Advertisement
Recenzje

Ćpuny płodności [FELIETON]

Maciej Kędziora

Gdy Anthony Doerr pisał Prokreację nie spodziewał się, że nieco ponad dziesięć lat później tematyka in vitro stanie się osią sporów światopoglądowych, a sama wizja posiadania dzieci zacznie być kwestionowana moralnie. W 2019 roku coraz głośniej mówi się o przeludnieniu planety, rezygnacji z potomstwa w obliczu kryzysu klimatycznego, a także o coraz większych problemach z bezpłodnością, których przyczyn nadal nie potrafią ustalić lekarze. Nie dziw więc, że ludzie coraz częściej zadają sobie pytanie, czy warto walczyć o szanse na urodzenie potomka. 

Kino nie mogło pozostać obojętne wobec narastającej debaty, patrząc na sprawę z perspektywy bliskiej Doerrowi. Perspektywy, która nakazuje wierzyć w zbawczą siłę rodzicielstwa. Stąd też niedawno powstałe, dwie znakomite produkcje, Życie prywatne i Boska miłość, o “ćpunach płodności”, którzy dążąc do spełnienia swojego marzenia o synu lub córce, są w stanie poświęcić nie tylko cały majątek, ale również budowane od lat związki. Z tym że, w przeciwieństwie do większości filmowych historii o ludziach uzależnionych, tym razem jedynym co może uratować bohaterów będzie nie odwyk, a przypadek. 

Profil pacjenta 

Ofiara bezpłodności ma twarz przedstawiciela klasy średniej, wykształconego mieszczucha w stabilnym związku. W naszym przypadku będą to twarze Rachel i Richarda, artystów w okolicach czterdziestki z Życia prywatnego, Joany i Danilo, biurokratycznej urzędniczki i utytułowanego florysty z Boskiej miłości, oraz profesora Herba i Imogene z Prokreacji

Za każdym ze związków stoi jednak inna historia. Bohaterowie filmu Jenkins zdecydowali się wiele lat wcześniej poświęcić szczęście tradycyjnej rodzinnej sielanki na rzecz ich wspólnego “dziecka” – awangardowego teatru w samym sercu Nowego Jorku. Joana i Danilo, choć biblijnie związani duszą i ciałem a prawnie – węzłem małżeńskim, nie potrafią “zasiać właściwego ziarna”. Dla Imogene i Herba alternatywne metody zapłodnienia były początkowo wygodnym rozwiązaniem, które z czasem przerodziło się w największe przekleństwo. 

Ze względu na światopogląd będą ich również dzielić środki podejmowane do osiągnięcia wymarzonego celu. W religijnym, brazylijskim domostwie będzie to wznoszona obligatoryjnie co wieczór modlitwa oraz spotkania seksualnej sekty Divino Amor, umacniającej małżeński stan. Paradoksalnie, znacznie mniej wyzwolone sposoby przyświecają liberalnym artystom, próbującym wszystkich legalnych i rzekomo sprawdzonych dróg: in vitro, surogatek, adopcji prenatalnej czy tradycyjnej. Niezależnie jednak od podejmowanych prób, wszystko spełza na niczym. 

Zarówno w Boskiej miłości, jak i Życiu prywatnym poznajemy bohaterów w momencie stagnacji i znudzenia kolejnymi nieudanymi próbami. Nogi Rachel pokryte są opuchlizną i bliznami po kolejnych zastrzykach pronatalnych, a oczy Joany przekrwione po kolejnej samotnej, bezsennej nocy. Nawet spokojny, archetypiczny, kochany wujek Richard, nie ma w sobie dawnej ikry, znanej z wycinków gazet opisujących jego lata twórczej świetności. W oczekiwaniu na kolejny cykl każdy z nich zachowuje się jak narkoman w delirium, nie wiedzą co ze sobą począć, nie potrafią skupić własnych myśli. Ich życie sprowadza się do prowadzących donikąd, acz dających złudną nadzieję, cykli. 

Ciąg cyklowy 

Mimo różnego podejścia, cykle możemy podzielić na wspólne dla obu par trzy części: przygotowania do zapłodnienia, akt (medyczny/spirytualistyczny) i oczekiwanie na wyniki badań. 

Rachel i Richard odmierzają czas cyklu kolejnymi iniekcjami, zużytymi igłami, połkniętymi ampułkami i wizytami u lekarzy. Choć na ich twarzach wymalowane jest zmęczenie, a proces przyjmowania kolejnych medykamentów i probiotyków zdaje się być już całkowicie pozbawiony celowości, to etap przygotowań jest jedynym momentem, gdy na horyzoncie tli się nadzieja. 

W bardzo klinicznym podejściu Życia prywatnego do tematyki zabiegów in vitro czuć szczerość, z jaką opowiada o niej Tamara Jenkins. Podobnie jak w przypadku jej pozostałych filmów – czy to Rodziny Savage, gdzie przepracowała demencję swojego ojca, czy Slumsów Beverly Hills, w których opowiadała o własnym dzieciństwie na biednych peryferiach metropolii – i tu mamy do czynienia z autobiografizmem. Reżyserka przenosi bowiem na ekran swoje doświadczenia starania się o potomka, kiedy to wydawała większość pieniędzy na zabiegi mające zwiększyć szanse na wymarzoną córeczkę. 

Drobiazgowość i wnikliwość, z jaką Życie prywatne przechodzi przez poszczególne etapy procedury sztucznego zapłodnienia w pewien sposób dehumanizują cały proces, ukazując wszystkie wady systemu. W jednej z kluczowych scen, lekarz zapytuje Rachel leżącą na stole operacyjnym, czy lubi progresywnego rocka. I mimo negatywnej odpowiedzi w tle rozbrzmiewa istna kakofonia dźwięków. Jenkins tym samym podkreśla, że w całym procesie starania się o dziecko, gubi się jeden z najważniejszych czynników – sam rodzic. 

Cykl w świecie Boskiej miłości jest natomiast sprzeczny moralnie i etycznie. Sam proces przygotowań to wyraz uduchowienia – wiąże się z wysłuchiwaniem niebiańskiego hymnu w anturażu spowiedniczego drive thru, a także wspólnym odczytywaniem wybranych fragmentów Ewangelii. W futurystycznej Brazylii najważniejsze są bowiem dwie sfery: sfera boska i biurokratyczna. 

W obu przypadkach Joana jest skrajną dewotką, w pełni oddaną Trójcy Świętej i totalitarnemu systemowi. W przeciwieństwie do liberalnego małżeństwa z Życia prywatnego, jej wątpliwości są dla niej jedynie szatańską próbą, a ona sama znajduje się na pustyni, gdzie po wielu dniach usłyszy wreszcie głos Boga, zsyłającego na jej łono łaskę. 

Nie wszystko można jednak pozostawać w gestii Stwórcy, dlatego też wraz z mężem i zaciągniętymi przez nią małżeństwami w rozsypce, uczęszcza na spotkania grupy wsparcia. To tu dochodzi do orgiastycznego połączenia ciał w ramach osiągnięcia miłosierdzia i wybawienia ode złego – wyzbycia się zazdrości i edeńskiego grzechu. Wszystko ku wyższemu dążeniu rozmnożenia, stającego się dla braci i sióstr w wierze celem przewodnim egzystencji. 

To ironiczne zakłamanie myśli biblijnej przedstawiane na ekranie przez Gabriela Mascaro nie ma jednak jedynie wymiaru satyry. To krzyk rozpaczy małżeństwa uwięzionego w płodnej dystopii, w której to rodzicielstwo jest najbardziej pożądanym stanem u człowieka. Rozpaczy, która pozwala im łamać podstawowe zasady, które rzekomo im przyświecają, chociażby IX przykazanie. 

By dobitnie ukazać jak bardzo dziecko prześladuje wszystkich mieszkańców wykreowanego przez Mascaro świata, umieszcza on w roli narratora małego chłopca, którego głos przeszywa narrację od otwierającego kadru. W szczególności rozdzierająca jest stylizacja jego wypowiedzi na przypowieść, pozwalająca nam sądzić, że nie oglądamy wizji przyszłości rodem z Black Mirror, a parabolę z całkowicie nowej i dotąd nam nieznanej Ewangelii. 

Oczekiwanie na wyrok 

Jak okres cyklu możemy przyrównać do kompulsywnego rytuału, który pochłania bohaterów, tak oczekiwanie na wyniki – do euforycznego upojenia, podszytego niepewnością. To chwile, po raz pierwszy malowane ciepłymi kolorami kadrów, będą zwiastować to, co ma dopiero nadejść – a przynajmniej to co według zapewnień medycyny/Słowa Bożego nadejść powinno. 

