“Bright” – Recenzja

Okres świąteczny to czas dawania. Disney dał nam Star Warsy, przyspieszono premierę “Florida Project”, a “Coco” okazało się być bardzo dojrzałą animacją. Netflix natomiast postanowił się skupić na mniejszości i w ten magiczny czas pomyślał o masochistach wydając na świat “Bright”.

Już w okresie przygotowań zadbano by każdy z elementów był jak najgorszy. Za kamerą stanął David Ayer, twórca który słowo Blockbuster ma wypisane na czole, człowiek który obrał sobie za cel niszczenie kariery aktorskiej Willa Smitha (który, jak trzeba mu przyznać sam sobie z tym świetnie radzi), zaczynając juz od “Suicide Squad”.

Jednego nie można Ayerowi zarzucić – prostej historii. Ilość informacji jaką jesteśmy zasypywni od początku, przekracza ilość opisów przyrody w książkach Sienkiewicza. Mamy tutaj mieszankę magii, orków, elfów i ludzi, przepowiedni, różdżek, czyli generalnie wszystkiego tego, czego oczekujemy od nędznego filmu fantasy (twórcy “Warcrafta” są dumni). Nie mogło również zabraknąć wątku prześladowań, tym razem dotykających orków. I prawdopodobnie przejąłbym się ich sytuacją, gdyby scenarzysta z głównego przedstawiciela tej rasy, nie uczynił największego idioty, który po godzinie filmu, przeżywa wielką przemianę tylko po to by chwilę później przenieść się do ostatniej walki filmu, w której, jak to na porządny blockbuster przystało, nie ma fabuły tylko jedna wielka orgia wybuchów. Przerywana jedynie stęknięciami, znaczy sie dialogami Willa Smitha, który niesamowicie mnie zaskoczył, bo udowodnił, że może być jeszcze mniej śmieszny niż zwykle. Prawdopodobnie jedyną zabawną częścią filmu jest wykorzystanie pop – rapu, który podobnie jak ta produkcja jest powtarzalny, przewidywalny, oraz w większości bardzo, bardzo nieudany.

Jest jednak jedno co muszę produkcji Ayera przyznać. Momentami wygląda pięknie. I w sumie kadry i efekty specjalne mnie przy “Bright:” trzymały. Oczywiscie zdarzały się momenty CGI na poziomie “Mrocznego Widma”, ale głównie mieliśmy szanse oglądać bardzo dobrze wyrenderowany świat.

Podsumowując, Netflix przejął się chyba tym, że jego filmy nie dostają nominacji do nagród i chciał sobie zapewnić przynajmniej Złotą Malinę. I po raz pierwszy im chyba wyjdzie.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.