich bohaterów na kozetkę oraz wprost wskazać ich błędy.

Zobacz także: Camping z gościnnym udziałem Godzilli

Henryk, będący niejako reżyserem terapii, daje im okazję do walki pomiędzy sobą, podpuszcza ich, by zadawali ważkie pytania i wzajemnie się porozumiewali. Formuje on otoczenie jemu poddane, pracujące pod jego opinie, jego punkt widzenia i udowadniające jego teorie.

Zgniłe uszy mocno są zakorzenione w otaczającej nas rzeczywistości. W świecie, w którym łatwiej wyleczyć ciało niż umysł. I paradoksalnie w świecie przepełnionym szarlatanami, wyznawcami „naturalnych” metod leczenia czy innych antyszczepionkowców. Twórcy igrają z tym wizerunkiem, wiedząc że to fabularny ślepy zaułek. Starają się pójść odmienną drogą, która coraz bardziej przypomina ścieżki wydeptane przez innych.

Oczywiście, ośrodek terapeutyczny dla par na wsi prowadzony przez spokojnego mężczyznę po pięćdziesiątce to nie jest najoryginalniejszy pomysł na film. Mimo wszystko, przy odpowiednim rozłożeniu akcentów oraz przychylnym nastawieniu, można się było pokusić o określenie Zgniłych uszu projektem świeżym i mającym coś własnego do zaoferowania.

Zobacz także: Recenzję „Cataliny”

Czymś innym jest jednak intrygująco rozpocząć a dobrze skończyć. Zupełnie niepotrzebne motywy zapożyczone z innych i lepszych produkcji ciągną w dół ten interesujący debiut. To nie zmienia jednak tego, że Dylewski przez całą godzinę trzyma w ryzach aktorów, jak i bohaterów przez nich odgrywanych. Tak samo dobrze, a może nawet lepiej kreuje przestrzeń i wykorzystuje ją, przyciągając widzów nie tylko treścią, ale także formą.

Zgniłe uszy
“Zgniłe uszy” reż. Piotr Dylewski

Przy coraz dłuższych filmach w kinach, Zgniłe uszy zaskakują swoim 60-minutowym formatem. Wiąże się to z oczekiwaniem widza, by każda z tych minut została odpowiednio wykorzystana. Czy tym razem właśnie tak się stało? Niestety tylko częściowo. Obiecujący początek, intensywny drugi akt oraz wtórny i rozczarowujący finał dają obraz debiutu udanego, lecz nie bezbłędnego. Nie mogę tego tekstu skończyć inaczej – będę śledził przyszłość Dylewskiego.


 

Ocena

6 / 10
Recenzje

“Paskudy. Uglydolls”, czyli na pohybel perfekcji i ku chwale lukrecji [RECENZJA]

Kuba Stolarz

Jakkolwiek byśmy nie wierzyli w nasze pociechy, prawdą jest, że stworzenie filmu dla dzieci nie jest jakoś wybitnie trudne – ot, wystarczy sklecić na kolanie niezobowiązującą, banalną historyjkę (koniecznie z morałem, bo rada rodziców wytoczy nam proces), wrzucić rytmiczną, chwytliwą muzykę (albo i nawet napisać oryginalne piosenki, jeśli masz taką ochotę) i opatrzyć to pocieszną, kolorową animacją z głośnymi wydrzymordkami w roli głównej. Nie jest to trudne, bo dzieci (mimo ich okazjonalnego temperamentu godnego kapucynki na mocnym kwasie) łatwo jest czymś zająć: posadź pierdołę przed telewizorem, puść coś, byle leciało, i bam! Ty dostajesz dwie godzinki spokoju dla ducha nie do końca świętego, dzieciak dostaje rozrywkę – bezstresowo dla obu stron, konflikt zażegnany, amen.

A jednak istnieje taki Pixar – wytwórnia, której, owszem, raz na jakiś czas zdarzy się jakaś hałaśliwa pomyłka z gatunku tych, które Monolith Films ściąga z malezyjskich kin, żeby tylko mieć co do repertuaru włożyć (Auta 2, na Ciebie patrzę, gargulcu). Ale mimo tego zdążyła już na tyle wyrobić sobie swoją markę, że nie dość, że jest już gwarancją co najmniej solidnego dzieła, to jeszcze podarowała światu produkcje, które przeszły do historii kina. I nie są to filmy aktorskie.

Zobacz również: Recenzję “Cataliny”

Istnieje takie DreamWorks – fakt, Dzieciak rządzi Dzieciakiem rządzącym, ale dali nam Shreka, Księcia Egiptu, Jak wytresować smoka.

Istnieją takie Into the Spider-Versy, Koraliny, Przygody Tintina, LEGO Batmany i LEGO Przygody – filmy, które pokazują, że da się umiejętnie (a nawet i fantastycznie) połączyć animację z treścią. Zabawę z morałem. Mądrość z akcją. Rozrywkę dla najmłodszych z rozrywką dla najstarszych. Słowem: nie ogłupiać.

Dlatego fakt istnienia takiego filmu jak Paskudy. Uglydolls tym bardziej mnie irytuje. W czasach, gdy animacje zdążyły już znacząco dojrzeć, do kin trafiają nadal takie przerażające i, nomen omen, paskudne potworki – nieszanujące widza, obrażające jego inteligencję, skrajnie łopatologiczne i głośne w takim stopniu, że może i dziecko będzie się na nich bawić świetnie, ale dorosły wyjdzie z seansu jedynie z soczystym bólem głowy.

Jest sobie pewna fabryka zabawek, z której taśmy wychodzą zarówno milusie przytulanki, jak i plastikowe wannabe Barbie i Keny – problem w tym, że ich projektant za bardzo się zafascynował LEGO Friends. Sprawa jest prosta: te poprawnie złożone lalki trafiają do świata-uniwersytetu, w którym uczą się być idealną zabawką, zaś te nieudane produkty trafiają do rury prowadzącej do Paskudowa (łapiecie?) – miasta zamieszkiwanego przez zdeformowane i niepasujące do obecnych kanonów piękna Paskudy we własnej osobie.

Zobacz również: Camping opowiadający o kulcie “Godzilli”

Oczywiście, pluszaki nie są tak popsute, żeby przerażać maluchy, co jest jak najbardziej zrozumiałe – cronenbergowska degeneracja to w tym wieku zabójcze (i wyjątkowo śmierdzące) połączenie. Jeżeli już się komuś trafi brak oka, tudzież dodatkowa kończyna, to są one tak zaprojektowane, jakby ich oszpecenie było celowym działaniem, a nie wypadkiem przy pracy – wszyscy bohaterowie są tak symetryczni i pocieszni w swoim designie, że nie da się jakkolwiek uwierzyć w to, że są, jak mówi tytuł, paskudami.