Znamienne jednak, że w momencie gdy poznajemy każdego z uzależnionych od prokreacji bohaterów, ta entuzjastyczna antycypacja jest z próby na próbę coraz mniejsza. Jakby kolejne stosunki seksualne Joany oraz nowe zastrzyki hormonalne w przypadku małżeństwa Grimesów stały się już rutyną, a nie faktyczną próbą zajścia w ciążę. 

Nie oznacza to jednak, że czarnowidztwo uprawiane przez małżeństwa pozbawia je ostatnich pociech: niecierpliwego czekania na telefon, spóźnionego okresu czy w przypadku Boskiej miłości komunikatu o zapłodnieniu przy “bramkach płodności”. Ten moment znakomicie oddaje jedna ze scen z filmu Jenkins, w której małżeństwo otrzymuje telefon od dziewczyny oferującej im noszone przez siebie w brzuchu dziecko. Trudno opisać przez co przechodzą wówczas Rachel i Richard, gdy w ich oczach pojawia się nadzieja, a dotychczas odległe marzenie wreszcie staje się namacalne. 

Ta niespełna trzyminutowa sekwencja pozwala naszkicować stopień desperacji, w jakiej pogrążeni są bohaterowie. Oboje w jednej chwili są w stanie poświęcić dla przyszłej biologicznej matki całe swoje życie: wstawać wcześniej z łóżka, by rozmawiać z nią przez telefon, wspierać ją w rozterkach miłosnych, powiesić jej zdjęcie w centralnym punkcie lodówki. Wreszcie przelatują pół kraju po to by spotkać się z dziewczyną; problem w tym, że i tym razem nadzieje okażą się złudne, a potargane fotografie wylądują w śmietniku. 

Mascaro i Jenkins w chwili oczekiwania na wyrok medycyny kreślą bohaterów w imię zasady wypowiedzianej przez ojca w debiutanckim filmie Amerykanki: Bez dzieci jestem nikim. Bowiem tak samo jak dla postaci granej tam przez Alana Arkina, to potomstwo będzie główną vitalis vis. Jednak w przeciwieństwie do Slumsów Beverly Hills, to potomstwo wciąż nienarodzone.

Wywiad Środowiskowy 

W przypadku każdego nałogu szansą na powrót do normalności będzie otoczenie. W tym aspekcie Jenkins i Mascaro przyjmują całkowicie odmienne podejście, gdy ona tworzy świat wspierający i ciepły (skądinąd po raz pierwszy w swojej karierze), on – hermetyczny i nieakceptujący, przedłużenie swojej myśli z Neonowego byka

Zamknięcie Brazylii z Boskiej miłości widać już na poziomie kreacji świata. Mamy do czynienia z kolejną rajem urojonym, w którym jedynym okresem prawdziwej radości jest Boże Narodzenie, stylizowane tu na wielką, huczną imprezę techno. Reszta czasu przypomina biurokratyczny post, gdy przykuci do biurek pracownicy kontrolują siebie nawzajem. 

Jedynym, niepasującym trybikiem korporacyjnej machiny będzie Joana, a właściwie dawno zapomniany element, który wnosi do makrokosmosu Mascaro – empatię. Empatię, jak ma się dopiero okazać, niepożądaną. Stąd wszystkie skargi na jej próby interwencji w życia rozwodników. Stąd też zakazane listy wdzięczności za uratowanie innych małżeństw w kryzysie, który według wewnętrznego regulaminu nie powinien mieć miejsca. 

Problem w tym, że o ile Joana obdarza wszystkich swoją, czasem niechcianą, miłością, o tyle nikt nie potrafi dać jej czegoś od siebie. Jej mąż, choć równie mocno pragnie dziecka, wydaje się być wiecznie zmęczony. Przyjazny pastor w momencie zwątpienia, całkowicie się od niej odwraca, nosząc się z zamiarem nałożenia quasi-ekskomuniki. A gdy zostaje sama, nie otrzyma pomocy od grupy, w którą włożyła całe swe serce, bo sekta Divino Amor może pomagać tylko małżeństwom.

Kłującego poczucia samotności nie potrafią się pozbyć również Rachel i Richard, choć ich sytuacja jest zgoła inna. Mierząc się z presją społeczną, nie mogą wyrwać się z życiowego schematu, zwłaszcza, że są otoczeni szczęśliwymi rodzinami 2+1. 

Tamara Jenkins jednak nie wyklucza społecznie bohaterów, za to po raz pierwszy w swojej filmografii buduje radosny i wspierający portret braterstwa. W przeciwieństwie do relacji znanej z Rodziny Savage, między panami Grimesami nie ma żadnych antagonizmów, co najwyżej wspólne cierpienie w obliczu tragedii bezpłodności. 

Z drugiej strony sam termin: “ćpuny płodności” został ukuty przez szwagierkę Richarda, Cynthię. Oczywiście nikt nie powie im tego w twarz, ale w tym pełnym wyższości zwrocie uwidacznia się podejście świata do osób poddających się zabiegowi in vitro. In vitro staje się nową formą hazardu, gdzie mimo 2-procentowych szans, ludzie stawiają na jedną komórkę jajową nie tylko swoje oszczędności, ale i pieniądze bliskich – tak jak w przypadku Richarda i jego brata. Z tym, że ten hazard zdaje się być moralnie akceptowalny.

Wyrok 

Podróż obu par, choć kończy się pozornie inaczej, ma wiele cech wspólnych. Oczywiście, Joana osiągnie swój cel i będzie mogła wychowywać wymarzone dziecko – z tym, że sama i poza systemem. Rachel i Richard zostają natomiast protektorami swojej bratanicy, pomagając jej wejść do artystycznego świata NYC. 

Konkluzja, jaką wyciągamy z podwójnego seansu Życia prywatnego i Boskiej miłości, jest jednak zaskakująca. Bowiem, choć to w Brazylii dokona się dzieło istnienia i na świat przyjdzie wyczekiwany potomek, to nie sposób nie zauważyć, że to w Nowym Jorku sytuacja rysuje się atrakcyjniej. Jak gdyby życie bez dzieci miało być łatwiejsze i bardziej przyjemne.

Widmo powrotu

Joana, rodząc swoje dziecko poza nawiasem aparatu państwowego, skazuje je na dożywotnie katusze. Zresztą Mascaro nie pozostawia nam w tej kwestii złudzeń, ustawiając je w kontekście Mesjasza i czyniąc z niego Pomazańca Bożego. Podobnie jak Jezus przychodzi ono na świat ze stygmatem wykluczenia z biurokratycznych realiów, gdzie herodowski spis ludności został zastąpiony przez numer ewidencyjny, a rzeź niewiniątek – pozbawieniem prawa do materialnej i społecznej egzystencji.

Rachel i Richard u schyłku swojej drogi coraz rzadziej wspominają o kolejnej próbie powrotu do nałogu in vitro. Ale, mimo wizji całkowitego fiaska, w finałowej sekwencji raz jeszcze pojawia się nadzieja, zwiastująca nagły i niebezpieczny powrót do cyklowej rutyny. Nie da się bowiem uciec od uzależnienia. 

A co z happy endem? Jenkins, informując widzów, że również Sadie, bratanica Richarda, jest bezpłodna, dobitnie wskazuje, że problem niemożności posiadania dzieci nie jest jedynie ulotną kwestią starszego pokolenia. Mascaro, kreując raj płodności, nie pozostawia złudzeń, że przyszłość nie przyniesie żadnych zmian.

Pod koniec Prokreacji, tuż przed kolejnym zabiegiem in vitro, zapłakany Herb prosi swoją żonę, by powiedziała, że będzie dobrze. Zarówno on, Rachel, Richard, Joana, Imogene, jak i my, wiemy, że dobrze nie będzie. 

Seriale

“The I-Land”, czyli netflixowa nuda i strata czasu wywołujące ciarki zażenowania [RECENZJA]

Marcin Kempisty

Netflix naprawdę potrafi doprowadzić widzów na skraj wytrzymałości swoimi okropnymi produkcjami. Albo w zasadzie tak szalenie zróżnicowaną jakością, że wybierając kolejny tytuł człowiek nie wie, czy trafia na pretendenta do premiery roku, czy może właśnie wkracza na ścieżkę gwarantującą mu jedno z najgorszych serialowych doznań. The I-Land należy do tej drugiej kategorii, która powinna być przez rozsądnych ludzi omijana szerokim łukiem. Kto jednak zaryzykuje, niech wie, że został ostrzeżony.

W zapowiedziach propozycja Netflixa prezentowała się niczym skrzyżowanie młodzieżowej dramy z kultowymi Lostami. Oto na tajemniczej wyspie, w niewyjaśnionych okolicznościach, pojawia się grupka osób. W oddali nie widać płonącego samolotu ani rozbitego statku. Ot, budzą się na rozgrzanej od słońca plaży, wokół delikatnie faluje błękitne morze, ubrani są wszyscy w białe, czyste koszule, a obok siebie znajdują różnego rodzaju przedmioty, które przydadzą im się w późniejszej walce o przetrwanie. Jak to bywa w tego typu produkcjach, postacie zaczynają dzielić się na mniejsze grupki i zawiązywać sojusze. Rozpoczyna się batalia o przywództwo i wystarczy tylko jedna iskra, by zapłonął lont i rozpętała się między nimi wojna, przez którą poleje się krew. 

