FelietonyPublicystyka

Absurd, absurd i jeszcze raz nauka. Duet seriali o (słabych) UCZELNIACH

Maciek Grzenkowicz
Community
Kadry z seriali "Community" i "China, IL"

Ludzie związani z branżą filmową na różne sposoby starają się nam osłodzić czas kwarantanny. Niedawno mogliśmy obejrzeć odcinek Twin Peaks wspólnie z Kyle’m MacLachnamem, jakiś czas temu Andy Serkis, grający Golluma, czytał online Hobbita zbierając pieniądze na walkę z koronawirusem – niedawno zaś świat obiegła informacja, że możemy się spodziewać powrotu załogi Community, która w transmisji na żywo odczytała z podziałem na role czwarty odcinek piątego sezonu, “Wspólna wariografia”.

Zbiega się to z radosną nowiną: Community od niedawna dostępne jest w całości na Netflixie. Odczyt odbył się 18 maja, a teraz dostępny jest do obejrzenia na YouTube. Jeśli  związane z tym wydarzeniem emocje was ominęły, bo nie oglądaliście Community, to zapewniamy, że mało jest lepszych możliwości na spożytkowanie tygodnia niż obejrzenie ciurkiem wszystkich odcinków.

Dobrze się składa, dużo z nas siedzi teraz w domach widząc się ze swoimi współstudentami wyłącznie przez kamerki, tęskniąc za gmachami uniwersytetów. Porozmawiajmy więc dzisiaj o serialach o (słabych) uczelniach.


“COMMUNITY” (2009-2015)


Community
fot. Kadr z serialu “Community”

Serial Community ma już praktycznie status kultowy, i może niektórym wydawać się kompletnie zbędne, aby na nowo go komukolwiek przedstawiać. A jednak – do momentu, w którym zauważyłem, że ten serial jest dostępny na Netfliksie, nie wiedziałem, czym on właściwie jest. W oczach przesuwały mi się mgliste obrazy, wspomnienia kraju lat dziecięcych, w którym to kraju na FOX-ie między Simpsonami a Family Guyem zdarzało mi się czasem uchwycić fragment Community. Nie trafiałem na całe odcinki, tylko urywki. Wtedy już wiedziałem: nie znam tego serialu zbyt dobrze, ale na pewno jest strasznie śmieszny i kiedyś go zobaczę.

Powracając po kilku dobrych latach do mojej przygody z Community mogę tylko nieskromnie stwierdzić, że miałem rację.

Jeff Winger (Joel McHale), szczwany prawnik, człowiek przy forsie i przy charyzmie, zostaje pozbawiony możliwości pracy w zawodzie po tym, jak zauważono, że jego dyplom z Uniwersytetu Columbia w rzeczywistosci wydał Uniwersytet Kolumbia. Cóż, Jeffowi się trochę oszukało, każdemu się zdarza. Problem jest taki, że celem kontynuacji kariery prawnika musí otrzymać rzeczywisty dyplom. Udaje się po niego do Greendale Community College, cieszący się renomą jednego z najgorszych. Trudno powiedzieć, czy najgorszych w stanie, w Stanach, czy w ogóle; po prostu jest najgorszy.

Na miejscu jego uwagę przykuwa śliczna blondynka Britta (Gillian Jacobs), którą Jeff, jako typowy macho, chciałby poderwać. W tym celu symuluje, że umie hiszpański, i że mogą założyć kółko samopomocy. Britta się zgadza, ale na spotkanie grupy – w założeniu intymne i dwuosobowe – przyprowadza jeszcze parę osób: pół Palestyńczyka, pół Polaka Abeda (Danny Pudi), chrześcijankę w średnim wieku Shirley (Yvette Nicole Brown), byłego kapitana drużyny futbolowej Troya (Donald Glover), nieśmiałą, uroczą Annie (Alison Brie), i starszego potentata rynku chusteczek higienicznych, Pierce’a (Chevy Chase). Taki jest początek ich grupki.