Dla przykładu: Toy Story 2 opowiadało o tym, jak Andy nieumyślnie rozerwał Chudemu ramię, przez co ten zostaje odstawiony na półkę. Kowboj dostaje kryzysu tożsamości i boi się, że chłopak go odrzuci przez to, że nie jest do końca sprawny. Jego panikę można było bez problemu zrozumieć, bo w końcu czym jest zabawka bez właściciela?

Paskudy niby też próbują ugryźć ten konflikt, ale ledwie liżą jego powierzchnię. Nie ma w ogóle mowy, żeby takie pluszaki nigdy nie znalazły swojego dziecka. Gdyby w fabryce doszło do przypadkowego rozerwania którejś z kończyn, przyszycia ręki/nogi do głowy, to zupełnie inna sprawa – wtedy wyszłoby coś, co mogłoby się małolatowi rzeczywiście nie spodobać, odstraszyć go od niej. A tak – ktoś próbuje nas oszukać, bo widzimy na ekranie pocieszne kreaturki.

Ale okej, może za bardzo staram się szukać dziury w całym. Koncept durny, ale może chociaż dostarczy na poziomie rozrywki? I znowu klops – fabuła w Uglydolls jest tak przesycona banałami, że nawet Dora i świnka Peppa wyszły z filmu w połowie, bo poczuły się traktowane jak skończone matoły.

Zobacz również: Recenzję filmu “Słońce też jest gwiazdą”

Główna bohaterka, Moxy, marzy o tym, by stać się zabawką czyjegoś dziecka, głośno się drze i ma ADHD w zaawansowanym stadium. Tyle się o niej dowiecie. Jest i Fuksio – najlepszy przyjaciel Moxy. Jest strachliwy. Tyle się o nim dowiecie. Jest i Babo. Jest duży i powolny. Tyle się o nim dowiecie. Jest i Trusia. Ściąga wszystkich na ziemię. Tyle się o niej dowiecie. Jest i Szpenio. To Pitbull, tylko że pod postacią psa. Tyle się o nim dowiecie. Jest Mandy. Nosi okulary. Tyle się o niej dowiecie. Jest główny zły. Jest zły. Zgadnijcie co.

Rzadko kiedy postaci dostają okazję porządnie się wykazać, wyjść z bańki, którą wydmuchali im twórcy – większość ich tekstów to zdania, które słyszeliście milion razy w podobnych animacjach o outsiderach. “Chcę poznać świat! Coś musi być po drugiej stronie! Chcę spełnić marzenia! Nie uda ci się! Za murem nic nie ma! No widzisz? Byłaś taka naiwna! Świat nie jest taki fajny!”. Paskudy idą na taką bitwę z subtelnością, że villain filmu wygłasza większość swoich nikczemnych zamiarów… tuż przed wszystkimi. Niby tłumy wiwatują, niby harmider, niby tylko szepcze – a mówi tak głośno, że musielibyście sobie podłubać śrubokrętami w uszach, żeby w ogóle nic nie usłyszeć. Niegodziwe plany, cechy charakteru i puste przesłania są wytoczone tak grubą krechą, że gdyby ją wciągnąć, to skończylibyście na OIOM-ie w stanie równym tego Mii Wallace.

Ale hej, przynajmniej zostały piosenki wykonywane przez Kelly Clarkson, Pitbulla, Jannelle Monáe, Nicka Jonasa, Blake’a Sheltona i Charli XCX! Prawda? A gucio.

Zobacz również: Recenzję “Rocketmana”

Po pierwsze – film jest wyświetlany w Polsce wyłącznie z rodzimym dubbingiem, w którym Clarkson zastępuje duet Karolina Czarnecka/Anna Karwan (Czarnecka jest znana chociażby z utworu Hera Koka Hasz LSD), Monáe – Olga Szomańska, Jonasa duet Piotr Bajtlik/Kamil Bijoś, Sheltona – Maciej Miecznikowski, zaś polskim odpowiednikiem Mr Worldwide został… Kamil Bednarek.

Po drugie – nie słychać specjalnej różnicy z dubbingiem czy bez, bo w obu wersjach językowych mamy do czynienia z tekściarską grafomanią i napisaniem piosenek dla samego napisania piosenek. Utwory w Uglydolls są głośne, rytmiczne i naprawdę nieźle zaśpiewane (mówię o polskiej lokalizacji, nie słuchałem oryginałów), ale nie dość, że absolutnie żaden z nich nie wpada w ucho, to jeszcze panuje w nich totalny bałagan. Refreny? Po co to komu? Treść? Spełniaj marzenia, uwierz w siebie, bla bla bla. Porządek? Bywa, że piosenki lecą jedna po drugiej! Każda z nich jest po to, by być – by móc się chwalić tym, że Pitbull/Kelly Clarkson/Kamil Bednarek śpiewają w naszym filmie, i jakoś to sprzedać. Disney i jego Mam tę moc zadziałało, ponieważ było diabelnie chwytliwe i potrafiło przekazać mądrą treść pod prostymi, wpadającymi w ucho zadaniami. Paskudy nie mają nic – to biały szum.

Zobacz również: Pierwsze wrażenia z “Big Little Lies”

I choć dubbing dubbingiem, to jednak nie będziecie szczególnie tęsknić za oryginalną obsadą – o dziwo, polska ekipa sprawdza się naprawdę wyśmienicie w swoich rolach (tak, nawet Kamil Bednarek daje radę, choć sceny, w których jego bohater zamienia się w stworkową inkarnację Mr Worldwide, wprowadzają niezły dysonans, bo widzimy Pitbulla, a słyszymy Bednarka), zaś dialogistka Hanna Osuch napisała żywe i kolorowe teksty, które mocno tchnęły życie w tę skostniałą, cholernie kwadratową formułę. Postać Pitbulla (która jest, haha, psem) nazywa się Ugly Dog, zaś postać Bednarka nosi imię Szpenio. Wage grana przez Joannę Kołaczkowską nosi imię Trusia, zaś latający nietoperz o imieniu Lucky Bat (co dosłownie oznacza “farciarski nietoperz”) to po polsku Fuksio. I słodko. I bardziej kreatywnie.