 

To jest ten moment w recenzji, kiedy powinna zostać spuszczona kurtyna milczenia. Nie sposób bowiem na poważnie podejść do The I-Land, gdzie głupoty mnożą się w postępie geometrycznym. To tym bardziej zaskakujące, że za scenariusz odpowiada głównie Neil LaBute, wielokrotnie nagradzany scenarzysta oraz dramaturg. Do tej pory napisał ponad dwadzieścia sztuk teatralnych (jedną z jej adaptacji można nadal oglądać w warszawskim Teatrze Narodowym), odpowiadał również za kilkanaście scenariuszy filmowych, brał udział w tworzeniu seriali Billions i Hell on Wheels, także można było od niego oczekiwać osiągnięcia przynajmniej przyzwoitego poziomu.


Zobacz również: Piłsudski, czyli Twój nauczyciel od historii byłby zachwycony

Tymczasem The I-Land to potworek, jakich mało. Przeokropnie rozpisane charaktery postaci od razu wprawiają w osłupienie. Ich postępowanie po przebudzeniu na wyspie jest kuriozalne, aż trudno uwierzyć, że zachowują taki spokój i potrafią sobie swobodnie dywagować na przeróżne tematy. Scena z rekinami atakującymi protagonistów mogłaby być śmieszna, gdyby nie była napisana na poważnie. Naturalnie szybko zostają zawiązane konflikty i wątki romansowe, co w obliczu fatalnie napisanych dialogów wygląda jak mechaniczne odfajkowywanie tematów, które muszą się pojawić w tego typu produkcjach. 

Niestety scenarzyści pewnie się czuli na swoich miejscach i nie mogli poprzestać na jednym pomyśle. W trzecim odcinku zaserwowali takiego fabularnego twista, po którym wielu widzów będzie musiało porządnie rozchodzić ciarki zażenowania. LaBute i banda wprowadzają serial na nowy poziom absurdu, próbując wikłać, bądź co bądź lekką, survivalową przygodówkę, we współczesne debaty polityczne. Z grzeczności istota tej “przewrotki” nie zostanie w tekście przedstawiona, choć z drugiej strony zdradzenie istotnych szczegółów mogłoby sprawić, iż kilka osób oszczędzi sobie cenne godziny życia i nie sięgnie po ten tytuł. 

Chwila prywaty: w prawie każdej oglądanej produkcji staram się doszukiwać pozytywów. Bywa tak, że dany tytuł jest słaby, ale zawsze znajdzie się chociaż drobny szczegół, który warto docenić. Może to być gra aktorska (tę w tym przypadku również pominę wymownym milczeniem), ciekawe zdjęcia, niebanalne rozwiązania scenograficzne, czy choćby ścieżka dźwiękowa. Tymczasem scenarzyści The I-Land nie dali ani jednego powodu, by na ten tytuł spojrzeć odrobinę przychylniejszym okiem. To właśnie dlatego niniejsza recenzja jest tak skrótowa i emocjonalna. Po prostu brakuje słów, żeby umiejętnie opisać dno, po którym od pierwszego do ostatniego odcinka szura ten serial. Rozpisywanie się na temat tej produkcji byłoby ujmą dla innych tytułów, którym poświęca się tyle samo czasu. Jednocześnie warto, przynajmniej skrótowo i w mocnych słowach, ostrzec potencjalnych widzów przed katastrofą, z jaką przyjdzie im się niechybnie zmierzyć. Na platformie Netflixa jest mnóstwo interesujących seriali, którym warto się przyjrzeć. The I-Land na pewno nie jest jednym z nich.

Ocena

1 / 10
Recenzje

Piłsudski, czyli Twój nauczyciel od historii byłby zachwycony [RECENZJA]

Maksymilian Majchrzak

Moda na historyczne widowiska jest dziś w polskim kinie faktem, powód jest prozaiczny – w warunkach kapryśnej widowni, której nawet taki sztukmistrz jak Patryk Vega nie zawsze jest w stanie dogodzić, adaptacje lektur albo dzieła opowiadające o ikonach historycznych zakrętów naszego kraju zawsze mogą liczyć na tłumnie się na nie udające wycieczki szkolne. Obok tych, którzy przymusowo w ramach “wypadu” z nauczycielem historii zobaczą najnowszy obraz Michała Rosy, sporo będzie pewnie też takich, których do sali kinowej zawiedzie po prostu ciekawość jak wypadł Borys Szyc jako legendarny marszałek. Gwiazdor seriali TVNu w takiej roli to podobna atrakcja jak Piotr Adamczyk odgrywający Jana Pawła II czy Tomasz Kot Zbigniewa Religę – tutaj wielu pójdzie odhaczyć ten film z uwagi na obsadę.


Zobacz również: “Kawki na drodze”, czyli Czeching of age

Niestety taki actor-baiting ma swoje wady i już patrząc po samym czasie trwania obrazu, czyli równych dwóch godzinach można się było spodziewać powierzchniowego albo niepełnego potraktowania biografii jednego z twórców polskiej niepodległości. Widz może chcieć zobaczyć Szyca w historycznej odsłonie, jednak mało kto chciałby w sali kinowej spędzać aż trzy godziny, a tyle by było potrzeba by chociaż zahaczyć o losy i politykę Piłsudskiego w II RP. Jak można było się więc domyślić po stosunkowo młodym wieku odtwórcy głównej roli, historia urywa się na 1918 większość czasu poświęcając spiskowej, PPS-owskiej działalności przyszłego Naczelnika Państwa podczas okresu zaborów.

Kadr z filmu “Piłsudski”

Taka cezura czasowa boli z tego względu, że właśnie tak w świadomości większości narodu zapisany jest Piłsudski. Jako mityczny heros, który wywalczył niepodległość, a potem gdzieś zniknął albo resztę życia zbierał za to laury. Przeciętny zjadacz chleba nic się nie dowie o okresie 1918-1935, który to właśnie jest źródłem największych kontrowersji oraz tematem najostrzejszych dyskusji wśród publicystów i historyków. Na spiżowym wizerunki marszałka pojawiają się wtedy liczne rysy, takie jak zamach majowy, bandyckie metody walki z krajową opozycją czy zawłaszczenie państwa przez sanację skutkujące fatalnym przygotowaniem do wojny obronnej 1939 roku. Przedstawienie tych wydarzeń mogłoby być dobrym przyczynkiem do dyskusji nad prawdziwym wymiarem postaci Piłsudskiego, choć jednak mimo wszystko ciężko się spodziewać, że nawet gdyby Rosa podjął się ich pokazania, to starałby się ukuć jakąś bardziej krytyczną, mniej hagiograficzną narrację. Temat późnej kariery politycznej Piłsudskiego to byłby dobry materiał na osobny film, kto wie, być może gdy Szycowi przybędzie kilka lat zdecyduje się powtórzyć swoją rolę.


Zobacz również: “(Nie)znajomi”, czyli “Ustaw powiadomienie: Obejrzę w dniu premiery”

Bo ma ku temu wszelkie zadatki. Jego aktorstwo to zdecydowanie najmocniejszy punkt filmu, charyzmą i wyrazistością udaje się Szycowi maskować większość niezręczności i niezdarności w prowadzeniu historii, a tych jest niestety sporo. Twórcy filmu jak tylko mogą starają się unikać głębszego wejścia w psychikę Naczelnika, chyba po to, żeby uniknąć kontrowersji i zarzutów o deprecjonowanie narodowej legendy. Temat rozpadu małżeństwa Piłsudskiego z pierwszą żoną Marią zajmuje sporą część czasu ekranowego; niestety obserwując te wydarzenia praktycznie niczego nie dowiemy o przyczynach tego kryzysu czy emocjach i motywacjach obu stron. Niekonsekwentnie jest też pod względem stylistyki – z początku dominuje niby surowy naturalizm przełomu wieków, później jednak wszyscy nagle stają się nienagannie ubrani, uczesani i zadbani – słowem troszkę zbyt wymuskani jak na bandę bojowników o wolność zmagająca się z represjami caratu. Ochotnicy rekrutujący się do oddziałów Piłsudskiego często bardziej przypominają współczesnych hipsterów w stylu Dawida Podsiadło, niż autentyczne postacie z epoki. Widocznie jednak taka przesadna cukierkowość to już immanentna cecha polskich widowisk historycznych w rodzaju Czasu Honoru, którego odcinki Rosa reżyserował.

