PublicystykaZestawienia

5 rzeczy, dzięki którym “Proxima” skradła moje serce

Szymon Pietrzak
Proxima
fot. Kadr z filmu / Best Film

Alice Winocour to francuska reżyserka i scenarzystka, która na swoim koncie ma ambitne i znane publiczności festiwalowej projekty. W 2015 roku współtworzyła scenariusz do jednego z najważniejszych filmów mojego życia – tureckiego Mustanga. W swoim najnowszym filmie, z Evą Green i Mattem Dillonem w rolach głównychopowiada o astronautce, która godzi na co dzień swoją pracę i pasję z wychowaniem 7-letniej córki.

Codzienne trudności – mordercze treningi, ale również ciągłe udowadnianie męskiej części załogi, że zasługuje na miejsce w zespole, porzuca w domu wraz ze ściągnięciem skafandra, skupiając się na obowiązkach matki. Ale co dokładnie sprawia, że Proxima tak dobrze działa i zapada widzowi w pamięci?

– Przeczytaj również naszą recenzję filmu.
– Sprawdź wszystkie informacje o filmie.


5. Ścieżka dźwiękowa

Myślę, że można śmiało powiedzieć, że Ryuichi Sakamoto jest jednym z najbardziej utalentowanych muzyków i kompozytorów XX i XXI wieku. Umiejętnie łączy on japoński sentyment z zachodnią formą kompozytorską, co udowodnił już w 1987 roku przy udanej współpracy z reżyserem Bernardo Bertoluccim nad muzyką do filmu Ostatni cesarz – za co został wyróżniony Oscarem, Grammy i Złotym Globem.

W Proximie Sakamoto nagrywał (zupełnie jak jedna z postaci w filmie) dźwięki natury, które później wykorzystał, tworząc swój wyciszony, minimalistyczny soundtrack. Idąc z duchem całej produkcji, skierował oczy ku gwiazdom, jednocześnie mocno stąpając po ziemi. To bardzo ważne, biorąc pod uwagę, jak wielu astronautów nagrywa na przykład dźwięki lasu, aby nie zapomnieć o nich w kosmosie. Wszystkie te małe dźwięki, na które zwykle nie zwraca się uwagi; odgłosy ptaków czy wiatr kołyszący drzewami – gdy ich zabraknie, pojawia się przytłaczająca pustka.

Ryuichi starał się więc stworzyć coś, co zabrzmi jak Ziemia – coś, co nie będzie przypominało futurystycznych dźwięków rodem z Odysei Kosmicznej Kubricka. Coś, co mimo wykorzystania syntezatorów, będzie ciepłe i przyjemne. I to mu się udało – a ścieżka dźwiękowa Proximy z jednej strony uzupełnia film i podkreśla jego emocjonalną ciężkość, a z drugiej działa również jako zupełnie niezależny album.


4. Zdjęcia

Podobną konsekwencją w kreowanej wizji odznaczył się francuski operator, Georges Lechaptois. Dołożono wszelkich starań, aby film powstał w autentycznych lokacjach – Gwiezdnym Miasteczku koło Moskwy, ośrodkach Europejskiej Agencji Kosmicznej i na terenie kosmodromu Bajkonur w Kazachstanie – kładziono też nacisk na szczegóły z codziennego życia astronautów, przygotowujących się do misji. Dzięki zbliżeniom na klamry, zaczepy, przełączniki, hełmy, skafandry i mechaniczne dłonie, można momentami poczuć, jakby się oglądało film dokumentalny.

Przeczytaj również:  "Sybilla" – Jak stworzyć fatalną protagonistkę i zniszczyć potencjał filmu? [ANALIZA]

Lechaptois bardzo starannie portretuje świat zamkniętych, chronionych ośrodków izolacji. Zupełnie odcina go od rzeczywistości z zewnątrz. Ponadto, w najważniejszym dla filmu momencie, zmienia się koncepcja. Jest jedna sekwencja, którą operator zdecydował się przedstawić w drżących ujęciach z kamery trzymanej w dłoni. Kadruje tu astronautów wysiadających z autobusu w miejscu startu, pobłogosławionych przez rosyjskiego prawosławnego księdza, a następnie jadących windą na bramę, aby dostać się do kapsuły Sojuz, wyłącznie poniżej ich ramion. Pojawiają się w prasie sugestie, że ta sekwencja to nagranie z prawdziwego startu rakiety, w którym nie brali udział aktorzy. To dodaje autentyczności, choć nawet i bez tej sceny udało się ją twórcom osiągnąć.