Seans Paskud wymęczył mnie okrutnie, mimo że byłem całkowicie świadom, na co się piszę – nie oczekiwałem niczego innego niż traktowanie dzieci z góry, a i tak poczułem się rozczarowany. A to, że nieletni bawili się na filmie całkiem nieźle, a ich rodzice raz na jakiś czas potrafili parsknąć ze śmiechu, pokazuje, że na takie produkcje nadal jest jakieś wzięcie. Pytanie tylko, czy tego właśnie chcemy dla naszych podopiecznych? Jeżeli posiadają rozsądnego rodzica, który postawi je przed odpowiednim dla nich intelektualnym wyzwaniem, to kiedyś wyrosną z bycia małym durniem. Natomiast jeżeli ich rodzice będą ich ciągle traktować jak debili, to na tych debili wyrosną. Prosta matematyka, Wasza decyzja.


Recenzje

“Catalina”, czyli po co komu historia? [RECENZJA]

Maciej Kędziora

Catalina to przykład najgorszego koszmaru festiwalowego widza. Mimo, że na papierze historia wygląda fascynująco, a jedną z głównych ról gra lubiany przez ciebie aktor – w tym przypadku Andrzej Chyra – to sam seans jest parabolą, gdzie skrajnymi są konwulsje wywoływane przez głupotę scenariuszową, albo znużenie wywołane nieprowadzącymi donikąd scenami w sznycie slow-cinema. Choć nie da się ukryć, że w debiucie pełnometrażowym Denijalowi Hasanovicowi udało się osiągnąć rzadko spotykany efekt katharsis, gdy czym prędzej wybiegamy z sali kinowej by celebrować euforie jaką wywołują napisy końcowe. Pytanie tylko kto stwierdził, że koszmar festiwalowy świetnie sprawdzi się w normalnym repertuarze w kinie.

Zobacz również: Godzilla – Historia filmowego symbolu atomowej pożogi [CAMPING #34]

Jak na kino mocno artystyczne, do którego zdaje się pretendować Catalina, trudno zdefiniować w prostych słowach fabułę całej produkcji. Nie jednak dlatego, że jest ona skomplikowana, czy też graniczy z mistycyzmem, a dlatego, że trudno stwierdzić czy takowa w ogóle istnieje. Ot – tytułowa bohaterka przyjeżdża do Sarajewa w celu przeprowadzenia badań dotyczących zbrodni na ludzkości, potrzebnych do jej doktoratu, który ma jej zapewnić przedłużenie wizy. Jak jednak ma się okazać, nasza protagonistka nawet nie wie czy może te badania przeprowadzić, a w momencie odmowy załamuje ręce i zaczyna dramatycznie krzyczeć. To opis pierwszej z sześciu dziesięciominutowych fabuł, w żaden sposób niedomkniętych i często ledwo powiązanych ze sobą.

Catalina
“Catalina”

Oczywiście cel całej produkcji jest oczywisty. Hasanovic chce opowiedzieć o współczesnych problemach – związkach bez miłości, wizach, przekleństwie wojny bałkańskiej, samotności, depresji, porzuceniu, odrzuceniu, biedzie, wycofaniu, alienacji, konfliktach, anomii społecznej. Problem w tym, że poruszając tak wiele tematów bez jakiegokolwiek pomyślunku i idei narracyjnej, całkowicie je spłycamy. W jednej scenie dowiadujemy się, że brat przyjaciółki Cataliny (skądinąd ich relacja jest jedną z najmniej wiarygodnych przyjaźni na dużym ekranie) zginął w wojnie, by w następnej rzeczona przyjaciółka mogła uprawiać seks z Markiem. Jakkolwiek taką strukturę ratowałaby albo fabularna inwersja czasowa, albo zagadkowość, intryga, która zachęca nas do zauważania najmniejszych szczegółów, to problem w tym, że nie uświadczymy tu ani radykalnych zabiegów formalnych, ani tym bardziej emocji – poza narastającą frustracją.

Zobacz również: Ostatni dialog filmowy – “Perfekcja”: Czy mamy do czynienia z udanym filmem? [DWUGŁOS]

Do tego wszystkiego, całą historię twórcy opowiadają przez lwią część poprzez rozciągnięte sekwencje, zainspirowane najpewniej klasykami kina powolnego, celebrującego historie i otoczenie. Problem w tym, że swoimi długimi ujęciami Bela Tarr czy Angelopoulos podkreślali emocje drzemiące w bohaterach lub też zmiany zachodzące w ich środowisku. W Catalinie natomiast często jawiły się one jako elementy groteskowe, czy nawet jako nieświadoma trawestacja tego kierunku, upiększana często przez monologi wzorowane na prozie Paulo Coelho. Problem w tym, że trudno czerpać przyjemność ze słabości tego filmu (vide ironicznego oglądania) gdyż jest on skrajnie nijaki, więc nawet nie ma de facto z czego się śmiać – i to jest źródłem największego tragizmu tej produkcji.

Nie można jednak zapomnieć o brawurowym zamyśle na charakterologiczne podejście do bohaterów, bo jest to zabieg conajmniej nietuzinkowy. Otóż w Catalinie każda postać nie wyróżnia się niczym. Nasza protagonistka, poza ideowością (trudno jednak określić jaką), która niewątpliwie kieruje jej życiem, nie posiada żadnej innej cechy charakteru. W przypadku jej przyjaciółki jest trochę lepiej, problem w tym, że jest tak nie dzięki scenariuszowi, a niewątpliwie charyzmie, która tkwi w Lanie Baric.

Zobacz również: May el-Toukhy: “Nie wiem jak można nie być feminist(k)ą” [WYWIAD]

I to dzięki temu wyłamaniu się od schematu papierowych postaci w świecie papierowych aktorów, wątek Nady jakkolwiek angażuje widza. Marek natomiast – i mówię to bez żadnej hiperboli – jest surowym facetem, który nie kocha bo to niemęskie i musi wszystkich od siebie odpychać. I to też będzie robić w każdej ekranowej chwili jaką z nim spędzamy – no chyba, że zniknie oglądać mecz (sekwencja poszukiwania Marka w restauracji to najbardziej szokująca i rozbrajająca chwila całej produkcji). Dość przy tym wspomnieć, że równo przeźroczyście układają się zawiązywane w tym “trójkącie” relacje.

Catalina
“Catalina”

Ciężkiego przypadku grafomanii Cataliny nie ratują nawet zdjęcia, które są – by ująć łagodnie – dość płytkie. Otrzymujemy zestaw klisz – od dramatycznych zbliżeń na twarz, przez “poruszające” ujęcia z okna, aż do szerokich, nic nie wnoszących do opowieści kadrów. Wszystko podszyte jest tutaj aspiracjami by być czymś więcej – głębszą opowieścią, analizą problemów Bośni i Hercegowiny oraz współczesnej Europy – problem w tym, że nie ma tutaj żadnych podstaw by mieć nadzieje na tytuł filmu artystycznego.