Kadr z filmu “Piłsudski”

Główną wadą Piłsudskiego jest to, jak bezpiecznym i niewiele wnoszącym obrazem jest ten film. Jedynym punktem zaczepienia dla uwagi jest tu tylko występ Borysa Szyca, reszta jest gdzieś pomiędzy patetyczną hagiografią a do bólu poprawną ekranizacją lektury szkolnej. Choć może to, że udało się uniknąć realizacyjnych wpadek i niezamierzonej absurdalności na poziomie The Room jest już w warunkach polskiego kina dużą wartością samą w sobie? Zbyt wiele się o Józefie Piłsudskim z tego filmu nie dowiemy, ani go nie polubimy, ani nie znienawidzimy. Pusty przelot.

Recenzje

“Kawki na drodze”, czyli Czeching of age [RECENZJA]

Kuba Stolarz

Coming-of-age to temat rzeka. Dojrzewanie osób młodych można przedstawić w wielu różnych od siebie wariantach, a mimo to nie stracić tych wiążących je ze sobą czynników, które czynią je wszystkie takimi pięknymi. Możesz to pokazać w formie kina przygodowego z elementami horroru (“To”), filmu kręconego przez ponad dwanaście lat, żeby jeszcze dokładniej ukazać proces dorastania (“Boyhood”), albo wulgarnej komedii o dzieciakach, które odkrywają, czym jest porno albo do czego służą kulki analne (“Grzeczni chłopcy”). Do wyboru, do koloru. To otwarta na pomysły sztuka, choć niezwykle łatwo się na niej wyłożyć. Ale jeśli odpowiednio się za to zabierzesz, wysoce wynagrodzi Twój ciężki wysiłek.

“Kawki na drodze” bierze się za to od innej strony – jeżeli podczas oglądania filmu uda Ci się wytrzymać to, jak bezczelnymi gówniarzami są główni bohaterowie, to w swoim czasie dostaniesz bardzo sprawnie zrealizowaną i sympatyczną historyjkę o dwóch chłopakach, którzy złapali okazję na wyrwanie się z życiowego dołka i dosyć nieciekawych sytuacji rodzinnych i wykorzystali ją na całego. Mára i Heduš wyruszają skradzionym audi w wycieczkę po Czechach i poznają świat na swój poroniony sposób: ratują psa od utonięcia, zabierają w przejażdżkę autostopowiczkę, która uciekła od swojego chłopaka, a sami wzmiankowani spylają w te pędy przed swoją przeszłością i konsekwencjami nieprzemyślanych występków. Przy wtórze wielokrotnych przekleństw i wspominek o seksie (to już ten etap w życiu).

Olmo Omerzu wierzy w ciekawość, odporność i wytrzymałość widza. Film rozpoczyna się sceną, w której Heduš – w pełnym stroju kamuflażowym, udającym spaloną słońcem trawę – skrada się przez gąszcza i przemyka przez instalacje wodne, żeby się dostać na pobocze, z którego będzie strzelał z karabinu na powietrze do przejeżdżających samochodów. Czając się niczym kapitan McMillan w “Modern Warfare”, a jednocześnie stojąc na pełnym widoku, pruje z broni, nie robiąc nikomu żadnej krzywdy. Kiedy kradzionym autem podjeżdża do niego znikąd Mára, Heduš nie zastanawia się ani chwili dłużej i wsiada, by wyruszyć z nim w nieznane. Po co? Nie wiadomo. Bo ma kłopoty w domu? Bo są najlepszymi przyjaciółmi? Bo Hedušowi jest już wszystko jedno? Bo chce zrobić na złość rodzicom? Po co w ogóle strzela?


Zobacz również: “(Nie)znajomi”, czyli “Ustaw powiadomienie: Obejrzę w dniu premiery”

Cokolwiek to jest, dowiadujemy się tego dopiero po znacznej części seansu. Kawki mają dosyć wysoki próg wejścia właśnie przez to, że jedyne, co wiemy, o głównych bohaterach, to to, że są cholernie nieprzyjemni. Mára równie dobrze mógłby się nazywać Seba – warczy, jęczy, marudzi i sprawia wrażenie chłopaka, który by żuł głośno gumę na lekcji, a wezwany potem do dyrektora próbował to zwalić na koleżankę obok. Zaś Heduš ma przez całą podróż nieodpartą ochotę zaliczenia każdej napotkanej dziewczyny. Tak go korci, że musi o tym wspomnieć nawet wspomnianej dziewczynie, która ma już i tak wystarczająco własnych problemów z facetami.

Dopiero po dłuższym czasie bohaterowie stają się mniej płascy. Omerzu razem ze scenarzystą Petrem Pýchą dodają z czasem coraz więcej cegiełek do ich backstory – matka nie zwraca uwagi, ojciec pije – dzięki czemu przestają być tacy łatwi do oceny, a to nastoletnie kino drogi zaczyna w końcu dostarczać nie tylko na poziomie wizualnym. Mára, choć wciąż wyznaje zasadę nieufności wobec Policji, okazuje się skrywać w sobie nieoczekiwane pokłady empatii, zaś Heduš, dotąd myślący wyłącznie o swoich potrzebach, pokazuje, że potrafi się poświęcić w imię przyjaźni i wykazać się własną inteligencją, a nie jedynie polegać na tym, co inni zrobią dla niego.


Zobacz również: Quidditch, wikingowie i bardzo dziwne filmy, czyli Kapitularz 2019

Cała wyprawa przez Czechy to jedna wielka inicjacja i test męskości, na który umyślnie i nieumyślnie wystawiają się bohaterowie. Umyślnie – wyrzucając komórki do jeziora i uciekając z domu, chcą się pozbyć wszelkiej kontroli. Nieumyślnie – nie wiedzą, że zmierzą się z policją i walką z własnym dojrzewaniem, którą wywoła spotkanie z autostopowiczką. Chęć zaspokojenia swoich intymnych żądz kontra zbudowanie przyjemnej relacji z drugą osobą. Szczyl kontra policjanci, którzy z niejednego przestępcy informacje wyciągali. Nierówna bitwa? Rozmowne potyczki Máry z przesłuchującą go policjantką to jedne z ciekawszych scen w całym filmie, bo opierają się na dwóch silnych charakterach. Oboje mają swoje za uszami i oboje różnymi metodami będą chcieli osiągnąć swój cel – on nie chce wsypać swojego kumpla, a ta chce wiedzieć wszystko o nielegalnej wojaży przez kraj i co go do tego w ogóle skłoniło – a nie są to wyjątkowo szlachetne sposoby.

Ważne lekcje, których się uczą bohaterowie (że kobieta nie jest laską z sex-shopu, że braci się nie traci), nie przelewają się jednak zbytnio na widza – film ogląda się lekko i przyjemnie, ale bez szczególnego poczucia, że powinno nas to wszystko obchodzić. To fajna produkcja, która nie wychodzi szybko z głowy dzięki swojej warstwie audiowizualnej. Piękno czeskich mieścin, sfilmowanych po części ze środków Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, wprawia widza w specyficzny, prawie że senny nastrój. Odwiedzone przez chłopaków miasteczka wywołują u widza ciepełko zarówno przez znajomą nam słowiańskość mijanych okolic, jak i ciągły niepokój przez opatulenie ich mgłą i szarawo-białym śniegiem.

Ale z drugiej strony to, że film nie wywołuje nie wiadomo jak mocnych wrażeń podczas oglądania, to ciekawe rozwinięcie ideologii płynącej z oryginalnego tytułu. “Všechno bude”. Czyli wszystko się jakoś ułoży. Co nas spotka po drodze? Nie wiadomo. Jak wyruszymy, to się dowiemy. Wzruszmy ramionami i wyruszmy w nieznane. Dowiemy się o sobie tego, czego nie wiedzą nawet nasi najbliżsi. Jakoś to będzie.

Recenzje

“(Nie)znajomi”, czyli “Ustaw powiadomienie: Obejrzę w dniu premiery” [RECENZJA]

Maciej Kędziora

Gdy w 2016 roku na ekranach włoskich kin zagościła produkcja Dobrze się kłamię w miłym towarzystwie sam reżyser, wtenczas nieznany światowej publiczności Paolo Genovese, nie spodziewał się zapewne, jak wielkim międzynarodowym hitem stanie się ta mała produkcja. Jak jednak się okazało, krytyka społeczeństwa technologicznego i smartfonów (a właściwie alegoria telefonu jako czarnej skrzynki naszego sumienia), przemówiła nie tylko do widzów na całym świecie, ale i twórców, którzy postanowili przełożyć historię niebezpiecznej gry znajomych na potrzeby własnego kraju. I tak dostaliśmy już bardzo nieudaną, netflixową próbę francuską z m.in. Berenice Bejo, Vincentem Elbazem i Dorią Tillier, a także niedostępne w naszym kraju propozycje z Turcji, Hiszpanii, czy Korei Południowej. W 2019 przyszedł wreszcie czas na naszą, rodzimą wariację, która – całkiem niespodziewanie i na przekór krytycznym głosom – postanowiła wnieść do opowieści coś nowego i przebić, przynajmniej w moim odczuciu, oryginał.


