Nowe Horyzonty 2019Recenzje

“Liberté”, czyli w głębi ciemnego masturbowali się lasu [RECENZJA]

Marcin Kempisty

Zaczyna się po inteligencku, gdy w pierwszych minutach filmu zostają przytoczone szczegóły publicznej egzekucji przeprowadzonej 28 marca 1757 roku na ulicach Paryża. To tego dnia niedoszły zabójca króla Ludwika XV, Robert-François Damiens, został w bestialski sposób pozbawiony życia przy aplauzie rozochoconego tłumu. Jego ciało najpierw przez kilka godzin torturowano w kazamatach, a następnie przed wygłodniałą krwi widownią rozerwano przy pomocy koni pędzących w różnych kierunkach. Wspomnienia makabrycznej zbrodni “w imieniu sprawiedliwości” zostają przytoczone po kilku latach od tego koszmarnego widowiska, gdy trzech arystokratów siedzi w lektyce w środku lasu. W tle zachodzi słońce, niebo ciemnieje, a dwóch francuskich szlachciców prosi gospodarcza spotkania, pruskiego księcia de Walchena (Helmut Berger), o azyl. W końcu polityczne i erotyczne upodobania przyjezdnych jegomości są na tyle oryginalne, że nie znajdują poklasku u najstarszej córy kościoła, dlatego też liczą na to, że wstawiennictwo możnego przyjaciela pozwoli im znaleźć schronienie i przestrzeń do folgowania swoim potrzebom. 

Zobacz również: Recenzję “Antologii duchów miasta” z Nowych Horyzontów

Po takim wstępie otwiera się szufladka z napisem Nadzorować i karać, wszak praca Michela Foucaulta rozpoczyna się właśnie od przywołania tej czarnej karty z historii Francji. Interpretacyjne czułki stoją w pełnej gotowości i tylko wyczekują kolejnych nawiązań, zapożyczeń i cytatów. A przynajmniej taka reakcja może pojawić się w organizmie widza niezaznajomionego z twórczością Alberta Serry. Kto bowiem widział chociaż jeden tytuł Katalończyka, ten wie, że jak się wchodzi w jego światy, to trzeba porzucić nadzieję. Autor Śpiewu ptaków konsekwentnie odziera filmy z całej filmowej otoczki, pozbywając się wszelkich niepotrzebnych ornamentów w postaci ścieżki dźwiękowej, gry aktorskiej, a nawet scenariusza. Jak pisze Rafał Syska w Filmowym neomodernizmie, reżysera nie interesuje skonwencjonalizowany wymiar kina, dlatego jego produkcje to afabularne ciągi scen, w których nieskrępowany, niezaaranżowany ruch stanowi nadrzędną rolę. A to oznacza, że odbiorcy muszą zapomnieć o wszelkich przyzwyczajeniach, pozbyć się natręctwa w postaci poszukiwania sensu, fabuły i psychologii postaci, a jedynym kołem ratunkowym chroniącym przed utopieniem się w morzu nudy jest otwartość na transowe, zmysłowe, rozciągnięte w czasie doświadczenie.

Liberté nie jest żadnym wyłomem w obranej przez Serrę strategii. Można nawet stwierdzić, że jest to trzecia część “peruczkowo-libertyńskiej” serii. Najpierw Hiszpan przedstawił prawie całkowicie odseksualizowaną wersję życiorysu Casanovy w Historii mojej śmierci, później skrupulatnie przyglądał się, jak uchodzi życie w Śmierci Ludwika XIV, by w 2019 roku zaprezentować na festiwalu w Cannes ponad dwugodzinną opowieść o buzujących seksualnie arystokratach hasających po pruskich lasach. Tym razem Serra zdejmuje z bohaterów moralny gorset, by przyjrzeć im się w sterylnych, pozbawionych zewnętrznych przymusów i obowiązków warunkach. Postacie pochodzą głównie z wyższych sfer, dumnie prezentują się w swoich wykwintnych ubiorach, bladych, wampirycznych makijażach i peruczkach. Wystarczy jednak chwila, by maski opadły i rozpoczęła się trwająca prawie cały film orgiastyczna plątanina ciał. 

Skojarzenia z Salo, czyli 120 dniami Sodomy są w pełni uzasadnione, zresztą obu tytułom przyświeca duch Markiza de Sade’a. O ile jednak funkcja perwersyjnej seksualności w dziele Piera Paolo Pasoliniego jest stosunkowo prosta do rozszyfrowania, o tyle autor Honoru rycerza nie pozostawia widzom żadnych wskazówek. Niby stwierdza w wywiadach, że chciał zrealizować film o cielesnej transgresji, wyzwoleniu z okowów płciowych i klasowych, jak również o utopii erotycznego wyzwolenia, ale obraz zdecydowanie przeczy słowom. Może jego zmysły pokrętnie rejestrują tę sferę ludzkiego życia, a może to po prostu zgrywa, wszak w filmach Hiszpana pojawia się dużo subtelnego, czarnego humoru.

Zobacz również: Recenzję “Truposzy nie umierają”

Mężczyźni i kobiety somnambulicznie przechadzają się po osnutym nocą lesie i dogadzają sobie na wszelkie możliwe sposoby. Każdy rodzaj seksu jest dobry, każdy partner jest atrakcyjny, każda perwersja jest w pełni usprawiedliwiona. Serra odgrywa przed widzem koncert na ręce ocierające się o krocza, uderzenia lędźwi o pośladki, posapywania, jęki i szemrzące strumienie moczu. A to wszystko przy akompaniamencie świerszczy, których zapętlone cykanie rozbrzmiewa od początku do końca filmu. Mimo to cały repertuar nagich ciał i posuwistych ruchów nie wywołuje erotycznego napięcia. Kamera na chłodno rejestruje figle kochanków, jak gdyby to była tylko gimnastyka przy świetle księżyca. Wyuzdana choreografia nie wygląda jak owoc radosnego wyzwolenia, przypomina raczej chaotyczny lot ćmy ku śmiercionośnej żarówce. 

