Advertisement
FilmyKinoRecenzje

“Ema” – Wolność w rytmie reaggeton [RECENZJA]

Szymon Pietrzak
Ema
fot. Kadr z filmu "Ema"

Nazwisko Pablo Larraína w filmowym świecie rozpoznawalne jest przynajmniej od wtedy, od kiedy jego głośny thriller polityczny o generale Pinochecie został nominowany do Oscara, a już na pewno odkąd stworzył swój anglojęzyczny debiut Jackie. W swoim najnowszym filmie, Ema, 43-letni reżyser powraca do rodzinnego Chile – tym razem jednak, w centrum jego opowieści nie stoi polityka, ale taniec.

Postacią, wokół której kręci się cała fabuła filmu, jest tytułowa Ema (Mariana Di Girolamo). Młodą tancerkę poznajemy krótko po tym, jak – razem ze swoim o dwanaście lat starszym mężem Gastonem (Gael Garcia Bernal) – została zmuszona oddać do adopcji dziecko, o które starali się przez bardzo długi czas. Młody Kolumbijczyk spędził u nich niecały rok, stając się w tym czasie częścią ich rodziny. Rodziny, która nie obejmuje wyłącznie Emy i Gastona, ale także całą ich grupę taneczną, w której ona jest główną tancerką, a on głównym choreografem. Niefortunnie, chłopiec powoduje wypadek, który poddaje w wątpliwość ich zdolność do opieki nad młodocianym i ujawnia wszystkie inne problemy, z którymi musieli się oni zmierzyć w ostatnim czasie.

Ema
fot. Kadr z filmu “Ema”

Larraín pokazuje nam świat Emy i Gastona, który w bardzo krótkim czasie stanął do góry nogami. Żeby to wszystko naprawić, nasza platynowłosa bohaterka obmyśla specjalny plan. Plan, którego groteska zaskakuje nas tym bardziej, im dłużej się mu przyglądamy. Ema jest bowiem filmem, który ciężko zaszufladkować. Twórca sprawnie przechodzi od przenikliwie realistycznego dramatu do czarnej komedii z elementami surrealizmu – czasem nawet w obrębie tej samej sceny. Kiedy widzimy, jak Ema i Gaston się ze sobą kłócą, rzucając najbardziej kreatywne obelgi świata, jak w ruch idzie miotacz ognia, a rozmowa o pracę z dyrektorką placówki oświaty kończy się jej zbytnią chęcią podzielenia się jej problemami, nigdy nie mamy pewności czy ta brutalność jest szczera, czy też raczej powinniśmy to wszystko potraktować z przymrużeniem oka. Pablo Larraín odkrywa swoje karty tak naprawdę dopiero w kilku ostatnich ujęciach, wodząc nas przez całą resztę filmu za nos.

Przeczytaj również:  "Szesnaście mgnień wiosny", albo debiut wymarzony [RECENZJA]

To właśnie dlatego Ema jawi się jako tak interesujące dzieło. Widać, że głównym zadaniem twórców było wywołanie u widzów zakłopotania i to zadanie zrealizowane zostało celująco. Wyrzucony poza jakiekolwiek ramy gatunkowe scenariusz to tylko punkt wyjścia, do którego wspaniale dopasowali się aktorzy, dodając chaotycznej narracji swoistej energii. Ich postaci były w stanie pokazać zarówno swoją wyrachowaną, jak i nieco bardziej wrażliwą, pełną pasji twarz. Należy również pochwalić to, że Larraín nie stosuje żadnych stereotypów związanych z płcią, a raczej zdecydowanie opowiada się za kobiecością naszej bohaterki i jej przyjaciółek. W rezultacie, szczególnie intymne chwile wydają się być szczere i zmysłowe.

Ema
fot. Kadr z filmu “Ema”

Mimo tak świetnego scenariusza i aktorstwa, główną osią filmu pozostaje to, w jaki sposób dane elementy świata przedstawionego działają w relacji do muzyki i tańca. Odpowiedzialny za soundtrack do filmu Nicolas Jaar sięgnął po masę licznych inspiracji – takich jak etiopski jazz – osadzając muzykę Emy gdzieś pomiędzy sferycznym techno, a brzęczeniem podszytym śpiewem wielorybów, dzięki czemu udało mu się zbudować mroczny, baśniowy klimat historii. Warto też podkreślić, że widoczna, bardzo ważna zmiana tonu filmu nadchodzi wraz z momentem, w którym jego bohaterki zaczynają tańczyć znienawidzony przez Gastona reaggeton – wykonywaną głównie na ulicach mieszankę reggae, hip-hopu i merengue. Styl ten przedstawiany jest jak tańczony orgazm, zwierzęca orgia, w której wszyscy są zawsze podnieceni – zarówno publiczność, jak i tancerze. Larraín umieszcza tu też trzy kolaże, przypominające teledyski – przedstawiając jeden po drugim tancerki, orgię i rzeczy, które Ema podpaliła swoim miotaczem ognia.

Przeczytaj również:  „Tato” - ojcostwo w walce o godność ubogich [RECENZJA]

Film zachwyca zapierającymi dech w piersiach sekwencjami tanecznymi, podkreślonymi za pomocą hipnotyzujących, neonowych kolorów, które nadają filmowi nadzwyczaj surrealistyczny charakter. Rzeczy, które na ekranie pojawiają się i znikają, często nie są do końca zrozumiałe, ale zawsze wyglądają rewelacyjnie. Operator Sergio Armstrong potrafił w swoich kadrach z podobną pasją ująć zarówno niszczącą siłę ognia, jak i zbawienny dla naszych bohaterek rytm tańca.

Czym więc Ema ostatecznie jest? Historią emancypacji młodej kobiety, która odkrywa własny głos w patriarchalnym społeczeństwie? Analizą zepsutej instytucji małżeństwa i rodziny? A może po prostu zmysłowym freskiem, podróżą wypełnioną surrealistycznymi obrazami? Pablo Larraín w jakiś niesamowity sposób łączy to wszystko w jednym. Sięga po uczucia towarzyszące zagubieniu i każe tym pogrążonym w autodestrukcji ludziom zdefiniować siebie na nowo. Wszystkie chwyty są dozwolone, więc przygotujcie się na niesamowicie nieokrzesaną przygodę, po której ciężko będzie wam wrócić do rzeczywistości.

Ocena

9 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Climax", "Suspirię", filmy Almodovara

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.