Przeczytaj również: Quidditch, wikingowie i bardzo dziwne filmy, czyli Kapitularz 2019

Od początku wszystko wydaje się być niby znane, ale jakieś inne. Bo i prolog dłuższy, a rozmowa o prezerwatywach mniej wymuszona. Nawet bohaterowie, choć rzekomo Ci sami, całkowicie inni. Czujemy się wówczas jak postać Tomasza Kota, nerwowo prasująca ręką swoją marynarkę. To miał być bezpieczny seans, podczas którego mieliśmy odegrać wszystkie zwroty akcji i co zabawniejsze żarty. Już po pierwszych minutach okazuje się jednak, że tytuł był proroczy – bo choć scenariusz nam znajomy, to finalny produkt nie do końca.

Kadr z filmu “(Nie)znajomi “

Bohaterowie Genovese zostali tutaj przepuszczeni przez sito polskości. I tak, Ewa (Kasia Smutniak), to przykład self-made woman, finansowej głowy rodziny, kursującej ciągle na linii Włochy – Warszawa (subtelne nawiązanie do biografii aktorki), a jej mąż (Tomasz Kot), w przeciwieństwie do oryginału nie jest chirurgiem plastycznym, a pełnoetatowym ojcem, dzięki czemu znana z oryginału scena pewnego połączenia z córką wybrzmiewa jeszcze mocniej. Tych subtelnych różnic będzie jeszcze więcej – dzięki konserwatywnym poglądom Grzegorza (Łukasz Simlat), jego kryzys małżeński z żoną oddziałuje jeszcze mocniej na widza, dzięki buddyzmowi i zen, rozgrzana do granic czerwoności miłosna relacja Czarka i Oli również staje się znacznie bardziej wiarygodna. Jedynie Wojtek (Wojciech Żołądkowicz) taki sam, ale nikogo nie powinno to dziwić – postać Peppe wygrywała cały klimat “Dobrze się kłamie…”.

Zaadaptowanie postaci na potrzeby realiów naszego kraju, umożliwiło duetowi Sarnowska/Śliwa, na usunięcie z historii wątków, które poniekąd rujnowały wydźwięk Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie. Ba, często podejmowane przez nich zabiegi w kreśleniu portretów postaci podważają jakość pierwowzoru – parę razy (szczególnie w kontekście wątku Ewy i Tomka), łapałem się za głowę, uświadamiając sobie, że tak właśnie chciałem by rozwinął się oryginał. I jest to w podejściu do pierwowzoru rzadkość, gdyż większość z wariacji pozostawała mu wierna często co do joty.


Zobacz również: “The Spy”, czyli najlepsza rola w karierze Sachy Barona Cohena

Same clou całej produkcji, czyli telefoniczna gra szczerości, wypada tu niezwykle przekonująco. Oczywiście, mimo zmian, nadal mamy do czynienia ze zgranymi kartami – udawanymi połączeniami, dramatycznymi sms-ami, czy wiernołamstwem sextingowym. Ale kluczowym dla (Nie)znajomych nie jest to, co wyświetla się na ekranie telefonu, ale rzucane nad faworkami z cukrem pudrem (w miejsce włoskiego tiramisu) słowa.

Kadr z filmu “(Nie)znajomi”

Każde, często znane z innych wersji, powiadomienie, to jedynie punkt wyjścia do pasjonujących, czasem ciętych, czasem zabawnych dialogów. To w nich wychodzi, nie bójmy się tego słowa, geniusz scenariusza, bo po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, udało się w naszym kraju napisać przezabawne, cięte kwestie, nie popadające w kicz i pastisz. Nawet przekleństwa, dotąd zazwyczaj wymuszone w naszych komediach (szczególnie ich wydźwięk zakrzywiony jest przez produkcje Patryka Vegi), są tu uzasadnione, soczyste i szczerze bawią.

(Nie)znajomi podobnie jak większość innych produkcji zamkniętych w czterech ścianach małego mieszkania, polega głównie na aktorach. Na całe szczęście, reżyser Tadeusz Śliwa świadomy znakomitego poziomu swojej obsady, wykonuje tutaj tour de force polskiego aktorstwa. Najbardziej zachwyca Kasia Smutniak, która choć ponownie musi się wcielić w prawie tę samą postać, kreuje ją zupełnie inaczej, skupiając się i ogrywajac inne emocje. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że wypada jeszcze lepiej niż we włoskiej wersji, choć fakt faktem – Ewa i Tomek to zdecydowanie najlepiej napisane postacie całej produkcji. Dlatego też Smutniak w jej popisach wtóruje jej ekranowy partner, wybitny Tomasz Kot, odkrywający na ekranie siebie, stając się tym samym najbardziej wiarygodną, iście mumblecore’ową postacią.


Zobacz również: Kamp w rytmie disco

Szczególne pochwały dla Smutniak i Kota nie powinny odbierać zasług reszcie obsady, bowiem każdy tworzy wielowymiarową i, co rzadko spotykane w naszym kinie środka, szczerą postać. To, co jednak najbardziej zaskakuje, jest niebywała chemia między aktorami, spijającymi sobie z ust dialogi, napędzającymi siebie nawzajem i wyciągającymi ze swoich partnerów to, co najlepsze.

Kadr z filmu “(Nie)znajomi”

Jedynym, co zaburza entuzjastyczny, holistyczny obraz filmu, jest jego strona formalna. Nie chodzi nawet o telewizyjność – wymuszona jest ona konwencją i ulokowaniem akcji w mieszkaniu. Niezrozumiałe są natomiast pewne decyzje montażowe i operatorskie, w szczególności zbyteczne górne plany i mdląca falująca kamera, zabijająca immersję. Gdyby i na tym polu było więcej dyscypliny, statycznych kadrów, (Nie)znajomi spokojnie mogliby pretendować do najwyższych laurów.

Znamiona teatralności, jakie nosi Dobrze się kłamię w miłym towarzystwie, widać po mnogości adaptacji i ujęć filmowych jakie dotąd powstały. Trudno mi nawet mówić o remake’ach sensu stricte, bardziej przypominają one kolejne wystawienia tej samej sztuki w różnych teatrach z inną obsadą. Z tymże o ile wersja francuska była bardzo odtwórcza i nic nie dodawała do oryginału, Tadeusz Śliwa nie boi się atakować współczesnego sacrum i traktuje tekst źródłowy dość ostro, nie bojąc się go modyfikować i zmieniać.

(Nie)znajomi osiągnęli to, co wydawało się nieosiągalne w gatunku rodzimego komedio-dramatu: stali się znakomitą propozycją, która zawiera w sobie bardzo ważny morał, jednocześnie nie moralizując widowni. Więc czym prędzej włączcie telefon, kupcie bilety i idźcie do kina. Bo szansa na obejrzenie tak dobrej polskiej komedii zdarza się równie rzadko, co zaćmienie księżyca znane z oryginału.


Okiem Filmawki

Quidditch, wikingowie i bardzo dziwne filmy, czyli Kapitularz 2019 [RELACJA]

Bartłomiej Rusek
Kapitularz

W pierwszy weekend września miałem okazję uczestniczyć w siódmej edycji Kapitularza. Łódzki Festiwal Fantastyki po raz kolejny odwiedziły tłumy gości, biorących udział w atrakcjach, których doświadczenie zajęłoby pojedynczej osobie setki godzin. Oprócz licznych paneli, konkursów, sesji RPG, LARPów czy spotkań z twórcami (między innymi książek) konwentowicze mieli okazję obejrzeć interesujące filmy, nabyć produkty (zarówno liczne rękodzieła jak i gry planszowe) czy wziąć udział warsztatach i atrakcjach stałych.

Od czego tu zacząć? Najlepiej od tego, co na samym początku zastałem na miejscu. Tegoroczne akredytacje przyjęły kształt biletów, co było bardzo pomysłowym zabiegiem, nawiązującym do motywu przewodniego – Pociąg do Fantastyki. Tym samym, oprócz biletu i oczywiście smyczy, aby móc go trzymać w widocznym miejscu, każdy z konwentowiczów otrzymywał Rozkład jazdy, który stanowił przewodnik po wszystkich atrakcjach. A tych była cała masa.

Kapitularz
Kapitularz 2019, fot. Marta Majewska

Sam starałem się wziąć udział w jak największej ilości z nich, co nie było łatwym wyzwaniem. Tym samym wysłuchałem wielu interesujących prelekcji, a także miałem okazję zobaczyć kilku niezwykłych gości, czy nawet pograć w retro gierki. Wśród gości można wyróżnić chociażby Grupę Filmową Darwin, Katarzynę Gabrysz z Rynn Rysuje, Kit Buss, barda Tomasza Rotha, czy pisarza Michała Gołkowskiego. Niektóre prelekcje prowadzone były również przez wykładowców uniwersyteckich, co może świadczyć o wysokiej merytoryce i prestiżu całego wydarzenia.

