Recenzje

„W wysokiej trawie”, a loty niskie [RECENZJA]

Joanna Kowalska

Kto powinien nakręcić film, którego akcja dzieje się na zamkniętej, klaustrofobicznej przestrzeni? Vincenzo Natali, twórca słynnego Cube, wydawał się być wyborem idealnym. Niestety przeniesienie opowiadania Stephena Kinga z książkowych stron na ekran, w dalszym ciągu stanowi nie lada wyzwanie. Kolejna próba goni poprzednią, a mimo wszystko wciąż trudno o produkcję, która w ostatecznym rozrachunku nie byłaby zbyt infantylna, naiwna, czy też nie byłaby po prostu nieudanym straszakiem. W wysokiej trawie to nie wyjątek od reguły, ale też nie do końca wpisuje się w ten utarty już schemat. Czym zatem jest produkcja Netflixa?

Mogło być ciekawie

Opowiadanie Stephena Kinga i Joego Hilla W wysokiej trawie samo w sobie tworzy solidne podwaliny pod film, który zapewne nie odbiłby się szerokim echem wśród miłośników netflixowych produkcji. Mógł jednak należeć do grona tych nielicznych, „porządnych” adaptacji prozy amerykańskiego pisarza. Bo dlaczego by nie? Między innymi niedawne To oraz To: Rozdział 2 udowodniły, że jednak się da.


Zobacz też: Nasz kanon amerykańskiego kina, czyli 10 filmów na 10-lecie AMERICAN FILM FESTIVAL

Fabuła jest nietypowa, interesująca i nic dziwnego, że skusiła akurat tego reżysera. Przypadkowi ludzie zatrzymują swój samochód na szosie, tuż obok rozciągającego się po horyzont pola zarośniętego tytułową trawą. Zaniepokojeni dobiegającymi stamtąd wołaniami o pomoc, postanawiają ratować zagubione dziecko. Już po chwili okazuje się, że bujna roślinność zakrzywia czas oraz przestrzeń, a każdy, kto wejdzie w wysoką trawę, zostaje uwięziony w nieskończonym labiryncie.

Wciąż za mało

Aż prosi się o to, aby dać upust twórczej kreatywności i nieco „pobawić się” motywem klaustrofobicznej wręcz przestrzeni. Jednak pomimo wyraźnych prób eksploatacji tego tematu, kilku intrygujących ujęć oraz ciekawych ustawień kamery, nie udało się osiągnąć z pewnością oczekiwanego efektu. Można oczywiście dostrzec, że reżyser doskonale wiedział, jakie środki wykorzystać. Świadczą o tym między innymi sceny pościgów w gąszczu, podczas których perspektywa jest zawężona, a obiektyw skierowany wprost na twarz uciekającej bohaterki. Zwyczajnie zabrakło czasu na to, aby mogło to w jakikolwiek sensowny sposób wybrzmieć.

To samo powiedzieć można w kwestii dźwięku. Bohaterowie W wysokiej trawie zauważają, że z miejscem, w którym przebywają, jest coś nie tak, w momencie gdy pomimo braku ruchu zaczynają słyszeć siebie nawzajem z różnych odległości. Widz odbiera wtedy te dźwięki dokładnie tak samo. Czy to jednak cokolwiek wnosi i ma jakiekolwiek znaczenie? Nie, ponieważ przez pozostały czas trwania filmu ten zabieg nie jest w ogóle kontynuowany. Kolejny przykład zmarnowanego potencjału.


Zobacz też: “Koko-di Koko-da”, czyli dzieci i traumy głosu nie mają [RECENZJA]

Dwa razy NIE, jeden się wstrzymał

Film Vincenco Nataliego to „fabularny skrótowiec”. Reżyser pokazał jedynie to, co musiał, aby spiąć scenariusz w szybki, niezobowiązujący sposób. Widz nie ma okazji dowiedzieć są, kim są postacie, jakie mają charaktery, co nimi kieruje. Dostaje jedynie prosto w twarz mieszaniną gatunkową, tak typową dla Stephena Kinga. Może oczywiście próbować dojść do tego, o co w tym wszystkim chodzi, ale tak naprawdę po co, skoro zakończenie W wysokiej trawie doskonale pokazuje, że to zwykła strata czasu.

Jednym słowem – szkoda. W wysokiej trawie mogło być produkcją lepszą, pod wieloma względami. Sytuacji nie uratowała nawet bardzo dobra rola Patricka Wilsona. Odgrywana przez niego postać była najjaśniejszym punktem w filmie, który, tak na marginesie, był zdecydowanie za ciemny. Finalnie wyszło coś bardzo przeciętnego, utwierdzającego w przekonaniu, że proza Stephena Kinga wciąż jest twardym orzechem do zgryzienia dla filmowców.


American Film Festival 2019Klasyka z FilmawkaPublicystyka

Klasyka z Filmawką – “Czas Apokalipsy” czterdzieści lat później…

Paweł Gościniak

Korea, Wietnam, Iran, Irak, Libia, Afganistan Konflikty zbrojne, które wybuchły w ostatnich kilkudziesięciu lat, można by wyliczać niemalże w nieskończoność. Czyżby doświadczenie przez ludzkość dwóch wojen na skalę światową nie wystarczyło, aby przekonać ją do złożenia broni raz na zawsze? O tym, jak łatwo jest zbliżyć się do “jądra ciemności”, pisał już w 1902 roku Joseph Conrad-Korzeniowski. Uniwersalny charakter jego utworu wykorzystał Francis Ford Coppola, który pokazał na ekranie podróż przez ludzką duszę i piekło wojny w Wietnamie. Jak aktualny jest przekaz reżysera po czterdziestu latach? Czy faktycznie czeka nas Czas Apokalipsy?

Wydawałoby się, że bez wojen ludzkość nie istnieje. To właśnie one kierują historią praktycznie każdego państwa na świecie. Jeśli któregoś imperium nie zniszczyły warunki klimatyczne – tak jak to było w przypadku Egiptu czy cywilizacji minojskiej – to o jego zniknięciu z mapy decydowały często walki zbrojne. Do upadku Starożytnego Rzymu przyczyniły się najazdy ludów ościennych, a na utratę potęgi Rzeczpospolitej wpływ miały liczne starcia z naszymi sąsiadami. Mimo znacznej rozpiętości tych wydarzeń na osi czasu, wszystkie one sprowadzają się zawsze do tego samego – do dbania o interes osób siedzących na szczycie, tych, którzy na prosty lud patrzą z góry i decydują o ich losie. Tak swoją pozycję wśród globalnych potęg w ostatnim wieku podkreślały m.in. Chiny, ZSSR, czy w końcu Stany Zjednoczone.

Czas Apokalipsy wykorzystuje konflikt w Wietnamie do przedstawienia realiów wojny i tego, jakie skutki niesie ona dla każdego, kogo dotknie. W szczególności zmienia ona tych, którzy do boju stają w pierwszym szeregu. Oczami kapitana Willarda (Martin Sheen) podróżujemy przez kolejne kręgi piekła na ziemi. Na front trafiają wszyscy, a większość “ochotników” z poboru zupełnie nie jest przygotowana na to, co ją czeka. Żołnierze rozmawiają o swojej przeszłości i tym, co jest w stanie odwrócić ich uwagę od okrucieństwa, które mają przed oczami. Pełni ambicji i chęci do spełnienia swojego amerykańskiego snu młodzi mężczyźni muszą wypełniać czyjeś rozkazy w imię “szczytnych” idei, a, jak wiemy, poleceń przełożonych w wojsku się nie kwestionuje. Przynajmniej w teorii.


