Advertisement
Recenzje

“Czarny Mercedes”, czyli Śmierć w kiczu [RECENZJA]

Maciej Kędziora

Opis seansu Czarnego Mercedesa można by sprowadzić do otwierającej go sekwencji. Oto na ekranie, w pięknej inscenizacji okupowanej Warszawy, widzimy rozdającego gazetę chłopaka, który w trakcie ostatniego gwizdka konduktora wskakuje do lokomotywy i zabija siedzącą w jednym z przedziałów damę. Później wybiegając z pociągu kamera zatrzymuje się (och tak, słownie pauzuje) na strzelającym w jego stronę niemieckim oficerze. Ta jedna klatka, którą będziemy widzieć przez niespełna 10 sekund, będzie naszym wehikułem czasu, gdy wraz z Januszem Majewskim cofniemy się do lat 70. w polskiej kinematografii, gdzie czekają na nas seksistowski humor oraz rubaszne żarty z postaci homoseksualisty.

Punkt wyjścia jest iście archetypiczny dla każdej opowieści kryminalnej – oto w mieszkaniu cenionego mecenasa Karola Holzera (Artur Żmijewski) zamordowana zostaje jego żona Krystyna Holzer (choć jak szybko się dowiemy, tak naprawdę jest to Aneta Landau, ukrywana przez niego jego była studentka). Sprawę tego brutalnego morderstwa ma wyjaśnić nadkomisarz błękitnych Rafał Król, przedwojenny ekspert do spraw zabójstw, obecnie ostatni sprawiedliwy policji do spraw polskich w okupowanej stolicy. Oczywiście, na co wskazuje już sama podwójna tożsamość Anety vel Krystyny, dochodzenie nie będzie należało do najłatwiejszych, a w tle pojawi się postać przyjaciela rodziny Holzerów: hrabia Maximilian von Fleckenstein.

Sam punkt wyjścia, jak i ulokowanie akcji w okupowanym mieście osnutym konwencją kryminalną, dawał zresztą nadzieję na wtórną acz solidnie wykonaną opowieść o rozwikłaniu sprawy morderstwa. Problem jednak w tym, że pan Janusz Majewski, mimo mojego podziwu dla wybitnych Zaklętych rewirów czy ciepło przeze mnie wspominanych C.K. Dezerterów, od parunastu lat błądzi w swojej bańce, nie potrafiąc opowiedzieć nie tyle dobrej, co składnej historii.

Przeczytaj również:  "Mulan": #GirlPower z holokaustem mniejszości w tle [RECENZJA]
Zobacz również: Recenzja “Historii małżeńskiej”

Zresztą, niech ta bańka nie będzie gołosłowna. W napisach początkowych dostajemy cały obsadowy spis powszechny. Oprócz tuz polskiej sceny aktorskiej – od Seweryna i Stenki do Lindy i Mastalerza – oglądać będziemy bliskich przyjaciół reżysera: Jerzego Hoffmana czy Feliksa Falka. I, szczególnie w przypadku tych dwóch ostatnich nazwisk, znamienne zdają się być słowa, które Majewski wypowiedział zapowiadając swój film w Teatrze Muzycznym: Ja proszę państwa zrobiłem ten film, by przyjechać do Gdyni. Bo tym de facto szybko stanie się jasne, że “Czarny Mercedes” to zbiór mało zabawnych miniatur, rzucanych przez bliskich współpracowników twórcy.

Wróćmy jednak do detektywistycznego poszukiwania logiki w fabule, a to zadanie nie będzie należało do najłatwiejszych. Bo choć nasz protagonista, przypominający bohaterów prozy Marka Krajewskiego, okaże się jedną z niewielu postaci spójnych narracyjnie, to bohaterowie, których spotyka na swojej drodze, przechodzą diametralne zmiany na przełomie kilku scen. Najbardziej niezrozumiałą będzie Aneta, ale ją najlepiej podsumuje sam reżyser w pewnej niespełna 30-sekundowej scenie, gdy Maria Dębska w negliżu przegląda się w lustrze pytając: “Po co mi to było?”. Spokojnie można odnieść wrażenie, że mówi nie tylko o losach własnej kreacji, ale i o sobie – bowiem wspomniana sekwencja nie wnosi do filmu nic i, co straszne, została nakręcona chyba tylko po to by ukazać nagie ciało aktorki.

Równie wielkim szkopułem co podziurawiona i pozbawiona sensu fabuła jest bardzo uwsteczniający pewne narracje humor, który obrzydza cały czas trwania projekcji. Okazuje się, że pod pierzyną hrabiowskiej kreacji Andrzeja Seweryna, zgorszonego faktem, że prostytutki czytają teraz Pascala, ukryte jest bardzo seksistowskie podejście do kobiet zakorzenione w scenariuszu. Naczelnym tego przykładem jest do bólu kiczowaty i wulgarny monolog o częściach intymnych żony Holzera, który jest prawdopodobnie najbardziej niesmaczną kwestią, jaką dane było nam usłyszeć w trakcie całego festiwalu.

Przeczytaj również:  "Niedosyt", czyli w drodze ku wolności [RECENZJA]
Zobacz również: Niby skromnie, a jednak z ogromnym sercem – podsumowanie Festiwalu Hommage à Kieślowski

Problematyczny jest również nieświadomy kicz Czarnego Mercedesa. Choć w zamyśle reżysera jedyną przerysowaną figurą miał być wcześniej wspomniany Seweryński hrabia, finalnie większość postaci wygląda jak żywcem wyciągnięci z literackiej pulpy. Tu szczególnie znamienny jest Bogusław Linda, który nie dość że pojawia się całkowicie znikąd i tak samo szybko traci fabularne znaczenie, to jego niemieckie kwestie są istnym pastiszem i uniemożliwiają immersję . I takich kwiatków i wpadek można by było wymieniać tu na pęczki.

Jedynym co jakkolwiek ratuje Czarnego Mercedesa przed całkowitym blamażem, jest scenografia i kostiumy, bo mimo masy mankamentów całej produkcji, okupowana Warszawa wypada bardzo realistycznie. Swoim rozmachem szczególnie zachwyca mieszkanie małżeństwa Holzerów, które wygląda niczym wyciągnięte z archiwalnych zdjęć. Chciałoby się powiedzieć, że przynajmniej tyle.

Finalnie z filmu wychodzi się, będąc pozbawionym godności, zażenowanym i piekielnie zmęczonym. Bowiem film nie dość, że operuje grubiańskim humorem, a gra aktorska opiera się na samych nieznośnych szarżach, jest o niebo za długi – dwie godziny przy tak nieświadomej swojej tożsamości historii jest metrażem iście wyniszczającym wewnętrznie. No ale chociaż pan Janusz Majewski mógł przyjechać do Gdyni. Pytanie tylko, czy było warto?

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.