Klasyka w dniu premiery – “8. Mila”

W latach 2009-2012, kiedy ludzie zaczynali powoli uzależniać się od Facebooka, ja wciąż używałem forów internetowych jako źródeł informacji dotyczących Nowego porządku świata, Illuminati, 9/11, serialów czy też ulubionych wykonawców. Jeśli chodzi o ostatnią grupę to niestety, należały do niej osobistości jak na przykład Britney Spears, Pussycat Dolls czy inna Katy Perry. Mimo wstydu, który teraz odczuwam, zdecydowanie najcieplejsze, wolne od cringe’u miejsce w moim serduszku należało do pewnego, niegdyś blondwłosego amerykańskiego rapera – Eminema. Pierwszy kontakt z jego twórczością miałem we wczesnym dzieciństwie za pośrednictwem mojego kuzyna, który – ze względu na jedynactwo nas obu – był dla mnie jak brat. Ważnym elementem, który na dobre zrobił ze mnie fana Slima Shady’ego było dzieło, o którym piszę w tej Klasyce…. Widziałem je pewnie z dwadzieścia razy w dzieciństwie, ale nie miałem okazji obejrzeć świadomie i ocenić go obiektywnie. Tak więc niech ten tekst będzie rozliczeniem się z filmem, który nieodzownie łączy się z moim dziecięctwem.

Jest 2002. rok, gwiazdy hip-hopu grają w kultowych stonerskich arcydziełach jak Super zioło, The Wash. Hiphopowa myjnia czy Piątek a w kinach można zobaczyć głupie filmy z bożyszczami nastolatek jak na przykład CrossroadsBritney Spears czy Rejs w nieznaneMadonną. Hollywood uznaje, że to dobry moment by zrobić poważny film z jedną z najbardziej kontrowersyjnych osobistości XXI-wiecznego showbiznesu – Eminemem. I tak o to rodzi się film, który wkrótce podbije kina i serca fanów na całym świecie. Czy w tym przypadku sukces komercyjny idzie w parze jakością?

Kadr z filmu “8 Mila”

Jest 1995. rok, Jimmy „B-Rabbit” Smith działa (chociaż może nie jest to zbyt odpowiednie słowo w kontekście pierwszych kilku minut filmu) na scenie freestylowej w Detroit. Mimo tego, że na początku nie mamy okazji by się o tym przekonać, jego przyjaciele, na czele z Future’em (Mekhi Phifer) ciągle utwierdzają nas w przekonaniu, że drzemie w nim ogromny potencjał. Chłopak mieszka w przyczepie campingowej ze swoją matką (Kim Basinger) i malutką siostrzyczką, od czasu do czasu sypia u nich także jego prawie-rówieśnik – Greg (Michael Shannon) – konkubent jego rodzicielki. Jak dowiadujemy się z rozmów, raper często zmuszony jest zmieniać pracę, a obecnym źródłem dochodu jest etat w wytwórni podzespołów do rafinerii. Dodajmy do tego dyskryminowany w świecie hip-hopu kolor skóry, dziewczynę w ciąży i voila – mamy obraz naszego protagonisty.

Nie mam zamiaru mówić, że ten film jest w jakikolwiek sposób idealny; jest robiony od linijki, reżyser punktuje kolejne elementy z życia młodego rapera i tak naprawdę skaczemy tylko od sceny do sceny. Relacje między bohaterami prawie nigdy nie wykorzystują swojego potencjału. Niektóre wątki aż się proszą by potraktować je nieco subtelniej i zostawić coś do domysłu widzowi zamiast podawać mu wszystko na tacy. Dzieło Hansona jest bardzo, może nawet za bardzo przystępne, w zasadzie ciężko nawet mówić o czymś więcej niż rzemieślniczej pracy reżysera, który tylko odtwarza to co podpowiada mu scenariusz, co w połączeniu ze świetnymi aktorami przeważnie skutkuje filmem z przedziału “średni – w porządku”. Gatunkowo film poniekąd spełnia rolę specyficznego coming-of-age – to przemiana głównego bohatera jest motorem napędowym całego filmu, ale nie oszukujmy się – nie o to w tym wszystkim chodzi.

Kadr z filmu “8 Mila”

Okazuje się, że tak jak w życiu najlepszego rapera, który kiedykolwiek stąpał po ziemi, tak i w tym filmie największą rolę odgrywa muzyka – hip-hop. Nie mówię tu nawet o genialnym soundtracku zwieńczonym ARCYDZIELNYM Lose yourself, ale o całej subkulturze w jaką się zagłębiamy. Wraz z rozpoczęciem trzeciego aktu, w którym mamy okazję przyglądać się bitwom w Hip Hop Shop, film dostarcza nam niebagatelnej rozrywki. Kolejne riposty i linijki są tak celne, a klimat rodem z WBW wręcz porywa nas z siedzenia, do tego stopnia, że naprawdę czujemy się jakbyśmy razem z publicznością obrywali śliną osób, które na scenie nawzajem wypominają sobie lekkość obyczajów swoich matek.

8. Mila jest błędnie uważana za film biograficzny. Owszem, zawiera elementy z życia Marshalla Mathersa (prawdziwe imię rapera), ale to tylko pojedyncze części składowe, a oś fabularna jest całkowitym wymysłem scenarzysty i reżysera – kolejno Scotta SilveraCurtisa Hansona. A to co nadeszło przekroczyło moje wszelkie oczekiwania. Eminem gra każdą częścią swojego ciała, a mimika jego twarzy prezentuje najróżniejsze gamy uczuć. Wciąż nie mogę wyjść z podziwu. To naprawdę wybitna kreacja i życzę mu nie tylko samej nominacji do nagrody Akademii Filmowej, ale i statuetki… A oprócz tego więcej ról, w których może pokazać nam się z innej strony, niż te które znamy z jego pierwszych, skandalicznych teledysków. Odkładając żarty na bok; Eminem jest fundamentem sukcesu zarówno box-office’owego jak i artystycznego tego filmu.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.