Grupki, która będzie się wspierać na dobre i na złe, chociaż częściej na złe, na absurdalne i na kompletnie zwyczajne, chociaż częściej na absurdalne. Community to komedia, która operuje absurdem, jednak na tyle zręcznie wykorzystywanym, że nie wzbudza niesmaku lub poczucia nieprawdopodobieństwa. Już sama konstrukcja postaci mówi nam, że znajdujemy się w konwencji typu „post“. Postscenariuszowej, postpsychologicznej, postracjonalnej. Każdy bohater to mocny sitcomowy typ, duża dawka tego, co już widzieliśmy. To nie jest jednak zarzut, a raczej komplement. Tworząc bohaterów w takim stylu łatwo byłoby pójść w klasyczny – albo niesmaczny i nudny – pastisz. Zamiast tego twórcy wykorzystują typy bohaterów z lekkością, traktując je z przymrużeniem oka, ale i z szacunkiem, uwzniaślając stockowych bohaterów do miana bohaterów comedii dell’arte.

Przeczytaj również:  Dokumenty studia A24 [ZESTAWIENIE]

„Post“ dotyczy także gatunkowości. Community bardzo swobodnie traktuje swój gatunek, jakim jest sitcom, i w wielu odcinkach możemy zobaczyć wariacje na temat przeróżnych motywów kulturowych i nurtów w kinematografii. Raz będzie to film gangsterski a la Scorsese, innym razem film wojenny, jeszcze kiedyś mockumentary. Bardzo doceniam sprawność realizatorską tych, cytując klasyka, „crossover episodes“, chociaż nie da się ukryć, że w pewnym momencie mogą stać się lekko męczące. Nie dlatego, że są słabe.

Chodzi o to, że Community ma się świetnie nawet bez łamania konwencji gatunkowych. Plejada intrygujących postaci wystarcza, aby świetnie się bawić. Oprócz członków grupki spotkać możemy irytującego, ale zabawnego Changa (Ken Jeong), którego miejsce w Greendale z każdym rokiem lekko się zmienia (czy nie jest on zręczną alegorią prekariusza?…), albo ekscentrycznego, łysego dziekana Craiga (Jim Rash) z predylekcją do niekonwencjonalnych kostiumów.

Osobny akapit chciałbym poświęcić Pierce’owi. Chavy Chase w roli podstarzałego, lekko rasistowskiego i homofobicznego starca, zwycięża na wszystkich frontach. Z jego gry bije świadomość własnego wieku, łącznie z jego przywarami i problemami. Pierce bywa trochę żenujący, jego żarty są wyjątkowo mało zabawne, a docinki do Afroamerykanów i tych, którzy zdaniem Pierce’a są homoseksualistami, trochę brzydzą. W tej postaci czuć też jednak smutek. Smutek tego, że nie ma nikogo poza tą grupką; tego, że „w wakacje będzie cały czas tylko czekał na jesień“. Stary wyga Chase wygrywa to w dodatku w taki sposób, że nie tylko to wzruszające, ale i zabawne.

Nie ma co się dłużej zastanawiać. Odcinków Community jest 110, trwają po 22 minuty. Obejrzenie całości zajmie więc 2420 minut – 40 godzin i 20 minut. Nic prostszego, zdążycie przed końcem semestru. I zdążycie jeszcze włączyć drugi serial o fatalnej uczelni.


“CHINA, IL” (2011-2015)


China, IL
fot. Kadr z serialu “China, IL”

Teraz weźcie wszystko to, co napisałem o Community, i pomnóżcie to przez siebie.

China, IL to serial absurdem prześcigający poprzednią pozycję o kilka długości, a to wszystko w formie skondensowanej i animowanej.