Bo seks w Liberté nie przynosi katharsis. Po jednym orgazmie przychodzi ochota na kolejny, najlepiej w objęciach innego kochanka. Arystokracja zachowuje się, jak gdyby była na targowisku przyjemności, na którym trzeba spróbować wszystkich dostępnych łakoci, choćby i brzuch miał od tego rozboleć. Jako że po zaprezentowanych ekscesach nie przychodzi ani ukojenie, ani potop, trudno stwierdzić, jaki naprawdę mają one charakter. Umysł podpowiada traktowanie serrowskiego świata jako ostatecznej formy rozkładu ancien régime’u, zanim jego fundamenty zostały oficjalnie skruszone przez rewolucyjne bagnety. Tytuł, jako hasło wiodące lud na barykady począwszy od 1789 roku, również może być potraktowany dwojako: jako apoteoza nieograniczoności jednostki, ale także jako ironiczne podsumowanie, do czego prowadzi bezrefleksyjne folgowanie chuci. A może warto baczniej przyjrzeć się postaci granej przez Helmuta Bergera? Nazwisko aktora zostało rozsławione dzięki filmom Luchino Viscontiego, w których Austriak wcielał się w reprezentantów z rozmachem upadających rodów. Tak jak pojawienie się Jean-Pierre’a Léauda w Śmierci Ludwika XIV może być być traktowane jako symboliczna klęska Francuskiej Nowej Fali i pewnego typu kina, tak i obecność ulubieńca Viscontiego w filmie Serry może być zinterpretowane jako jednoznaczne zerwanie z dramatycznością filmowego medium, zwłaszcza gdy mówi ono o sytuacjach granicznych, krańcowych dla pewnej formacji kulturowej.

Zobacz również: Tekst o “Make me up”

Niezależnie od wszelkich dywagacji, widz musi najpierw przebrnąć wraz z bohaterami przez krzaki i błota, przyglądając się ich zabawom. Droga to niełatwa, rozciągnięta w czasie, jak to tylko możliwe. Czasami wydaje się nawet, że reżyser zatrzymuje upływające sekundy, a obserwowane figury zastygają w miłosnych uściskach. Bezczas wędrówki oddziałuje na zmysły, ale też nuży, wpycha w objęcia snu. Walka o zwycięstwo ze zmęczeniem i utrzymanie się na powierzchni obrazu stanowi nie lada wyzwanie, a przy okazji dosyć zabawnie rymuje się z pogarszającą się kondycją fizyczną ciągle stymulujących się rozpustników. Na ekranie wieczna noc i fontanny wszelkich płynów ustrojowych, a na widowni cichutkie pochrapywania, co w efekcie daje pyszny żart Serry na temat kinofilskich oczekiwań i ich późniejszych realizacji.

Liberté jest runmageddonem dla najwytrwalszych, najbardziej żądnych fizycznych doznań podczas kinowego seansu. Albert Serra po raz kolejny prezentuje radykalny eksperyment, który jednak w obecnym kształcie należy potraktować głównie w kategorii żartu. Już lepiej spojrzeć na ten film jak na kolejną próbę świadomego, autotematycznego wykorzystywania cierpliwości i zaufania widzów, gotowych na wszystko w imię dotrwania do napisów końcowych. Zwłaszcza że w dobie pornografizacji życia codziennego prezentowane seksualne ekscesy nie robią już takiego wrażenia, a mozolne przesypywanie piasku w klepsydrze zostało przez niego już znacznie lepiej wykorzystane we wcześniejszych produkcjach. Tym razem wizualna i interpretacyjna niejednoznaczność nie wyszły reżyserowi na dobre. Stanie w rozkroku między libertyńskim rozpasaniem a pruderyjnym ukazywaniem większości aktów kopulacji stanowi dowód na niepełność wizji artystycznej i niekonsekwencję w przyjętej przez niego strategii. I nawet scena z lizaniem odbytu tego nie zmieni.


Film pojawi się w polskich kinach dzięki Stowarzyszeniu Nowe Horyzonty
Recenzje

“Portret właścicieli”, czyli kocia teleportacja [FRONT WIZUALNY]

Michał Piechowski

Nie od dziś wiadomo, że wielcy myśliciele gustują w historiach z drugim dnem. Jezus Chrystus, Ignacy Krasicki, Joaquín Maito – lista jest długa. O dwóch pierwszych panach z pewnością słyszeliście na lekcjach języka polskiego i właśnie tam odkrywaliście sens ich bajek czy przypowieści, więc pozwólcie, że od razu przejdziemy do trzeciego z tych dżentelmenów, a właściwie – żeby być bardziej precyzyjnym – do jego najnowszego filmu o wdzięcznym i dźwięcznym tytule Portret właścicieli.

Tytule, który jednocześnie jest także dość przewrotny, bo tych, których zwykło nazywać się właścicielami, jest tutaj pozornie niewielu. Jak na porządny film przyrodniczy przystało, w obrazie tego argentyńskiego reżysera dominują zwierzęta, a dokładnie psy i koty (co jakiś czas pojawiają się tutaj ryby, jeleniowate oraz pingwiny, ale to tych „domowych” czworonogów jest tutaj najwięcej). Zwierzęta te żyją sobie dziko (koty) albo w schroniskach (psy) i całymi dniami robią, najprawdopodobniej, dość typowe dla ich sytuacji rzeczy, a twórcy dzielnie (i statycznie) obserwują je, nie okraszając bynajmniej tego, co rejestruje kamera jakimkolwiek komentarzem.

Portret właścicieli

Portret właścicieli można łatwo porównać do innego, polskiego dokumentu, który niecałe dziesięć lat temu był nawet nominowany do Oscara. Pomysł na Królika po berlińsku Bartosza Konopki w całości oparty był na alegorii, zgodnie z którą tytułowe, uwięzione pomiędzy dwiema częściami Muru Berlińskiego gryzonie, reprezentować miały zamkniętych w okowach totalitaryzmu ludzi. Wszystko było tam przejrzyste i w miarę jednoznaczne, a uroku i zrozumienia przydawał głos Krystyny Czubówny, który doskonale opisywał to, co w danym momencie działo się na ekranie. Joaquín Maito, jak już wspomniałem, zrezygnował z klasycznego komentarza i zostawił widza sam na sam z jego przemyśleniami. To dobry, choć ryzykowny pomysł. Brak jednoznacznej interpretacji przedstawionych na taśmie filmowej wydarzeń może wszak poskutkować tym, że uważny oglądający wyciągnie z tego wszystkiego coś, czego reżyser w swoich planach nie przewidział. Czy to dobrze, czy też może źle – to już zależy od wielu zmiennych.

