Czarna Pantera

Dlaczego “Czarna Pantera” to najważniejszy film 2018 roku? [FELIETON]

Nadszedł dzień, w którym wobec Czarnej Pantery nie sposób już przejść obojętnie. Po tym jak film Ryana Cooglera zgarnął siedem nominacji do Oscarów, w tym za najlepszy film, znów podniosła się najmniej wyrozumiała część Internetu, dyskredytując wszystko, co tej produkcji Marvela dotyczy. Fakty są jednak takie, iż historia z tytułowym władcą Wakandy została trzecim filmem w historii, który zarobił w amerykańskich kinach ponad 700 milionów dolarów (Trzeci najbardziej dochodowy film w historii!), zachwycając widzów oraz krytyków na całym świecie i zaskakując ponadprzeciętną średnią ocen. Czy ludzkość zwariowała? Otóż nie. Jest 2019 rok i wszystko jest w jak najlepszym porządku. I już tłumaczę skąd ten cały hype.

Tak, Czarna Pantera to jeden z najlepiej ocenianych filmów o superbohaterach w dziejach (A według Rotten Tomatoes znajduje się nawet na miejscu pierwszym). Powód przez który Pantera jest na ustach wszystkich, również tych, których nie interesuje kino superbohaterskie, i przez który czytasz te słowa, jest jeden – ten film to przełomowy moment w historii kultury Afroamerykanów.

Żeby móc sprawiedliwie ocenić sukces i popularność Czarnej Pantery, musimy pierw wykluczyć, iż czynnikiem mogłaby być szeroko rozumiana i często wykorzystywana przez malkontentów „polityczna poprawność”. Hasło to stało się rzucanym losowo przez hejterów argumentem, implikującym, iż wszechobecna moda na zdywersyfikowaną reprezentację jest głównym powodem tak dobrej recepcji. Jest dokładnie odwrotnie. Czarna Pantera to film niepoprawny politycznie, wykorzystujący innowacyjny Afrofuturyzm w celu napisania historii fikcyjnego narodu afrykańskiego na nowo, wykorzystując jednak do cna tradycję. Ryan Coogler stara się co prawda pokazać Zachód w złym, kolonizatorskim świetle, ale nie szczędzi słów krytyki również wobec swoich głównych bohaterów. Bo przecież, mając najbardziej zaawansowaną technologię na wyciągnięcie ręki, Wakandyjczycy nie zrobili nic, aby pomóc innym.

Zobacz również: Kulturawka #10 – O co walczy Lars von Trier? [FELIETON]

A ta technologia to naprawdę przełomowa rzecz w uniwersum. Marvel nigdy nie zaniżał potencjału ziemskiej (jak i pozaziemskiej) technologii, a mimo to widok futurystycznego narodu Wakandy sprawia, że ​​piwnica Tony’ego Starka prezentuje się niczym szkolne laboratorium naukowe. Istnieje tu publiczny transport, zdający się podważać zasady grawitacji, sięgające chmur miejskie wieżowce, masa gadżetów oraz technologia maskowania, która pozwala ukryć cały naród przed światem zewnętrznym. Ale pomimo tego, że jest najbardziej zaawansowanym technicznie krajem na świecie, Wakanda pozostaje Afryką subsaharyjską, ze wszystkimi tego konsekwencjami – jak stroje, akcent, czy nawet fryzury. A reżyser udowadnia, że świat nie zawsze musi być postrzegany przez pryzmat anglosaski.