Prawda jest taka, że po ogromnej porażce jaką była premiera Cataliny i wielu negatywnych opiniach festiwalowych krytyków, ten film po prostu nie powinien trafić do szerokiej publiczności, bo jest jedynie niespełnionym marzeniem o wielkości reżysera. I choć zawsze zwykłem cenić odważnych filmowców, to tym razem jednak warto było mierzyć siły na zamiary.


CampingPublicystyka

Godzilla – Historia filmowego symbolu atomowej pożogi [CAMPING #34]

Radosław Furmaniak
Godzilla

Monsters are tragic beings; they are born too tall, too strong, too heavy, they are not evil by choice. That is their tragedy. ~ Ishiro Honda

Jest maj 2014 roku. Siedzę w kinowym fotelu, a okulary IMAX spoczywają na moim nosie. Z niecierpliwością oglądam kolejne zwiastuny i reklamy, czekając na gwiazdę wieczoru. W końcu na ekranie pojawia się On. Król Potworów we własnej, ogromnej postaci. Jego ryk przeszywa moje uszy, a ja w reakcji na te bodźce tylko szerzej się uśmiecham. O Godzilli słyszałem legendy już we wczesnym dzieciństwie. Chociażby z opowieści ojca; o jego pierwszych seansach filmowych, na które na jednym statku z Azji przypłynął zarówno kultowy potwór jak i Bruce Lee z Wejściem Smoka. Zasłuchiwałem się w historiach starszych braci, którzy mieli przyjemność oglądać „tego prawdziwego” Godzillę – dzięki zdobyczom w wypożyczalniach kaset. W czasach bez Internetu mnie samemu pozostawało jedynie czekać i zadowolić się przedstawiającymi go różnorakimi figurkami.

Zobacz również: “Rocketman” – Kolejny nieudany film biograficzny [RECENZJA]

Po raz pierwszy ujrzałem monstrum w telewizji, kiedy na jednym z kanałów puszczono Godzilla kontra Król Ghidorah. Pamiętam specyficzne uczucie, które towarzyszyło mi w czasie seansu. Godzilla bez żadnych wątpliwości był potworem. W panice przed krokami niszczącymi metra czy atomowym oddechem topiącym budynki, tłumy ludzi ewakuowały się z każdego miasta znajdującego się na jego trasie. Kiedy jednak pojawił się jego przeciwnik, złapałem się na tym, że kibicowałem Godzilli – podobnie zresztą jak ludzcy bohaterowie filmu w wielu scenach. Czym takim różnił się od innych oglądanych przeze mnie potworów? Aby odpowiedzieć na to pytanie, należy cofnąć się w czasie i zagłębić w historię tej kultowej postaci.

Godzilla
Godzilla umieszczona w ikonicznym japońskim dziele sztuki

Godzilla wkroczył na ekrany japońskich kin 27 października 1954 roku. Gojira, uważany wciąż za najlepszy film w serii, opowiedział historię opartą o strach i przeżycia obywateli Kraju Kwitnącej Wiśni. Zaledwie 9 lat po tragicznych wydarzeniach w Hiroszimie i Nagasaki, Ishiro Honda prezentuje w swoim dziele symbol atomowej pożogi. Ogromne monstrum, zrodzone z testów broni nuklearnej, wychodzi na brzeg i sieje zniszczenie, zrównuje z ziemią wioski i zieje radioaktywnym oddechem. To nie jest tylko wielki dinozaur depczący budynki, to ucieleśnienie traumy całego pokolenia Japończyków. Taki wydźwięk rozbrzmiewa do samego końca filmu, a akompaniuje mu Akira Ifukube z muzyką, która towarzyszyć będzie potworowi przez dziesiątki kolejnych filmów.

Zobacz również: “Wielkie kłamstewka” – Sezon 2 [PIERWSZE WRAŻENIA]

Kolejne produkcje zmieniały rolę Godzilli w zależności od tego, czego akurat potrzebował rynek. Pierwszy film rozpoczął modę na nowy – kaijū-eiga (czyli po prostu filmy o wielkich potworach), zatem w kolejnych wcieleniach Big G, jak określa się bohatera tego felietonu na Zachodzie, zajmuje czas ekranowy pokonując kolejne monstra, wciąż jednak pozostając wierny swoim korzeniom, sięgającym horrorowej gleby. Nie wystarczyło to jednak na długo, Toho (wytwórnia stojąca za filmami o potworze) potrzebowało uderzyć w młodszą widownię. Godzilla dorobił się zatem dziecka, stał się zabawniejszy, nauczył się karate, latać na własnym promieniu czy wykonywać bojowy ślizg na ogonie. Stał się bohaterem i maskotką narodu. Jego zadaniem było bawić kolejne pokolenie i eksportować japońskie filmy za morza, jednocześnie wiele stamtąd biorąc.

Ta epoka wepchnęła Godzillę w świat kina klasy B, z którego miał się nie wydostać przez długie lata. W okresie Shōwa (nazwa pochodzi od okresu w historii Japonii) – trwającym od 1954 do 1975 roku, wielki jaszczur podniósł się z kolan tandety dopiero tuż przed przed opuszczeniem srebrnego ekranu na wiele lat; dylogia Godzilla kontra Mechagodzilla wprowadziła mrożącego krew w żyłach antagonistę i kolejną ikonę franczyzy, jednocześnie dając widzom film, który może nie opuścił kategorii B, ale dobił w niej do światowej czołówki.

Zobacz również: “Burleska” – Recenzja [CAMPING #32]

Powrót Godzilli nastąpił w 1984 roku, przywracając jaszczura na należny mu tron potworów. Godzilla nigdy nie był większy, groźniejszy, a jego atomowy oddech bardziej destrukcyjny. Był to bezpośredni sequel filmu z 1954, negujący wydarzenia z Shōwa. Seria powróciła do swych korzeni, serwując widzowi 103 minuty zniszczenia. Nowa edycja miała przypomnieć, że istota zrodzona z wybuchu nuklearnego to nie powód do żartów. Kolejne filmy próbowały zmieniać odrobinę formułę, uderzając w problemy społeczne (obawy związane z modyfikacjami genetycznymi w Godzilla kontra Biollante), dodając cyborgi i podróże w czasie rodem z Terminatora czy wrzucając na środek ekranu stwory budzące skojarzenie z Obcym. Ciągle jednak jeden element pozostawał niezmienny, a był nim tytułowy jaszczur. Godzilla za każdym razem był pozbawioną emocji siłą natury, niepokonaną przez wszystkie części serii, maszerującym w rytm muzyki Akiry Ifukube, wzbogacają ją o swój kultowy ryk – uzyskany przez pocieranie rękawiczki zamoczonej w żywicy o struny kontrabasu.