Na szczęście sprawa nie jest całkowicie beznadziejna. Portret właścicieli zaopatrzony jest w klamrę kompozycyjną, a mianowicie w puszczony zarówno na początku, jak i na końcu filmu fragment przemówienia słynnego hiszpańskiego anarchisty, niejakiego Buenaventury Durutti. Reżyserowi bardzo zależy na tym, żeby te słowa, o wyraźnym nacechowaniu komunistycznym i prorobotniczym, zostały przez widza zarejestrowane. W filmie pojawia się nawet ujęcie grobu Duruttiego, a zabieg powtórzenia tych samych słów w pierwszej i ostatniej minucie filmu świetnie sprawdza się jako czynnik zwiększający szanse na to, że potencjalny odbiorca odbierze tę wiadomość chociaż jeden raz.

No i zwierzęta chyba posłuchały, bo albo już wyszły na ulicę, albo są bardzo niezadowolone z tego, że ktoś trzyma je w niewoli i zmusza do ciężkiej pracy bez otrzymanych w zamian godziwych zarobków i odpowiedniego statusu społecznego, czyli elementów, które wskazywałyby na to, że ktoś docenia ich pracę. Dobrze, że z takimi problemami borykają się tylko i wyłącznie psy i koty, a nie – nie daj Boże – ich właściciele, prawda? I to jest właśnie ta pozorna przewrotność tytułu. Czasami kamera zatrzyma się na ludziach i także tutaj widać pewną konsekwencję w filmie Maity. Niezmiennie statyczne ujęcia albo z bliska obserwują robotników, albo z góry patrzą na tych, którzy pracą fizyczną się nie trudnią i od razu wiadomo, z kim sympatyzuje reżyser.

Wszystko to ogląda się dość nieźle, ale tylko relatywnie krótki czas trwania pozwala zachować pełne skupienie i nie odrzuca od Portretu właścicieli. Pomysł na film krótkometrażowy zostaje tutaj rozciągnięty do prawie osiemdziesięciu minut i już po ułamku tego czasu widać, że pan reżyser zaczyna się kręcić w kółko. Ale może właśnie w tym tkwi siła tego filmu – po co pokazać coś raz, skoro można to zrobić cztery razy i mieć większą pewność, że dana idea zagnieździ się w głowie widza? Będę sobie to tak usprawiedliwiać, bo ostatecznie nie mogę przejść obojętnie obok filmu, w którym pojawia się wątek kociej teleportacji. Myślę, że ani Jezus, ani Krasicki by tego nie wymyślili.

Nowe Horyzonty 2019Recenzje

“Antologia duchów miasta” – śmierć, żałoba, dzieci w maskach [RECENZJA]

Marcin Kempisty

Samochód jedzie pustą drogą z dużą szybkością, nagle ostro skręca i uderza w betonowe kloce. Pstryk, koniec, gaśnie życie kolejnego człowieka. Świat w żaden sposób na to nie reaguje: wiatr nadal wieje, drzewa stoją tam gdzie zawsze, śnieg nadal otula zmarzniętą ziemię. Zostało już tylko 215 mieszkańców w położonej w Kanadzie malutkiej wiosce Irénée-les-Neiges. Ubyło im jednego obywatela, z czym będą musieli się emocjonalnie uporać.

Denis Côté jest dosyć osobliwym twórcą. Najpierw pracował jako krytyk filmowy, by dopiero później stanąć za kamerą i tworzyć oryginalne, dalekie od schematów produkcje. Antologia duchów miasta to kolejny przykład tytułu uciekającego wszelkiej etykietyzacji. Na pozór wydaje się, że to skrzyżowanie rodzinnego dramatu z arthousowym kinem grozy: rodzina samobójcy ulega ostatecznemu rozpadowi pod natłokiem dojmującego smutku, a gdzieś po wsi biegają dzieci w maskach, jak gdyby byli zaginionymi członkami zespołu Slipknot. W codzienność wdziera się porządek metafizyczny, którego istoty oraz funkcji nie sposób ustalić. Reżyser nie podaje bowiem wielu informacji, jedynie przyglądając się, jak odizolowana od nowoczesności społeczność zostaje obezwładniona przez moce nieznanego, na pewno nieziemskiego pochodzenia.

Kto zna twórczość kanadyjskiego artysty, ten wie, że na pewno nie można się po nim spodziewać narracyjnych fajerwerków. Mężczyzna pozostaje wierny swojemu stylowi, dlatego też po raz kolejny mozolnie, bardzo powoli buduje świat przedstawiony. Tym razem jednak rozszerza spektrum zainteresowań kamery, kierując ją na większą liczbę bohaterów. Próbuje objąć spojrzeniem całe miasto, gdy w jego mury wdziera się niespodziewana, od dawna niewidziana śmierć. Śledzi poczynania mer miasta (Diane Lavallée), tak silnie ingerującej w życie mieszkańców, że nie chce dopuścić do pracy przyjeżdżającej z zewnątrz psycholog; przygląda się reakcji brata samobójcy (Robert Naylor), próbującego zrozumieć, co naprawdę się wydarzyło; wreszcie kroczy za odrobinę nawiedzoną Adele (Larissa Corriveau), mającą problemy z międzyludzkimi interakcjami i coraz bardziej zdradzającą oznaki budzącej się w niej choroby psychicznej. Pojawia się wątek ojca niepotrafiącego poradzić sobie z żalem po stracie syna, a także nawiedzonego domu, do którego ktoś chce się wprowadzić.