Zobacz również: Klasyka z Filmawką – “Rób, co należy” Spike’a Lee

W Jądrze ciemności swoje zachowania kolonizatorzy tłumaczyli “niesieniem cywilizacji” zacofanej Afryce. Stany Zjednoczone zaś jako powód swojej interwencji w Wietnamie podawały zwalczanie komunizmu. W obydwu przypadkach “zbawcy” początkowo mieli na celu jakąś pomoc, albo przynajmniej tak im się wydawało. Jednakże na im więcej sobie pozwalali, tym bardziej zbliżali się do “jądra ciemności”. Siłę tego obłędu podkreśla podpułkownik Kilgore (Robert Duvall), który cieszy się zapachem napalmu o poranku, a następnie – przy Cwale Walkirii Wagnera – zsyła Wietnamczykom śmierć z niebios. W kinowej wersji Czasu Apokalipsy Coppola przedstawił go jako człowieka bez skrupułów, dbającego jedynie o swoich ludzi. Z kolei w wersji Redux, rozszerzonej o sceny wcześniej wycięte, Kilgore wykazuje resztki człowieczeństwa i ratuje niemowlę należące do obozu wroga.

To właśnie ukazanie niebezpiecznej drogi, która pozornie prowadzi do szczytnych celów czy potęgi, a ostatecznie wiedzie donikąd, świadczy o sile jednego z najwybitniejszych filmów Coppoli. W tę podróż wybiera się również kapitan Willard, który, podobnie jak u Conrada Charles Marlow, płynie statkiem wzdłuż rzeki. Jego celem jest wyeliminowanie szalonego pułkownika Kurtza (Marlon Brando), co ostatecznie sprowadza się do testu jego duszy.

Każdy kilometr, który zbliża Williarda do serca wyspy, podkreśla okrucieństwo wojny. On sam niejednokrotnie zmuszony zostaje do zabicia drugiego człowieka w obronie własnej. Nie ma też innego wyboru, jak bezsilnie oglądać śmierć swoich towarzyszy, ofiar szaleństwa, strzelających bez wyraźnego powodu do cywilów. Wśród tych wszystkich pochłoniętych przez wojnę osób znajduje się jednak dwóch mężczyzn, którzy zdecydowali się działać, jak im się wydaje, po swojemu. Pierwszy zrobił to Kurtz. Ten dezerterował i przy użyciu siły, charyzmy oraz barbarzyństwa zbudował swoje królestwo. Wybitny pułkownik porzucił militarną karierę i możliwość zostania generałem. Brał udział w interwencji w Korei, a także we wczesnych działaniach na terenie Wietnamu. Im dłużej wojna była częścią jego życia, tym bardziej go pochłaniała. Decydował się na coraz brutalniejsze metody działania, aż w końcu stał się panem i władcą.


Zobacz również: “Godzina oczyszczenia”, czyli Diabeł też potrzebuje atencji [RECENZJA]

O ile Willard wydaje się w tej historii swego rodzaju bohaterem, o tyle Kurtz w oczach większości jest uosobieniem zła, kimś, kto sięgnął “jądra ciemności”. W przeciwieństwie do szeregowych żołnierzy, wydawał się w pełni świadomy swojej życiowej filozofii i podejmowanych pod jej wpływem działań. W swoim monologu zaznaczył, że nikt nie jest w stanie pojąć, czym jest groza i strach, dopóki ich nie doświadczy. Nikt nie wie, na ile jest człowiekiem, póki nie przyjdzie mu mierzyć się z czymś równie złym co wojna. Podkreślił również, że to moralność sprawiła, że Stany Zjednoczone przez wiele lat nie były w stanie zbliżyć się do zwycięstwa.

Ta moralność, uznana przez Coppolę za sedno Czasu Apokalipsy, powstrzymała Willarda przed pójściem w ślady pułkownika, który dopiero co niesamowicie go fascynował i intrygował. Swoją postawą pokazał, że człowiek zawsze ma wybór. Udowodnił to także Viktor Frankl, autor Człowieka w poszukiwaniu sensu. Austriak przetrwał w Auschwitz, ponieważ uświadomił sobie, że “pomiędzy bodźcem i reakcją jest przestrzeń: w tej przestrzeni leży wolność i moc wyboru naszej odpowiedzi”. Swoim życiem pokazał, że ludzie nie muszą poddawać się okropnym okolicznościom losu, w których zdecydowanie łatwiej byłoby odebrać sobie życie. Nawet jeśli jest się ofiarą wojny toczonej w sprawie czyichś interesów.

Czy jednak rzekoma moralność, tak bardzo obecna w religii i kulturze, wystarcza, aby powstrzymać nasz gatunek przed wzajemnym wyniszczaniem się? Jak widać nie. Czterdzieści lat po premierze Czasu Apokalipsy trwa wojna w Syrii, gdzie giną Kurdowie. Izraelczycy i Palestyńczycy walczą między sobą, zamiast usiąść wspólnie do stołu i rozwiązać konflikt raz na zawsze, a Rosja od kilku lat okupuje Krym. Na całym świecie na sile przybierają ruchy nacjonalistyczne i zwiększa się wzajemna nienawiść różnorodnych środowisk do siebie nawzajem. Tak przecież wybuchła II wojna światowa. Czy setki milionów osób, które zginęły w dziejach ludzkości w wyniku krwawych potyczek, cokolwiek zmieniły? Żyjemy w najbezpieczniejszych czasach, jakie znał człowiek. Uważamy się za niezwykle humanitarnych, moralnych i etycznych. Mimo to potrafimy skutecznie wywoływać konflikty, zamiast je rozwiązywać, przy okazji żonglując losami niewinnych istot.


Zobacz również: “Lighthouse” – Cienie, krzyki, trzaski [RECENZJA]

Coppola przedstawił masowe mordy, bombardowanie wiosek, ciała nabite na pale, a także zwłoki rozsiane po całej wyspie za pomocą niezwykle wiarygodnych, przepięknych w swym okrucieństwie scen. Po szokującym, choć bynajmniej nie aż takim trudnym do zniesienia, seansie Czasu Apokalipsy nikogo nie zdziwi fakt, że około trzydziestu procent osób obecnych w latach 1955-1975 w Wietnamie cierpiało później w wyniku zespołu stresu pourazowego. Kilka milionów ludzi straciło życie, a tysiące osób dotknęła niepełnosprawność po kontakcie z bronią biologiczną. Czy coś na naszej planecie uległoby zmianie, gdybyśmy pokazali Czas Apokalipsy głowom wszystkich jej mocarstw? Wątpię.

American Film Festival 2019FilmyKinoRecenzje

“Lighthouse” – Cienie, krzyki, trzaski [RECENZJA]

Szymon Pietrzak
The Lighthouse
Williem Dafoe and Robert Pattinson in director Robert Eggers THE LIGHTHOUSE. Credit : A24 Pictures

Po tym jak latem tego roku Ari Aster celująco zdał test z drugiego filmu, przyszedł wreszcie czas na jego dobrego przyjaciela, z którym równolegle poszerzają granice gatunku. Od Roberta Eggersa oczekiwano wiele po tym jak cztery lata temu zaskoczył świat swoim wizjonerskim debiutem, The Witch. Teraz Amerykanin powrócił, żeby wpisać Lighthouse do kanonu światowego kina praktycznie w dniu premiery.

Pędząca przez grubą ścianę mgły łódź, o którą niespokojnie uderza fala za falą – a na niej dwóch latarników, starszy i młodszy. Obaj zmierzają na małą wyspę, żeby spędzić tam następne cztery tygodnie z przypisanym jednym, bardzo ważnym zadaniem. Już sam początek odrealnia, baśniowo-senna warstwa wizualna i dźwiękowa wprowadzają nas do świata, w którym kiedy gaśnie światło latarni morskiej, ciemność pochłania wszystko i wszystkich.

Drugi film Roberta Eggersa wymyka się formalnym ramom współczesnego kina. Obraz spowijają upiorne, złowrogo czarno-białe kadry, wywołując opresyjny nastrój. Nakręcony w quasi-kwadratowym formacie 1.19:1, na starej 35-milimetrowej taśmie, niesie ze sobą druzgocące poczucie intymnej bliskości i samotności zarazem, podczas gdy paskudny anturaż robi resztę: natura ma kontrolę nad latarnią morską, podobnie jak nad dwójką mężczyzn – ostatnim bastionem przed wieczną ciemnością. Nędza, błoto, brud, wilgoć i głód pozbawiają ich jednak trzeźwości umysłu, a szczególnie pokusa jarzącego się nad nimi światła, emblematu pożądania. Obaj zaczynają popadać w klaustrofobiczny koszmar, a od szaleństwa dzieli ich zaledwie jeden krok.

