“Lighthouse” – Cienie, krzyki, trzaski [RECENZJA]

Po tym jak latem tego roku Ari Aster celująco zdał test z drugiego filmu, przyszedł wreszcie czas na jego dobrego przyjaciela, z którym równolegle poszerzają granice gatunku. Od Roberta Eggersa oczekiwano wiele po tym jak cztery lata temu zaskoczył świat swoim wizjonerskim debiutem, The Witch. Teraz Amerykanin powrócił, żeby wpisać Lighthouse do kanonu światowego kina praktycznie w dniu premiery.

Pędząca przez grubą ścianę mgły łódź, o którą niespokojnie uderza fala za falą – a na niej dwóch latarników, starszy i młodszy. Obaj zmierzają na małą wyspę, żeby spędzić tam następne cztery tygodnie z przypisanym jednym, bardzo ważnym zadaniem. Już sam początek odrealnia, baśniowo-senna warstwa wizualna i dźwiękowa wprowadzają nas do świata, w którym kiedy gaśnie światło latarni morskiej, ciemność pochłania wszystko i wszystkich.

Drugi film Roberta Eggersa wymyka się formalnym ramom współczesnego kina. Obraz spowijają upiorne, złowrogo czarno-białe kadry, wywołując opresyjny nastrój. Nakręcony w quasi-kwadratowym formacie 1.19:1, na starej 35-milimetrowej taśmie, niesie ze sobą druzgocące poczucie intymnej bliskości i samotności zarazem, podczas gdy paskudny anturaż robi resztę: natura ma kontrolę nad latarnią morską, podobnie jak nad dwójką mężczyzn – ostatnim bastionem przed wieczną ciemnością. Nędza, błoto, brud, wilgoć i głód pozbawiają ich jednak trzeźwości umysłu, a szczególnie pokusa jarzącego się nad nimi światła, emblematu pożądania. Obaj zaczynają popadać w klaustrofobiczny koszmar, a od szaleństwa dzieli ich zaledwie jeden krok.

Cienie

Williem Dafoe and Robert Pattinson in director Robert Eggers THE LIGHTHOUSE. Credit : A24 Pictures

Podczas gdy wydawałoby się, że towarzysze niedoli próbują w jakiś sposób zawiązać relację, szybko okazuje się, że starszy strażnik (Williem Dafoe) już od samego początku będzie sprawiał problemy i stawiał rygorystyczne warunki. Nie tylko przypomni swojemu młodszemu asystentowi, kto jest szefem, ale też nie da mu odmówić wspólnego kieliszka wódki. Zasłaniając się przesądami i tradycją – odmawianie toastu przynosi pecha – wychodzi z jego ust jednym tchem wraz z masz robić, co ci każę. I choć instrukcje wskazują inaczej, bardzo szybko podporządkowuje sobie młodszego latarnika (Robert Pattinson), który zaczyna wykonywać najcięższą, najbardziej brudną harówę na wyspie.

Siadając do posiłków i prowadząc dyskusje, obu mężczyzn oświetla płomień pochodzący ze starej lampy naftowej, rzucając naokoło ogromne i przerażające cienie. W świecie, w którym dwaj latarnicy obrzucają się nawzajem nieufnością, w filmie, w którym motywem przewodnim jest światło, to właśnie w miejscach gdzie go brak, skrywa się największy strach. Widać tu wizualne inspiracje nie tylko największymi graczami amerykańskiego kina jak Hitchcockiem czy Kubrickiem, ale też metody niemieckiego ekspresjonizmu – Eggers wie, że u ludzi największy lęk wywołuje to, co nieznane, tajemnicze, schowane w cieniu. Jak powiedział kiedyś Val Lewton (Do którego również Eggers nawiązuje stylistycznie): “Jeżeli ekran będzie dostatecznie mroczny, oczami duszy odczytamy wszystko, co trzeba”.

