Advertisement
NetflixRecenzjeSeriale

„Ania, nie Anna” – Powrót na Zielone Wzgórze w 2. sezonie [RECENZJA]

Szymon Pietrzak
Ania, nie anna
fot. Materiały prasowe

W pierwszym sezonie twórcy netflixowej Ani udowodnili swoją odwagę odchodząc nieco od wątków z historii oryginalnej. Ich ryzyko się opłaciło – serialowe, nowe wątki posłużyły jako świetny środek ku pogłębieniu psychologii postaci, a same wątki książkowe zostały albo rozszerzone, albo wyciągnięto z nich kwintesencję, dając widzom uczucie satysfakcji. „Ania, nie Anna” z powodzeniem odtworzyła towarzyszące lekturze uczucia i atmosferę – jednocześnie zostawiając widza z palącym niedosytem, na zaspokojenie którego z pomocą przychodzi drugi sezon przygód młodej, rudowłosej sieroty.

Choć na Zielone Wzgórze znów zawitała jesień, to ciężko cieszyć się jej urokami – do domu rodziny Cuthbert przybyło dwóch lokatorów o złowrogich, nieznanych nam zamiarach. Spadające na naszych bohaterów nieszczęścia pod koniec pierwszego sezonu wywołały u mnie pewne obawy. Czyżby po tym jak Ania ledwo co zyskała prawdziwe dzieciństwo, los próbował je zabrać, zmuszając naszą bohaterkę do zmierzenia się ze zbirami? Okazuje się, że nie do końca. Walka ze złowrogimi gośćmi na szczęście nie zajmie całego sezonu, choć ich pojawienie się odciśnie na mieszkańcach swoiste piętno.

To zasługa głównie dojrzałości scenarzystów, konsekwentnie prowadzących swoje wątki, przez co historia nie sprowadza się do prostego schematu – w którym Ania pakuje się w kłopoty i z nich wychodzi (co w pewnym momencie groziło pierwszemu sezonowi, ale patrząc na to teraz, taki schemat wykonał swoje zadanie i wprowadził nas w świat powieści ze znakomitym efektem). Idąc dalej, powiedziałbym, że dojrzałość cechuje cały ten sezon. Do tej pory mieliśmy do czynienia z Anią, której bardzo prosto przychodziły załamania nerwowe, nawet z błahych powodów – teraz Ania nie tracąc nic ze swojej impulsywności, coraz bardziej uczy się nie dramatyzować, jest świadoma drogi, którą przeszła i sytuacji w jakiej się znajduje – wreszcie ma czas na korzystanie z uroków dzieciństwa, rozmarzając i dając pole do popisu swojej słynnej wyobraźni.

Przeczytaj również:  "Formuła 1: Jazda o życie", czyli jak nadążyć za bolidami F1 [RECENZJA]
ania, nie anna
fot. Materiały prasowe

Nadszedł też czas, w którym każda postać dostała głębie na jaką zasługiwała – Mr. Philips nie jest już tylko bezdusznym nauczycielem, a Prissy uśmiechającą się ślicznotką, ich związek kwitnie i jest jednym z ważniejszych momentów w opowiadanej historii. Swoją okazję dostaną nawet Maryla i Mateusz – ich życiowa errata nadejdzie wraz z zimowym letargiem, przynosząc odpowiedzi na to, co naprawdę się w życiu liczy. W poszukiwaniu samego siebie Gilbert wyruszył w daleką podróż, i jak się okazuje nie tylko znalazł kompana na swojej drodze, ale też wniósł atmosferę zmian do całego Avonlea. Zawitały tam bowiem również paryskie zwyczaje, w których kobieta nie tylko nosi spodnie, ale nawet kocha inną kobietę! Nastąpi kruszenie konserwatywnych zasad, których przestrzeganie w zmieniającym się w świecie wydaje się coraz mniej sensowne. Pamiętacie jednak grupę Progresywnych Kobiet z 1. Sezonu? Nawet one będą kręciły nosami widząc wlewający się do ich wioski progresywizm! Ale spokojnie… ukryta w Ani kobieta wyzwolona pociągnie za sobą nawet najbardziej zatwardziałych konserwatystów…

W tym poszukiwaniu siebie zostanie więc poruszonych z niesamowitą subtelnością wiele aktualnych tematów – oczywiście przefiltrowanych przez czas akcji i wiek naszej bohaterki. Tak więc oczami 14-latki w XIX-wiecznej Kanadzie będziemy obserwować walkę o równość kobiet, w kontekście narzucanych standardów piękna czy wymogów dotyczących zachowywania się prawdziwej damy. Problemy z ksenofobią? Poczekajcie tylko jak zobaczycie jak radzi sobie z nimi Ania – obiecuję, że podskoczycie w fotelu! Małżeństwo bez miłości? Nie ma mowy – liczy się tylko szczere uczucie! Homoseksualizm? Oh boy… Wszystkie te wątki zostaną potraktowane z wyrozumiałością i prawdziwym artyzmem. I zapewne interesuje was jak się rozwinie pewna bardzo ważna relacja – nie powiem, choć pewnie wielu z was się domyśla. Cóż… użyjcie swojej wyobraźni, a najlepiej natychmiast chwytajcie za odcinki!

Przeczytaj również:  "A potem tańczyliśmy" – Express yourself [RECENZJA]
ania, nie anna
fot. Materiały prasowe

Ukazując tak szeroki wachlarz tematów, można by obawiać się pewnego zagubienia twórców – nic z tych rzeczy, operują oni w tym celu bardzo sprawnie wieloma gatunkami – od kina drogi, poprzez horror i filmy szpiegowskie, kończąc na musicalu włącznie. Dzięki temu udaje się zachować spójność, z lekkością zamykać i otwierać wątki, oraz wyciągnąć swoistą kwintesencję kompleksowości tematów, poruszanych w powieści.

To było zdecydowanie jedno z moich najbardziej intensywnych przeżyć serialowych. Być może przemawia przeze mnie silne uczucie nostalgii, wywołane emocjonalnym powrotem do Avonlea. Być może to uczucie wdzięczności za szacunek z jakim swojego widza potraktowali twórcy, dając postaciom dojrzeć i przenosząc tak zgrabnie ciężar historii. A być może to po prostu odzywa się moja dusza marzyciela, wierzącego iż każdy problem to nowe doświadczenie wymagające czasu do jego rozwiązania. W każdym razie muszę się wam przyznać, że tak jak podczas 1. sezonu – płakałem ze wzruszenia częściej niż byłbym gotów się przyznać. Netflix dostarczył bardzo odważną kontynuację, chwytając za gardło i serca nie tylko miłośników książek, ale wszystkich którym idea Zielonego Wzgórza jest bliska. Inteligentnie poprowadzona historia, zmierzająca momentami do roli pewnego manifestu – o tym jak ważne jest słuchać się własnego serca, i w zgodzie przede wszystkim ze sobą gonić za marzeniami, bo życie jest krótkie i dane nam tylko jeden raz – warto więc nie marnować czasu.

Ocena

9 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.