Cienie

Williem Dafoe and Robert Pattinson in director Robert Eggers THE LIGHTHOUSE. Credit : A24 Pictures

Podczas gdy wydawałoby się, że towarzysze niedoli próbują w jakiś sposób zawiązać relację, szybko okazuje się, że starszy strażnik (Williem Dafoe) już od samego początku będzie sprawiał problemy i stawiał rygorystyczne warunki. Nie tylko przypomni swojemu młodszemu asystentowi, kto jest szefem, ale też nie da mu odmówić wspólnego kieliszka wódki. Zasłaniając się przesądami i tradycją – odmawianie toastu przynosi pecha – wychodzi z jego ust jednym tchem wraz z masz robić, co ci każę. I choć instrukcje wskazują inaczej, bardzo szybko podporządkowuje sobie młodszego latarnika (Robert Pattinson), który zaczyna wykonywać najcięższą, najbardziej brudną harówę na wyspie.

Siadając do posiłków i prowadząc dyskusje, obu mężczyzn oświetla płomień pochodzący ze starej lampy naftowej, rzucając naokoło ogromne i przerażające cienie. W świecie, w którym dwaj latarnicy obrzucają się nawzajem nieufnością, w filmie, w którym motywem przewodnim jest światło, to właśnie w miejscach gdzie go brak, skrywa się największy strach. Widać tu wizualne inspiracje nie tylko największymi graczami amerykańskiego kina jak Hitchcockiem czy Kubrickiem, ale też metody niemieckiego ekspresjonizmu – Eggers wie, że u ludzi największy lęk wywołuje to, co nieznane, tajemnicze, schowane w cieniu. Jak powiedział kiedyś Val Lewton (Do którego również Eggers nawiązuje stylistycznie): “Jeżeli ekran będzie dostatecznie mroczny, oczami duszy odczytamy wszystko, co trzeba”.

Lighthouse to jedna z tych historii, o których wie każdy pirat, ale żaden nie odważył się jej do tej pory opowiedzieć. Beznadziejna i ponura opowieść o dwóch mężczyznach, którzy nie mają innego wyjścia, jak tylko poradzić sobie w trudnych warunkach z własną niepewnością, poczuciem niemocy oraz lękiem. W tym czasie uwodzicielskie światło latarni morskiej jest jedyną rzeczą, która wraz z alkoholem utrzymuje ich przy życiu, jednocześnie rozpraszając ich i pogrążając w otchłani.

Krzyki

Williem Dafoe and Robert Pattinson in director Robert Eggers THE LIGHTHOUSE. Credit : A24 Pictures

Warto zwrócić uwagę, że choć doświadczenie Eggersa w reżyserii spektaklów może sprawiać, że Lighthouse jest teatrem dwóch aktorów, to jednak obserwując w jakim stopniu Williem Dafoe absorbuje energię Roberta Pattinsona, ciężko nie oprzeć się wrażeniu, że to właśnie tego pierwszego przepełnia aura mistrza, naturalna skłonność do dominacji nad towarzyszem. Wynika to pewnie z tego, jakiego rodzaju warsztat posiada Dafoe. Aktor kolejny raz pokazuje, że swoją rolę potrafi zaadaptować do sytuacji w ułamku sekundy. Emocje na jego twarzy pojawiają się i znikają, a każda kolejna pozostawia po sobie wyraźną zaszłość, czyniąc ze strażnika postać do samego końca nieodgadnioną.

Inaczej, ale z identycznym skutkiem, pracuje Robert Pattinson – rozkojarzony wyraz twarzy i zlęknione oczy sprawiają, że wygląda jakby nosił spory bagaż lub mroczną tajemnicę. Z tego też powodu, jak zdradził w jednym z wywiadów, Eggers od początku to właśnie jego widział w tej roli. Jego spokój i wyrachowanie, niechęć do długich i wyczerpujących rozmów idealnie współgrają ze wściekłym i rozgadanym Dafoe.

Ostatecznie, obaj latarnicy wspólnie krzyczą, pierdzą i plują – ale to, co czyni ich obecność tak niewiarygodną, ​​to intensywność ich spojrzeń, które spotykają się w blasku świec, gdy okna skrzypią a deszcz kapie z sufitu. Te oczy widziały rzeczy, których żaden z tych niepokojących kadrów filmu nie potrafiłby pokazać. Eggers pozwala więc na pewną dozę niezrozumiałości, coś ezoterycznego, kryjącego się we mgle i psychice bohaterów.

I jest coś bardzo ludzkiego w tych prymitywnych krzykach, kłótniach i wyzwiskach. Nawet jeśli krzykiem posługują się również krążące nad wyspą mewy, które według starszego strażnika noszą w sobie dusze zmarłych żeglarzy, to ostatni wrzask należy do człowieka. Natomiast inwektywy i zelżywości to tylko parę czynników, dla których Lighthouse działa często jako czarna komedia. Absurdalna awantura o umiejętności kucharskie jednego z nich doprowadzi do pasjonującej sceny, gdzie padną najbardziej kreatywne anglojęzyczne przezwiska, na jakie może sobie pozwolić ludzka wyobraźnia (i słowotwórstwo). Eggers te intensywne sceny często rozładowuje.

Trzaski

Williem Dafoe and Robert Pattinson in director Robert Eggers THE LIGHTHOUSE. Credit : A24 Pictures

To, co na początku wydaje się być zaledwie głośnym dźwiękiem pochodzącym z latarni, bardzo szybko okaże się jednym z elementów wybijających filmowy rytm. Zatrważające, przeszywające niczym dęcie w róg, echo nie opuści nas już do końca. Twórcy bardzo dużą uwagę skupiają na montażu dźwięku, dzięki czemu każdy odgłos – czy to trzaskana skrzynia, uderzenie błyskawicy, stukanie w okno mew – mają ogromne znaczenie dla oglądającego. Na końcu w uszach wciąż pozostają pogłosy przedmiotów, fal i ciał, które uderzają i rozbijają się o gołe skały. Oczywiście o ile wcześniej nie przepadły w bezkresnej morskiej otchłani.

Robert Eggers, który napisał scenariusz wraz ze swoim bratem Maxem, przedstawił walkę o władzę dwóch mężczyzn jako apokaliptyczne spotkanie dwóch pokoleń bez żadnych perspektyw. Nie brak tutaj tematów toksycznej męskości, frustracji seksualnej, pożądania czy tęsknoty. Jednak kanwą tej opowieści jest niesamowity wysiłek podjęty przy zbieraniu materiałów i tworzeniu dialogów na podstawie prawdziwego żargonu latarników, wyciągnięty prosto z dzienników, listów, wspomnień i raportów. Film zagłębia się w postępującą beznadzieję bohaterów, którzy stopniowo porzucają ludzkie cechy, gubią poczucie czasu i zapominają miejsce, w którym się znajdują.

Dla Eggersa to niepodważalne świadectwo niesamowitego postępu, jaki wykonał od czasu swojego debiutu. The Witch pod niektórymi względami – bez względu na to jak cudowny miała scenariusz, koncept i wykonanie – miewała momenty, które świadczyły o braku pewnej swobody autora. Lighthouse to wizja autora od początku do końca, każdy budynek widoczny w kadrze, każdy element scenografii został wybudowany lub stworzony specjalnie na potrzebę tego projektu. Sceny, w których fale czynią spustoszenie a błyskawice złowieszczo uderzają w tle naprawdę robią wrażenie. Zapewne miał na to również wpływ budżet, o którego wielkości niestety nie znalazłem informacji. Z pewnością tam, gdzie Czarownica musiała decydować się na czasami płaską scenografię i pewne kompromisy wizualne, Lighthouse zachwyca każdym kadrem, wystrojem, kostiumem i rozmachem. Przed reżyserem otworem stanął bogaty rozmach arthouse’u, a on wykorzystał to znakomicie.