Czarna Pantera

Cały ten technologiczny potencjał poznajemy dzięki cudownemu dziecku Wakandy, siostrze króla T’ChalliShuri. To również podczas prezentacji gadżetów, ujawnia się filmowa forma intertekstualna – przechodząc przez wakandyjskie laboratoria, w których pod kierownictwem Shuri opracowuje się najnowszą technologię, nie sposób nie dostrzec czegoś z bondowskiej relacji Agenta 007 z Q. Następnie okazuje się, że siostra T’Challi, to nie tylko technologiczny świr, ale przede wszystkim pełen pasji geek, śledzący nawet aktualne memy ze świata („What are thooose?!”). Pozycja Shuri udowadnia nie tylko wyjątkową rolę edukacji w Wakandzie, ale też równe podejście do ludzi starych i młodych, do dziewczyn i chłopaków. To, że technologią włada młoda dziewczynka, niesamowicie denerwuje zawistnych. Ale Wakanda jest idealna, podchodząca z szacunkiem do każdego.

Zobacz również: „Brexit” jako wojna obywatelska… [FELIETON]

Nie ma jednak co ukrywać, iż film rzeczywiście jest nominowany w kategorii “Best Picture”, bo jest “czarny”. I nie ma w tym nic złego. Bo choć nazwa może być myląca i ludzie ciągle się zastanawiają, jak film, który nie ma najlepszego aktora, aktorki, czy reżysera, może startować do miana bycia w całości najlepszym, to jednak przyznawana nagroda jest kierowana tylko i wyłącznie do producentów. To szczególnie ważne w kontekście tak wielkiego studia, jakim jest Disney. W takich wypadkach to właśnie studio stoi za projektem, początkowo wybierając reżysera, a kończąc na przyklepywaniu jego decyzji.

W przypadku “Czarnej Pantery” za wszystko odpowiadał Keving Feige. Nie bał się zatrudnić reżysera, który nie tylko słynie z rzemiosła, ale też ma pewną osobistą historię do opowiedzenia. Zaufał odpowiedniej osobie, bo Coogler potraktował swój film z poczuciem niesamowitej misji, tworząc pierwszy tak ogromny film głównie z czarnoskórą obsadą, dzięki czemu chociażby pierwsza w historii Afroamerykanka została nominowana do Oscara w kategorii kostiumów. To naprawdę wielkie wydarzenie w świecie Hollywood, w świecie, który instytucjonalnie utrudnia pracę przy filmach, czy to kobietom, czy to mniejszościom, bo ryzyko finansowe jest zbyt duże.

Nie mogłoby być inaczej. Na przestrzeni ostatnich dekad wytworzył się bowiem pewien medialny obraz postaci czarnoskórych. Jak chociażby kultowy już “super-duper Magical Negro”, jak to ujął niegdyś Spike Lee, czyli postać nie mająca znaczenia dla fabuły, a wykazująca się jedynie tajemniczymi zdolnościami (Jak Dick Hallorann“Lśnieniu”). Branża wytworzyła więc niepisany “czarny” gatunek filmu, który nieważne czy był komedią, musicalem, czy kinem superhero właśnie – zawierał w sobie z góry narzucone popkulturowe klisze, nie opowiadając w efekcie o czarnoskórych postaciach, a o wyobrażeniach białych ludzi na ich temat.  Mieliśmy do czynienia chociażby z kinem blaxploitation, które wykorzystując stereotypy czarnej kultury, próbowało tworzyć filmy afrocentryczne, a w efekcie bardzo hermetyczne.

Zobacz również: „Glass”, czyli samokrytyka Shyamalana? [RECENZJA]

Pewną identyfikację oferował również powszechnie szanowany i odnoszący sukcesy finansowe „Blade”, czy „Hancock”. Jednak Czarna Pantera się od tego wszystkiego różni. Coogler postanowił zrobić coś z czarnym superbohaterem, czemu nie podołały żadne poprzednie próby – uczynić go szanowanym, bystrym i potężnym. Wykorzystana estetyka Afro-punku i Afrofuturyzmu to ważna redefinicja tego, co jest możliwe wokół tworzenia mitologii czarnego superbohatera. T’Challa nie jest śmieszkiem, asystentem, czy zrodzonym z tragicznych okoliczności rewanżystą. Jego historia jest zrodzona z dziedzictwa rodziny królewskiej. To ogromna różnica w sposobie traktowania większości czarnych superbohaterów, ale i czarnoskórych postaci w ogóle.

