FilmyKinoRecenzje

“Jojo Rabbit” – Dorastanie pod okiem Hitlera [RECENZJA]

Szymon Pietrzak
fot. Materiały prasowe

Przed dziesięcioletnim Jojo najważniejszy dzień w całym jego życiu – obóz treningowy dla Hitlerjugend. Właśnie dziś, jak tłumaczy sam przed sobą i swoim wymyślonym przyjacielem, Adolfem Hitlerem, stanie się mężczyzną. Pełen optymizmu i radości, spotykając po drodze swojego przyjaciela, zmierza wykonać pierwszy krok ku spełnieniu swoich marzeń o przyczynieniu się do wielkości i dominacji narodu niemieckiego. Jednak zamiast tego, przez serię niefortunnych zdarzeń, Jojo zyskuje tytułowe przezwisko tchórzliwego królika. Zaczyna się powolny upadek bezrefleksyjnej wiary chłopca w III Rzeszę.

Taika Waititi już od pierwszych scen daje nam do zrozumienia, że nawet jeśli jego głównym bohaterem jest dziecko, to nie będziemy oglądać świata przedstawionego do końca jego oczami. Zaglądając do nazistowskiego obozu, reżyser jasno pokazuje, jaka panuje w nim atmosfera – wojna nie wygląda dla Niemców najlepiej, wizja frontu i śmierci jest przemycana przez kolejnych dowódców w bezpośrednich słowach, których żaden z uczestniczących młodocianych „patriotów” nawet nie próbuje zrozumieć. Nie ma czasu na analizę faktycznego stanu sytuacji geopolitycznej – fakty zastąpiła propaganda, której podatne na nią młode umysły nie zdołały odrzucić.

Jojo Rabbit
fot. Kadr z filmu

Uosobieniem przekazu tworzonego przez partyjną agitację, jest towarzysząca tytułowemu bohaterowi postać – miły pan z wąsem, pochodzący z wyimaginowanego świata. Zagrany przez Taika Waititiego Führer to coś więcej niż tylko akcent humorystyczny. Stworzony w jego głowie przywódca III Rzeszy zastępuje chłopcu figurę ojca – który choć wyjechał na front, to podobno zdezerterował. Jojo wychowuje więc mama, z którą chłopakowi politycznie nie po drodze. Wyraźnie zmęczona autorytarnym państwem Hitlera, grana przez Scarlett Johansson kobieta próbuje za wszelką cenę chronić jej niczego nieświadomego syna. Syna, który jest tak niewinny, że nawet sznurówek nie potrafi zawiązać samodzielnie. Pomaga mu w tym mama, zupełnie jak w zrozumieniu otaczającego go świata, który mały Jojo widzi przez różowe okulary.

Przeczytaj również:  “Żegnaj, mój synu” – chińska epopeja o bezradności [RECENZJA]

Na swojej drodze główny bohater spotka jeszcze kogoś, kto wpłynie nie tylko na jego postrzeganie świata i przyczyni się do powolnego upadku zbudowanego w jego głowie idealnego krajobrazu hitlerowskich Niemiec. Pozna kogoś, kto przede wszystkim pozwoli mu poznać samego siebie. Ta koleżanka w prostych słowach, które początkowo chłopiec uzna za obelgę, wytłumaczy mu, że nie jest żadnym nazistą – jedynie nosi mundur ze swastyką i ma silną potrzebę partycypacji w jakimś klubie, ale tak naprawdę jest dobrym człowiekiem.

Jojo zaczyna zauważać to, czego uczyła go mama. Zaczyna rozumieć coraz bardziej świat i dostrzegać znaki, które wcześniej ignorował. Jego równieśnicy powracający z frontu nie mają już tak szczęśliwych twarzy, jak przed wyruszeniem. Z dwóch frontów nadchodzą alianci, a Hitler nie żyje – jak komentuje to jeden z kolegów Jojo, to nie jest najlepszy czas na bycie nazistą, najwidoczniej wybrali złą stronę. Ci, którzy się do tego sami przed sobą przyznali, wykonują ostatnie możliwe ruchy, aby uratować jeszcze kogokolwiek, siebie samego spisując na straty. Bo reżyser jasno pokazuje, że inny wybór istniał – tylko nie każdy miał odwagę go podjąć.

Jojo Rabbit
fot. Kadr z filmu

Stylistycznie Waititi znów powraca do budowania świata, który mieliśmy okazję obserwować przy jego szeroko uznanym filmie Dzikie łowy. Przesadnie nasycone barwy, ciągła akcja, humor sytuacyjny, slapstick i urocza atmosfera, która otula widza niczym ciepły kocyk. A przecież rozmawiamy o filmie traktującym o II wojnie światowej – wydawałoby się, że stworzenie takiego klimatu nie przystoi. Reżyserowi udaje się jednak nie przekroczyć absolutnie żadnej granicy dobrego smaku. Jojo Rabbit pozostaje filmem, który opowiada przede wszystkim o bardzo niebezpiecznej instytucji propagandy, która działa niczym trucizna, w pierwszej kolejności krzywdząc niewinne dzieci. Humor związany z tym działa wyśmienicie, bo opiera się na absurdalnych przeświadczeniach – jak ta o wyższości jednej rasy nad drugą – które niestety zagarnęły kiedyś rząd dusz.

Przeczytaj również:  "W lesie dziś nie zaśnie nikt" – Pierwszy polski slasher? [RECENZJA]

Waititi pozostawia jednak sporo nadziei – wśród salw śmiechu i łez wzruszenia, pozostawia okno na nowy, lepszy świat. Padający na końcu filmu cytat z Rainera Maria Rilke – “Let everything happen to you: beauty and terror. / Just keep going. No feeling is final” – dotyka sedna iścia naprzód. Bo w świecie, w którym zabrano wolność, największym marzeniem potrafi być taka błahostka jak zwykły, swobodny taniec. Jojo Rabbit to film, który swoją końcówką niesie taki sam przekaz, jaki w swoim monologu skonstruował Charlie Chaplin prawie 80 lat temu – tylko nie za pomocą wielkiego przemówienia, a zaledwie dwóch kadrów. Może właśnie jeszcze takiego podejścia potrzebowaliśmy w tym temacie w 2020 roku.


Film wejdzie do polskich kin 24 stycznia 2020r. Zobacz polski zwiastun:

Ocena

8 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Dzikie łowy", "Dyktatora"

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.