Klasyka z FilmawkaPublicystyka

Klasyka z Filmawką – “Kasyno” Martina Scorsese

Michał Piechowski
Kasyno
fot.: Kadr z filmu "Kasyno" (1995r.)

“When you love someone, you’ve gotta trust them. There’s no other way. You’ve got to give them the key to everything that’s yours. Otherwise, what’s the point? And for a while, I believed, that’s the kind of love I had.” – główny bohater Kasyna, Sam „Ace” Rothstein, wypowiada powyższe słowa i wchodzi do swojego samochodu, który po przekręceniu kluczyka w stacyjce staje w płomieniach, pochłaniając siedzącego w nim kierowcę.

Film Martina Scorsese rozpoczyna się od sceny będący puentą całej historii, już od samego początku nadając jej tragiczny wymiar. Nawet jeżeli zasiadający do seansu widz nie jest zaznajomiony z charakterystycznym dla obrazów tego reżysera motywem raju utraconego, to już po napisach początkowych nie będzie miał najmniejszych nawet wątpliwości co do jego obecności. Finał historii jest już znany, teraz czas na 3-godzinną opowieść o tym, jak do tego finału doszło.


Jeśli po obejrzeniu filmu macie ochotę na grę w kasyno online, możecie to zrobić wybierając legalne kasyna.

Dziesięć lat wcześniej, w Las Vegas lat siedemdziesiątych, poznajemy trójkę bohaterów. Grany przez Roberta De Niro Sam Rothstein to podstawiony przez mafię dyrektor Tangiers, jednego z wielu znajdujących się w Mieście Grzechu kasyn, Nicky Santoro (Joe Pesci) to jego przyjaciel z młodości, do Nevady wysłany po to, by twardą ręką (i długopisem) utrzymać z daleka wszystkich tych, którzy mogliby zaszkodzić interesom. Całość dopełnia Ginger McKenna (Sharon Stone), żona Sama i swoista kasynowa diva.

Bohaterowie na przemian odnajdują się i gubią w rzeczywistości wokół nich, wskazując na swoje niedopasowanie do otaczającego ich świata. Rothstein jest zbyt idealistyczny, zbyt oddany swojej pracy i  ma zbyt romantyczną duszę. To połączenie uniemożliwia mu bycie jednocześnie szefem, a także mężem i przyjacielem: przyjacielem Nicky’ego, który tylko do pewnego momentu jest stanie rozwiązać wszystkie swoje problemy za pomocą przemocy oraz mężem Ginger, która powoli niszczona jest przez nałogi pogłębiane przez niezgodność charakterów z Samem i tłamszoną indywidualność. Każdy z tych trzech portretów jest niesamowicie zniuansowany, a odpowiedzialny za to jest nie tylko scenariusz, ale również sami aktorzy wcielający się w konkretnych bohaterów.

Kasyno
fot.: Kadr z filmu “Kasyno” (1995r.)

Sharon Stone poraża swoją zjawiskowością przeobrażającą się powoli w balansowanie na granicy dobrego smaku, doskonale buduje swoją postać także na poziomie strojów (w końcowej części filmu nosi niedopasowane stroje, nad którymi sama pracowała, by wyglądać jak najgorzej)  czy poprzez chęć odegrania sceny, w której bierze heroinę w obecności swojego dziecka. Joe Pesci w swoim stylu szaleje i miota się po ekranie, biorąc wszystko to, co najlepsze ze swojej wcześniejszej o pięć lat oscarowej roli, a Robert De Niro imponuje swoim opanowaniem, oddaniem w celu jak najdokładniejszego wcielenia w Rosenthala (Bobby spędził długie godziny na oglądaniu swojego pierwowzoru, a sam zainteresowany stwierdził w jednym z wywiadów, że stopień podobieństwa Roberta w Kasynie do samego siebie ocenia na 7 w 10-stopniowej skali). Obaj panowie tym występem udowodnili, że ciężko o lepszy duet aktorski w filmografii Martina Scorsese i że oglądanie ich razem na ekranie to dla widza naprawdę spory zaszczyt.