Lighthouse to jedna z tych historii, o których wie każdy pirat, ale żaden nie odważył się jej do tej pory opowiedzieć. Beznadziejna i ponura opowieść o dwóch mężczyznach, którzy nie mają innego wyjścia, jak tylko poradzić sobie w trudnych warunkach z własną niepewnością, poczuciem niemocy oraz lękiem. W tym czasie uwodzicielskie światło latarni morskiej jest jedyną rzeczą, która wraz z alkoholem utrzymuje ich przy życiu, jednocześnie rozpraszając ich i pogrążając w otchłani.

Krzyki

Williem Dafoe and Robert Pattinson in director Robert Eggers THE LIGHTHOUSE. Credit : A24 Pictures

Warto zwrócić uwagę, że choć doświadczenie Eggersa w reżyserii spektaklów może sprawiać, że Lighthouse jest teatrem dwóch aktorów, to jednak obserwując w jakim stopniu Williem Dafoe absorbuje energię Roberta Pattinsona, ciężko nie oprzeć się wrażeniu, że to właśnie tego pierwszego przepełnia aura mistrza, naturalna skłonność do dominacji nad towarzyszem. Wynika to pewnie z tego, jakiego rodzaju warsztat posiada Dafoe. Aktor kolejny raz pokazuje, że swoją rolę potrafi zaadaptować do sytuacji w ułamku sekundy. Emocje na jego twarzy pojawiają się i znikają, a każda kolejna pozostawia po sobie wyraźną zaszłość, czyniąc ze strażnika postać do samego końca nieodgadnioną.

Inaczej, ale z identycznym skutkiem, pracuje Robert Pattinson – rozkojarzony wyraz twarzy i zlęknione oczy sprawiają, że wygląda jakby nosił spory bagaż lub mroczną tajemnicę. Z tego też powodu, jak zdradził w jednym z wywiadów, Eggers od początku to właśnie jego widział w tej roli. Jego spokój i wyrachowanie, niechęć do długich i wyczerpujących rozmów idealnie współgrają ze wściekłym i rozgadanym Dafoe.


Przeczytaj również: 5 rzeczy, za które pokochałem “Mandy”

Ostatecznie, obaj latarnicy wspólnie krzyczą, pierdzą i plują – ale to, co czyni ich obecność tak niewiarygodną, ​​to intensywność ich spojrzeń, które spotykają się w blasku świec, gdy okna skrzypią a deszcz kapie z sufitu. Te oczy widziały rzeczy, których żaden z tych niepokojących kadrów filmu nie potrafiłby pokazać. Eggers pozwala więc na pewną dozę niezrozumiałości, coś ezoterycznego, kryjącego się we mgle i psychice bohaterów.

I jest coś bardzo ludzkiego w tych prymitywnych krzykach, kłótniach i wyzwiskach. Nawet jeśli krzykiem posługują się również krążące nad wyspą mewy, które według starszego strażnika noszą w sobie dusze zmarłych żeglarzy, to ostatni wrzask należy do człowieka. Natomiast inwektywy i zelżywości to tylko parę czynników, dla których Lighthouse działa często jako czarna komedia. Absurdalna awantura o umiejętności kucharskie jednego z nich doprowadzi do pasjonującej sceny, gdzie padną najbardziej kreatywne anglojęzyczne przezwiska, na jakie może sobie pozwolić ludzka wyobraźnia (i słowotwórstwo). Eggers te intensywne sceny często rozładowuje.

Trzaski

Williem Dafoe and Robert Pattinson in director Robert Eggers THE LIGHTHOUSE. Credit : A24 Pictures

To, co na początku wydaje się być zaledwie głośnym dźwiękiem pochodzącym z latarni, bardzo szybko okaże się jednym z elementów wybijających filmowy rytm. Zatrważające, przeszywające niczym dęcie w róg, echo nie opuści nas już do końca. Twórcy bardzo dużą uwagę skupiają na montażu dźwięku, dzięki czemu każdy odgłos – czy to trzaskana skrzynia, uderzenie błyskawicy, stukanie w okno mew – mają ogromne znaczenie dla oglądającego. Na końcu w uszach wciąż pozostają pogłosy przedmiotów, fal i ciał, które uderzają i rozbijają się o gołe skały. Oczywiście o ile wcześniej nie przepadły w bezkresnej morskiej otchłani.