Zobacz również: Recenzję filmu “Make me up”

Pobyt w Irénée-les-Neiges powinien budzić skojarzenia przede wszystkim z Fargo, przy zachowaniu oczywiście wszelkich proporcji. Już przy okazji wcześniejszego filmu Kanadyjczyka – Vic+Flo zobaczyły niedźwiedzia – pojawiły się głosy o podobnym zamiłowaniu braci Coen i Côté’ego do mieszania różnych stylów, a także do swobodnego przechodzenia między smutkiem a komizmem. Zwłaszcza tego drugiego jest w najnowszej produkcji Kanadyjczyka pod dostatkiem: wprawdzie nad miastem unosi się aura smutku i poczucia kresu pewnego etapu, lecz przyglądanie się lokalnej społeczności ujawnia tkwiące za fasadą pokłady małostkowości oraz hipokryzji. 

Wydaje się, że naczelnym zadaniem przyświecającym reżyserowi jest filmowe oddanie pustki drążącej struktury miasta wraz z jego lokatorami. W tym kontekście niechęć do wtłoczenia historii w gatunkowe klisze nie wynika z silenia się na oryginalność, tylko z zamanifestowania braku odpowiednich słów, którymi można byłoby opisać rzeczywistość po śmierci. Côté wyraźnie mówi o nieprzystawalności języka żywych do mówienia o “drugiej stronie”, dlatego też wprowadza postacie o nieznanym statusie ontologicznym, by ich obecność reprezentowała i przypominała o tajemnicy przejścia na tamten świat, a także nieznanych tego konsekwencjach. Rozkłada ręce w geście bezsilności, skazując również swoich bohaterów na entropię oraz pomieszanie zmysłów w obliczu tak granicznego doświadczenia.

 

Antologia duchów miasta to obraz małego miasteczka pogrążającego się w destrukcyjnej żałobie, jakiego próżno szukać we współczesnym kinie. Żelazna konsekwencja reżysera wznosi historię na poziom dla wielu nieosiągalny, choć luźno snuta narracja wprowadza element niezaplanowanego chaosu. Denis Côté nadal oferuje kino trudne do przetrawienia, pozbawione wskazówek, niegwarantujące otrzymania jakichkolwiek odpowiedzi. Jego najnowsza propozycja to swego rodzaju zaproszenie do podróży na koniec świata, gdzie znacznie lepiej krystalizuje się istota spraw ostatecznych. 

Recenzje

“Truposze nie umierają”, czyli Selena Gomez chwaląca twoją imponującą wiedzę filmowa [RECENZJA]

Szymon Pietrzak

W swoim najnowszym filmie, Jim Jarmusch nie bierze jeńców – Truposze nie umierają to apokalipsa tytułowych trupów zbudzonych z wiecznego snu przez zmieniającą się oś naszej planety, którą spowodowały trwające na biegunach eksploatacje surowców naturalnych. Nie jest to jednak tytuł wpadający prosto do worka z gatunkiem filmów o zombie – bo jest to przede wszystkim film o Jimie Jarmuschu i o tobie samym drogi widzu, który (według reżysera) prawdopodobnie stałeś się  częścią bezmyślnego, nastawionego wyłącznie na konsumpcję społeczeństwa.

Zobacz również: “Make Me Up”, pytania bez przeintelektualizowania [FRONT WIZUALNY]

Oglądając film tego amerykańskiego reżysera, ma się wyraźne wrażenie, że postanowił on wyciągnąć sam siebie poza nawias. W filmie umieścił nawet specyficzną postać pustelnika – w tej roli Tom Waits – mieszkającego od paru lat w lesie, żywiącego się tym co da natura i opisywanego przez członków lokalnej społeczności jako człowieka nieszkodliwego. I trzeba podkreślić, że lokalna społeczność ma tu duże znaczenie – malutkie miasteczko, przypominające klimatem te znane już z Twin Peaks czy Fargo, pełne jest pustych przestrzeni, dużego porządku, spokoju i… zombie?

To właśnie na takich amerykańskich przedmieściach ulice patroluje dwóch flegmatycznych oficerów policji – Robertson (Bill Murray) i Peterson (Adam Driver). Z komisariatu koordynuje ich partnerka, Mindy. Ten podział między nimi będzie się przejawiał przez większość filmu – bo Jarmusch decydując się na sporo meta-zabiegów łamiących czwartą ścianę, nie pozostawia wątpliwości, którzy z jego bohaterów czytali scenariusz, a którzy nie – i ci, którzy tego nie zrobili, naturalnie będą o wiele bardziej przestraszeni dziejącymi się wokół dziwnymi zjawiskami.

Truposze nie umierają pokazując nieumarłych, proponuje bardzo proste podwójne kodowanie. Ci, którzy powstali z grobów, mają w sobie bardzo mocny pęd za rzeczami, od których “uzależnieni” byli za życia. Dostaje się jednak nie tylko ludziom zaginionym w pędzie za pieniędzmi (co byłoby w pewien sposób bardziej zrozumiałe, nawet jeśli wciąż bardzo banalne), ale Jarmusch decyduje się uderzyć przede wszystkim w ludzi z czysto hobbystycznymi zajawkami. I o ile można się (a może nawet powinno) nie zgadzać z wnioskami reżysera, to jednak na poziomie scenariusza i jego wewnętrznej logiki, postawione tezy się bronią. Amerykanin ubiera swoją krytykę w bardzo mocny humor, często sytuacyjny – a w mniej uważnych widzów uderza bardzo sprytny, lekko niewidoczny na pierwszy rzut oka sposób – poprzez grę odniesień.

Zobacz również:Recenzja „Antalogii duchów miasta”

Bo cały film próbuje co jakiś czas pokazać widzowi jakieś nawiązanie do innego dzieła. Raz będzie to próba nawiązania do klasyków gatunku, jak samochód, którym poruszają się przyjezdni z miasta hipsterzy z Seleną Gomez na czele, identyczny do tego z Nocy żywych trupów – a innym razem będzie to bezpośrednie nawiązanie do granej przez Drivera postaci w Gwiezdnych wojnach. I nie jest to forma, która miałaby pokazać elokwencję twórcy – tylko w pewien sposób wywołać u widza to uczucie, kiedy rzuca się do śmiechu na głos, żeby oznajmić, że zrozumiał ten reference. Dlaczego taka forma? A to właśnie po to, żeby w jednej ze scen Selena Gomez mogła pochwalić widza wprost za jego “imponującą wiedzę filmach”, dając bezpośrednie uczucie działającej tu ironii. Bowiem takie sytuacje, poza mokrymi snami hardych geeków, się nie zdarzają,.

