Advertisement
FilmyKinoRecenzje

“Amazing Grace: Aretha Franklin” – Use this gospel for protection, It’s a hard road to Heaven [RECENZJA]

Szymon Pietrzak
Amazing Grace

Niesamowitą historią okupiona jest droga tego filmu na wielkie ekrany. Aretha Franklin w styczniu 1972 roku już dawno osiągnęła szczyt swojej błyskawicznej kariery. Mając na koncie kilkanaście hitów utrzymujących się na pierwszych miejscach list przebojów, Królowa Soulu postanowiła wrócić do korzeni i ponownie zaśpiewać w kościele swojego ojca, pastora kościoła baptystów w Los Angeles, oraz jednocześnie w ciągu dwóch wieczorów nagrać album z najsłynniejszymi kompozycjami gospel wraz z widownią na żywo. Płyta Amazing Grace nie tylko doczekała się nagrody Grammy, ale do dziś jest najlepiej sprzedającym się albumem muzyki gospel.


Przeczytaj również: “Kraina miodu”, czyli krótki traktat o chciwości [RECENZJA]

Do zarejestrowania koncertu na kamerach wytwórnia Warner Bros zaangażowała 37-letniego Sydneya Pollacka (który 14 lat później zdobył dwa Oscary za Pożegnanie z Afryką), ale ze względu na problemy techniczne związane ze źle zsynchronizowanym dźwiękiem i obrazem ponad 20 godzin materiału trafiło do magazynu. W 2007 roku na pomoc przyszedł Alan Elliott, któremu udało się pokonać problemy techniczne i przygotować materiał. Na jego publikację nie zgodziła się jednak sama piosenkarka – dopiero w zeszłym roku, po jej śmierci, rodzina wyraziła zgodę na to, aby film ujrzał światło dzienne.

Amazing Grace

I jest to niesamowite na dwa sposoby: po pierwsze, jesteśmy świadkami wspaniałego występu Arethy Franklin, która wydaje się być naprawdę bliska Bogu w ciągu tej półtorej godziny i która tak pięknie korzysta ze swojego głosu, żeby jak nigdy zamazać granice między Niebem a Ziemią. Z drugiej strony, Amazing Grace jest fascynującym dokumentem, ponieważ materiał jest skrojony inaczej, niż wówczas planował go pokazać w telewizji Sydney Pollack.

Przeczytaj również:  "A potem tańczyliśmy" – Express yourself [RECENZJA]

Alan Elliott i jego zespół nie są zainteresowani idealną wizją, ale celowo zostawiają miejsce dla niedoskonałości, improwizacji, pomyłek, uzyskując autentyczny przekaz tych dwóch wieczorów w małym, niepozornym kościele w Los Angeles. Raz za razem widać nawet Sydney Pollacka w tle, gdy instruuje kamerzystów, chaotycznie przy tym gestykulując. Brak też kreatywnych montażowych cięć, zamiast tego obserwujemy cały proces znajdywania przez operatora idealnego ujęcia, nie mówiąc już o odpowiednich ustawieniach ostrości.


Przeczytaj również: “W Polsce jest miejsce na dobre horrory” – Rozmawiamy z Adrianem Pankiem, reżyserem “Wilkołaka” [WYWIAD]

To całkowicie spontaniczne, nieuporządkowane podejście pasuje do samej idei koncertu, który ostatecznie Aretha Franklin celowo zdecydowała się nagrać na żywo, aby na albumie znajdowały się również reakcje publiczności. W efekcie tak płyta, jak i film są niczym żywy organizm – spektakl oczarowuje nie tylko publiczność, ale porusza nawet muzyków, którzy to współtworzą. Nagrany na 16 milimetrowej taśmie ziarnisty obraz pozostawia nadzwyczajne uczucie autentyczności, a całości przepełnia poczucie, że wszyscy obecni w tamtym kościele uczestniczą w czymś duchowym. Kamera stara się ukazać jak najwięcej ludzi zebranych wokół gwiazdy wieczoru – pełne pasji zaangażowanie chóru, łzy mistrza muzyki gospel, Jamesa Clevelanda, który musi przerwać w pewnym momencie grę na pianinie, żeby zapłakać do chusteczki, nawet Mick Jagger pojawia się w tylnym rzędzie.

Alanowi Elliottowi udało się uchwycić całą podniosłość wydarzenia – spokojne przejście do gwiazdy wieczoru, zaczynając od natchnionej zapowiedzi przez wspomnianego Clevelanda, przez owe dwa wieczory pełniącego rolę prowadzącego, co spójnie uzupełnia przerwy od cudownego, wywołującego ciarki na plecach śpiewu Arethy Franklin. Ale diwa między poszczególnymi utworami ukazuje swoją prawdziwą twarz – siada w ciszy na boku sali, niczym nieśmiała debiutantka. Dopiero na końcu wypowiada dwa lub trzy krótkie zdania, by się pożegnać. Nic z tego nie wydaje się być wykalkulowane na wielkie show – czuć tu prawdziwą bliskość z absolutem, zupełnie jakbyśmy przyglądali się bezpośredniej rozmowie Arethy z Bogiem.

Przeczytaj również:  "Fukushima, moja miłość" – Czarnobyl XXI wieku, o którym nikt nie pamięta [RECENZJA]

Przedstawienie to musi być doświadczone w kinie. Sam nie wiedziałem przed projekcją, że będziemy mieli do czynienia wyłącznie z zapisem koncertu. Nie dowiadujemy się więc niczego poza paroma szybkimi informacjami na początku filmu, które tylko lekko przybliżają kontekst oglądanej produkcji. Doświadczenie Amazing Grace przychodzi z dużą lekkością, a poseansową świadomość wypełnia pewne uduchowienie, wzniosłość i skok wiary w siły wyższe. Pozostaje też pewien niedosyt, głód wiedzy o tej niebanalnej personie i otaczających ją ludziach. To jednak nie było celem Alana Elliotta – on zaledwie chciał przypomnieć światu, że nic nie porusza ludzkiej duszy w duchu ewangelii z taką mocą i intensywnością jak muzyka gospel. I jak niesamowicie operowała nim Aretha Franklin. I to mu się udało.

Ocena

7 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.