Klasyka z Filmawką – “Rób, co należy” Spike’a Lee

Rok 1989 to moment, w którym Spike Lee ostatecznie przebił się do świadomości szerokiego grona odbiorców, choć sławę i uznanie zdążył osiągnąć już wcześniej, zdobywając nawet w Cannes nagrodę młodych za swój pełnometrażowy debiut Ona się doigra (który 2 lata temu doczekał się netfliksowej wersji serialowej pod tym samym tytułem). Dopiero jednak za sprawą Rób, co należy uzyskał nominację do Oscara, a krytyka filmowa zaczęła umieszczać jego film na liście najważniejszych tytułów nie tylko roku, ale również całej dekady.


Przeczytaj również: Nasz kanon amerykańskiego kina, czyli 10 filmów na 10-lecie AMERICAN FILM FESTIVAL

Do stworzenia filmu zainspirowała go prawdziwa historia z 1986 roku, kiedy to czarny 23-latek zginął potrącony przez samochód, po tym jak wraz ze znajomymi wdali się w kłótnię z inną grupą białych chłopaków, spotkanych przez przypadek w jednej z nowojorskich pizzerii. Wychowany na Brooklynie 32-letni wówczas Spike Lee podjął się uchwycenia całej złożoności społeczności mieszkającej w tej multikulturowej i wielopokoleniowej dzielnicy Nowego Jorku.

Portretując tak sporą grupę, Lee nie rezygnuje z tradycyjnej narracji i prezentowania wydarzeń przez pryzmat jednej postaci, Mookiego, który zawsze jest w centrum wydarzeń – pracuje jednocześnie jako dostawca pizzy od Sala, potomka włoskich imigrantów. Dzięki chłopakowi poznajemy kolejnych bohaterów; ich zwyczajne problemy, czasem nawet drobnostki, wynikające z napięć kulturowych, zatruwające rutynę życia mieszkańców. I może nic by się nie wydarzyło, gdybyśmy mieli do czynienia ze zwykłym wycinkiem codzienności w brooklyńskim getcie. Lecz akcja filmu dzieje się podczas najcieplejszego dnia roku. Awantura wisi w powietrzu.

Lee to reżyser, który nie boi się wchodzić pomiędzy najbardziej radykalne strony konfliktu, wypominając jednym i drugim ich błędne postawy. W Rób, co należypodobnie jak w innych swoich filmach, wykorzystuje przesadyzm i przerysowanie postaci, wydarzeń, czy postaw – starając się przy tym być jak najbliżej formy dokumentalnej: postacie często spoglądają wprost w kamerę, a zamieszki wyglądają jak wycięte z reportażu.


Przeczytaj również: 5 filmów, które zobaczyliśmy w sekcji ON THE EDGE zanim stały się modne

Rób co należy ponad wszystko stawia na jak najlepsze odwzorowanie upalnej atmosfery, posługując się żółtym, czerwonym czy pomarańczowym kolorem – ciężko o scenę bez któregoś z nich w kadrze, a na prośbę reżysera usunięto tak wiele niebieskich elementów, jak to możliwe. Wytworzono również za pomocą specjalnych lamp widoczną na ekranie falę gorąca, wywołując u widza poczucie letniego apogeum. Nie ma więc znaczenia, jaka panuje za oknem pora roku, bo kiedy oglądacie film, już od pierwszej sceny temperatura gwałtownie rośnie. Na tyle, że scena z odkręconym hydrantem i lejącą się po ulicach wodą orzeźwi Was na poły literalnie.

Z pomocą swojego operatora, Lee próbuje przedstawić świat na dwa sposoby. Jednym z nich jest pokazywanie, jak postacie przechodzą z jednej strony ulicy na drugą. Tworzy dzięki temu poczucie jednej, wielkiej, zamkniętej społeczności sąsiedzkiej. Drugi sposób to swoiste załamania linii prostej kamery podkreślające, w jak szalonym i niestabilnym dniu przyszło nam brać udział.

Kanwą filmu jest też jego hip-hopowy soundtrack, niemal zakorzeniony w diegetycznym uniwersum. Jest w filmie postać Radio Raheema, który przemierza dzielnicę ze swoim ogromnym boomboxem, zagłuszając muzykę słuchaną przez Włochów, zwiastując niejako czasy dominacji rapu wśród gatunków muzycznych i podkreślając jego kulturową przynależność. Kontrastuje z tym scena, w której boombox zostaje zniszczony w gniewie przez prowadzącego pizzerię Sala.


Przeczytaj również: Przegląd wszystkich naszych tekstów dotyczących tegorocznej edycji American Film Festival

Spike Lee nie bał się pokazać w swoim filmie konsekwencji rasizmu i jako jeden z nielicznych nie bał się zająć własnego stanowiska. Po premierze filmu pojawiły się głosy, że film może zachęcić do prawdziwych zamieszek, ale krytycy tacy jak Roger Ebert podkreślali, że tego typu komentarze mówią więcej o wypowiadających takie słowa niż o samym filmie.

Kluczem do filmu jest postać Sala, który choć przez większość ekranowego czasu wydaje się sympatyczny, pod koniec filmu zdąży uzewnętrznić swoje uprzedzenia (brak czarnych na jego ściance) i pociąg do faktycznej agresji. To jeden z wielu momentów w filmie, kiedy Lee próbuje jak najmocniej zaangażować swoją widownie. Buduje rasistowskie postaci z sympatią, ukazuje ich złe postawy jako trywialne, a na końcu wizualizuje idące za tymi postawami brutalne akty.

Dzięki temu Rób, co należy zmusza każdego oglądającego do zmierzenia się ze swoimi własnymi, być może głęboko ukrytymi, prejudycjami i stereotypami. I być może dziś, 30 lat po premierze filmu, warto sobie na tę konfrontacje pozwolić jeszcze raz, bo w świecie, w którym wszyscy żyjemy ze sobą w jednej globalnej wiosce, jeden upalny dzień może unaocznić wiele złego – złego, którego nie widać na pierwszy rzut oka.


Na tegorocznym American Film Festival w ramach sekcji “Rocznice, powroty” ukażą się absolutne legendy – od “Easy Ridera” po “Oczy szeroko zamknięte”. Będzie tam też obchodzący swoje 30-lecie klasyk od Spike’a Lee.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.