W efekcie końcowym to jednak nie same nawiązania, czy wyłącznie gra aktorska — gdzie przede wszystkim pochwalić Tildę Swinton za jej niesamowicie ciekawą i intrygującą rolę, potrafiącą rozbawić nawet sposobem w jaki się porusza — bawią widza. Działa tutaj pewien reżyserski sznyt, umiejetność wyłączenia muzyki, rozładowania atmosfery, wybijania publiczności z rytmu historii. Nawet zabawa czasem — dniem i nocą konkretnie — ma w pewnym sensie sprawić dyskomfort i zwrócić uwagę na stronę formalną filmu.

Humorystycznie Jarmusch bawi się więc tak, żeby widz czasami śmiał się nawet sam z siebie. Nawet zapowiadając film, uczynił wokół niego otoczkę, przez którą myślałem, że wszystko pójdzie w kultową już komedię Edgara Wrighta, parodiującą wówczas formę produkcji o zombie. Tu jednak rozchodzi się o coś innego – reżyser w pewien przerysowany sposób faworyzuje osoby, które nie grają według zasad współczesnego społeczeństwa, i które dzięki temu będą w stanie przetrwać nadchodzącą apokalipsę.

Taki zabieg może się nie podobać, krytyka czytelników komiksów, graczy Nintendo, miłośników kawy, kinofilów – panie Jarmusch, dlaczego atakuje pan nasze pasje? Ale z drugiej strony, może reżyser nie próbuje zanegować naszego stylu życia w ogóle, ale jedynie podkreślić, że w tak katastroficznych czasach, gdy katastrofa klimatyczna czyha za rogiem, powinniśmy przewartościować swoje priorytety i zwrócić uwagę na naszą wspólną przyszłośc.

Zobacz również: Recenzja „Make Me Up”

Jest bowiem pewna nadzieja w Truposze nie umierają – jest nią trójka żyjących (przynajmniej kiedyś) na granicy prawa dzieciaków. Przedstawiciele następnego pokolenia spędzają dni na łamaniu zasad poprawczaka, w którym się znajdują i kwestionowaniu podawanych przez rząd zapewnień, że wszystko jest w porzadku. Dzieciaki widzą, że nadchodzi katastrofa, dostrzegają jej powody i być może będą w stanie stworzyć nowy świat, nową rzeczywistość. Ale tego już reżyser nam nie pokazał, to będziemy musieli odgadnąć sami.

Ocena

7 / 10
Recenzje

“Make Me Up”, pytania bez przeintelektualizowania [FRONT WIZUALNY]

Maja Głogowska

Historia zna wielu artystów, którzy po próbach podbicia swojej niszy, skierowali wzrok w stronę dużego ekranu. Jednym z nich jest David Lynch, który mimo bycia filmowcem spełnionym w wydawałoby się każdym calu, wciąż nazywa swoje produkcje obrazami. Za Make Me Up również stoi artystka, ale z zupełnie innego pokolenia niż Lynch. Z pokolenia, które od początku mogło bawić się formą multimedialną, co przejawia się w umiejętności przekazania przez jego autorkę pewnych wartości. 

Make Me Up to film, którego fabuła jest rozpisana w sposób mądry i przemyślany. Główną bohaterką jest Siri, która pewnego dnia budzi się w nieznanym jej miejscu – wypełnionym pastelowymi wnętrzami i wszechogarniającą słodkością, co nie pasuje jednak do ogólnie panującej tam atmosfery. Szybko okazuje się, że Siri jest tylko jedną z kilku dziewczyn, które będa musiały spędzać tam swoje dni i noce pod batem i czujnym okiem nadzorczyni. Wszystko po to, by zrobić z nich „dobre dziewczynki” (eng. good girls).

Każda ze scen filmu ma feministyczny wydźwięk i choć tematy omawiane przez reżyserkę są bardzo ważne, ta podchodzi do nich nie tyle z dystansem, co z dużym uśmiechem. Satyra sprawia, że podczas seansu nasze kąciki ust zawieszone są na polikach, ale oprócz tego popycha nas do myślenia. Symbolika z której korzysta Maclean nie wymaga niesamowitej gimnastyki intelektualnej, ale pozwala nam na kreatywność i przypisywanie wybranych przez nas znaczeń do poszczególnych scen… 

… A najlepsze w tym jest to, że to naprawdę działa. Make Me Up ma oczywiście pewne nienanaruszalne fundamenty i własne założenia, ale póki kręcimy się w obrębie kobiecości oraz feminizmu, wyjdziemy z seansu nie tylko z pełnym uczuciem satysfakcji, ale też z nowymi spostrzeżeniami lub niemalże superbohaterskim zaostrzeniem zmysłów na pewne zjawiska społeczne.

Tak, jak i Lynch nie szczędzi swoich zasobów kreatywności podczas stania za kamerą nowych produkcji, tak też nie robi tego Maclean, która w Make Me Up zastosowała wiele ciekawych zabiegów, które łatwo mogą umknąć naszym uszom i oczom. Ja radzę szczególnie wyostrzyć ten pierwszy narząd. Mimo tego, że miałam okazje zobaczyć film w domowych warunkach wiele głosowych cameos mi umknęło. Na pewno znajdą je wszyscy Ci, którzy interesują się historią feminizmu, ale i… sztuką, bo to właśnie nią żyje Make Me Up. Główna antagonistka przemawia do nas kwestiami Kennetha Clarka (co warto podkreślić – DOKŁADNYMI kwestiami oraz głosem narratora z serialu Civilisation). Kobiety zaś zachęcane są do walki o wygląd zgodny z klasycznym kanonem piękna, a my obserwując je z dystansu możemy myśleć tylko o tym jak bezcelowy jest to precedens. 