Lighthouse powstało także w jawnej inspiracji twórczością Lovecrafta i jego koncepcją procesu poznawczego, który tak obciąża skończony umysł ludzki, że nieuchronnie prowadzi do szaleństwa. W tej historii praktycznie nieustannie można gubić poczucie chronologii, kwestionować rzeczywistość, zastanawiając się nad tym, czy to co się ukazuje na ekranie jest prawdziwe. I to bez ukazywania rzeczy niecodziennych, fantastycznych, nadzwyczajnych. Choć i takie się oczywiście pojawiają – w końcu jesteśmy na wyspie z latarnią. To miejsce, które idealnie nadaje się, aby przynajmniej częściowo poruszać się wokół mitów, bogów i legend.

Eggers pokazuje swój świat na wskroś pesymistycznie, a jego bohaterowie są skazani na porażkę – zmuszeni albo do ucieczki od prawdy aby ocalić życie, albo do zajrzenia w czeluść, stracenia zmysłów i stania się częścią koszmaru. Drugi już raz Amerykanin cofnął się w czasie i wszedł w relacje międzyludzkie, aby zadać pytanie o strukturę odwiecznej grozy, naszej cywilizacji i granic ludzkiego umysłu. Tym razem z  elementami humorystycznymi, nie rezygnując jednak z pokazywania rzeczy przerażających. Tylko, że zamiast Cthulhu pokazał to, co mogą w sobie kryć cienie, krzyki, trzaski – i każdy z nas.

Ocena

9 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Ptaki", "Czarownicę", "Cat People"

Recenzje

“Ekstaza”, czyli hera, koka, hasz, ludzka krew [RECENZJA]

Kuba Stolarz

Blokada twórcza. Czai się od dawna, pojawia się znikąd. Żywi się kompleksami, zmusza do wymyślania wymówek, sprawia, że odechciewa się żyć. Pijawka, wiedźma, katalizator desperackiego szukania rozwiązań, bo na ten brak pomysłów musi być przecież jakaś fizyczna metoda, prawda? Kawa da energię, alkohol rozluźni, fajki uspokoją, a koka rozbudzi wyobraźnię. Na pewno. No to bierzesz. Nie działa za pierwszym razem. Za mało wziąłeś, zażywasz więcej. Znowu nie działa. Zażywasz jeszcze więcej, nie działa, zażywasz znacznie więcej, nie działa. Im mocniejsze dawki, tym silniejsza robi się paranoja, która wmawia Ci, że bez tych używek nigdy nic nie wymyślisz i nie udowodnisz, że jesteś coś wart. Uzależnienie, które wrasta się w skórę i staje się częścią Twojej osobowości.

Może się jednak okazać, że korzystanie w takich ilościach ze wspomagaczy rzeczywiście przynosi efekty (te uboczne też). Główna bohaterka Ekstazy, nieprzyjemna dla wszystkiego i wszystkich malarka Deezy, od trzech tygodni nie potrafi dokończyć obrazu, na który dostała zlecenie od miejscowej galerii. Agent puszcza ją z torbami, właściciel mieszkania domaga się czynszu, a sama artystka tłumaczy się brakiem weny, jednocześnie spędzając każdą wolną chwilę na dyskotekach – chleje na umór, odurza się, wciąga kreski, od miłości preferuje szybkie numerki. Żyje pełnią życia, by zaraz potem zgonować w klubowej toalecie.


Zobacz również: “Godzina oczyszczenia”, czyli Diabeł też potrzebuje atencji [RECENZJA]

Wszystko się zmienia, gdy malarka próbuje dopalacza o niezwykle subtelnej nazwie “Diablo”, po czym idzie się bawić na ostro zakrapianej imprezie. Nastaje świt, wraca do domu. Mieszanka nowego narkotyku, potężnej dawki kokainy, alkoholu, seksu oraz autodestrukcyjnego usposobienia skutkuje nagłym przypływem weny twórczej. Dezzy maluje jak nigdy: śmiga pędzlem jak szalona, głowę nawiedza masa kształtów i pomysłów, zaś wprawiona ręka automatycznie przenosi je na płótno. Dzieło zaczyna przypominać arcydzieło. A gdy przez przypadek posmakuje ludzkiej krwi, nie cofnie się przed niczym, żeby dokończyć obraz. Egzorcysta nic tu nie zdziała. Tu trzeba osinowego kołka.

Ekstaza to zarówno sztandarowy przykład kina eksploatacji, jak i jego hołd. Film uniwersalny czasowo, ale i taki, który byłby dzisiaj obiektem kultu, gdyby został nakręcony w ubiegłym wieku. Joe Begos nie owija w bawełnę, kondensując metraż do 80 minut seansu i serwując widzowi nieskrępowaną jazdę bez trzymanki, w której nie liczy się nic poza hektolitrami wylewanej krwi, głośno dudniącą muzyką, nagranymi na taśmie 16mm zdjęciami, epileptycznym montażem oraz wrażeniem, jakby samemu było się na haju. To wizualizacja tego, jak mogłoby wyglądać Opętanie Żuławskiego, gdyby zostało nakręcone przez Panosa Cosmatosa.

Red Miller (Nicolas Cage) i Deezy Donahue (Dora Madison), oboje skąpani w psychodelicznie soczystych kolorach oraz ciemnej ludzkiej krwi, nie wiedzą, co jest fałszem a co prawdą, ale i tak brną w to szaleństwo, myśląc że znajdą w nim jakieś rozwiązanie, co prowadzi wyłącznie do wdrażania w życie kolejnych etapów samozagłady. Idą pod prąd, robią co trzeba, żeby osiągnąć swój ważny cel, choć wszystko pod kopułą zrobiło fikołka.

Ale podczas gdy Nicolasem Cage’em kierowała czysta żądza zemsty oraz to, że nie miał nic do stracenia, tak Deezy rządzi prawie że całkowite zezwierzęcenie. Chlać, ćpać i jeść – garnąć się na jakiegoś typka, przegryźć mu gardło, popić to krwią, brzuszek najedzony, satysfakcja potężna. W końcu to dla sztuki, dla wyższego celu. Chęć namalowania obrazu to ostatnia ostoja człowieczeństwa dziewczyny – przeżywającej beztroskie, artystyczne uniesienia, by nagle obudzić się nago w łazience, nie pamiętając, co do tego doprowadziło.


Zobacz również: “Koko-di Koko-da”, czyli dzieci i traumy głosu nie mają [RECENZJA]

Ekstaza w dodatku przypomina momentami Climax, w którym dragi były jedynie pretekstem do udowodnienia, iż tego typu używki uwalniają w ludziach najgorsze instynkty. Begos też to prezentuje, stawiając miejscami na naturalizm, a czasem na totalny kamp. W scenach zażywania narkotyków idealnie pokazuje, jak potrafią oszukać, że dają jakieś korzyści z ich brania (hipnotyzujące kolory, pulsujący przed oczami świat, wyłączenie rozumu, żeby ciało robiło, na co ma ochotę), zaś w momentach bliskiego przedawkowania uderza w Żuławskiego i Noé jednocześnie. Grająca główną bohaterkę Dora Madison łączy ze sobą dzikość Isabelle Adjani oraz desperację Sofii Boutelli, serwując jeden z najlepszych fizycznych popisów aktorskich ostatnich lat. Krzyki, jęki, kopnięcia, wymachy, bolesne zwijania się z bólu, tarzanie się w plwocinach, trocinach i innych wymiocinach – pełen repertuar odgłosów i odruchów opętanej osoby na haju wygrany fantastycznie. Celowo napisałem “fizycznych popisów aktorskich”, bo aktorstwem jako takim ten film nie stoi, co nie jest w żadnym wypadku winą odtwórców ról.

Największą wadą Ekstazy jest straszliwie pretekstowy scenariusz, którego dialogów nie dało się w żaden wiarygodny sposób przełożyć na ekran. Nie mam problemu z tym, że świat w niej przedstawiony jest skrajnie negatywny, bo takie już jest kino exploitation – wyolbrzymia cechy charakteru każdego bohatera, żebyś bawił się na filmie, a nie opłakiwał śmierć czyjejś postaci. Problemem jest łopatologiczne przedstawienie tego świata.

