Publicystyka

Kim jest Joker Joaquina Phoenixa? [FELIETON]

Andrzej Badek

W lutym tego roku obejrzałem na Netfliksie produkcję Batman Ninja, która przeniosła Batmana i jego najsłynniejszego antagonistę do średniowiecznej feudalnej Japonii. Ten film, wraz z grami z serii Arkham, niezbyt udanym Suicide Squad oraz kilkoma komiksami z najsłynniejszym klaunem w popkulturze (wybacz, King) sprawiły, że osiągnąłem całkowity przesyt postacią Jokera. Zacząłem utyskiwać na to znajomym i optować za tym, żeby DC i inne wytwórnie włożyły tę postać do zamrażarki na co najmniej pięć lat; dały jej odetchnąć, pozwoliły innym wrogom Człowieka Nietoperza wybrzmieć inaczej niż tylko w cieniu wielkiego klauna.


Przeczytaj również: “Joker” – Z uśmiechem mu bez twarzy [RECENZJA]

Nie minęło pół roku, a już musiałem pożałować swoich słów, bo coraz głośniej zaczęło się robił wokół najnowszego filmu Todda Phillipsa, w którym rolę arcyzłoczyńcy otrzymał Joaquin Phoenix, jeden z najwybitniejszych aktywnych zawodowo aktorów na świecie. Z łatką hipokryty zacząłem śledzić kolejne medialne doniesienia i wyczekiwałem okazji do obejrzenia adaptacji, szczególnie od momentu, gdy produkcja wygrała MFF w Wenecji, co dla gatunku filmów o superbohaterach jest zjawiskiem bezprecedensowym! Teraz, już po seansie, rozumiem skąd wzięła się decyzja jury: Joker Phoenixa jest… inny.

Joker

Już filmy Nolana były przez wielu uznawane za zupełnie niekomiksowe. Todd Phillips posunął się o wiele dalej – jego Jokerowi jeszcze bliżej do świata klasycznego filmu niż postaci wykreowanej przez Ledgera. Nie oznacza to jednak, że najnowszy złoczyńca nie zawiera w sobie cech typowych dla kart komiksu. Philips po prostu całkowicie poprzestawiał akcenty.

Zawsze odczytywałem Gotham jako wielką fikcyjną amerykańską metropolię, której problemy zostały podniesione do kwadratu, wyeksponowane w sposób przesadny, czasem wręcz karykaturalny. Jeśli wielkie miasta USA mają problem z przestępczością i biedą, Gotham ma superprzestępców i jeszcze większą biedę. Jeśli w Nowym Jorku czy Los Angeles są postaci detektywów, filantropów i dzielnych obrońców porządku i moralności, w Gotham na straży stoi Batman, Robin i komisarz Gordon. Bruce Wayne, razem ze swym alter ego uosabia wszystkie cechy wzorowego obywatela. Joker natomiast jest nieformalnym wodzem, bądź przedstawicielem wszelkiej maści odszczepieńców: złych, wykolejonych, szalonych i niebezpiecznych.

Przeczytaj również:  Badek: Kulturowa pustynia pod Warszawą

Pod tym względem doszło do całkowitego przetasowania. Arthur Fleck, bo tak nazywa się Joker grany przez Phoenixa, to przedstawiciel nie złoczyńców, ale wykluczonych. To jeden z tych mieszkańców Gotham, którym miasto nie ma nic do zaoferowania. Biedny, straumatyzowany, chory i wyśmiewany, Joker pierwszej połowy filmu to przede wszystkim postać tragiczna. Stan Arthura jest tożsamy ze stanem miasta; jego powolny upadek postępuje stopniowo wraz z demoralizacją mieszkańców, redukcją opieki społecznej, rosnącą pogardą elit wobec biedoty oraz frustracji, która rodzi się w sercach obywateli “gorszej” kategorii.