Stając oko w oko z Make Me Up, mierzymy się z produkcją, która lubi bawić się widzem, ale często robi to w sposób zbyt wymuszony. Oglądając tę (naprawdę udaną) produkcję miałam wrażenie, że mimo wspaniałego rozplanowania filmu (zarówno zdjęcia, jak i kostiumy czy scenografią są świetne) na swoich kolanach miała jedynie hasło – koncept całej produkcji oraz jej szczątkowy scenariusz. Zakończenie nie rozbrzmiewa tak jak powinno i na naszych ustach zostawia posmak goryczy. Szczególnie dlatego, że przez długi czas naprawdę czaruje widza i wciąga go do swojej diegezy. To smutne, gdy finalnie nic się nie rozwiązuje, a klamra filmu jest tak bardzo szczegółowa (czyli tak mało szczegółowa), że nawet i widz mógłby ją sobie sam zatrzasnąć.

Make Me Up mierzy wysoko i mimo licznych przeciągniąć doskakuje do postawionej przez siebie poprzeczki. Mimo wszelkich niesmaków, film finalnie pozostawił we mnie głównie odczucia pozytywne i sprawił, że nawet po kilku dniach od seansu wciąż zastanawiam się nad swoja interpretacją kilku z wątków.

Recenzje

“I znowu zgrzeszyliśmy, dobry Boże”, czyli Ecoutez, Repetez [RECENZJA]

Maciej Kędziora

Gdy pięć lat temu po raz pierwszy poznaliśmy rodzinę Verneuil, jej członkowie znajdowali się w okresie wielkiego ożenku – wszystkie córki znajdowały partnerów i poznawały swoich rodziców z ich przyszłymi zięciami. Teraz, gdy na ulicach nad Sekwaną przemieszcza się coraz więcej ludzi w żółtych kamizelkach, a za sterami państwa stoi Emannuel Macron, musi ona zmierzyć się z widmem kolejnych drastycznych zmian w ich życiu, a mianowicie z Wielką Emigracją, bo każda z dziedziczek postanawia ułożyć swoje życie na nowo w kraju innym niż ojczyzna Marcela Prousta. Ostatnim bastionem (czy też Bastylią), którą muszą pokonać są teściowie próbujący uczynić co w ich mocy, by zatrzymać familię przy sobie.

Podobnie jak w przypadku pierwszej części, fabuła nie będzie wykraczała poza jej początkowy zamysł. Ot, tym razem, zamiast poznawania swoich zięciów, Claude i Marie będą próbowali przekonać ich, że Francję da się lubić, ba – da i należy ją kochać! Powodów planowanego wyjazdu nie będzie się dało jednak zatuszować pięknymi historiami o Wersalu, gdyż nijak nie łagodzą one narastających napięć na tle etnicznym, złej sytuacji geo-politycznej, czy też braku popytu na Ara-bio (rodzinną firmę założoną przez Davida). Jak jednak zdecydują się pokazać coraz bardziej tolerancyjni rodzice (samozwańcze głowy rodziny), nie ma dla nich rzeczy niemożliwych.

O ile główna oś fabularna jest jedynie pretekstem do różnorakich scen rodzajowych bez głębi moralizatorskiej, o tyle w tle będzie rozgrywać się opowieść znacznie ciekawsza. Jak bowiem ma się dopiero okazać, afrykański odpowiednik małżeństwa Verneuil, rodzina Koffi, musi zmierzyć się z problemem, jak gdyby żywcem wyciągniętym z pierwszej części (vide spowodowanym społecznym zacofaniem i zacietrzewieniem ideologicznym) – oto ich córka Viviane postanawia wziąć ślub. Czego jednak nie wie jej skrajnie konserwatywny ojciec, planuje ona połączyć się świętym węzłem małżeńskim nie z “Nicolasem”, ale z Nicole. I będzie to jedyna część tej historii, w której dane nam będzie poczuć namiastkę prawdziwych emocji.

Zobacz również: Top 5 filmów z festiwalu Transatlantyk

Oczywiście, jak to się zdarza coraz częściej w współczesnych komediach francuskich, cały komizm opiera się na paru dość zabawnych schematach, które jednak w pewnym momencie stają się nazbyt wykorzystywane. I tak też jest tutaj z paroma żartami, od strachu Chao Linga przed zostaniem napadniętym, aż do obrazów Ségolène; żartami z początku bardzo zabawnymi, powtórzonymi jednak o parę razu za dużo. Nie znaczy to jednak, że de Chauveron nie próbuje wyrwać się ze swojej strefy komfortu i zaskoczyć widza bardziej ciętym żartem –  tu chociażby w postaci riposty o efekcie Macrona, czy też w scenie kłótni w kawiarni. Szkoda tylko, że ryzykuje o wiele za rzadko.

Największym grzechem humoru “I znowu zgrzeszyliśmy, dobry Boże” jest bowiem jego ugładzenie. Nie chodzi oczywiście o to, by nagle zewsząd rzucane były rubaszne żarty (chociaż na sali kinowej co chwile słyszałem głośne i chwilami grubiańskie śmiechy), a o to, by spróbować w bardzo współczesnej opowieści poruszyć rzeczywiste bolączki społeczno-polityczne, w miejsce utartych gagów bazujących na stereotypach. A, jak udowodniło zeszłoroczne “Nasze najlepsze wesele”, można spokojnie osiągnąć takowy efekt bez zniżania się do poziomu marnego kabaretu.

Nie zawodzi oczywiście gwiazdorska obsada, znana z wielu różnych francuskich komedii. I choć, podobnie jak w pierwowzorze, najlepiej wypada megalomański Christian Clavier ze swoim iście szarmanckim uśmiechem podkreślonym kapeluszem generała Charlesa De Gaulle’a, to i reszta aktorów wygrywa każdą komediową nutę. Swoją drogą, bardzo mocno liczę, że kwartet Abbitan, Sadoun, Chau i Diawara otrzymają szansę zagrania na pierwszym planie w własnym filmie, bo wreszcie nie są oni tylko pretekstem do żartów, a pełnoprawnymi bohaterami, którzy znakomicie kreują relacje między sobą.