Climax było kapitalne w zwięzłym zarysowaniu, kim i jaki jest dany bohater. Sofia Boutella pyta się każdego, jak wyszła impreza? Ona jest ta odpowiedzialna i będzie starała się ogarnąć cały ten bałagan, żeby nikomu nic się nie stało. Ten w dresie ma ADHD i jest agresywny? On wywoła największe kłopoty, i tak dalej, i tak dalej. Dzięki czemu wiedzieliśmy, dlaczego ktoś tak się zachowuje, a Noé nie musiał nam nic tłumaczyć, tylko przechodził od razu do reakcji.


Zobacz również: “Dziewczyna z trzeciego piętra” [RECENZJA]

Ekstaza nie pokazuje, tylko mówi. Mówi, mówi, mówi. Mówi, że Dezzy jest całkiem niezłą artystką, podczas gdy jedyną jej pracą, jaką widzimy, jest malowany na zlecenie obraz. Dezzy twierdzi, że ciągnie ją do pędzla i musi bez przerwy tworzyć, choć w scenach przy płótnie nie widać na jej twarzy żadnej radości z malowania. O ciekawych relacjach możecie zapomnieć, bo sprowadzają się one do nieustającej ekspozycji i irytującego rzucania mięsem – akcentowanego w taki sposób, żebyś nie miał jakiejkolwiek wątpliwości, jak zepsuci są ci bohaterowie. Szczególnie doprowadza to do szału w scenie, w której Donahue wypomina znajomej przez telefon, że coś dziwnego się z nią dzieje. Monolog nie wypada naturalnie, bo aktorka za bardzo skupia się na tym, żeby słowo “fuck” było wypowiedziane soczyście, a nie na tym, żeby dobrze odegrać tę scenę. Co niestety jest domeną większości scen z Dezzy.

Tyle dobrze, że cała reszta filmu rekompensuje niedogodności. Dialogi potrafią zjeżyć włos na głowie, ale nie bardziej od najlepszych momentów Ekstazy. Begos potknął się parę razy o własną ambicję, ale błądzić jest rzeczą ludzką, wyklepie się. W dodatku chłop ma dopiero 32 lata, a już opanował sztukę wizualnej groteski do perfekcji, więc nie jestem w stanie się na niego złościć. Zwłaszcza, że to dzieło prosto z serduszka, powstałe z potrzeby promowania współczesnego kina exploitation, w którym nie liczy się zysk, tylko beztroska frajda z tworzenia oraz spróbowania zakazanego owocu. Seans będziecie wspominać, jakbyście sami przeżyli swój własny narkotykowy odlot. Ktoś krzyczał, ktoś rzygnął, ładne kolorki, głośno też było. Mój ulubiony rodzaj kampanii antynarkotykowej – ucząc bawi, bawiąc uczy.

Seriale

“Marianne”, przez nią w nocy polucja [RECENZJA]

Kuba Stolarz

Francuski horror odcina się od mainstreamowego kina grozy tak grubą krechą, jak tylko się da. Podczas gdy Amerykanie starają się przestraszyć widza ponurymi zdjęciami, gargulcami oraz głośnymi walnięciami w szafkę, tak Francuzi celują w podskórne wywołanie wstrętu, dyskomfort i obraz porzucenia człowieczeństwa na rzecz kierowania się najpodlejszymi instynktami. Martyrs, Najście, Frontière(s) – najlepsze przykłady Nowej Francuskiej Ekstremy – nie patyczkowały się z odbiorcą, wrzucając go w świat totalnego zezwierzęcenia, nomen omen ekstremalnej brutalności oraz braku ograniczeń w wyrządzaniu sobie cierpienia. I nawet jeśli zdarzyło się odstępstwo od reguły – horrorek-potworek, który próbował odtworzyć hollywoodzkie standardy – wtapiał się w tłum podobnych straszaków, przez co dzisiaj nikt już o nim nie pamięta. 

Wspominam o Ekstremie, bo recenzowana tutaj Marianne usiłuje pogodzić ze sobą te dwa obozy, połączyć w jedno szybkie jumpscare’y oraz autentyczną niewygodę. Udaje jej się to połowicznie. To całkiem niezła próba spojenia baśniowego klimatu ze skandynawskim kryminałem, ale i rozciągnięty do granic możliwości dom strachów i upiorów, w którym amerykańskie potwory z szafy są dla twórców ważniejsze od opowiedzenia ciekawej, skondensowanej historii.


Zobacz również: “Godzina oczyszczenia”, czyli Diabeł też potrzebuje atencji [RECENZJA]

Emma Larsimon, promująca obecnie ostatnią część swojej serii horrorów o Lizzie Larck, zostaje poinformowana przez znajomą z dzieciństwa, że powołany przez nią do życia czarci pomiot Marianne istnieje naprawdę. Zmuszona okolicznościami wyrusza do rodzinnego Elden, by nie tyle zmierzyć się z demonem, co bardziej z demonami przeszłości. Dla spokojnego sumienia odwiedza rodziców, wpada do przyjaciół, sprawdza czy znajoma nie kłamała. Niestety nie. Przebywająca w ciele starszej pani Daugeron jędza nie chce, żeby Emma przestała pisać książki, w których Lizzie walczy z Marianne. A że to diabeł wcielony, na prośbach nie poprzestanie. Pisarka musi zostać w miasteczku na dłużej, co skończy się wieloma konfliktami, otarciami, siniakami oraz brutalnymi zgonami.

Twórcy sprawnie łączą ze sobą historię o rozpuszczonej gówniarze z atmosferą z najokrutniejszych wierzeń ludowych. Emma nie jest zbyt ogarnięta życiowo – lubi dobrze popić, pobawić się na mieście, mając przy tym gdzieś wszystkich dookoła. Jako że ten rebeliancki tryb życia musi kiedyś doprowadzić do jakichś konsekwencji, mamy znakomity pretekst do wypróbowania na niej zarówno komediowych, jak i dramatycznych motywów. Humor to zgrabnie opanowany cringe, opierający się najczęściej na tym, że kobieta coś palnie albo zachowa się niewłaściwie przez swoje gadulstwo, buńczuczność i skłonność do bycia wiecznie pijaną. Dramat natomiast to obowiązkowe rozliczenie się z przeszłością, wywołane przez uwięzienie przez wiedźmę w miasteczku. Powieściopisarka nie ma wyjścia – trafia co jakiś czas na dawnych znajomych, których kiedyś porzuciła, i zdaje sobie powoli sprawę z tego, że połowa dzisiejszych problemów rozwiązałaby się sama, gdyby pomyślałaby chociaż chwilę o innych.

Na polu rozterek emocjonalnych Marianne radzi sobie bardzo dobrze. Pierwsze trzy odcinki stoją nie tyle grozą, co świetnie budowanymi relacjami (dopiero z nich kiełkuje potem groza). Najpiękniejsze chwile serialu to sundance’owa życióweczka – Emma spotykająca się z bliskimi i spędzająca z nimi miło czas, bo taka okazja może się już prędko/nigdy nie zdarzyć. A im dalej w las, tym więcej faktów na temat ich życia się dowiadujemy, przez co jeszcze bardziej ich rozumiemy. Twórcy odważyli się nawet poświęcić cały jeden odcinek na ten etap w ich życiu, kiedy byli jeszcze nastolatkami. Znacząco tym rozbudowują ich backstory i uderzają przy tym w przyjemny klimat rodem z Gęsiej skórki, gdyby tylko była puszczana po 22.


