KomiksKultura

30 dni nocy – ciemno, zimno i krwawo [RECENZJA]

Michał Skrzyński
30 dni nocy tom 2 recenzja
Fragment ilustracji okładkowej drugiego tomu / fot. materiały prasowe

Odcięte od świata miasteczko, wampiry, którym daleko do elegancji Draculi, dużo przemocy i nietypowa stylistka. Jak się okazało, był to przepis na sukces o naprawdę zaskakującej skali. 30 dni mroku to już prawdziwa marka. Składają się na nią komiksy, dwa filmy, miniserial, a nawet seria powieści. Jeśli chcielibyście poznać jej komiksową część, to nie znajdziecie na to lepszego momentu, ponieważ na początku czerwca Egmont wydał drugi i ostatni tom wydania zbiorczego. Znajdziecie w nich oryginalną historię, jej dwie bezpośrednie kontynuacje, kilka małych opowieści z uniwersum, a nawet… retelling oryginału! Jednak po kolei.

30 dni mroku ma dwóch ojców – Stevea Nilesa i Bena Templesmitha. Pierwszy napisał scenariusz, drugi stworzył niezwykłe rysunki, które odpowiadają za sporą część niezwykłego klimatu. To właśnie ten duet dał nam najbardziej ikoniczne historie z uniwersum. 30 dni nocy, Mroczne dni i Powrót do Barrow. Mroczne dni to bezpośrednia kontynuacja oryginalnej historii, a Powrót do Barrow, pomimo że odchodzi od dotychczasowych głównych bohaterów, jest ostatecznym dopełnieniem historii przeklętego miasteczka na Alasce. To właśnie te trzy miniserie składają się na pierwszy tom wydania zbiorczego. Żeby się nie pogubić, cofnijmy się jednak na chwilę na sam początek.

30 dni nocy tom 1 recenzja
Rysunki Templesmita mogą z początku odrzucić, ale po paru stronach wiemy, że ta historia powinna właśnie tak wyglądać / fot. materiały prasowe

30 dni mroku to składająca się z trzech zeszytów miniseria, która zadebiutowała w 2002 roku. Niels i Templesmith zaprosili nas do istniejącego naprawdę miasteczka Barrow. Dlaczego właśnie tam? Ponieważ znajduję się ona w takim położeniu geograficznym, które oprócz wyjątkowo niskich temperatur (nawet do -52 °C) zapewnia tytułowe 30 dni mroku, czyli noc polarną. Wyobraźcie to sobie: 30 dni bez słońca, miasteczko na krańcu świata i wampiry, którym bliżej do newbornów niż Cullenów, jeśli mogę sobie pozwolić na odwołanie do Zmierzchu. Brzmi jak idealny set-up prawda? Na szczęście autorzy nie zmarnowali tego potencjału.

Fabuła jest tutaj dosyć prosta i szkodą byłoby ją zdradzać, bardziej niż robi to blurb na okładce, dlatego będzie krótko. Mamy naszą wioskę, właśnie zaczyna się noc polarna, a w mieście wysiada zasilanie i pojawiają się wyposażone w wielkie zęby oraz długie pazury wampiry, które skutecznie zmniejszają i tak niewielką populację Barrow. Narracja skupia się na szeryfie i jego zastępczyni, która jest przy okazji jego żoną. Cała reszta, jak już wspomniałem, byłaby niepotrzebnym spoilerem.

Przeczytaj również:  Harry Potter i 20 Najlepszych Filmowych Scen - [ZESTAWIENIE, cz. I]

W 30 dniach nocy największe wrażenie robi klimat budowany przez niezwykły styl Templesmitha. Jego rysunki pozornie wydają się niechlujne, momentami karykaturalne. Mnóstwo tutaj różnego rodzaju plam i rozbłysków, a całość wygląda jak niewyraźne wspomnienie koszmaru, który uleciał zaraz po przebudzeniu. Jeśli jesteście przyzwyczajeni do bardziej klasycznych rozwiązań, możecie być zszokowani, ale dajcie tym nocnym marom szansę, a nie pożałujecie.

30 dni nocy tom 1 recenzja
Warto zwrócić uwagę, że przestrzenie między kadrami są czarne. Ten zabieg bardzo dobrze zadziałał na immersję / fot. materiały prasowe

Pierwsze trzy historie (czyli pierwszy tom) można traktować jako całość. Również dlatego, że oprócz podobnych zalet, cierpią na podobne bolączki. To, co najbardziej zgrzyta w scenariuszach Nielsa to momenty, gdy wyraźnie ma do dyspozycji mniej stron niż by chciał. Wtedy narracja potrafi być skokowa, a rozwiązanie tego czy innego wątku ogranicza się do dwóch czy trzech kadrów. Wybija to z rytmu i odbiera część przyjemności z lektury, ale tej jest mimo wszystko sporo!

Jeszcze ciekawiej robi się, gdy weźmiemy do ręki opasły, bo liczący ponad 500 stron, drugi tom wydania zbiorczego. Oprócz retelingu oryginalnej serii, o którym zaraz, dostajemy w nim kilka historii, które uzupełniają uniwersum o nowe postacie, wątki i wydarzenia. Dzieje się tu sporo i każdy bez problemu znajdzie coś dla siebie. Opowiadań jest łącznie 5 i mają różnych scenarzystów oraz rysowników.