Czytelników Filmawki najprawdopodobniej najbardziej zainteresują atrakcje związane z kinem. W bloku filmowo-serialowym mogliśmy obejrzeć najróżniejsze filmy. Od klasyków, takich jak Robot Monster (1953), Medium (1985) czy Wilczyca (1982) po nowsze produkcje, jak chociażby Korpo (2015) czy Wilkołak (2018). Interesujący był również pokaz Kosmicznie Dziwnego Kina, organizowany przez Dawida Gryzę, organizatora festiwalu Kocham Dziwne Kino. W tej samej sali miały także miejsce liczne prelekcje na temat filmów i seriali.

Kapitularz
Kapitularz 2019, fot. Marta Majewska

Kilka sal Wydziału Filologicznego zostało udostępnionych na atrakcje stałe. Wśród nich znalazły się gry – zarówno te elektroniczne, jak i fizyczne. Oprócz gier planszowych, znalazło się miejsce na gry bitewne czy tradycyjne gry japońskie (będące atrakcją prowadzoną przez Łódź Mahjong Club). Jeżeli chodzi o gry elektroniczne, oprócz dużej ilości retro gier, osoby obecne na Kapitularzu miały okazję zagrać w Dance Dance Revolution czy chociażby Rock Band.

Kapitularz nie odbywał się jednak jedynie w środku budynku. Ponownie jak w zeszłym roku, część atrakcji znajdowała się na zewnątrz. Wśród nich można wyróżnić na przykład warsztaty szermierki, prowadzone przez grupę Mordschlag Łódź. Oprócz tego, ponownie odbył się mecz Quidditcha, a obecna po raz kolejny Dębowa Kuźnia pozwoliła każdemu chętnemu własnoręcznie wykuć bransoletę, klamrę czy na przykład… klamkę do szafki – wszystko na darmowych warsztatach kowalskich.

Kapitularz
Kapitularz 2019, fot. Marta Majewska

Absolutną nowością była natomiast obecność Kramu Rudych – grupy wikingów, którzy gotowali na świeżym powietrzu tradycyjne, średniowieczne potrawy. Za małą opłatą, wniesioną przy stoisku akredytacyjnym, każdy miał okazję spróbować pysznej, sycącej strawy. Tuż obok nich dumnie prezentowały się ptaki drapieżne od Szponem i Mieczem, które – z puchaczem bengalskim Bobem na czele – przykuły uwagę wielu konwentowiczów. Zwłaszcza w trakcie pokazu tresury ptaków.

Kapitularz nie zasługiwałby jednak na miano pełnoprawnego konwentu, jeżeli nie pojawiłby się na nim konkurs Cosplay. Ten został przeprowadzony w świetny sposób przez porywającą publiczność prezenterkę. Muszę przy tym przyznać, że mimo iż nie jestem wielkim fanem cosplayów, tak tegoroczny konkurs bardzo mi się spodobał. Wynikało to w głównej mierze z wysokiej jakości strojów, zaprezentowanych przez uczestników tegorocznego konkursu.

Kapitularz
Kapitularz 2019, fot. Marta Majewska

Wiem już, że przy opisie atrakcji zapomniałem wspomnieć o kilku z nich. Oprócz tego, co zostało wymienione powyżej, można wspomnieć o obecności grup PARASIM czy Legio Rapax. Można było opowiedzieć o koncercie Barbary Karlik, która grała na harfie celtyckiej czy o warsztatach z projektowania odzieży i ilustracji mody, prowadzonych przez Artystyczny Krąg. Ze względu jednak na liczebność atrakcji, uczestniczenie we wszystkich z nich było niemożliwe. Ma to jednak swoje plusy – w czasie trwania całego festiwalu nie było bowiem takiego momentu, w którym nikt nie znalazłby czegoś odpowiedniego dla siebie.

Na koniec pozostaje pytanie: jak mogę ocenić Kapitularz, będąc uczestnikiem dwóch poprzednich edycji? Jako odpowiedź najlepiej może służyć cała relacja, znajdująca się powyżej. Ze swojej strony muszę dodać, że organizatorzy wyciągnęli wnioski z poprzednich lat. Wtedy moim jedynym zastrzeżeniem były problemy techniczne, z którymi w tym roku się nie spotkałem. Co więcej, w tym roku czynny był wydziałowy punkt gastronomiczny, więc nawet osoby, które nie chciały spróbować specjałów Kuchni Wikingów miały okazję zjeść pełnoprawny posiłek. Tym samym, była to chyba najlepsza dotychczasowa edycja Kapitularza – przynajmniej z tych, w których miałem przyjemność wziąć udział.

Podobnie jak w zeszłym roku, zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć z wydarzenia, dostępnej poniżej. Autorką wszystkich zdjęć jest Marta Majewska.

« 1 z 2 »
Seriale

“The Spy”, czyli najlepsza rola w karierze Sachy Barona Cohena [RECENZJA]

Marcin Kempisty

Sacha Baron Cohen znany jest ze swoich komediowych występów z Boratem na czele. Przylgnęła do niego łatka prowokatora starającego się ujawniać absurdy współczesnej rzeczywistości. Na szczęście w serialu Netflixa The Spy porzucił kostium błazna, by na poważnie zaprezentować tragiczne losy agenta Mossadu.

The Spy to sześcioodcinkowy miniserial stworzony przez Gideona Raffa, autora m. in. Prisoners of War, na którego podstawie Amerykanie zrobili później Homeland. Najnowsze dzieło Izraelczyka odsłania jedną z ciekawszych kart rodzimych służb specjalnych, gdy w latach 60. XX wieku Eli Cohen zostaje zwerbowany przez Mossad, a następnie infiltruje syryjski rząd w celu uzyskania jak największej ilości informacji, która mogłaby przydać się jego ojczyźnie w walce z wrogiem. 

Można byłoby potraktować tę historię niczym kolejne przygody Jamesa Bonda, gdyby nie fakt, że wydarzyła się ona naprawdę. Wprawdzie Cohen pochodził z żydowskiej rodziny, ale urodził się w Aleksandrii, dzięki czemu poznał arabski język oraz kulturę. Chciał jednak walczyć dla Izraela, dlatego najpierw pomagał żydowskim Egipcjanom uciec przed prześladowaniami, a później zgodził się na udział w antysyryjskiej operacji, jako że stosunki między oboma krajami były bardzo napięte.

“The Spy”



Serial rozpoczyna się właśnie w momencie zwerbowania Cohena, gdy dostaje “zaproszenie” do tajnej kryjówki i ma przejść pierwsze szkolenia. Grany przez Sachę Barona Cohena bohater uczy się nazwisk wysoko postawionych oficjeli w państwie wroga, śledzenia oraz wykrywania śledzących go ludzi, a także zostaje poinstruowany, jak ma wykonywać swoją misję. Dopiero potem zostaje wysłany do Argentyny, by tam zapoznać notabli i uzyskać od nich glejty zapewniające o wierności wobec Syrii, dzięki którym będzie mógł wjechać do tego kraju.


Zobacz również: Wywiad z twórcami Octopus Film Festival

Nie ma co ukrywać, dzięki The Spy aktor zaprezentował się ze znakomitej strony, udowadniając, jak szeroki zakres umiejętności posiada. Rewelacyjnie oddaje wewnętrzne rozdarcie bohatera między ojczyzną a żoną spodziewającą się dziecka, subtelnie wyraża przemianę, jaka zachodzi w charakterze mężczyzny korzystającego z coraz większych luksusów w Syrii. Zazwyczaj jest zimny i zdystansowany, by w odpowiednim momencie oczarować interlokutora szerokim uśmiechem. Cohen niesie na barkach cały serial, od niego zależy powodzenie tego projektu, chociaż trzeba uczciwie oddać, że także scenariusz został szczegółowo zaplanowany przez twórców. 

Gideonowi Raffowi udaje się rzecz najważniejsza – szanuje zaprezentowanego bohatera, oddaje mu to, co należne, ale jednocześnie nie buduje mu spiżowego pomnika. Daleko Cohenowi (agentowi) do bycia wzorem cnót. Wprawdzie działa dla wyższego, w jego mniemaniu, dobra, ale po drodze niszczy niezasługujące na to osoby. Starzeje się, więc musi uwieść kobietę, która będzie dla niego “matrymonialną” przykrywką. Musi piąć się po szczeblach władzy, więc wykorzystuje łatwowierność syna jednego z ważniejszych syryjskich generałów. W końcu zdobywa ten szczyt, zostając wiceministrem obrony narodowej, ale zgubi go nadmierna pycha i wiara we własną niezniszczalność.