Przeczytaj również: Klasyka z Filmawką – “Ostatnie kuszenie Chrystusa”

Robert Eggers, który napisał scenariusz wraz ze swoim bratem Maxem, przedstawił walkę o władzę dwóch mężczyzn jako apokaliptyczne spotkanie dwóch pokoleń bez żadnych perspektyw. Nie brak tutaj tematów toksycznej męskości, frustracji seksualnej, pożądania czy tęsknoty. Jednak kanwą tej opowieści jest niesamowity wysiłek podjęty przy zbieraniu materiałów i tworzeniu dialogów na podstawie prawdziwego żargonu latarników, wyciągnięty prosto z dzienników, listów, wspomnień i raportów. Film zagłębia się w postępującą beznadzieję bohaterów, którzy stopniowo porzucają ludzkie cechy, gubią poczucie czasu i zapominają miejsce, w którym się znajdują.

Dla Eggersa to niepodważalne świadectwo niesamowitego postępu, jaki wykonał od czasu swojego debiutu. The Witch pod niektórymi względami – bez względu na to jak cudowny miała scenariusz, koncept i wykonanie – miewała momenty, które świadczyły o braku pewnej swobody autora. Lighthouse to wizja autora od początku do końca, każdy budynek widoczny w kadrze, każdy element scenografii został wybudowany lub stworzony specjalnie na potrzebę tego projektu. Sceny, w których fale czynią spustoszenie a błyskawice złowieszczo uderzają w tle naprawdę robią wrażenie. Zapewne miał na to również wpływ budżet, o którego wielkości niestety nie znalazłem informacji. Z pewnością tam, gdzie Czarownica musiała decydować się na czasami płaską scenografię i pewne kompromisy wizualne, Lighthouse zachwyca każdym kadrem, wystrojem, kostiumem i rozmachem. Przed reżyserem otworem stanął bogaty rozmach arthouse’u, a on wykorzystał to znakomicie.


Film pojawi się w kinach 29 listopada, a wcześniej będzie go można zobaczyć na festiwalach we WrocławiuToruniu!

Lighthouse powstało także w jawnej inspiracji twórczością Lovecrafta i jego koncepcją procesu poznawczego, który tak obciąża skończony umysł ludzki, że nieuchronnie prowadzi do szaleństwa. W tej historii praktycznie nieustannie można gubić poczucie chronologii, kwestionować rzeczywistość, zastanawiając się nad tym, czy to co się ukazuje na ekranie jest prawdziwe. I to bez ukazywania rzeczy niecodziennych, fantastycznych, nadzwyczajnych. Choć i takie się oczywiście pojawiają – w końcu jesteśmy na wyspie z latarnią. To miejsce, które idealnie nadaje się, aby przynajmniej częściowo poruszać się wokół mitów, bogów i legend.

Eggers pokazuje swój świat na wskroś pesymistycznie, a jego bohaterowie są skazani na porażkę – zmuszeni albo do ucieczki od prawdy aby ocalić życie, albo do zajrzenia w czeluść, stracenia zmysłów i stania się częścią koszmaru. Drugi już raz Amerykanin cofnął się w czasie i wszedł w relacje międzyludzkie, aby zadać pytanie o strukturę odwiecznej grozy, naszej cywilizacji i granic ludzkiego umysłu. Tym razem z  elementami humorystycznymi, nie rezygnując jednak z pokazywania rzeczy przerażających. Tylko, że zamiast Cthulhu pokazał to, co mogą w sobie kryć cienie, krzyki, trzaski – i każdy z nas.


4.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.