Większość bohaterów oraz wątków Kasyna inspirowana jest prawdziwą historią mafijnych powiązań z rozwojem hazardu na południu Nevady. Scenariusz do filmu napisany został przez Martina oraz Nicholasa Pileggiego, czyli duet odpowiedzialny także za historię opowiedzianą pięć lat wcześniej w Chłopcach z ferajny. Pileggi spotkał się z Frankiem Rosenthalem, pierwowzorem filmowego Sama Rothsteina, i na podstawie odbytych z nim rozmów współtworzył scenariusz do filmu oraz równolegle pisał książkę.


Przeczytaj również: “Irlandczyk”, czyli opowieść jest dobra na wszystko [RECENZJA]

Historyczna akuratność filmu przejawia się nie tylko w ogólnej zgodności z prawdziwymi wydarzeniami, ale również w szeroko pojętych szczegółach. Widać ją w dopracowanych strojach bohaterów (Robert De Niro, Sharon Stone i Joe Pesci pojawiają się w ciągu tych stu osiemdziesięciu minut łącznie w przeszło stu różnych kostiumach), widać ją w kręconych w kasynach podczas ich godzin pracy zdjęciach, widać ją w korespondującej z epoką ścieżką dźwiękową, która – jak zawsze u Martina – jest oddzielnym dziełem sztuki. Kasyno wypełnione jest diegetyczną albo potencjalnie diegetyczną muzyką pod postacią największych hitów tamtych lat w pełni oddających przepych i przesyt świata, w którym znajdują się bohaterowie.

Ale również niediegetyczne dźwięki są tutaj szalenie istotnym elementem całości. Wystarczy tylko wspomnieć scenę, w której Sam po raz pierwszy spotyka Ginger. Oto przyłapana na kradzieży kobieta konfrontuje się z mężczyzną, którego okradała i w przypływie entuzjastycznej złości wytrąca mu z ręki zdobyte przez niego żetony. Akt ten pobudza zgromadzony tłum, który rzuca się na leżące na ziemi pieniądze, a rozbawiona Sharon Stone dolewa oliwy do ognia, podrzucając jeszcze więcej kasynowej waluty. W tym momencie zaczynamy patrzeć na kobietę oczami bohatera Roberta De Niro: kamera zatrzymuje się na chwilę, a w tle zaczyna lecieć Love Is Strange, następnie przez kilka sekund obserwujemy niewyrażającą żadnych emocji twarz Rothsteina, by wreszcie – w zwolnionym tempie – spojrzeć na Ginger odchodzącą w zwolnionym tempie od centrum całego zamieszania. „Wow, what a move. I fell in love right there” – mówi Sam, a my, bazując na tym co (i w jaki sposób) właśnie zobaczyliśmy, wiemy, że nie ma w tych słowach ani grama przesady.

Kasyno
fot.: Kadr z filmu “Kasyno” (1995r.)

Zmysł muzyczny Martina widać także w napisach początkowych, w których ogień powstały w wyniku wybuchu samochodu płynnie przechodzi w czerwone, rozedrgane motywy ilustrujące tytułowe kasyno, a w tle leci fragment Pasji według św. Mateusza w kompozycji Johanna Sebastiana Bacha. Brutalna puenta całej historii w scenie otwierającej zostaje dopełniona przez ten wzniosły, religijny motyw, a starotestamentowość Kasyna wybrzmiewa jeszcze dobitniej. To historia o utracie życia idealnego, ale też od początku naznaczona małością bohaterów. Sam, Nicky i Ginger w żadnym momencie nie byli władcami swojego życia – nawet gdy święcili sukcesy, to i tak byli świadomi tego, że ich być albo nie być zależy od kaprysów szefostwa siedzącego wygodnie back home i liczącego zarobione w kasynie pieniądze. Chociaż brak dookreślenia miejsca pobytu mafii (w rzeczywistości było to Chicago) wynika przede wszystkim z ograniczeń prawnych, to trzeba przyznać, że w kontekście całości nabiera ono symbolicznego wymiaru. Bohaterowi-pionki rządzą i dzielą w swoim świecie, ale to od oddalonego i niedostępnego gracza zależy najmniejszy nawet aspekt ich przyszłego losu.