Godzilla
“Powrót Godzilli” (1984)

Z tego powodu, kiedy po ponownym okresie hibernacji do kin zawitała kolejna adaptacja, wierni fani potwora poczuli jakby dostali w twarz produkcją Emmericha z 1998 roku. Problem nie leżał w jakości filmu, słabych żartach o rybach czy fatalnej grze aktorskiej. Problem stanowiła postać Godzilli i tego jak potraktowano legendarną postać, która obecnie posiada zarówno własny pomnik w Tokio jak i gwiazdę w Hollywood. To nie był majestatyczny zwiastun zagłady, którego siłę stanowiło tak samo radioaktywne zionięcie, jak korzenie zapuszczone głęboko w japońskiej kulturze. Ot, przerośnięty jaszczur zionący ogniem. Zbombardowany przez helikoptery. I karmiący się rybami.

Zobacz również: “Cat Sick Blues”. Czy kot jest warty więcej niż ludzkie życie? – Recenzja [CAMPING #30]

Pomimo sukcesu finansowego filmu, kolejni twórcy postanowili wyrzec się tej wersji i przyjrzeć się Godzilli z innej perspektywy – uwypuklić to, co czyni go wyjątkowym. Godzilla, Mothra i Król Ghidorah atakują zmienił genezę potwora, czyniąc z niego ducha ofiar zabitych w czasie II Wojny Światowej. Ostatnia Wojna wydana, by uczcić 50-lecie wielkoluda połączyła wszystkie okresy serii, rzucając jego mniej lub bardziej znanymi wrogami na prawo i lewo, nie wstydząc się rozwiązań rodem z kina klasy B, a nawet ciemnych wieków Godzilli, kiedy to stanowił rozrywkę dla dzieci, dodatkowo cementując go bezsprzecznie jako jednego z najsilniejszych monstrów, które widziała popkultura (mało który bowiem może pochwalić się przyjęciem meteorytu na klatę).

Największa rewolucja miała jednak nadejść dopiero 10 lat później. Amerykańskie studio Legendary postanowiło podjąć się drugiej amerykańskiej próby przeniesienia największego Japończyka wszechczasów na kinowe ekrany. Siedzący na fotelu reżysera Gareth Edwards odrobił tym razem lekcję. Nie próbował odtworzyć genezy potwora, ani kopiować oryginału. Udało mu się jednak uchwycić ideę stojącą za postacią i tchnąć ją w nowe ciało. Tak oto, w czasach obaw o losy planety, Gareth prezentuje nam naturę w swej najbardziej przerażającej i pierwotnej postaci, która wysyła swojego niemalże boskiego obrońcę, by, niczym gorączka o temperaturze nuklearnego pieca, zażegnał zagrożenie dla ziemskiej równowagi. Ludzie są zaledwie pionkami w konflikcie sił, których nie potrafią zrozumieć i mogą co najwyżej odetchnąć z ulgą, że ten planetarny system obronny nie zwrócił się tym razem przeciwko nim.

Godzilla
“Godzilla” (2014)
Zobacz również: Klasyka z Filmawką – “Spacer po linie” [RECENZJA]

Japończycy nie pozostali długo dłużni. Dwa lata później do japońskich kin wkroczyło dzieło Hideakiego Anno, znanego głównie z serii anime Neon Genesis Evangelion. Shin Gojira ukazał światu zupełnie inne, zdewastowane, pokryte bliznami i wypalone oblicze potwora, interpretując na swój sposób horror z 1954. Godzilla stanowi tu bardzo krwawe i chaotyczne oblicze katastrofy nuklearnej, nawiązując do serii wypadków w Elektrowni Atomowej Fukushima, która destabilizuje rządy, sieje zamęt w państwie i pociąga za sobą ciąg… spotkań gabinetowych, politycznych rozważań i prób odnalezienia się w nowej sytuacji. W tle zaś majaczy prawdopodobnie najstraszniejsze wcielenie Godzilli w dziejach, które serwuje widzowi wgniatającą w fotel i stymulującą tak wizualnie jak i dźwiękowo scenę destrukcji miasta.

Jako ciekawostkę należy wspomnieć również dostępne na Netfliksie anime Godzilla: Planet of the Monsters, które mimo wyjątkowo słabych postaci i boleśnie niewykorzystanego potencjału dokonuje bardzo interesującej redefinicji zarówno tytułowego antagonisty jak i jego dwóch najbardziej znanych przeciwników.

Nadszedł czerwiec 2019 roku. Siedzę na domowym fotelu i z niecierpliwością oglądam zwiastuny nadchodzącego widowiska z Godzillą w roli głównej. Czekam, aż znowu na srebrnym ekranie pojawi się Król Potworów, który ciągnie za sobą nie tylko niewiarygodnie długi ogon, ale przede wszystkim najdłużej trwającą franczyzę filmową świata, która łączy pokolenia na całym globie. Godzilla to z pewnością prehistoryczny dinozaur, który nigdy nie strząśnie ze swoich pleców brzemienia kina niskobudżetowego, ale nikt nie zagrozi jego miejscu na tronie, który piastuje już od 65 lat.

Recenzje

“Słońce też jest gwiazdą” – i niczego więcej się nie dowiecie [RECENZJA]

Maja Głogowska

Od mniej więcej siedmiu lat w modzie są filmy na podstawie książek z gatunku coming-of-age. John Green, David Leithman, Rainbow Rowell to nazwiska, które po dystopijnych powieściach w stylu trylogii “Igrzyska śmierci” czy “Niezgodna” wykreowały kolejną odnogę tego gatunku. Odnogę, której nie sposób nazwać, ale sposób krótko opisać – powieści o absolutnie przeintelektualizowanych nastolatkach… 

… Czyli młodych dorosłych wątpiących, młodych dorosłych ironicznych i młodych dorosłych wiecznie cytujących czy przedstawiających jakąś naukową teorię lub jednostkę wybitną. Dokładnie w takie ramy wbijają się postaci z filmu na podstawie książki Nicolii Yoon, więc jeśli przeszliście przez lekturę jakiejkolwiek powieści spod pióra wymienionych przeze mnie autorów (lub widzieliście film na podstawie ich bazgorołów) to znacie już mechanizm działania tej produkcji.

