“Gra o tron” – S08E05, czyli jak kurtyna powoli opada [RECENZJA]

Jak się niedawno okazało, HBO było gotowe wypuścić dwa ostatnie sezony po 10 odcinków każdy. Twórcy serialu jednak nalegali, żeby Gra o tron zakończyła się w kolejno siedmiu i sześciu odcinkach ostatnich dwóch odsłon. Efekt widzimy dziś, gdy zastanawiamy się, czym zasłużyliśmy sobie na tak mizerny, pośpieszny rozwój większości postaci i naruszanie wewnątrzserialowej logiki. Z jednej strony odcinek postawił ważne pytania o władzę i moralność, z drugiej nieporadnie pokazał “prawdziwe” oblicza dwóch królowych.

Zobacz również: Powiedzcie każdemu o filmie “Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich [RECENZJA]

Dziś tylko jedna rzecz miała znaczenie – nadszedł czas, żeby Daenerys Targaryen stała się szaloną królową, potworem palącym niewinnych ludzi. Dlaczego? Po to, aby jej były kochanek, obecnie bratanek, Jon Snow, dostrzegł, że nawet jeśli on sam nie uznaje siebie za lepszą alternatywę władcy Westeros, to jednak musi zaakceptować swoje przeznaczenie dla dobra ogółu. Dystans między byłymi kochankami wzrasta wraz z każdą minutą odcinka. Na początku Jon przychodzi do Dragonstone, gdzie zostaje przechwycony przez Varysa, który już odwrócił się od Daenerys i chce, by Jon został królem. Jon odmawia. Varys nie byłby Varysem, gdyby nie próbował swojej wiedzy jakoś wykorzystać – napisał więc listy mówiące o prawdziwym pochodzeniu Jona. Do kogo? Prawdopodobnie do wszystkich dużych domów w Westeros. Tymczasem presja na Smoczej Królowej rośnie.

Gra o tron

Varys ginie więc dziś jako pierwszy, skazany za zdradę, pełen wiary, że się myli. Przemiana Daenerys rozpoczęła się i jednocześnie zakończyła. Najpierw widzimy ją w złym stanie, zupełnie bez apetytu (czyżby obawiała się możliwej trucizny w posiłku?), żeby później oglądać jak w szale, pomimo odniesionego zwycięstwa, pali doszczętnie Królewską Przystań. “Dracarys” było ostatnim słowem Missandei przed jej egzekucją przez Cersei. Gdy Daenerys użyła go po raz pierwszy, rozpoczęła bunt niewolników – dziś, niestety, kolejny raz użyła go do pozbycia się przeciwnika w ten sam sposób, co jej szalony ojciec Aerys, udowadniając, że Smocza Królowa ma w sobie wizję i chłodną wolę dominacji, ale także sporo szaleństwa.

Jednak ta tkwiąca w niej ambiwalencja nie została do tej pory wystarczająco podkreślona – twórcy Benioff i Weiss do tej pory tłumaczyli wybryki matki smoków różnymi okolicznościami, aż dziś tego po prostu nie zrobili. Do tej pory, przez 7 sezonów obserwowaliśmy jak Daenerys staje się wyjątkową jednostką, w którą wierzą ludzie – dziś wszystko poszło do kosza, sprowadzając jej postać do kwestii genów i tego jak spadnie moneta.

Zobacz również: “Gra o tron” – S08E04: Czas na wielką wojnę [RECENZJA]

Zasadniczo można jednak chwalić twórców, że zdecydowali się nie iść w stronę klasycznej historii walki dobra ze złem, ale zdecydowali się pokazać, co ludzie robią sobie nawzajem i do czego są w stanie się nawzajem posunąć. Tym razem nie zdecydowali się pokazać bitwy jak w przypadku tej z trzeciego odcinka, gdzie wszystko idzie źle, aż ktoś w ostatniej chwili ratuje sytuację – tutaj jest odwrotnie. Siły Cersei zdają się być całkowicie unicestwione, przewaga Daenerys jest tak mocna, że przez chwile wydaje się, że uda się wygrać bez rozlewu krwi niewinnych. I to właśnie wtedy wszystko lega w gruzach. Dosłownie.

Gra o tron

Ale czy serial zasłużył na taki zwrot akcji? Główna myśl odcinka zdaje się brzmieć: władza sama w sobie jest rzeczą złą. Ci, którzy mogliby z niej korzystać w dobry sposób, nie chcą jej. Coś jest nie tak z tymi, którzy do niej dążą. To zaskakująca ucieczka twórców przed polityką, która w serialu tak bardzo opartym na wewnętrznych gierkach, działa po prostu rozczarowująco. Najpierw prezentuje nam się polityczne rozgrywki i każe zastanowić nad idealnym władcą, a na końcu widz zostaje ukarany, zostając z dość słabą refleksją na temat posiadania żądzy władzy.

Twórcy wiedząc czego się od nich oczekuje, zdecydowali się pójść inną drogą – pokazując nam tylko to co brutalne, destrukcyjne, bez głębszego znaczenia. Tajemnica zniknęła już dawno temu. Z jednej strony pokazuje się piekło wojny (sceny z Aryą uciekającą przed walącymi się budynkami), z drugiej jednak dostarcza to na co fani czekali od tak długiego czasu – najpierw długo oczekiwany Cleaganebowl, później śmiertelna w skutkach, choć jednak w zasadzie nieistotna potyczka między Jaimem i Euronem. Gdzieś obok dostajemy też pożegnanie Aryi z Ogarem, który w końcu jest w stanie wytłumaczyć swojej małej przyjaciółce idiotyzm zemsty. No i Jaime ma szansę umrzeć w ramionach kobiety, którą kocha.

Zobacz również: “Topielisko. Klątwa La Llorony”, albo odcinanie kuponów od sukcesu Jamesa Wana [RECENZJA]

Nie będę ukrywał, że taki rodzaj bezrefleksyjnej przemocy nie jest dla mnie imponujący. Zdaje się, że najpopularniejszy obecnie serial świata odkrył już wszystkie swoje karty. To już nie jest opowieść kryjąca swoje przesłanie – to sterta bezpośrednich banałów, która zamiast wykorzystać rozwój swoich postaci, woli wymusić smoczym ogniem refleksję na tematy dziś już przestarzałe. Fakt, że przez chwilę była nadzieja na wczesne poddanie się, by sekundę później stracić kontrolę, podkreśla fakt wprowadzenia najprostszej hollywodzkiej fantazji o przemocy. Podsumowania nie trzeba szukać daleko – Daenerys to po prostu kolejny tyran, który nie zdołał złamać koła.


1.5/5


One thought on ““Gra o tron” – S08E05, czyli jak kurtyna powoli opada [RECENZJA]

  1. Cóż, muszę się zgodzić z recenzją. Powiadają, że w każdym szaleństwie jest metoda. Twórcom zabrakło odrobiny rozsądku, żeby swoje własne szaleństwo zepsucia serialu umotywować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.