“The Spy”

Bo The Spy nie jest serialem wypakowanym pościgami i strzelaninami. Twórcy przedstawiają żmudną, niezwykle niebezpieczną pracę agenta, w której znacznie więcej zależy od przypadku i wiernych współpracowników, aniżeli od posiadanych umiejętności. Bohater niewątpliwie posiada dar zjednywania sobie ludzi, lecz jednocześnie brakuje mu, zwłaszcza na początku pracy, ostrożności, co mogło go kilkukrotnie zgubić. Raff stara się być możliwie jak najbardziej obiektywny wobec tak ważnej persony, naświetlając zarówno jego wady, jak i zalety.


Zobacz również: “Oślizgły dusiciel” – Kamp w rytmie disco

A to wszystko rozgrywa się w pieczołowicie zaprojektowanej scenerii. Izraelska strona zaprezentowana jest w wyblakłych kolorach, podczas gdy syryjskie życie agenta tętni barwami. Twórcy zadbali o jak najwierniejsze oddanie detali z tamtych czasów. Niemalże można poczuć zapachy produktów, gdy Cohen przechadza się lokalnymi targami. 

Mimo że twórcy prowadzą narrację na chłodno, to i tak Cohen jest ukazany jako bohater, co nie dziwi, skoro przysłane przez niego informacje przysłużyły się później izraelskiej armii podczas wojny sześciodniowej. Znacznie bardziej dostaje się od Raffa izraelskiemu wywiadowi stacjonującemu w swoim kraju. O ile jeszcze opiekun Cohena, Dan Peleg (Noah Emmerich), przestrzega podopiecznego przed czyhającymi na niego niebezpieczeństwami, o tyle przełożeni Pelega swobodniej szermują życiem swojego pracownika. Jednostkowa egzystencja agenta nie jest istotna w obliczu walki o przetrwanie narodu, zaś jego los zostaje wpisany w dziejową konieczność całkowitego poświęcenia w obronie przed otaczającymi Izrael wrogami.

“The Spy”

Takie produkcje, jak The Spy, określa się często mianem solidnej, rzemieślniczej roboty. Brakuje w serialu Netflixa fajerwerków, na przykład ciekawszych dialogów, ale i tak jest to sumiennie odrobiona praca domowa z fragmentu historii współczesnego wywiadu. Na pewno premiera tego tytułu niesie ze sobą walory edukacyjne, wszak mało osób wcześniej znało tę szaloną historię i jej tragiczny finał. Jest to również znakomity przykład scenariuszowego kunsztu, umiejętnego budowania charakterystyki postaci, rozpisywania męczących ją dylematów, czy traktowania antagonistów bohatera jako równorzędnych rywali, pozbawionych karykaturalnej kreski. Ale przede wszystkim jest to szansa dla Sachy Barona Cohena na przedstawienie innej strony swojego artystycznego emploi. Po obejrzeniu The Spy nikt nie nazwie go ponownie śmieszkującym błaznem. Nazwie go Panem Aktorem.

Ocena

7 / 10
Wywiady

Mandy, Velvet Midnight i kasety wideo – Rozmawiamy z dyrektorami Octopus Film Festival [WYWIAD]

Maciej Kędziora

Druga edycja festiwalu Octopus Film Festival za nami, a jako, że dla mnie jest to bardzo ważny projekt filmowy, postanowiłem porozmawiać z ludźmi, którzy wkładają w niego całe swoje serce, dyrektorami festiwalu: Krystianem Kujdą i Grzegorzem Fortuną. Będzie trochę o miłości do kina gatunkowego, wymarzonych pokazach i przyszłości festiwalu. Będzie też o nowym projekcie, przyszłości i radości z kina – bo tym jest właśnie Octopus. Czystą radością z bycia kinomanem.

Jako że druga edycja Octopusa już za nami, nie wypada mi nie zapytać: jakie będzie jedno, szczególnie bliskie wam wspomnienie z tegorocznego festiwalu? 

Krystian Kujda: Dla mnie był to moment, w którym publiczność przyjechała na miejsce Seansu Ukrytego i w konsternacji kręciła się po płycie lotniska. Otworzyliśmy wówczas wielkie drzwi hangaru, za którymi krył się ekran kinowy czekający na seans „Top Gun” i podświetlone kolorowymi lampami samoloty. Dźwięk, który wydała z siebie zachwycona publiczność, był niepodrabialny.

Zdjęcia ze specjalnego pokazu “Top Gun” by Michał Szymończyk

Grzegorz Fortuna: W moim przypadku też będzie to moment związany z reakcją publiczności, a mianowicie samo otwarcie festiwalu, podczas którego pięćset osób czekało na „Pulp Fiction” z udziałem Tomasza Knapika i Krystyny Czubówny. Gdy rozległy się gromkie brawa widzów zajaranych pokazem, dotarło do nas, jak bardzo publiczność czekała na ten festiwal. Z nawiązką wynagrodziło nam to wielomiesięczną pracę nad festiwalem. No i było to niesamowicie miłe uczucie.

Pozwólcie, że w najbliższych paru pytaniach zahaczymy o program. Po pierwsze, główny gość festiwalu i bohater retrospektywy Sergio Martino. Jakie macie wspomnienia z obcowania z jego kinem, dlaczego i kiedy stał się on dla Was tak ważny? 

KK: Z filmami wyreżyserowanymi przez Sergia Martina obcowałem już jako dzieciak buszujący w osiedlowych wypożyczalniach kaset wideo. Co zabawne, nie wiedziałem wówczas, kogo filmy tak naprawdę oglądam, bo Martino (jak wielu włoskich twórców) znaczną część z nich nakręcił pod pseudonimem. Robił to, żeby podbić amerykański rynek. Co prawda niezbyt mu się to udało, ale z całą pewnością podbił świat polskich wypożyczalni czasów transformacji. Natomiast w kontekście festiwalu bardzo zależało nam, żeby zaprosić jednego z ostatnich mistrzów włoskiego kina gatunkowego. Martino należy do wąskiego grona włoskich reżyserów, do filmów których coraz częściej się wraca, między innymi dzięki Quentinowi Tarantino.

GF: Zaryzykowałbym tezę, że twórcy tacy jak Martino są absolutnie najciekawszymi rozmówcami ze świata filmu. Co prawda Martino nigdy nie stał się reżyserską gwiazdą, jak Dario Argento, ale ma na koncie sześćdziesiąt filmów reprezentujących wszystkie gatunki, był świadkiem złotej ery włoskiego kina gatunkowego, dzięki czemu jego wiedza jest wprost niezwykła, a niektóre historie i anegdoty naprawdę niesamowite – jak chociażby ta o spotkaniu z Bruce’em Lee. Poza tym Martino ma na swoim koncie kilka fantastycznych filmów, jak chociażby „Dziwny zwyczaj pani Wardh”, jedno z najlepszych gialli w historii kina. 

Spotkanie z Sergio Martino podczas 2. edycji “Octopus Film Festival”

Po drugie, Nowe Kino Gatunkowe, które zgodnie z zapowiedziami Grzegorza, niedługo może przerodzić się w konkurs. Ale póki konkursem nie jest mogę sobie pozwolić na takie pytanie: gdybyście mieli wyróżnić jeden film Złotą Ośmiornicą, to który film z selekcji by go otrzymał i dlaczego? 

KK: Zdecydowanie „Mandy” Panosa Cosmatosa! Według mnie to najlepszy horror ubiegłego roku – z jednej strony niezwykle autorski i art-house’owy, z drugiej garściami czerpiący z kina gatunków. Ten film zasługuje, aby pokazywać go na wielkim ekranie, więc w ramach działalności Velvet Spoon wprowadzimy go do limitowanej dystrybucji już 18 października. 

GF: Krystian zabrał już „Mandy”, więc ja postawię na „In Fabric”, czyli sensualny, piękny, oldskulowy horror określany mianem „Suspirii rozgrywającej się w domu towarowym”. Dla mnie to jedno z najciekawszych odkryć roku.

Pozostając przy “Mandy”, czy uważacie, że w Polsce można wprowadzić zwyczaj midnight movies i jeśli tak, to czy macie w planach to właśnie uczynić?

GF: Tak jest! 18 października w ramach projektu Velvet Midnight wprowadzamy „Mandy” do limitowanej dystrybucji na nocnych pokazach. To trochę test, czy taki model się u nas przyjmie, więc trzymajcie proszę kciuki za dobrą frekwencję! 

Specjalny pokaz “Mandy” na Szańcu Jezuickim

Po trzecie, postapo i cyberpunk w tym roku łączyły zarówno klasyki gatunkowe, jak i arcydzieła kina artystycznego. Czy to droga, którą chcecie obrać (w rozumieniu, czy mamy spodziewać się więcej mistrzów pokroju Tarkowskiego), a także w jaki gatunek chcecie wejść po postapokalipsie (i czy Mleczny Piotr jest na to gotowy?)? 