Wakanda bowiem to naród, którego nie dotknęło brzemię kolonizacji. Czarna Pantera pisze historię na nowo i wciąga nas w alternatywną teraźniejszość i przyszłość. Jednoczy w sobie w pełni wyzwolony naród afrykański – złożony z panafrykańskich języków, symboli, estetyki, tradycji. Nawet w swojej stylizacji, film pokazuje, co mogłoby się stać z kulturą narodu nietkniętego przez zachodni kolonializm. Projektantka kostiumów Ruth Carter uważnie studiowała i inspirowała się przez ubrania, nakrycia głowy i biżuterię z Kenii, Nigerii, Ghany, Lesotho, Namibii i południowej Afryki. Postacie żeńskie noszą tradycyjne fryzury, od warkoczy, po całkowicie ogolone włosy i przecierają wąskie, zachodnie wyobrażenia na temat piękna i kobiecości.

I choć do kina superbohaterskiego perspektywa feministyczna weszła na dobre dzięki Wonder Woman już w 2017 roku, to jednak jedna wojowniczka nie robi takiego wrażenia jak cała armia Wakandy, złożona jedynie z silnych bojowniczek i przede wszystkim dowodzona przez kobietę, która nie tylko jest silna w walce, ale ma też realny wpływ na króla T’Challę. Zwłaszcza, że Marvel pod tym względem wciąż kuleje – do tej pory dostarczył nam zaledwie jeden film, w którym kobiety napędzają fabułę tak samo jak mężczyźni, mianowicie „Ant-Man i Osa”, ale nawet tam ukazana potęga kobiet to sztampa, czyniąc ukazane w Czarnej Panterze Dora Milaje najbardziej radykalnym, rewolucyjnym i torpedującym stereotypy uchwyceniem Zeitgeistu.

Zobacz również: „Bumblebee” – Recenzja świetnego filmu o zabawkach

Czarna Pantera działa również cudownie jako samoświadoma, delikatnie kpiąca krytyka utartych postaw kolonialnych. Główny złoczyńca filmu, Killmonger, (Zdecydowanie top marvelowych Villainów) przez lata pielęgnował swój gniew w jednym z amerykańskich gett, cały czas mając za cel posiąść bogactwa Wakandy i rozpocząć ogólnoświatową rebelię. Ryan Coogler, wraz ze swoim głównym bohaterem, ma co prawda w planach rewolucję, ale zamiast odwracać brutalny kolonializm, T’Challa ujawnia podczas przemówienia w ONZ, że Wakanda wykorzysta swoją moc do całkowitego przeformułowania dialogu ze światem zewnętrznym odrzucając dotychczasowe izolacjonistyczne podejście i wykorzystując zamiast tego technologię do pomocy uciśnionym.

Możemy również śmiało założyć, że pomoc Wakandyjczyków, w przeciwieństwie do jej zachodniego odpowiednika, zostanie dostarczona bez specjalnych wymogów. Czarna Pantera jako film nie dąży bowiem do odpowiedzi na pytanie „Jaka jest odpowiedzialność króla wobec narodu Wakandy?”, ale szuka odpowiedzi na pytanie „Jaka jest odpowiedzialność Wakandy wobec świata?”, dotykając również hipotetycznych napięć, między nieskolonizowanym narodem Wakandy, a ich pokrzywdzonymi przez niewolnictwo sąsiadami.