Zobacz również: “Koko-di Koko-da”, czyli dzieci i traumy głosu nie mają [RECENZJA]

Nie oznacza to, że horror zostaje całkowicie zepchnięty na dalszy plan. Tu wkracza full groteska, wciągająca i przerażająca. Jako że Marianne opanowała ciało starszej pani, dostajemy sztandarowy przykład produkcji spod gatunku “babciasploitation”, ale dzięki temu, że Mireille Herbstmeyer fantastycznie czuje swoją postać, przez moment nie pomyślicie, jakie to oklepane. Pani Daugeron pięknie się wpisuje w schemat babć z sąsiedztwa, które patrzą groźnie spode łba, szczerzą malowniczo zęby i mówią o tym, że śmierć śmierć śmierć, a jednocześnie wybija się ponad przeciętność, serwując jeden z najbardziej przerażających występów aktorskich tego roku. Ilekroć pojawia się na ekranie, momentalnie wywołuje strach, bo wiemy, co potrafi i jak daleko może się posunąć, żeby tylko zmusić Emmę do dalszego pisania – a bywa, że dojdzie do Francuskiej Ekstremy w wersji light (gore jest mało, ale kiedy już jest, jest sugestywne jak diabli). W dodatku lubi mieszać we łbach swoich ofiar i wywoływać u nich halucynacje, więc niedaleko jej do słynnego Pennywise’a (mimo, że klaun na pewno uciekałby przed nią w podskokach).

Niestety po czwartym odcinku wszystko zaczyna się sypać. Serial traci swoją największą zaletę i zamienia się z samoświadomej zabawy kiczem w męczący festiwal tanich straszaków i przeciągniętych wątków, które mogłyby zająć ze trzy odcinki, a zajmują ich pięć. Bywają mocne momenty, przez które chcesz wiedzieć, jak to się wszystko skończy (scena porodu będzie mi się śnić po nocach), ale nawet one nie sprawiają, że czasem mimowolnie sięga się po komórkę, by poczytać coś o wiele ciekawszego. Nawet kiedy serial ma okazję zakończyć jeden z wątków potężną puentą, rozciąga budowanie napięcia do takiego poziomu, że widz spokojnie zdąży się domyśleć, co się stanie, przez co cały niepokój trafia.

Szczytem wszystkiego był odcinek, w którym ekipa przywołuje Marianne w miejscowej latarni i zostaje potem zaatakowana przez psa/wilka. Pies/wilk goni bohaterów, szybki montaż, biegną w popłochu. Pełna scena, w której jedna dziewczyna chowa się przed zwierzęciem.

Scena się kończy, pies/wilk znowu goni bohaterów, szybki montaż, biegną w popłochu. Pełna scena, w której jeden chłopak rozmawia z zaginionym członkiem rodziny.

Scena się kończy, pies/wilk znowu goni bohaterów, znowu szybki montaż, znowu biegną w popłochu. Pełna scena, w której kobieta konfrontuje się z widmem swojej zmarłej siostry.

Zamiast użyć montażu równoległego (zwłaszcza że bohaterowie spotykają się potem w środku) i skondensować narrację, twórcy rozwlekają ją do maksimum, próbując jakoś wypełnić 50-minutowy metraż i sprawiać wrażenie, że cały czas coś się dzieje. Albo to kwestia odgórnych wytycznych, każących dobić do magicznej liczby ośmiu odcinków, albo wyczerpała się wiara we własne umiejętności (co wcale nie jest domeną tylko tego odcinka).


Zobacz również: 5 rzeczy, za które pokochałem “Mandy”

Najgorzej, gdy naturalistyczna przemoc i kryjąca się w mroku Marianne ustępują miejsca kreskówkowym potworaskom, które wyglądają jak Momo z wywieszonym jęzorem. Zaś sama francuska groteska zbyt często zamienia się w amerykański banał, w którym widz niby podskakuje ze strachu, ale nie czuje jakiegokolwiek dyskomfortu. Cisza, cisza, cisza, BACH!, cisza, cisza, cisza. Nie ma grozy, tylko ciemne kolory i irytujące jumpscare’y, które mają sprawiać wrażenie, że cały czas coś się dzieje. Bardziej się bałem, gdy opętane przez demona osoby stały nieruchomo w ciemnościach i zastępowały swoje źrenice białymi punkcikami, niż wtedy, gdy wyskakiwały przed kamerę przy akompaniamencie głośnych horrorowych skrzypiec.

Mimo wszystko, nie bawiłem się na tym serialu źle. Nie poleciłbym go na halloweenową noc przez jego przeciągniętą długość, wolałbym sześć odcinków zamiast ośmiu. Choć czasem przegina z tempem, potrafi dać solidnego stracha i zachwycić świetnie wykreowanym klimatem rodem z baśni braci Grimm oraz najciekawszych skandynawskich kryminałów. Czekam na drugi sezon. Zwłaszcza że serial kończy się całkiem niezłym twistem, który zapowiada jeszcze większą jazdę gatunkową niż w jedynce.

A pani Daugeron zawsze dotrzymuje obietnic.

Recenzje

“Godzina oczyszczenia”, czyli Diabeł też potrzebuje atencji [RECENZJA]

Michał Piechowski

Żyjemy w doskonałych czasach dla horroru. Tym zdaniem powinna zaczynać się każda recenzja współczesnego filmu spod znaku kina grozy. Wiecie, tak po prostu, żeby przypadkiem o tym nie zapomnieć, gdy ostatecznie wyjdzie na jaw, że jakość opisywanej tym razem produkcji każe powątpiewać w prawdziwość tego stwierdzenia. Czy Godzina oczyszczenia jest właśnie jednym z takich filmów? O tym dowiecie się w dalszej części recenzji. A tymczasem nie zamierzam ryzykować.

Max (Ryan Guzman) i Andrew (Kyle Gallner) to dwójka długoletnich wspólników, którzy – wydaje się – znaleźli naprawdę doskonały sposób na zdobycie pieniędzy i/lub popularności. Przedsiębiorczy przyjaciele założyli internetowy kanał, na którym streamują na żywo nagrania z fałszywych egzorcyzmów odprawianych przez Maxa (czy raczej – Ojca Maxa) oraz reżyserowanych i ogólnie aranżowanych przez Andrew oraz kilka innych osób. Ten cieszący się dość niezłą oglądalnością spektakl pozornie jest zaledwie niewinną rozrywką, kolejnym sposobem na przyciągnięcie uwagi wymagających widzów doby XXI wieku. Ale czy faktyczne siły nieczyste uważają tak samo? Spoiler alert: nie uważają. I o tym właśnie jest ten film.


Zobacz też: “Dziewczyna z trzeciego piętra” [RECENZJA] @ 4. Fest Makabra

Przed nami kolejny odcinek show. Nieszczęśliwy zbieg okoliczności prowadzi do tego, że w fotelu opętanej dziewczyny siada odpowiedzialna w programie za charakteryzację – a prywatnie narzeczona Andrew – Lane (Alix Angelis). Transmitująca obraz na cały świat kamera zostaje włączona, ale na tym kończy się zgodność faktycznych wydarzeń z planami filmowców. Już w pierwszych minutach nagrania na jaw wychodzi niepokojąca prawda: tym razem internetowe show wcale nie jest udawane. Tu zaczyna się cała zabawa.

Powiedzmy to od razu: horrorowy arsenał odpowiedzialnego za reżyserię Damiena LeVecka nie jest przesadnie imponujący, ale wystarcza do zapewnienia widzowi odpowiedniej rozrywki przez cały, trwający mniej więcej półtorej godziny, seans. Największą siłą jest tutaj przede wszystkim koncept filmu, jednocześnie prosty, aktualny i naprawdę frapujący. Taka zaleta pozwala wybaczyć naprawdę wiele, przez co twórcy Godziny oczyszczenia nie silą się na formalną kreatywność i garściami czerpią ze wszelkich zabiegów i rekwizytów charakterystycznych dla filmów grozy traktujących o opętaniu.

Złowieszcza muzyka, hektolitry krwi, piekielne ognie, wyimaginowane (lub nie) potwory – na pierwszy rzut oka wszystko wskazuje na to, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie, ale ostatecznie trudno odgonić się od mimowolnej nudy. No ale jeżeli coś – chociaż trochę – działa, to nie sposób na to w pełni narzekać. Zwłaszcza że ta zależność od tego, co już było (niezależnie od faktycznych intencji twórców), bardzo ładnie wpasowuje się w autotematyczny kontekst filmu. Wszak dlaczego mielibyśmy oczekiwać oryginalności od programu, który w samej swojej istocie jest zlepkiem tego, co już było.