GF: Jeśli chodzi o pierwsze pytanie – zdecydowanie tak! Mamy wrażenie, że w Polsce (i, szerzej, w Europie) festiwale skupiają się przede wszystkim na kinie autorskim. My stawiamy na gatunkowe, ale, trochę z przekory, chcemy niejako „odzyskiwać” dzieła mistrzów dla kina gatunkowego. Jasne, „Stalker” to artystyczne arcydzieło, ale to przecież też kawał doskonałego postapo, które zapoczątkowało wiele trendów w popkulturze i stało się pewnego rodzaju zapowiedzią tragedii w Czarnobylu.

KK: Co prawda pracujemy już nad programem trzeciej edycji, ale nieco za wcześnie, żeby wyrokować, jeśli chodzi o konkretne cykle pokazów. Możemy natomiast zdradzić, że nieustająco poszukujemy nowych wyjątkowych przestrzeni na seanse festiwalowe, więc możecie się spodziewać, że do ulicy Elektryków i Mlecznego Piotra dołączą nowe miejscówki.


Zobacz również: Przewodnik po Octopus Film Festvial 2019

Jedną z największych premier Octopusa była bez wątpienia “Mowa Ptaków”, którą Velvet Spoon niedługo wprowadzi do kin. Jakie były wasze pierwsze wrażenia związane z najnowszym dziełem Xawerego Żuławskiego? 

GF: Pierwszym wrażeniem była chyba konsternacja, bo „Mowa ptaków” to film pod każdym względem nieortodoksyjny i niepodobny do niczego innego. Jednocześnie mieliśmy wrażenie, że to film bardzo ważny, zarówno ze względu na hołd dla jednego z najciekawszych twórców w historii polskiego kina, jak i wątki współczesne, celnie komentujące polskie problemy społeczne. Każdy szanujący się dystrybutor chciałby mieć „Mowę ptaków” w swoim portfolio, więc nie zastanawialiśmy się długo.

Specjalny pokaz “Mowy Ptaków” na Octopus Film Festival. Film w kinach od 27.09. Dystrybucja: Velvet Spoon.

Podczas oglądania w tym roku “Bolero” pomyślałem, że jedyne czego brakuje to konwencji kina samochodowego, kiedy film ogląda się z bagażnika swojego pick-upa (czy też pick-upa rodziców). Czy mariaż z seansami tego typu przemknął wam kiedyś przez myśl? 

KK: Zrobiliśmy już jedno podejście do kina samochodowego w ramach 20. edycji Festiwalu Filmów Kultowych. Pokaz ten zakończył się frekwencyjnym sukcesem, choć nie do końca byliśmy zadowoleni z jego formuły. Teraz jesteśmy już bogatsi o to doświadczenie, więc planujemy wrócić do tematu podczas jednej z najbliższych edycji i zrobić to totalnie po naszemu.

W zeszłym roku “The Room”, w tym roku “Pulp Fiction” z Krystyną Czubówną (+ Tomaszem Knapikiem), co skłania mnie do pytania. Jakie jest Wasze podejście do oglądania filmów z lektorem? 

KK: Bardzo lubię oglądać filmy z epoki VHS-ów i niezwykle cenię pracę Szołajskiego, Knapika czy Kozioła, ale wydaje mi się, że Octopusowe pokazy specjalne z lektorami na żywo to trochę inna kategoria. Podobnie wygląda sprawa w przypadku pokazów VHS Hell Live, podczas których lektorzy improwizują dialogi na żywo. To bardziej występ, podczas którego wiele może się zdarzyć. Trudno porównać to z oglądaniem filmu z lektorem na przykład w telewizji.

GF: Lubię czasem obejrzeć coś w wersji z lektorem, ale raczej muszą być to starsze filmy, z lat osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych. Oglądanie nowości w wersji z lektorem zazwyczaj mi nie odpowiada (chyba że są to jednorazowe strzały typu „Blood Drive” z Tomaszem Knapikiem).

Gdybyście to Wy mogli programować “Malinobranie” jaki jeden film z pewnością by się tam znalazł i dlaczego? 

GF: W moim przypadku byłoby to „Barb Wire”, wspaniale przetłumaczone na polski na „Żyletę”. Ten film jest tak kuriozalny, że absurdomierz eksploduje w ciągu pierwszych kilku minut. To w końcu kino postapokaliptyczne, będące nieformalnym remakiem „Casablanki”, w którym główną rolę odgrywa Pamela Anderson. 

KK: Postawiłbym na „Cool as Ice”, czyli „Miłość w rytmie rap”. Ten film jest esencją początku lat dziewięćdziesiątych i reprezentuje wszystkie grzechy ówczesnej popkultury – od strojów po muzykę. Oczywiście nie muszę dodawać, że efekt jest wspaniały.


Zobacz również: Octopusowy Ostatni dialog filmowy z Michałem Oleszczykiem – MALINOBRANIE, czyli za co kochamy bardzo złe filmy

Octopus proponuje całkowicie niezwykłą i w Polsce nadal niepopularną formę obcowania z filmami – ludzie spokojnie przychodzą z piwem na seans, mamy do czynienia z kinem plenerowym. Stąd też pytanie – w jakim stanie w Waszej opinii jest polska społeczność filmowa i czy ta kultura obcowania z kinem rozwija się w naszym kraju, czy też wręcz przeciwnie? 

KK: Chyba w każdej dziedzinie naszej okołofilmowej działalności stawiamy na odbiór kultowy i staramy się podkręcać emocje związane z kinem. Mam wrażenie, że publiczność coraz bardziej przekonuje się do tego modelu odbioru kina.

GF: W kulturze audiowizualnej można dostrzec coraz większą tendencję do tego, żeby oglądać filmy samemu w domowym zaciszu. Tymczasem kino zawsze było doświadczeniem kolektywnym. Pewnie się narażę, ale nienawidzę Netflixa promującego model polegający na wchłanianiu godzin treści audiowizualnych na tablecie czy laptopie. Za pomocą dodatkowych atrakcji staramy się pokazać widzom, że kino nadal może być świetną przygodą i niepowtarzalnym doświadczeniem. Mam wrażenie, że udaje nam się dotrzeć do coraz szerszych kręgów publiczności i zarazić ich naszym podejściem do kina.

Mortal Kombat na Octopus FIlm Festival

Wyobrażając sobie, że macie nieograniczony budżet, a do dyspozycji cały glob jak wyglądałby zainscenizowany przez Was seans wymarzonego filmu? I dlaczego akurat tego?

KK: Pokaz pierwszej części „Rambo” w kanadyjskim miasteczku Hope, w którym kręcono film. Być może wybór miejsca, które jest jednocześnie lokacją filmową, nie jest zbyt oryginalny, ale raz, że to miasteczko niewiele zmieniło się od początku lat 80., a dwa, że jest niezwykle uroczym miejscem, które bardzo chciałbym kiedyś odwiedzić. 

GF: „Towarzystwo wilków” Neila Jordana w towarzystwie… prawdziwych wilków. Brzmi jak totalne szaleństwo, ale naprawdę to rozważaliśmy. Niestety koszty okazały się nieco zbyt wysokie. 

Kończąc, nie wypada nie zapytać mi o przyszłą edycję, na której na pewno się widzimy. Czy macie już jakąś koncepcję, w którą stronę chcecie rozwijać macki ośmiornicy? Jakąś ideę retrospektywy? Czy na wszystko przyjdzie jeszcze czas? 

GF: Serdecznie zapraszamy! Bardzo chcemy rozwijać festiwal równocześnie w kilku kierunkach. Pierwszy z nich to jeszcze bardziej rozbudowane i immersyjne pokazy specjalne. Drugi związany jest z gośćmi, których będziemy zapraszali na festiwal. Planujemy, żeby z każdym rokiem było ich więcej, uderzamy też powoli do kultowych twórców kina gatunkowego, których bardzo chcielibyśmy zaprosić do Polski.

KK: Trzeci dotyczy wspomnianego wcześniej konkursu – bardzo nam zależy, żeby pokazywać na Octopusie najnowsze ambitne filmy gatunkowe z całego świata, a bez konkursu jest to niełatwe. Mamy nadzieję, że konkurs pozwoli także zapraszać do Polski ich twórców. Niezwykle cieszymy się, że druga edycja Octopusa spotkała się z tak doskonałym odbiorem, to pozwala nam wierzyć, że nasz festiwal ma szanse zaistnieć na mapie europejskich festiwali filmowych. Kilka lat temu nie byliśmy pewni, czy w ogóle damy radę zrobić festiwal bez odpowiedniej infrastruktury kinowej (multipleksy odpadają ze względu na specyfikę filmów), teraz wiemy już, że jesteśmy na dobrej drodze i musimy konsekwentnie się jej trzymać.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.