Zobacz również: Recenzję “Rocketmana”  

Koncept na Słońce też jest gwiazdą w rękach odpowiedniego reżysera mógł zamienić się w ciekawy manifest. Ona pochodzi z Jamajki , choć ostatnie siedem lat życia spędziła w Stanach Zjednoczonych. Wszystko ma już zaprogramowane w swojej głowie, od dalszej edukacji po negowanie pojęcia miłości. W tym miejscu wchodzi On, również emigrant, ale z zupełnie innego krańca świata, bo z Korei Południowej. Swoje całe życie spędził w USA w otoczeniu dobrze przędącej rodziny. Już jako dziecko został mianowany przez swoich rodziców na „doktora” i właśnie w tym kierunku musi iść, choć nie ukrywa, że jest marzycielem a za pazuchą zawsze trzyma gruby notes wypełniony poezją. Zderzają się więc dwa światy, które mimo wzajemnego przeplatania się finalnie są zupełnie inne. Chłopak mówi – rozkocham cię w jeden dzień, dziewczyna zaś trzepocze rzęsami i odrzeka – nie ma takiej opcji.

Jego zapędy jednak szybko znajdują ujście, bo oczarowanie jej nie jest sztuką, a reżyser wpuszcza nas w jego własną wersję „Przed wschodem słońca” Linklatera. Miasto, jeden dzień, kocyk w parku i wyczekiwane pocałunki. Szkoda jedynie, że z tego klasycznego dzieła został jedynie główny motyw, a reżyser „Słońce też jest gwiazdą” nie zainspirował się Linklaterowską inteligencją życia. 

Zamiast tego zaserwował nam zaś absolutne przeintelektulizowanie i to takie, które sprawia, że finalnie z produkcji pamięta się mniej niż więcej. Żaden dialog nie uderza, żaden też nie zmusza do przemyśleń – a przecież mamy tu dwóch emigrantów z dwóch zupełnie innych zakątków świata! Moglibyśmy zostać porażeni ich kulturowymi różnicami i podobieństwami a z seansu wynieść jakąkolwiek wiedzę. Taką, która przyda nam się w zrozumieniu znajomych emigrantów zza wielkiej wody czy innych tytułów filmowych oraz powieści głęboko zakorzenionych w ich kulturze. 

Zobacz również: Pierwsze wrażenia z drugiego sezonu “Big Little Lies”

No, ale nie martwcie się – jakąś wiedzę dostajemy! Ja na przykład zapamiętałam, że słońce też jest gwiazdą (tak, to ważny fakt w tym filmie, a nie mój słaby żart z tytułu) i że Koreańczycy posiadają od 60 do 80% rynku włosiennego. Tak, to najważniejszy fakt o Koreańczykach jaki wyniosłam z tej produkcji – równie dobrze mogłam go znaleźć na Wikipedii.

Zabrakło tu localsowej pasji i czegoś co sprawi, że widz pomyślałby – znam te postaci. Widz do wielkiego naczynia złapał Nowy Jork, Azjatę i Jamajkę, a mimo tego naczynie wydaje się puste, tak jakby te trzy wielkie postaci były metalem lżejszym od powietrza znanym z „Lalki” Prusa.

Mogę oddać produkcji jeden wielki plus. Aktorzy, którzy grają głównych bohaterów może i nie są dobrze dobrani do swoich ról (nie, nie mogłam uwierzyć w umięśnionego aż do odpadających guzików Azjatę-nerda), ale wszystko nadrabiają niesamowitą chemią. Przede wszystkim u Charlesa Meltona (znanego mi również z „Riverdale) widać na twarzy wymalowane staranie. Szkoda, że zdaje się ono być niczym wychodząc na przeciwko tak beznadziejnego materiału źródłowego czy scenariusza… 

… Gdyby dialogi były odrobinę lepsze mielibyśmy szansę na kolejny po „Niedobranych” naprawdę dobry romans, bo chemia między bohaterami aż iskrzy. Sam kręgosłup tej historii i oraz koncept dwóch emigrantów i jednego dnia mógł zawojować serca krytyków, widzów i box-office. Nie dziwie się, że ani jedna z tych rzeczy się mu nie udała.

Słońce też jest gwiazdą to przede wszystkim niesamowite rozczarowanie, bo dosłownie wszystko mogło się tu udać, ale chyba nikt nie mierzył na to zamiarów i nie udało się nic. Wielka strata czasu i ekranowa fuszerka. Jak mamy traktować poważnie dzieło w którym nawet muzyka zdaje się być wmontowana za pomocą programu Windows Movie Maker?


Recenzje

“Rocketman” – Kolejny nieudany film biograficzny [RECENZJA]

Maja Głogowska
Rocketman

Ah, tłuste, filmowe biografie. Co jest bardziej motywujące od oglądania perypetii naszych ulubionych, wybitnych jednostek? Ich walki z systemem, nieudanych romansów, wielkich miłości i wielkich porażek czy wielkich wzniesień w metaforyczne przestworza, wyjścia z marazmu lub startu kariery. Taka biografia może albo wrzucić nas w dynamiczną karierę, a w nasze dłonie włożyć tikający zegarek, który odmierza czas do upadku bohatera – albo pokazać karierę od zera do bohatera. Rocketman, podobnie jak ubiegłoroczne Bohemian Rhapsody wybiera pierwszą drogę i choć pokazuje nam pokraczne początki Eltona, to przez większość seansu już raczej obserwujemy jego spadek z samego szczytu na twardy, londyński bruk. Szkoda tylko, że widzowi nie daje to żadnej satysfakcji, bo przez większość czasu trwania filmu ten czuje się odłączony od głównego bohatera.

Zobacz również: “Wielkie kłamstewka” – Sezon 2 [PIERWSZE WRAŻENIA]

Oto Elton. Uzdolniony, zaradny i grzeczny chłopiec. Co prawda wiecznie zbiera cięgi od swojej matki i czeka na jakąkolwiek oznakę bliskości od ojca, ale jego dzieciństwo można nazwać szczęśliwym. Dostał się do znakomitej szkoły muzycznej, a los obdarzył go niesamowitym słuchem – potrafi wszystko zagrać od tak! Tu kończy się nasza znajomość życia młodego Eltona, co rusz przeplatana słowami „czy ojciec kiedyś mnie przytuli” i wzrokiem w stronę modelu matki, istnej mieszanki Beatrice Horseman z Bojacka Horsemana oraz Jeanette Brinson z Krainy Wielkiego Nieba. No i to tyle, nagle wchodzi piosenka The Bitch is Back, a przed nami staje Taron Egerton – jako w tamtym momencie dwudziestoletni już Elton. 

No i to tyle. Absolutnie ominęła nas dekada życia Eltona, jego znajomości i pracy, ale hej – to okej! A wiecie czemu? 