O wiele ciekawiej sprawy wyglądają na tej bardziej fabularnej płaszczyźnie. Damien LeVeck rzuca tutaj kilka bardzo interesujących tropów takich jak: niezagojona trauma z przeszłości, kłamstwa, zdrady, wyrzuty sumienia. Wszystko to, w ramach umiejętnego manipulowania ludźmi przez demona, przewija się przez cały czas trwania filmu, dając nadzieję na niezmiennie interesujący wątek, w którym tytułowe oczyszczenie dotyczyć będzie głównych bohaterów, a nie tylko ich podstawionych ofiar opętania. Na nadziejach się niestety kończy, a z dużej chmury ponownie spada mały deszcz. Żaden z poruszonych tematów nie daje tutaj rady w pełni wybrzmieć. Ale co sobie pomyślimy o tym wszystkim sami, po zakończeniu seansu, to nasze.


Zobacz też: Klasyka z Filmawką – “Ostatnie kuszenie Chrystusa”

Na osobny akapit zasługuje internetowy aspekt Godziny oczyszczenia. A dokładnie ta garstka niezbyt odkrywczych myśli, o których warto sobie raz na jakiś czas przypominać. Wiecie, jak to jest. Ludzie nie czują się odpowiedzialni za to, co piszą w sieci. Kontrowersje i przemoc oznaczają oglądalność. Wszyscy jesteśmy manipulowani i powinniśmy wylogować się do życia itd, itp. Technologicznie odświeżona wariacja na temat egzorcyzmów to bardzo fajna rzecz. Silenie się na moralizatorskość – wręcz przeciwnie. Dobrze, że można skupić się na tym pierwszym i przymknąć oko na to drugie.

Żyjemy w doskonałych czasach dla horroru. Nie ma co ryzykować. Godzina oczyszczenia ani nie jest filmem dobrym, ni też filmem złym. To doskonały pomysł, który został rozwinięty w niedoskonały sposób, co ciężko rozpatrywać jednoznacznie w kategoriach wad produkcji. Bo przecież nie każdy projekt powinien mieć ambicje na bycie kinem analizującym klasyczną ambiwalencję duszy ludzkiej. Produkcja LeVecka to poprawna rozrywka i równie poprawny straszak. To także film, w którym pojawia się doskonały plot twist z wykorzystaniem dopełniacza saksońskiego. Koło takich filmów nie można przechodzić obojętnie.


Recenzje

“Koko-di Koko-da”, czyli dzieci i traumy głosu nie mają [RECENZJA]

Marcin Kempisty

O rozpadających się związkach, również w kontekście utraty ukochanego dziecka, filmowcy już wielokrotnie zdążyli do tej pory opowiedzieć. Podejmując zatem tę tematykę, reżyser Johannes Nyholm postarał się przedstawić traumy i waśnie w sposób daleki od nieszablonowego. Jego Koko-di Koko-da nie jest filmem z emocjonalnymi bebechami na zewnątrz, z porozdrapywanymi ranami i potrzebą ciągłego wertowania tych samych dylematów. Szwed buduje swoje dzieło na zasadzie łamigłówki, rozrzucając po niespełna dziewięćdziesięciominutowym metrażu elementy składające się w sensowną całość.

Mąż (Leif Edlund), żona (Ylva Gallon) i dziecko tworzą na pozór szczęśliwą rodzinę. Rozmawiają z uśmiechami na ustach, wspólnie przeżywają kolejne chwile życia, nie ma między nimi kłótni. Wszystko zmienia się wraz z ósmymi urodzinami dziewczynki. Obiad w restauracji kończy się najprawdopodobniej ostrą reakcją alergiczną na skorupiaki, na którą lekarze nie odnajdują żadnego remedium. Solenizantka umiera, a jej rodzicom przyjdzie dalej wieść smutny żywot z pustką wiecznie drążącą ich serca. Dalszy bieg wydarzeń zostaje przedstawiony po trzech latach od tragicznego wydarzenia, gdy para udaje się na biwak, by odpocząć od problemów i być może na nowo wszystko poukładać w ich dogasającym emocjonalnie związku. Nie wiedzą jednak, że w lesie czai się zło w czystej postaci, gotowe schwytać ich w dowolnym miejscu i czasie.

Żeby była jasność: Koko-di Koko-da, wbrew przypisywanym mu etykietom, nie jest horrorem. Wprawdzie szwedzki twórca sięga po elementy makabry, niemniej jednak jego opowieść jest bardziej ulokowana na styku mrocznej baśni z elementami psychoanalitycznymi. Nyholm ciekawie zresztą buduje dysonans poznawczy u widza – wykorzystywana kamera z ręki stwarza wrażenie, jak gdyby wszystko “działo się naprawdę”, jak gdyby odbywany przez bohaterów biwak był realistycznym elementem ich funkcjonowania. Tymczasem reżyser wprowadza w ramy świata przedstawionego “chochliki”, byty niepodlegające racjonalnemu uzasadnieniu, dalece odbiegające od logiki “prawdziwej” rzeczywistości. To może stanowić największą trudność dla widzów – oddzielenie snu od jawy, rozszyfrowanie wykorzystywanych repetycji, odnalezienie klucza do zrozumienia przyczyny, dla której tak wiele różnych elementów zostało ze sobą przemieszanych.


Zobacz również: “Dziewczyna z trzeciego piętra” [RECENZJA]

Nyholm opowiada o traumie po stracie dziecka i trudzie powrotu do normalności, wykorzystując elementy typowe dla kina sięgającego w głąb psychiki przedstawianych bohaterów. Niby ukazuje jednostkowe doświadczenie, ale próbuje je wpisać w uniwersalną przypowieść, przez co narracja ulega konwencjonalizacji. Kto w bajkach, mitach i legendach dostrzega prawdę na temat człowieka, ten poczuje się tego typu artystyczną wizją w pełni usatysfakcjonowany. Kto jednak (tak, jak na przykład autor recenzji) preferuje konkret nad ogólność, osobiste wyznania od uniwersalnych tez, ten nie odnajdzie swojego miejsca w kinie Szweda.

Bo reżyser rozpisuje fabułę na dobrze znanych elementach – lesie jako symbolu tajemnicy, białym zwierzęciu wiodącym bohatera do innej rzeczywistości – a to wszystko umieszcza w formule wiecznego powrotu, czasu płynącego nie linearnie, lecz podług zasad podległych stanom emocjonalnym. Jednakże w tym mówieniu o traumie brakuje, paradoksalnie, pierwiastka osobistego. Wszystko zostaje podane po akademicku, ku uciesze filmowych kryptologów i łamaczy zaszyfrowanych przekazów. Tymczasem, z wyjątkiem dwóch znakomitych, eksperymentalnych sekwencji, sama historia jest zaprezentowana w chłodny, beznamiętny sposób. Rzecz jasna nikt tutaj nie oczekuje po Nyholmiestosowania szantażu, po prostu pozostaje wrażenie, jak gdyby czytało się pracę naukową na zadany temat. Ale też może być tak, że wykorzystana przez Szweda formuła ma przede wszystkim trafić do ludzi, którzy taką tragedię już przeżyli.


Zobacz również: 5 rzeczy, za które pokochałem “Mandy”

Niezależnie od stawianych zarzutów, warto spojrzeć na Koko-di Koko-da również z perspektywy badaczy kina. To bowiem kolejny film festiwalowy, w którym formuła opowieści o traumie zostaje poddana artystycznym eksperymentom na formule horroru, lub – mówiąc szerzej – na elementach fantastycznych. W Ghost Storywykorzystano figurę “ducha”, nakładając na postać zwykłe prześcieradło, podobne zjawy biegały po kanadyjskiej prowincji w Antologii duchów miasta. U Nyholmamożna natomiast obejrzeć bajkową, makabryczną trupę wyrwaną na poły z filmów Felliniegooraz czwartego sezonu serialu American Horror Story.