Szczególną uwagę warto zwrócić na Czerwony śnieg napisany i narysowany przez Bena Templesmitha. Tym razem, zamiast do USA, trafiamy do ZSRR, a akcja dzieje się w trakcie II Wojny Światowej. W syberyjskich śnieżycach krzyżują się drogi niemieckich i sowieckich wojsk, a także naszych ulubionych krwiopijców. To zdecydowanie najlepsza część drugiego tomu. Jest krwawo, jest klimatycznie, a zakończenie może i przewidywalne, ale bardzo satysfakcjonujące. Można nawet pokusić się o drobną złośliwość i zapytać się, czy Templesmith w ogóle potrzebował Nilesa.

30 dni nocy tom 2 recenzja
Prace Billa Sienkiewicza robią ogromne wrażenie. Nie boi się mieszania technik i zabawy kompozycją szkoda, że scenarzysta nie dotrzymał mu kroku / fot. materiały prasowe

Kolejnym wartym uwagi “epizodem” jest Poza Barrow napisane przez Nielsa, a zilustrowane przez Billa Sienkiewicza. I podpowiem, że to ten drugi gość zrobił tym razem całą robotę. Sienkiewicz to wspaniały artysta, a jego oniryczne, zakrawające o impresje prace słusznie pozwoliły mu zbudować pozycję w komiksowym światku. Szkoda, że te bajeczne ilustracje idą w parze z przeciętną, pretekstową fabułką. Ot, ekscentryczny milioner razem z rodzinką i znajomymi przyjeżdża do Barrow, by zobaczyć wampiry. Jednym smaczkiem jest tutaj rozbudowanie historii samych wampirów i retcon znaczenia wioski na Alasce w wampirzym uniwersum.

Przeczytaj również:  "Nasz czas" – Wyzwolenie bez Wolności [RECENZJA]

Pozostałe trzy opowiadania są w miarę równe i w wartościowy sposób rozbudowują uniwersum. Dodatkowo przy Juárez dostajemy wyraźną zmianę klimatu na bardziej komediowy. Warto zauważyć, że cała seria zawsze miała gdzieś w sobie ten pierwiastek luzu i humoru, chociaż trafniejszym określeniem jest tu raczej groteska. Wydaje mi się, że to właśnie ona stanowi element, który dopełnia trudny do jednoznacznego opisania klimat miasteczka Barrow.

Na koniec zostawiłem sobie wspomniany retelling oryginalnych 30 dni nocy. Nie tylko dlatego, że jest to ostatnia pozycja w drugim tomie wydanie zbiorczego, ale również dlatego, że jest moim zdaniem najbardziej zbędnym jego elementem. Niestety, interpretacja instant klasyka w wykonaniu Nilesa i polskiego rysownika Piotra Kowalskiego (który pracował między innymi przy komiksie ze świata popularnej gry Bloodborne), nie tylko nie dodaje niczego ciekawego do fabuły, a wręcz ją spłyca i zubaża o pewne wątki. Mało tego, 30 dni nocy (2018) jedynie nieznacznie zmienia środek ciężkości opowieści i, zamiast szeryfa, protagonistką staje się jego zastępczyni i żona Stella. Dobrze, że mamy więcej bohaterek w rolach pierwszoplanowych, ale szkoda, że nie zmienia się zakończenie, które w tej wersji staje się (męską) deus ex machiną.

30 dni mroku tom 2 recenzja
Rysunki naszego rodaka są przyzwoite, ale w porównaniu z innymi ilustracjami wydają się boleśnie zachowawcze / fot. materiały prasowe

Kowalski spisał się poprawnie, jednak zaprezentował bardzo klasyczne ilustracje, które w porównaniu z tym co zaserwował nam Templesmith, wypadają zbyt zachowawcze i nijakie. Inną ofiarą retellingu po stylu graficznym i logicznym ciągu wydarzeń jest ten niepowtarzalny klimat całego uniwersum. Niknie gdzieś ta deathmetalowa groteska i lekkość, a dostajemy bardziej klasyczny, ale niespecjalnie wyróżniający się horror. Szkoda!

Na szczęście, ten kapiszon nie zepsuł ogólnego wrażenia. Cała seria i dwa grubaśne tomy to mnóstwo świetnej, klimatycznej rozrywki, która nie jest powala być może oryginalnością, ale przez nietypowy miks szczegółów nawet dzisiaj wypada zaskakująco świeżo. Oczywiście, 30 dni nocy jako seria cierpi na typowy dla wszelakich zbiorów i antologii problem – jest dosyć nierówny. Dostajemy historie bardzo dobre: oryginalne 30 dni nocy, Mroczne dni czy Czerwony śnieg; przeciętne: Poza Barrow czy Juárez; i te naprawdę złe: 30 dni nocy (2018). Jak widzicie, tych lepszych i przeciętnych jest znacznie więcej i ta niepotrzebna próba odświeżenie oryginalnej historii nie powinna zepsuć Wam frajdy obcowanie z serią.

Ocena

7 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

30 dni mroku, Underworld i ekranizację Resident Evil

Jedna odpowiedź do ““Córka Draculi” – Chrońcie swoje niewiasty przed lesbijką o ostrych kłach [CAMPING #64]”

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.