Rocketman
“Rocketman”

Bo Rocketman to musical, a to już zdecydowanie wyjaśnia wszystko. Przynajmniej to zdaje się być z tyłu głowy twórców, że skoro stworzyli film o muzyku, czysto muzyczny, oznacza to, że nie musi być również ambitny, a nas musi obchodzić tylko główny wątek, czyli jego kariera… 

… A tu twórcy też obracają się w jedną i drugą stronę, niezdolni do powiedzenia czegokolwiek więcej. W pewnym momencie Elton wpada w ciąg alkoholowy i narkotykowy, a nas omija większość jego życia. No, bo wiecie… Taki zabieg artystyczny. 

Zobacz również: “Czarnobyl” – The Crime of Knowing [FELIETON]

Tyle, że jeśli mam być z Wami szczera to ja już takimi leniwymi zabiegami jestem znudzona. Rocketman ma scenariusz, który bardziej nadaje się na deski teatru niż na srebrny ekran, a gdyby nie tragiczne Bohemian Rhapsody to pewnie i ten film zebrałby spore cięgi. Tak, można się na nim bawić, ale zastanówmy się czy przypadkiem winna temu nie jest sama, zmuszająca do tańca muzyka Eltona? 

Rozumiem, że film biograficzny nie ma być idealnym dokumentem (tym bardziej, gdy jest również musicalem), ale to nie usprawiedliwia tego, że twórcy bali się zachować realizmu chociażby w takim elemencie filmu jak scenografia czy kostiumy. Podczas napisów końcowych twórcy chwalą się PODOBIEŃSTWAMI między oryginalną garderobą Eltona a tym co w filmie nosił aktor go grający. Najcześciej jednak są to podobieństwa tak małe (jak identyczny kolor czy po prostu krój), że wydaje się, iż chwalenie się taką fuszerką po prostu nie przystaje, a twórcy nagminnie łamią mityczne przykazania dobrych filmowców. 

Rocketman
“Rocketman”

Rocketman to film przeidealizowany, a na każdą bolączkę bohatera ma lekarstwo – gotową piosenkę. Te na szczęście idealnie pasują do filmu i choć ich nowe, musicalowe wykonania mogły okazać się katastroficzne – jest wręcz przeciwnie. Ich nowe, nieco bardziej symfoniczne brzmienie nadaje im nowego smaku, a my z lekką irytacją czekamy aż przemienią się w swoje pełnoprawne wersje. Czasami tak jest, a czasami nie – równocześnie zmienia się nastawienie słuchaczy do muzyka, bo niestety nie zawsze jest to proces absolutnie bezbolesny. 

Zobacz również: May el-Toukhy: “Nie wiem jak można nie być feminist(k)ą” [WYWIAD]

Skoro muzyka niejako mówi nam o humorze czy sytuacji aktora to jednocześnie oznacza to, że w filmie używana jest bezwzględnie i nieco bezmyślnie. Jeśli po tej produkcji (i bez jakiejkolwiek innej wiedzy o Eltonie) miałabym wykrzesać z siebie kilka słów na temat jego historii to niestety nie miałabym zbyt wiele do powiedzenia. Twórcy rzucają wątki na oślep i rzadko kiedy rozbudowują, a zamiast tego czekają na to aż rozbudują się same – poza okiem kamery. Używanie muzyki losowo zaś zaburza nam poukładanie informacji na temat procesu twórczego muzyka. Nawet finałowe I am still standing (zresztą, chyba jedyne dobre odwzorowanie czegokolwiek w tym filmie) zostało użyte źle, bo oryginalnie piosenka wyszła kilka dobrych lat przed odwykiem muzyka!

Na język samo niesie mi się pytanie – po co twórcy usilnie chcieli zrobić z tego filmu biografie? Czemu nie mogli stworzyć filmu w konwencji Mamma Mia? My bylibyśmy równie roztańczeni, a sama, unikalna historia Eltona Johna czekałaby na kogoś kto NAPRAWDĘ chcę ją opowiedzieć, a nie tylko podźgać z każdej strony wykrzykując – no bo wiecie, Elton miał nieobecnego w jego życiu ojca. 

Finalnie stajemy w szaranki z filmem, który nieco oszukuje i omamia widza udając coś czym nie jest. Albo wyjdziecie z niego uśmiechnięci i dobrze nastawieni do życia (muzyka Eltona!) albo tak jak ja zmęczeni oglądaniem czegoś, co już przemieliliście setki razy. Nieważne czy w kinie czy w teatrze, to najbardziej typowa forma muzyki połączonej z zarysem fabularnym. 

Rocketman
“Rocketman”
Zobacz również: “Black Mirror” – Piąty sezon bez ryzyka, ale i bez nudy [RECENZJA]

Bolączki podczas seansu nieco umilali mi aktorzy. Tagron Egerton jest idealnym, roztańczonym Eltonem (nawet jeśli nie pomagają mu kostiumy czy makijaż), Jaime Bell daje zapomnieć o fakcie, iż jest Jaime’m Bellem, a Bryce Dallas Howard zrzuca swój słynny ton, by przemówić zupełnie innym, nieco spokojniejszym głosem. Ze swoją rolą poradził sobie tez Richard Madden, ale nie była to taka szarża aktorska jak chociażby w zeszłorocznym Bodyguardzie – nie miał zresztą też na nią szans przez stosunkowo małą ilość czasu ekranowego. 

W Rocketmanie zawodzi niemalże wszystko to, co powinien mieć dobry film biograficzny. Wycina najciekawsze wątki z życia muzyka (na przykład przyjaźń z rodziną królewską), by iść po prostej linii od sukcesu po porażkę i powrót do snopu światła, a i nie trzyma się tych, które powziął sobie za najważniejsze. Pomija, przekształca i za bardzo psuje wszystko to, co świadczyło o monumentalności kariery Eltona. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie wiem czemu twórcy popsuli tak dużo prostych elementów, jak chociażby kostiumy… 

… Nie wiem też czemu brnęli w biografie zamiast wcisnąć gaz i wjechać prosto w napis „musical”. Może wtedy mogliby pozwolić sobie na jakąkolwiek kreatywność (bo nawet, gdy w filmie jest dobrze to na pewno nie oryginalnie), a my  dostalibyśmy dzieło z lepszym scenariuszem, bardziej ambitne, a i skore do powiedzenia czegokolwiek. Rocketman rzekomo mówi coś o Eltonie, ale zapytajmy się siebie szczerze – niby co? 