Każdy odcinek trwa koło 12 minut, więc nie ma czasu do stracenia: nie ma wstępu, jesteśmy od razu rzuceni na głęboką wodę. Tylko czołówka informuje nas o tym, że to jest „najgorszy uniwersystet w Ameryce“ i że „nikt tu nie powinien był przyjść“, ale za to „nauczyciele są spoko“. Od razu po czołówce pierwszego odcinka jesteśmy zaś uraczani wtargnięciem agentów służb specjalnych na lekcję w sprawie podróżującego po czasoprzestrzeni Ronalda Reagana, który próbuje dopaść wykładowcę za pewien niefortunny występ kilkanaście lat temu, w którym przedrzeźniał prezydenta.

Przeczytaj również:  A24 – Nowi mistrzowie marketingu filmów [FELIETON]

To, co w innych serialach posłużyłoby za scenariusz całego sezonu, China, IL prezentuje w dwanaście minut. Robi to w stylu typowym dla twórcy serialu, Brada Neely, którego możecie kojarzyć z jego późniejszego, niekoniecznie udanego Brad Neely’s Harg Nallin’ Sclopio Peepio. Tam jednak absurdomierz już wybił poza skalę, tutaj zaś zatrzymuje się na granicy. Chociaż niektóre pomysły, takie jak stworzenie ultrachrześcijańskiego, autorytarnego uniwersytetu w naszych warunkach nie szokują aż tak bardzo, inne wątki najpierw zaskakują, a potem urzekają. Po kilku odcinkach nie możemy już oderwać oczu od dziekana matetmatyka-kulturysty, noszącego złoty pas z wielkim napisem DZIEKAN; może to być zresztą hołd dla wspaniałego w tej roli dubingującego go wrestlera, Hulka Hogana.

Epicentrum wydarzeń jest wydział historii uniwersytetu w mieście China w stanie Illinois. Jest to kontynuacja opowieści osadzonej w poprzednich projektach Neely’ego, The Professor Brothers i I Am Baby Cakes. W związku z tym na wydziale pracują postaci znane z powyższych pozycji: bracia, fajny Steve i lamusiarski Frank (w obu rolach Brad Neely), i przerośnięty, lekko przygłupi Baby Cakes (znowu Neely). Do znanych postaci dołącza młoda, stosunkowo najbardziej rozgarnięta  Meksykanka Pony (Greta Gertwig). Do gry włączają się czasem lekarze i iberyści, a także antagoniści, tak jak złowieszczy burmistrz miasta China, arcywróg dziekana.

Ten serial nie wzrusza, a raczej tylko bawi. Bawi też zapewne nie wszystkich; ilość przemocy i seksu, chociaż kreskówkowych, może być dla niektórych zbyt drastyczna. Urocza umowność niektórych rozwiązań fabularnych – tak jak groźba banku, że Frank pójdzie do „więzienia dla dłużników“, podpisane „Love, Bank“ – może jednak tłumaczyć nawet te bardziej drastyczne zdarzenia.

China, IL ma 30 odcinków po 12 minut. 360 minut, zaledwie sześć godzin, zobaczycie na raz bez problemu. Problem może sprawić dotarcie do serialu – nie jest dostępny w żadnym z polskich serwisów streamingowych. Zobaczyć go można na amerykańskim Amazon Prime Video oraz na oficjalnej stronie Adult Swim, jednak – znowu – znajdując się na terytorium Stanów. Wyjściem jest kupno płyty DVD. Szukajcie, a znajdziecie. Uważam, że warto.

Studenci: wiadomo, że jakkolwiek Netflix nie próbowałby zastąpić Waszych znajomych, to tego nie zrobiMożna jednak próbować. Może grupka z Community będzie w stanie wywołać u Was choć tyci uśmiech, kiedy będziecie między jednym a drugim odrabianiem zadań w trybie zdalnym, między jedną a drugą konferencją. A potem możecie włączyć sobie China, IL i stwierdzić, że w sumie nie jest tak źle. Zawsze przecież mogliście wylądować na uniwersytecie w China.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.