To czasy na długo przed Batmanem. Bruce Wayne w czasie wydarzeń ukazanych na ekranie jest jeszcze małym chłopcem, ale miastem opiekuje się inny Wayne – Thomas. Ojciec młodego Bruce’a to ambitny miliarder, filantrop. Jest dumny z siebie, swojego stylu życia, chce kandydować na burmistrza miasta. Nienagannie ubrany mężczyzna, który w czasie wolnym poświęca się kulturze wyższej pozostaje jednak całkowicie ślepy na problemy miasta. Uosabia on dumę i arogancję klasy wyższej i średnio-wyższej, która, często mimo dobrych intencji, nie pojmuje problemów ludzi żyjących w slumsach kilkaset metrów dalej.

Phoenix w swojej roli jest świetny. To dla niego doskonała okazja na pokaz swoich aktorskich sztuczek. Żaden inny bohater nie daje takiego pola do aktorskiej szarży jak szalony klaun-morderca. Nieustanne wybuchy śmiechu w nieadekwatnych sytuacjach, zimny uśmiech i niepewne spojrzenie dorosłego mężczyzny mieszkającego z chorą matką budzą w widzu mieszankę obrzydzenia, litości i niepokoju, który z czasem przeradza się w lęk.

Mark Hamill czy Heath Ledger, każdy na swój sposób, portretowali Jokera jako zdolnego psychologa i socjotechnika. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że w nolanowskim świecie Joker jest kimś na kształt uosobienia Szatana, który za cel stawia sobie demoralizację prawych mieszkańców i ich bohaterów: Harveya Denta i Batmana. I choć Joker nigdy nie był bardzo silny i nie stanowił dla Człowieka Nietoperza zagrożenia w bezpośredniej walce, posiadał całą gamę gadżetów i umiejętności, które czyniły go szalenie niebezpiecznym.

Przeczytaj również:  "Kino niezależne potrafi być bardzo negatywnym określeniem w Hong Kongu" – mówi Fruit Chan, jeden z najważniejszych hongkońskich reżyserów [WYWIAD]

Arthur Fleck nie jest wyszkolonym komandosem. Nie posiada w swoim arsenale karabinów, bomb, toksycznych gazów, ani innych niebezpiecznych urządzeń. Bynajmniej nie czyni go to mniej niebezpiecznym. Fleck-Joker uzbrojony w zwykły rewolwer nie ma nic do stracenia. To słaby fizycznie, chorobliwie wychudzony mężczyzna, który z każdą kolejną minutą filmu, ma coraz mniej hamulców. Phoenix w makijażu na twarzy nie ma szczególnych umiejętności. Jest maksymalnie sfrustrowany, wkurwiony na żerujących na nim bogatych ludzi przed telewizorami, dla których stanowi tylko kolejną rozrywkę, powód do śmiechu.

Mieszkańcy Gotham mają powody do obaw. Tego Jokera Batman nie będzie w stanie pokonać, bo nigdy go nie zrozumie. Kolejne sierpowe wymierzane w ciało Arthura Flecka mogą łamać jego kości i nabijać mu setki siniaków, ale nie zmienią tego, że klaun wyraża ducha biednego Gotham. Za Jokerem staną tłumnie dziesiątki tysięcy mieszkańców w kolorowych maskach, gotowi sięgnąć po nóż, ołów i ogień. Nawet przepastne cele więzienia w Arkham nie pomieszczą ich wszystkich.

Może to właśnie taką wiadomość próbuje przemycić nam Philips? Batman naszych czasów nie może być jak Thomas Wayne. Dorastający Bruce musi się wiele nauczyć, być może całkiem zmienić sposób działania. Batmobil i nowoczesna technologia nie wystarczą przeciwko miastu, które samo pożera swoje dzieci, przeciwko społeczeństwu pozbawionemu współczucia i zrozumienia. A skoro Batman to Amerykanie, ale także i my podniesieni od potęgi, być może w mniej krzykliwej, niekomiksowej skali, my również musimy przebudować naszych wewnętrznych Batmanów? Chciałbym myśleć, że właśnie taki cel przyświecał Lucrecii Martel i reszcie jury Wenecji, gdy zdecydowali wręczyć Złotego Lwa strasznemu klaunowi.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.