Film szwedzkiego reżysera ogląda się dobrze, m. in. ze względu na stosunkowo krótki metraż, dzięki któremu narracja prowadzona jest w zwartym tempie pozbawionym nachalnych dłużyzn. Koko-di Koko-da to przykład kina artystycznego łączącego elementy wysokie i niskie, którego coraz więcej w polskich kinach. Może nie wszystkie wykorzystane zabiegi przyniosły spodziewany efekt, niemniej jednak i tak film Johannesa Nyholmajest tytułem ze wszech miar godnym polecenia, gdy chce się spędzić Halloween w towarzystwie produkcji depresyjnej z elementami nadprzyrodzonymi, w której jednocześnie nie sięga się po wysłużone rekwizytorium wampirów, duchów i innego rodzaju straszydeł.


Publicystyka

5 rzeczy, za które pokochałem “Mandy”

Szymon Pietrzak

Panos Cosmatos to kanadyjsko-grecki reżyser, który już swoim debiutem zdołał wyznaczyć własny autorski styl i sprawił, że na jego drugi film, Mandy, czekała bardzo konkretna grupa widzów. To też powrót Nicolasa Cage’a do roli, która spotkała się z szacunkiem szerokiej publiczności. Po pierwszych seansach filmu w Sundance i Cannes, ciężko było jednoznacznie stwierdzić, z jakim kinem będziemy mieli do czynienia. Dopiero kinowy seans rozwiał wszelkie wątpliwości i sprawił, że zakochałem się w tym krwawym kinie zemsty. Ale z jakich powodów dokładnie?


5. Fabuła

Mandy to film o zemście, a ta powinna potrwać – zwłaszcza kiedy ma sie do czynienia z całą zorganizowaną sektą, a głównym celem jest jej głowa. Zanim jednak Nicolas Cage chwyci za piłę motorową, aby pomścić brutalne morderstwo swojej ukochanej, dostaniemy naprawdę spory prolog, wprowadzenie do świata, w którym przyszło żyć kochankom i rozbicie tego świata na kawałeczki. Następnie rozpocznie się prawdziwa jazda – wybijanie przeciwników różnymi rodzajami broni, coraz bardziej zbliżając się do szefa. Dlatego ostateczne starcie przynosi taką satysfakcję – przeszliśmy z głównym bohaterem przez największe piekło, widzieliśmy jak umiera w środku i na końcu widzimy jak triumfuje.

4. Ścieżka dźwiękowa

Jóhann Jóhannsson był naprawdę wybitnym kompozytorem. Jego ostatni soundtrack – Mandy – stanowi tego potwierdzenie. Jóhann zmarł krótko po premierze produkcji Cosmatosa, zostawiając za sobą dzieło tajemnicze i niejednoznaczne. Muzykę z jednej strony dystynktywną i ciężką, a z drugiej dudniącą złowieszczo lub falującą nieuchwytnie daleko w tle.

Islandzki kompozytor był wielkim fanem debiutu Cosmatosa, więc tworzenie muzyki do Mandy rozpoczął jeszcze przed zobaczeniem jakichkolwiek fragmentów filmu. Budował ściany, kładł dźwięki jedynie opierając się na scenariuszu. Zaprosił do projektu słynny zespół Sunn O)) – znany z tworzenia takiego hałasu, że mieszkańcy Katowic dzwonili na policję, gdy ci zakapturzeni mężczyźni grali na Off Festivalu. Reżyser przyznaje, że momentami był przerażony procesem twórczym Jóhannssona – twierdził, że nie używali żadnych ram gatunkowych – kierowali się czystymi emocjami. I taki jest ten soundtrack – słuchając Mandy Love Theme naprawdę łatwo jest wpaść w zadumę nad losem Islandczyka. Muzyka w Mandy to czasem kojące, czasem przerażające, ale zawsze uczuciowe epitafium dla geniuszu jednego z najważniejszych kompozytorów filmowych tej dekady.

(Wiktor Małolepszy – jego pełną recenzję Mandy znajdziecie tutaj)

3. Wizualia

Atmosferę panującą w takim filmie jak Mandy zdecydowanie łatwiej jest sobie wyobrazić, niż faktycznie przenieść na ekran. Wchodząc do świata przedstawionego, twórcy zadbali o to, zebyśmy poczuli się jakbyśmy wstępowali na pierwszy poziom piekła. Mandy ocieka klimatem science fiction z lat 70′ – podkręcone kolory, bijący blask, góry mieszające się z mgłą, wszystko jest senne, jakby z innego świata.

Zupełnie jak najlepsze filmy surrealistyczne, Mandy bardziej przypomina koszmar niż spójną historię fabularną. I choć ten dwugodzinny tytuł z niczym się nie śpieszy, to brak tutaj nudy. Wręcz przeciwnie. Mandy wciąga, nawet w bardziej kontemplacyjnych momentach. To film o emocjach, które hipnotyzują swoim stylem wizualnym. Cosmatosowi udało się stworzyć film oparty na momentach niesamowitych uniesień, pełnych energii aktów przemocy, w których scenografia czy choreografia są na poziomie minimum – a wszystko co pomiędzy, te wyciszone fragmenty niczym komediowy slapstick, sprawia, że mamy do czynienia z jednym z najbardziej konsekwentych i przemyślanych dzieł tego typu.

2. Panos Cosmatos

Reżyser powiedział kiedyś, że jego debiutancki film z 2010 r. był „pewnego rodzaju wspomnieniem jakiegoś starego filmu, który tak naprawdę nie istnieje”. Podobnie jak debiut, wydarzenia z Mandy dzieją się w 1983 roku – to dla Cosmatosa specjalny czas, kiedy przeprowadził się do Kanady i zaczął chłonąć rzeczy, które go ukształtowały. Nie tylko filmy, ale również kreskówki jak He-Man, czy muzyka heavy-metalowa. W Mandy 1983 rok nie jest odwzorowany historycznie, to raczej krajobraz z zebranych przez reżysera wspomnień, z rzeczy, którymi pasjonował się najbardziej. I jeśli ktoś potrafi swoje przeżycia przenieść na ekran w taki sposób, w jaki robi to Cosmatos, to naprawdę wielki z niego wizjoner.

1. Nicolas Cage i Andrea Riseborough

Odtwórcy ról tytułowej Mandy i jej ukochanego Reda nie mieli łatwego zadania. Pierwsza połowa filmu jest bardzo mocno skupiona na ich miłości i codziennym życiu. Mając w głowie, że w filmie nadejdzie wielka bitwa na piły motorowe, widz siłą rzeczy może nie docenić mającej miejsce na ekranie subtelnej gry aktorskiej. O postaciach nie dowiadujemy się zbyt wiele za pomocą słów – zarówno Cage jak i Riseborough grają przede wszystkim oczami, to przez nie możemy zerknąć w duszę ich postaci, poczuć empatię, zrozumieć łączącą ich relacje. To również w oczach Cage’a zobaczymy pierwsze oznaki manii, zanim wpadnie w szał.

I choć Andrea Riseborough, mimo że jest tytułową postacią, nie ma wiele do zrobienia – to przez nią Mandy jest tak enigmatyczną opowieścią. Jej spokojna, niewinna, niemal eteryczna obecność, sprawia, że życzymy jej najlepiej, że czujemy równie wielki ból co jej ukochany, kiedy ona zostaje brutalnie zamordowana.

Dla Nicholasa Cage’a ta rola to natomiast na pewno przerwanie złej sławy. Wreszcie jego warsztat miał szansę znów się objawić – Cosmatos przygotował dla niego idealną rolę. Początkowo silny, wyciszony gość w stylu Ryana Goslinga, zmienia się w żadnego krwi mordercę, który wpada w śmiech będąc opryskiwany krwią przeciwnika. Czasem ma się wręcz wrażenie, że nawet operator robi krok w tył, kiedy Cage wpada w wściekłość. I to robi piorunujące wrażenie.


Sprawdźcie ostatnie specjalne pokazy filmu “Mandy” o północy w ramach projektu Velvet Midnight!

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.