Zresztą bardzo podobnie działa to w większym przybliżeniu, gdy pod uwagę weźmie się relację pomiędzy kasynem i klientami. Możesz być sprytny, możesz mieć szczęście, może Ci się wydawać, że wiesz, jakie są zasady gry, ale ostatecznie to kasyno wyjdzie z tego spotkania zwycięsko. Rothstein i jemu podobni bezlitośnie wykorzystują ludzką chciwość i uzależniający aspekt hazardu. Dość wspomnieć historię japońskiego biznesmena Ichikawy, który początkowo wygrał znaczną sumę pieniędzy w kasynie i przezornie z niego wyszedł, by wrócić do kraju, ale Sam – odwołując wszystkie jego loty i zapraszając go do połączonego z Tangiers hotelem – sprawia, że mężczyzna wraca do gry i ostatecznie nie dość, że traci wszystko to, co wygrał wcześniej, to jeszcze zostawia w kasach kasyna dodatkowy milion dolarów.


Przeczytaj również: Klasyka z Filmawką – “Łowca androidów” Ridleya Scotta

Film Martina Scorsese wypełniony jest takimi małymi historiami i szczegółami, które budują koloryt Vegas i urealniają oraz uatrakcyjniają świat przedstawiony. Pełno tu komentarzy na temat funkcjonowania kasyna samego w sobie i przykładów działania tego systemu w praktyce. Kiedy puszczony z offu Robert De Niro opowiada o sposobach wykrywania oszustów, a następnie – już jako Sam Rothstein – wychodzi na salę i okiem kamery obserwuje takowe oszustwo w praktyce, Kasyno imponuje dbałością o szczegóły i narracyjną płynnością. Gdy zaś zwieńczeniem tej historii okazuje się być brutalne rozprawienie z jednym z kanciarzy, Scorsese popisuje się swoją bezkompromisowością i wyczuciem w sprawie użycia przemocy.

Przemocy, która, wraz z rozwojem filmu, również ewoluuje. To, co na początku jest w pewien sposób atrakcyjne i pasujące do historii, z biegiem czasu staje się coraz bardziej niekomfortowe. Niepotrzebny brutalizm coraz wyraźniej zaczyna rezonować w oglądającym, zmuszać go do kwestionowania sensu tego, co właśnie dzieje się na ekranie. A wniosek jest prosty: sensu w tym zbyt dużo nie ma. Kasyno potępia swoich bohaterów i dobitnie przypomina, że akcje mają konsekwencje, zostawiając z poczuciem pustki i świadomością, że życie postaci przedstawionych zostało zmarnowane.

Kasyno
fot.: Kadr z filmu “Kasyno” (1995r.)

Martin Scorsese – w swojej trwającej już ponad pięćdziesiąt lat karierze – imał się naprawdę imponującej liczby gatunków filmowych, ale w szerokiej świadomości widzów jest on utożsamiany przede wszystkim z kinem gangsterskim. Świadczą o tym Chłopcy z ferajny, świadczy o tym zeszłoroczny Irlandczyk i świadczy o tym także Kasyno. We wszystkich tych trzech produkcjach widać geniusz nowojorskiego reżysera i w każdej z nich przejawia się on nieco inaczej. Ciężko więc tutaj o jakiekolwiek wartościowanie i zastanawianie się nad tym, który z tych filmów jest najlepszy, bo wszystkie są wspaniałe na swój sposób, ale gdyby ktoś przystawił mi do głowy pistolet i kazał wybrać tylko jeden tytuł, to najprawdopodobniej zdecydowałbym się na Kasyno.

Widmo nieuniknionej klęski, przytłaczający i uraczający splendor, tragiczne niedopasowanie bohaterów do świata i samych siebie nawzajem – jest w tej gangsterskiej epopei trudne do opisania piękno, które sprawia, że za każdym razem film ten chwyta mnie za serce i ani myśli puszczać. Jeżeli jeszcze nie mieliście przyjemności obejrzeć Kasyna – zróbcie to czym prędzej. Jeżeli zaś już je widzieliście – obejrzyjcie je jeszcze raz. I życzę wam, żeby sprawiło wam to taką samą, albo i większą, przyjemność, jaką sprawia mi.

Jedna odpowiedź do ““Lola” – bird girls can fly [RECENZJA]”

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.