Czarna Pantera
Dora Milaje

Reżyser nie ma też żadnej litości portretując konflikty wewnętrzne. M’Baku, przywódca plemienia usuniętego poza margines wakandyjskiego społeczeństwa, sprzeciwia się rządom T’Challi, ale gdy nadejdzie czas spłacenia przysługi, odwdzięczy się, a widząc zagrożenie jakie niesie Killmonger, w połączeniu z dostrzeżoną pokorą T’Challi (pierwszy król, który odwiedził ich plemię), pomoże mu odzyskać tron. Za to zostanie mu ofiarowane później miejsce w Radzie Plemion. Ale to nie koniec – konflikt ideologiczny ma również miejsce między królem Wakandy, a postacią graną przez Daniela Kaluuye. Tu toczy się dysputa o izolacjonizm i budowanie murów. Jeszcze inny konflikt dotyczy postaci Kaluuyi i jego ukochanej, tyczący lojalności, przez który to, jak wiemy z Infinity War, kochankowie się rozwiodą.

Zobacz również: Spider-Man Uniwersum [czyli najlepszy Spider-Man od czasów Fox Kids] – Recenzja

Wprowadzenie do tego nabuzowanego politycznie świata dwóch białych postaci ze świata zewnętrznego to również ciekawa gra Eurocentryzmem. RossKlaue różnią się od siebie, choć ten pierwszy dopiero kiedy trafi do Wakandy, będzie potrafił zrozumieć czym ten ukryty naród tak naprawdę jest – najbardziej zaawansowaną technologiczną potęgą na świecie. Poza typowo marvelowskim comic reliefem, wprowadzenie postaci Rossa ma przypominać, że nawiązanie kontaktu ze światem zewnętrznym bez konsekwencji jest praktycznie niemożliwe. Ale próbować warto.

Sama śmierć Killmongera nie poszła jednak na marne – w Wakandzie pojawiła się nadzieja na lepsze jutro. T’Challa nie tylko postanawia ujawnić swój naród światu, ale przede wszystkim wraca do miejsca, w którym jego ojciec zabił jego wuja – do Oakland, gdzie radykalizm i wściekłość Killmongera (a pewnie nie tylko jego…) narastały przez całe jego życie. To właśnie tu, pod przywództwem NakiiShuri, ma powstać centrum wspierające potrzebującą społeczność.

Czarna Pantera

Coogler to świetny reżyser i to właśnie dzięki niemu Czarna Pantera unosi swoje przesłanie. Nie jest to jednak człowiek doświadczony w kinie przepełnionym CGI, więc wiadomo, że jego sceny walki nie będą na poziomie Michaela Baya. Trzeba jednak przyznać, iż dużo serduszka zostało włożone w portretowanie chociażby Złotego Miasta, czy ogólnie terenów wakandyjskich lub okołowakandyjskich. Niczym piękny sen o Afryce, jako kontrast do znanego obrazu kraju brudnego i zniszczonego. Reżyser jednak przede wszystkim potrafi niesamowicie autentycznie pokazać czarnoskóre getto, przypisując mu beznadzieję, z której ciężko się uwolnić. A jako kontrast stawia ten mały azyl w Wakandzie, oparty na dziedzictwie afrykańskim, nieskażonym kolonialnymi wpływami białej supremacji. To właśnie dlatego Wakandyjczycy mówią z południowoafrykańskim akcentem, czy noszą tradycyjne stroje. Od dziś, każdy kto czuje w sobie brzemię pochodzenia afrykańskiego, jest w stanie poczuć z postaciami na ekranie zupełnie niespotykaną, przepełnioną dumą więź.

Zobacz również: BDSM w Polsce? – Recenzja dokumentu „Klimat i wanilia”

Cały ten popkulturowy szok zdominował filmowy, polityczny i społeczny dyskurs w zeszłym roku. Celebryci łączyli siły w “Black Panther Challenge”, zbierając fundusze na bilety dla dzieciaków, aby te mogły zobaczyć film bez względu na sytuację finansową. Ciężko im się dziwić – to w większości ludzie, którzy dorastali w czasach, gdy postaci czarnoskóre na ekranie były przedstawiane zazwyczaj negatywnie lub niepoważnie. Timing Czarnej Pantery wpasowuje też idealnie jako antidotum na sytuacje, które spotkały czarną społeczność Ameryki w ostatnim czasie. Doprowadziło to do powstania inicjatyw, które proponują program nauczania zachęcający nauczycieli do wykorzystania filmu w celu nauczania o afrykańskiej kulturze, polityce i historii. Znalazło się również miejsce na debaty i osobiste refleksje na temat czarnej tożsamości w Ameryce i za granicą za pośrednictwem #WhatBlackPantherMeansToMe , potężnego przekroju refleksji czarnoskórej publiczności. 