3. Alice Winocour

Najważniejsza persona tego filmu to francuska reżyserka – o której projektach wciąż nie jest tak głośno, jak być może powinno. W Proximie znów portretuje postać na emocjonalnym skraju, po tym jak w jej poprzednim filmie, Cieniu (Który swoją drogą dostępny jest na Netflixie), skupiła się na weteranie wojennym dręczonym przez PTSD. Tym razem autorka skupia się jednak na całkowicie innych akcentach, pokazując nam coś, co niezbyt często widujemy na dużym ekranie, zwłaszcza, kiedy tematem przewodnim jest kosmos.

Winocour pokazuje relatywnie mało znaczące, przyziemne sprawy w bardzo kameralny sposób – zabieranie dziecka do pracy, dziwna relacja z byłym partnerem, przeciwstawianie się psychologowi czy łamanie protokołów. Jej główna bohaterka mogłaby równie dobrze być tancerką lub aktorką z Los Angeles, a wydźwięk pozostałby ten sam. Sarah przechodzi brutalny obóz przygotowawczy, walcząc i odpierając stereotypy związane z płcią, aby zapisać się na kartach historii i spełnić marzenie. Winocour stara się więc pokazać jej problemy w skali mikro, ledwie zahaczając o tematy wielkiego świata. W tym kontekście bardzo dobrze działa również międzynarodowa obsada i szukanie innej perspektywy – film o kosmosie dziejący się poza USA i z punktu widzenia kobiety? Z tym nie mieliśmy do czynienia chyba nigdy.


2. Scenariusz

Pierwsza rzecz, która wzbudziła moje zainteresowanie tym tytułem to fakt, że Winocour jest również scenarzystką nominowanego w 2015 do Oscara Mustanga. I choć wydźwięk jej najnowszego scenariusza jest zdecydowanie mniej radykalny, to jednak możemy odnaleźć wiele cech wspólnych. Winocour z mistrzowską precyzją wykorzystuje oszczędną narrację, wyrażając smutek i tęsknotę bohaterki w podobnym stopniu co jej trudy i ambicje.

Przeczytaj również:  Pięć etapów żałoby po finale "Good Place", czyli ostatnie pożegnanie

Momenty wzruszeń przerywane są odpowiednim dla sytuacji humorem, a sama fabuła wie kiedy zrobić sobie przerwę, żeby móc kontemplować piękno – Ziemi, Kosmosu czy głównej bohaterki. Winocour ustami Evy Green romantyzuje planetę, na której żyjemy. Opisuje dźwięk deszczu, ptaków, lasów czy kształt łez, nie wypadając przy tym zbytnio pretensjonalnie.


1. Eva Green i Matt Dillon

Wreszcie, najważniejsza rzecz, czyli dwa głośne nazwiska aktorów odgrywających główne role. Głośne nazwiska, które nie wybrzmiewają na ulotkach i plakatach tylko ze względu na samą swoją obecność w tym filmie. To nie jest ten przypadek, w którym znani aktorzy grają poniżej oczekiwań. Tutaj prawdziwą tragedią jest pominięcie przede wszystkim Evy Green w nominacjach do najważniejszych nagród. Jej rola jest niesamowita i wyróżniająca się – po serii ekscentrycznych postaci, widzowie mogli niemal zapomnieć, że potrafi również grać subtelnie, gdzie za każdym gestem i zmianą wyrazu twarzy stoi jakieś głębsze znaczenie, zmiana nastroju, rozkojarzenie czy strach.

Idealnie uzupełnia ją Matt Dillon, który choć nie miał łatwego zadania, poradził sobie z nim znakomicie. Głównym zmartwieniem głównej bohaterki jest bowiem środowisko, któremu ciągle musi coś udowadniać. Jej emocje nie są na miejscu, bo jako kobieta czuje na sobie większą presję. Green gra więc perfekcjonistkę, a Dillon rzuca seksistowskimi żartami, podkopując jej samoocenę. Nie jest to jednak bezrefleksyjne i płaskie, a wręcz przeciwnie – mizoginia tej postaci jest wyrazem strachu przed posiadaniem w drużynie silnej kobiety. Strachu, który minie, kiedy duet będzie musiał ze sobą spędzić więcej czasu, twórcy pozwolą na zbudowanie im relacji niemal jak u rodzeństwa. Scenariusz dostarczył co prawda gotowe, barwne charaktery, ale to aktorzy dodali całą masę niuansów, balansując cały czas na wielu poziomach ich relacji. Autentycznie i życiowo. I to właśnie chyba najmocniej chwyta za serce.

Proxima wejdzie do kin 24 stycznia. Więcej informacji, takich jak lista kin i zwiastun, znajdziecie klikając w ten link.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.