Należy jednak podkreślić jedną, kluczową rzecz w ocenie “I znowu zgrzeszyliśmy, dobry Boże”. Ten film perfekcyjnie oddaje klimat pierwszej części, będąc jej godnym, jeśli nie lepszym, następcą. A że rzadko można na ekranach kin uświadczyć film, na który można iść z prawie każdym członkiem rodziny, to tym bardziej nie sposób mi bardzo narzekać. Bo, jakby to powiedział Claude – “Czasem się trzeba bawić. Za Francję!”.


FilmyKinoRecenzje

“Sybilla” czyli szablonowy film o niewykorzystanym potencjale [RECENZJA]

Bartłomiej Rusek
Sybilla / Fot. Kadr z filmu Sybilla

Na odbywającym się po raz kolejny w Łodzi międzynarodowym festiwalu filmowym Transatlantyk miałem okazję obejrzeć najnowszy film francuskiej reżyserki Justine Triet. Filmem tym jest dramat psychologiczny Sybilla. Mam jednak wobec niego pewne zastrzeżenia.

Sama produkcja opowiada o tytułowej bohaterce, będącej psychoterapeutką i utalentowaną pisarką. Pod wpływem kilku bodźców postanowiła ona w pełni poświęcić się tej drugiej aktywności. W efekcie zachowała jedynie pięciu z kilkudziesięciu swoich pacjentów i zdecydowała się na powrót do pisania książek. Po tak długiej przerwie nie jest to jednak dla niej tak proste, jak było kiedyś.

sybilla

Z „pomocą” przychodzą jej jednak pacjenci, z młodą aktorką Margot (Adèle Exarchopoulos) na czele. Sybilla postanawia wykorzystać historie z jej życia, zasłyszane na kolejnych sesjach terapeutycznych, jako materiał do swojej książki. Nagrywa kolejne spotkania i rejestruje rozmowy celem znalezienia inspiracji do napisania kolejnych rozdziałów. Tym samym tworzy prawdopodobnie największe dzieło swojego życia.

Zobacz również: Felieton o erze sequeli

Łamiąc etykę zawodową, balansując – jako alkoholiczka – na krawędzi nałogu, Sybilla pisze swoją książkę. Wątki i dialogi z życia pacjentów przeplatane są wątkami z życia naszej protagonistki, która realizując się jako pisarka, traci powoli kontakt z rzeczywistością. W efekcie podejmuje nielogiczne, często zbyt pochopne jak na psychoterapeutkę decyzje. Trzeba w tym przyznać jedno – Virginie Efira w roli Sybilli wypada co najmniej przekonująco.

Swoimi działaniami Sybilla poważnie ingeruje w życie Margot, zarówno osobiste jak i zawodowe. Odbija się to przy tym również na naszej protagonistce, pokazując ją z nieco innej – spontanicznej i nieco mrocznej – strony. Był to interesujący zabieg ze strony twórców filmu, jednak niekoniecznie ukazany w dobry sposób.

sybilla

W filmie Justine Triet oniryczne wizje, sny i wspomnienia z życia głównej bohaterki przeplatają się z rzeczywistością. Połączenie takiego zabiegu z chaotycznym montażem zaburza mocno oś czasową filmu, wpływając – przynajmniej w moim przypadku – negatywnie na jego odbiór. Już w połowie seansu zaczęło mnie to irytować, znacznie przeszkadzając w immersji. Później niestety było tylko gorzej.

W trakcie seansu nie potrafiłem zrozumieć wielu decyzji głównej bohaterki, które po prostu do niej, jako doświadczonej psychoterapeutki, nie pasowały. Mimo, że Sybilla została dobrze zagrana, jako sama postać zdecydowanie nie przypadła mi do gustu. Zaskakujące były natomiast liczne elementy komediowe w filmie. Te moim zdaniem zupełnie nie pasowały do ogólnej koncepcji tejże produkcji i tragizmu całego filmu, a zwłaszcza przedstawionej w nim historii.

sybilla

Wspomniane wstawki humorystyczne najczęściej towarzyszyły obecności na ekranie Sandry Hüller, która wcieliła się w rolę Miki, reżyserki filmu w którym grała obecna na sesjach terapeutycznych u tytułowej bohaterki Margot. Obie kobiety, wraz z partnerem reżyserki Igorem (Gaspard Ulliel) stworzyły trójkąt miłosny, będący głównym powodem wizyt Margot u psychoterapeutki. Ta zresztą, zupełnie niepotrzebnie, sama pojawia się na planie filmowym, mimo że wszyscy poza Margot jej to odradzali.

Sybilla, ze względu na swoją chaotyczną budowę, nieracjonalne decyzje podejmowane przez tytułową bohaterkę i często bezsensowne wstawki komediowe, stanowi film dość nietypowy. Niestety, wszystko to działa na niekorzyść dla najnowszej produkcji Justine Triet. Seans mnie momentami męczył sprawiając, że ciężko mi było czerpać z niego przyjemność. Mimo przyzwoitej gry aktorskiej, lekkiej nieszablonowości czy ostatecznie dość interesującego pomysłu na sam film, Sybilla okazała się po prostu kolejną produkcją o zatraceniu autora szukającego weny. Niestety, porównując ją do innych tego typu filmów, wypada co najwyżej dość przeciętnie.

Ocena

6 / 10
Publicystyka

Czy naprawdę żyjemy w erze sequeli i remake’ów? [FELIETON]

Paweł Kicman

W dniu, w którym zaczynam pisać ten tekst, w multipleksie, do którego uczęszczam prawie połowa filmów w repertuarze to kontynuacje serii lub rebooty. Doliczając do tego wszelkiego rodzaju adaptacje, filmy bazujące na oryginalnych scenariuszach stanowią zdecydowaną mniejszość. Czy naprawdę żyjemy w erze sequeli i remake’ów? Jeśli tak jest, to dlaczego?

Przeczytaj również: Peter Parker jest Peterem Parkerem nawet jeśli tego nie lubisz [FELIETON]

Najpierw postaram się odpowiedzieć na to pierwsze pytanie. Poniższy wykres przedstawia liczbę sequeli (wliczając tytuły rozpoczynające daną serię) na przestrzeni kilku ostatnich dekad. Widać jak na dłoni wyraźnie utrzymujący się trend zwyżkowy. Patrząc w skali mikro na ostatnie lata rysuje się ta sama tendencja. W 2006 Hollywood wyprodukowało 22 sequele głośnych filmów. W 2011 było to już 32, a w 2016 36.