Zbiorowy hype wokół Czarnej Pantery nie jest jednak odosobniony. Film jest jedynie najnowszym z wielu niedawnych dowodów na renesans czarnej popkultury. Ostatnie lata przyniosły nowy poziom czarnej sztuki, łączącą społeczno-politycznym komentarz z kunsztem sztuki wysokiej. Od Lemonade Beyonce, przez To Pimp a Butterfly Kendricka Lamara, na Atlancie Donalda Glovera kończąc. Wszystko to prowadzi do poszerzania, a czasem redefiniowania tej części popkultury i brania jej w szerszy kontekst.

Zobacz również: Zestawienie 10 najgorszych filmów – [Podsumowanie roku 2018 #3]

Zmiana ta rozpoczęła się w Hollywood poza kinowymi ekranami już parę lat temu. Ruch #OscarsSoWhite zapoczątkował debatę na temat podejścia branży do reprezentacji i różnorodności, wynosząc takich twórców jak Barry Jenkins i jego Moonlight po najbardziej prestiżową nagrodę. Wspierając takich ludzi jak Jordan Peele (Get Out) czy Ava DuVernay (Wrinkle in Time) zaczęto przesuwać granice dyskursu. Teraz, jako brakujący element, dołączyła do niego Czarna Pantera: film popcornowy, wykorzystujący najpopularniejszy gatunek – kino superbohaterskie  – by opowiedzieć o złożoności czarnej tożsamości.

Czarna Pantera staje się więc niejako pewnym zakończeniem i początkiem nowej ery. Identyfikacja ma bowiem ogromne znaczenie i ciężko temu zaprzeczyć. Mnie wystarczyło zobaczyć viralowy niegdyś filmik, jak paru czarnoskórych chłopaków cieszy się widząc plakat Czarnej Pantery i zadaje ważne pytanie: „Czy wy, idąc do kina, od zawsze to czujecie?” – bo być może dopiero teraz dzieci zaczną częściej sięgać po czarne kredki do kolorowanek ze swoimi ulubionymi postaciami. I będą marzyć o najpiękniejszych zachodach słońca w Wakandzie. Bo jak mówił Kendrick Lamar w “Momma”: „I know everything…” „…Until I realized I didn’t know shit” “The day I came home”.


4.5/5


4 thoughts on “Dlaczego “Czarna Pantera” to najważniejszy film 2018 roku? [FELIETON]

  1. Czy czytacie to, co piszecie? Nawet nie w sensie intelektualnym, ale czysto filmowo jest to klasa kina B, z całym bogactwem inwentarza przypisanym danej klasie. Wypisuje z waszego portalu, bo kompletnie nie rozumiem powodów, dla których czegoś nie można nazywać wprost, a za recenzję służą przediwne elaboraty niczym zeszyt lektur.

  2. kultury Afroamerykanów. tal bo wczesniej nie bylo innych filmow o czarnych bohaterach no jestes pier i to zdrowo ogladalem film jest dobrze zrobiony ale czasem tak pusty ze h ciekawe jak najlepiej oceniany chyba ocen nie widziales na oczy lewaku i sobie dopowiadasz.Afroamerykanie dlaczego takie podziały ja pier bo kolor skóry jak urodzil sie w ameryce to amerykanin co jak azjata sie urodzi w ameryce to kim jest Azjoamerykaninem czy jak czy Azjatom dlacztego tylko Azjatą he?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.