Recenzje

“Wielkie kłamstewka” – Sezon 2 [PIERWSZE WRAŻENIA]

Kamil Walczak

Niemal 2 lata temu Wielkie kłamstewka zostawiły nas z niesamowitym plot twistem, zawieszonym w powietrzu śledztwem i znajdującymi się nad przepaścią bohaterkami. Madeline, Celeste, Jane, Renata i Bonnie połączyło pewne wydarzenie, więzy krwi zostały zawiązane. Wszystkie żyją pod przysięgą. Powinien je teraz czekać powrót do normalności, ale w spokojnym, nadmorskim Monterey każdy pamięta i wszyscy wiedzą. Sprawy zaczynają dodatkowo komplikować nowo przybyli goście. Nie będę trzymał was w niepewności, czy nowy sezon trzyma poziom. Bądźcie zatem spokojni – trzyma, ale to nowa odsłona.

Zobacz też: Promieniowanie po “Czarnobylu”

Sporo musiało ulec zmianie. Perypetie silnych kobiecych figur z zamożnego miasteczka to już nie macierzyńska gra o tron i dochodzeniowa narracja z sąsiedzkimi komentarzami w tle. Dość powiedzieć, że przechodzimy we współczesny tryb wydarzeń. Zabójstwo, które wydarzyło się tamtego dnia rezonuje i jeszcze bardziej napędza spiralę podejrzeń i podskórnych niesnasek. Ale jeśli nie mamy krwiożerczych starć w rytm rodzicielskiego darwinizmu społecznego, to czy produkcja Davida E. Kelleya coś w ogóle traci? Wręcz przeciwnie. Tyle że miast kuć miecze, wybijają tarcze.

Sezon drugi już na starcie konstytuuje się jako twór sam w sobie, a nie jakaś mizerna prolongata poprzednika. Mamy niepowtarzalną okazję lepiej poznać wszystkie 5 bohaterek, czego wcześniej nam szczędzono. Rozmywa się integralność protagonizmu, a Renata czy Bonnie okazują się bardziej złożonymi charakterami, niż sugerowałyby ich powierzchowności. Również samce otrzymują pieczołowite pociągnięcia pędzlem, mimo fizycznej nieobecności jednego z mężów. Tak więc fani Edda, Nathana i Gordona mogą trzymać kciuki, bo sfeminizowani panowie to w końcu też ludzie. Początkowo zawiedziony jestem trochę wątkami dzieciaków, bo choć wiem, że ogólnie są one li tylko pretekstem dla relacji ich starszych, to zbyt często są one traktowane po łebkach, jako totemy i znaki – tutaj najwidoczniej odzwierciedla to motyw Grethy Thunberg w szkolnych ławkach. Ale myślę, że sam argument o mocniejszym rozwinięciu drugoplanowych postaci jest pewnym wyznacznikiem – mówimy tu bowiem o serialu już pełnym trójwymiarowych bohaterów, który naprawdę zachwycał ich psychologicznym galimatiasem. Jeśli mamy tutaj krok naprzód, to to jest coś.

Zobacz też: Reżyserka “Królowej Kier”, May el-Toukhy: “Nie wiem, jak można nie być feminist(k)ą” [WYWIAD]

Z kolei tytułowe kłamstewka mocno przybijają się do dna i jeszcze bardziej kłują kruche wnętrze naszych faworytek. Andrea Arnold, reżyserka sezonu, idealnie odbija prześwitujące traumy i wspomnienia, jest bardzo blisko swoich bohaterów; daleko jednak temu do obiektywizmu, to bardziej przeskakujący transsubiektywizm. Każdy widz po zetknięciu się z Wielkimi kłamstewkami wie, że ta podszewka kobiecego melodramatu przechodzi w rejony instynktownych emocji i wielkich portretów psychologicznych. Te nietuzinkowe skądinąd zmagania się ze stratą, własną winą i małżeńskim kryzysem przędzone są precyzyjną nicią porozumienia z publicznością. Uczestników serialowego teatru da się lubić, bo ich grube rysy możemy empatycznie prześwietlić. Co z tego, że ich rodziny nie muszą się za bardzo martwić o swój status majątkowy, jeśli targają nimi tak bliskie nam uczucia? Na praktyczny socjalizm filmowy przyjdzie czas. Perfect life is a perfect lie pozostaje w swojej mocy, a ile razy zazdrościmy Renacie czy Madeline przebojowego miru w ich domowych willach, tyle przekonujemy się w jak wyreżyserowanych projekcjach próbują one żyć. Że nawiedzające je sekrety w końcu rozsadzą je od środka.

Ogromnym nimbem odbija się występ Meryl Streep w serialu. Jakby brakowało tutaj ikonicznych aktorek! Jej głęboko dotknięta tragedią figura matki to przedłużenie kryminalnej zagadki śmierci Perry’ego, którą miejscowa policja coraz mniej się interesuje. Babcia Mary-Louise jest w stanie zrobić wiele, by wyprzeć winy syna, zbadać zakulisowo tę sprawę i ponaprzykrzać się przy okazji naszej piątce protagonistek. Sam byłem sceptyczny wobec upychania do produkcji Żelaznej Damy, ale, jak się okazuje, to idealny komponent dramatyczny, który faktycznie ma napędzać główną oś fabularną. Choć krzyżuje ona idealny układ naszego kwintetu, ciężko z nią nie sympatyzować – to twarda babka, którą nie definiuje tylko żądza prawdy, ale też rodzinne ciepło i sama potrzeba rodziny. U Kelleya postacie, zwłaszcza feminy, to fantastycznie zniuansowane sylwetki, gdzie każdy i każda to jakiś konkretny charakter, który nie działa ot tak.

Zobacz też: 5. sezon “Black Mirror” [RECENZJA]

Dobra wiadomość jest zatem taka, że czekają nas urokliwe wakacje w Monterey. Obsada Big Little Lies to aktualnie najbardziej wyrafinowany skład telewizji, z Nicole Kidman, Resse Witherspoon, Shailene Woodley, Laurą Dern, Zoë Kravitz oraz Meryl Streep na czele. Wydaje nam się, że znamy już prawdę, skrytą za fasadą kłamstw. Prawda jest jednak tutaj iluzoryczna, a żałośnie maskujące ją bohaterki odkrywają coraz więcej własnych słabości i uchybień. Nie wiem jak wy, ale ja z przyjemnością i rozrzewnieniem będę śledził ich feministyczną dramę, bo to wciąż najlepsza współczesna obyczajówka, na którą zasługujemy i której potrzebujemy jak tlenu.

Polska premiera już w poniedziałek 10 czerwca (jutro). Kolejne odcinki co tydzień na platformie HBO.

 

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.