Nie ma więc wątpliwości, że sequele zdobywają coraz większą popularność. Rzecz jasna odbywa się to kosztem innych produkcji, bo jednak miejsce w box office jest ograniczone. W 2005 roku sequele do spółki z prequelami stanowiły mniej niż 10% wśród 100 najlepiej zarabiających filmów w USA. W 2017 było to już 30%.

Ciekawie zaczyna się robić kiedy spojrzymy na dane dotyczące przychodów z sequeli. Okazuje się, że praktycznie dla każdego gatunku, sequele zarabiają ponad 20% gorzej i zbierają o kilka procent niższe noty niż poprzednicy! Skąd więc wynika ich popularność? Odpowiedź jest bardzo prosta. Po pierwsze, studia i producenci pokładają większą wiarę w coś co sprawdziło się wcześniej, niż w ryzykowne, nowe projekty. Dlatego też jeśli „jedynka” zawiodła, „dwójka” ma mniejsze szanse na powstanie. Ostatecznie na ekranach oglądamy więc to co wypaliło za pierwszy razem.

Jesteśmy też na Facebooku, polub fanpage Filmawki

Po drugie, sequele często sprzedają się całkiem nieźle, przynosząc dochody, więc nawet jeśli to są wyniki gorsze niż poprzedni film – kieszeń decydentów i tak się wypełnia. Rzecz jasna zdarzają się odstępstwa od reguły, ale one tylko umacniają branżę w pewności, że kontynuacje filmów to dobry trop. Po trzecie, widzowie po prostu chcą poznać dalsze przygody swoich ulubionych bohaterów. Chociaż z każdą kolejną częścią widownia się wykrusza, potrzeba domknięcia u ludzi jest na tyle silna, że i tak tłumnie pojawią się przed ekranami. Co ciekawe, nie widać wyraźnego związku między długością serii a średnimi zyskami z jednej produkcji, więc recepta na sukces niekoniecznie tkwi w oszczędności czy rozmachu. 

Dobrze, sequele mamy z głowy. A co z remakami? Wydaje się, że tak naprawdę… nic szczególnego. Jeśli wciąż nie macie jeszcze dość danych to spójrzcie na wykres poniżej (przedstawiający procentowy udział remaków w amerykańskim box office). Ciężko wyznaczyć tutaj jakiś konkretny trend, chociaż gołym okiem widać fluktuacje – cykliczne spadki i wzrosty. Jednak wydaje się nieuprawionym twierdzenie, że „dzisiaj” (mając na myśli ostatnią dekadę) remaki wychodzą lodówek częściej niż w latach 1996-2010. Niemniej, remaki są dość popularne i dochodowe. Od 1995 roku przynoszą prawie 5% wszystkich dochodów z box office, a średni przychód z takich produkcji to ponad 38 milionów dolarów. A to znacznie więcej (znowu, średnio, nie sumarycznie) niż przychody z filmów na podstawie oryginalnych scenariuszy (średnio 14 milionów $), adaptacji książkowych (23 miliony $) czy tych bazujących na faktach (mniej niż 4 miliony $).

Dlaczego sprzedają się tak dobrze? Z powód podobnych jak sequele – sprawdzona formuła oraz grono widzów, którzy już znają markę. Ale za tym wszystkim kryje się jeszcze jedna rzecz. Właściwa też dla kontynuacji tworzonych po latach, ale najczęściej przytaczana przy remakach. Nostalgia.

Przeczytaj również: “Król Lew” – ćwierć wieku później [RECENZJA]

Nostalgia jako przyczynek do odświeżania tego co już dobrze znane ma oczywiście sens. Filmy czy animacje, które wychowywały młode pokolenia, wydają się receptą na sukces – bo po 20 czy 30 latach te dzieci mogą sobie pozwolić na bilety do kina dla całej rodziny, kupić popcorn i obejrzeć pilnie wszystkie reklamy. Wydaje się jednak, że to nie powinno działać w przypadku animacji dla najmłodszych, bo przecież teoretycznie 30-latków nie interesują takie rzeczy. No ale przecież małe dzieci nie pójdą do kina same, a wydaje się, że rodzic chętniej zaproponuje dziecku film, który sam już zna z poprzedniej wersji. 

Idąc tym tropem, dochodzimy do argumentu używanego przez wytwórnie jakoby remake’i (takie jak aktorskie wersje animowanych filmów Disneya) miały być szansą dla nowych pokoleń na doświadczenie klasyki. Prawda czy nonsens? Ciężko powiedzieć. Odświeżone i niekiedy uwspółcześnione (nie tyle fabularnie, ile w warstwie kontekstu kulturowego) produkcje rzeczywiście mogą lepiej trafiać do współczesnego pokolenia dzieciaków, to prawda. Nonsens jednak tkwi w tym, że mimo wszystko jest to próba sprzedania drugi raz tego samego, jedynie w innym opakowaniu. Nie chcę uogólniać, ale ciężko jest nie doszukać się tutaj pewnych kontrowersji. Niemniej, to raczej temat na zupełnie inne rozważania.

Summa summarum, prawdą jest, że w XXI wieku doświadczamy prawdziwego natłoku sequeli. Są to produkcje, które sprzedają się na tyle dobrze, że wytwórnie chętnie w nie inwestują. Przynajmniej do czasu, aż formuła zupełnie się nie wyczerpie. Ale wtedy przecież mogą pójść drogą remake’ów i zresetować serię, odświeżając produkt jednocześnie próbując sprzedać „nowy” tytuł tym samym widzom lub próbować szans u kolejnych pokoleń. 

PS: Zdaję sobie sprawę, że przemilczałem jeden temat – kinowe uniwersa, które wydają się wdzięcznym tematem do podobnej analizy. Ale o tym następnym razem.


Źródła:
https://www.the-numbers.com/

https://www.imdb.com/ 

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.