Advertisement
Recenzje

“Anon” – Kolejna porażka Netflixa w Sci-Fi – Recenzja

Maciej Kędziora
Kadr z filmu “Anon”

Netflix w swoich oryginalnych filmowych produkcjach zakochał się w gatunku sci-fi. Problem w tym, że bez wzajemności. W tym roku dostaliśmy już bardzo słaby Paradoks Cloverfield oraz średnie (choć według mnie lepsze niż mówią ludzie) Bez słowa Duncana Jonesa. Anon na swoje nieszczęście lokuje się gdzieś między wymienionymi filmami, będąc idealną definicją słowa przeciętność. Ale od początku.

Produkcja ta przenosi nas w nieokreśloną przyszłość, gdzie całe nasze życie zapamiętywane jest przez urządzenie (Ether) chirurgicznie zamontowane w ludzkich oczach. Nie ma już anonimowości, a patrząc na dowolnego przechodnia jesteśmy w stanie odczytać historię jego życia (co przywodzi na myśl serię gier Watch Dogs), poznać jego imię. Reklamy na ścianach również są wytworem oprogramowania, a większość czynności ludzkich sprowadza się do mrugnięcia okiem i odtworzenia wspomnień. Główny bohater – doświadczony policjant Sal Frieland (Clive Owen), staje jednak przed trudnym zadaniem, kiedy zostanie przydzielony do sprawy połączonych morderstw, a główną podejrzaną stanie się hakerka, której nie ma w systemie, znana jako tytułowy Anon, albo Dziewczyna (Amanda Seyfried).

W skrócie – fabuła bardzo mocno przypomina jeden z gorszych odcinków Black Mirror. Po dość długiej części ekspozycyjnej, w której to zostaną nam przedstawione wszystkie możliwości systemu, a bohater – jak przystało na detektywa po czterdziestce – okaże się być smutnym, rozwiedzionym alkoholikiem, który stracił syna, akcja nabiera tempa i zaczyna dochodzić do stopniowych konfrontacji z hakerką. Problem w tym, że oprócz ciekawego zamysłu na program i manipulowanie wzrokiem ludzkim jako główna broń zabójcy, wszystko przebiega jak w typowym, budżetowym thrillerze. Mamy niezrozumiały romans, walkę z biurokracją, fałszywe oskarżenie i masę niepotrzebnych i bardzo przewidywalnych plot twistów – co gorsza takich, które w pewnych momentach zakrawają o głupotę scenariuszową.

Przeczytaj również:  "Co w duszy gra" - Na kozetce u Pete'a Doctera [RECENZJA]

Andrew Niccol po raz kolejny miał świetny pomysł – tak jak to miało miejsce w Wyścigu z czasem, ale znów nie wie jak interesującą ideę przekuć w fabularny film. Wydaje się, że utracił tą nowatorskość, którą miał tworząc scenariusz do Truman Show, czy reżyserując Pana życia i śmierci. Ale ten dość intrygujący motyw i tak blaknie przy wizjach, które prezentuje właśnie Black Mirror, powodując, że przyszłość prezentowana przez Niccola wydaje się już dosyć zwyczajna i będąca lekkim déjà vu.

Kadr z filmu “Anon”

Również obsada wydaje się być bardzo znużona światem, który ją otacza. Clive Owen przez cały film cierpi fizycznie, nawet patrząc na nagie ciała swoich kochanek, choć można jeszcze podnieść argument, że wpisuje się to w charakter jego bohatera. Szkoda jednak, że jedyne co można o nim powiedzieć to to, że jest swoim życiem zmęczonym, bo nic innego przez godzinę i czterdzieści minut nie zrobi – oprócz wiecznego snucia się, popijania whiskey, wspominania syna i uprawiania seksu z losowymi paniami. Całkowicie niekomfortowo czuje się również Amanda Seyfried, która jakkolwiek by się nie starała wypaść dobrze, już w pierwszym kadrze traci wszystko przez najbardziej sztuczną perukę, jaką kino widziało w ciągu ostatnich lat. Zauważalne są również jej braki warsztatowe – szczególnie, że wreszcie otrzymała rolę gdzie nie mogła się zasłaniać warstwą mniej lub bardziej zabawnej ironii i komedii. W tak nudnym świecie nie można było również liczyć na drugi plan starający się grać tak, aby się nie wychylać i dostać pewną wypłatę. Szczególnie widoczne jest to u przełożonego Sala, detektywa Charlesa Gattisa (Colm Feore), który każdą swoją kwestię wypowiada dokładnie w ten sam sposób i w tym samym tonie.

Przeczytaj również:  "Maggie" – Co powie ryba? [RECENZJA]

Wszystko ratuje jednak naprawdę dobra warstwa formalna – perfekcyjne kadry z pierwszej osoby (kiedy to patrzymy oczami Sala), umiętnie opanowane rozpikselizowane obrazy symulujące hakowanie, czy nawet wizualizacje serwerów programu w sekwencjach hakerskich. Głównie przez nienarzucające się efekty specjalne i bardzo przyjemną, spokojną pracę kamery (choć oczywiście dostaniemy parę razy shaky cam, jak przystało na typowy thriller). Jedyne co boli to fakt, że jakieś cztery minuty (łącznie) jesteśmy zmuszeni patrzeć w źrenice Clive’a Owena, co w pewnym momencie staje się bardzo powtarzalne i niezbyt interesujące.

Ostatecznie cierpi na podobne problemy co większość oryginalnych produkcji ulubionego serwisu streamingowego włodarzy Cannes. Operuje zbyt wieloma gatunkowymi kliszami, wszyscy zaangażowani w projekt wydają się albo powtarzać to co już było i z czego są znani, albo się nie wychylać i nie wnosić nic nowego do kina, czy nawet dla widza. W ostateczności Anon powinien sprawdzać się jako nawet niezła rozrywka na niedzielny wieczór. Pytanie tylko, czy, posiadając już Netflixa, nie lepiej spędzić go z bardziej dojrzałą wersją produkcji Niccola, czyli Black Mirror.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.