Wywiady

“Kino musi być wyraźnym, aktualnym głosem politycznym” – Markus Schleinzer, reżyser “Angelo” [WYWIAD]

Szymon Pietrzak
Österreichischer Filmpreis 2019 / cc: Manfred Werner

Zanim przeczytacie wywiad, chciałbym Wam lekko nakreślić kontekst sytuacji politycznej w Austrii. Rozmowę przeprowadziłem z Markusem Schleinzerem w sierpniu tego roku. Było to krótko po tym, jak rządząca w Austrii od grudnia 2017 roku koalicja partii chadeckiej (ÖVP) z prorosyjską skrajną prawicą (FPÖ) rozpadła się po tym, jak wyciekło kontrowersyjne nagranie z liderem mniejszego koalicjanta. W drugim pytaniu poruszony został wątek specjalnego manifestu, zatytułowanego #KlappeAuf, który powstał w lutym 2018 roku, jako odpowiedź na skrajnie prawicową atmosferę rozlewającą się po kraju. Więcej o manifeście, jego treść i założenia organizacji przeczytacie w języku angielskim tutaj.


Przeczytaj również recenzję jego najnowszego filmu, “Angelo”.

Szymon Pietrzak: Jak natknął się Pan na postać Angelo Solimana i jego niesamowitą historię?

Markus Schleinzer: Na postać Solimana wcale nie trzeba się nijak natykać. Jego historia – nieco słodka, ale przede wszystkim tragiczna – była mi już znana od czasów dzieciństwa i chodziła za mną całe życie. Mój pierwszy film, Michael, był przede wszystkim surowy, bo ze względu na poruszany w nim temat nie mogłem sobie pozwolić na żadną formalną zmysłowość. A jako że od dawna bardzo chciałem zrobić coś kreatywnego, to pomysł na film kostiumowy leżał na wyciągnięcie ręki. Wybrałem więc historię Angelo Solimana, jego postać ma w sobie coś, co mnie zawsze bardzo interesowało. Jest inny, samotny, zmarginalizowany przez społeczeństwo. Budzi to moją ciekawość dlatego, że symbolizuje bardzo ważną cechę naszej cywilizacji – chwiejną postawę wobec obcych. Ludzie, którzy dziś są częścią naszego społeczeństwa, jutro mogą zostać z niego wykluczeni. I żyjemy teraz – zarówno w Europie, jak i na całym świecie – w czasach, kiedy znów “margines” i “ludzie z zewnątrz” są częstym tematem debaty publicznej, stając się pionkami w grze polityków i opiniotwórców. A dla mnie takim sejsmografem każdego społeczeństwa jest to, jak traktuje obcych lub tych znajdujących się na marginesie. To bardzo prosty model społeczny – ci, którzy mają najwięcej punktów wspólnych z innymi, tworzą tak jakby jego centrum. Im mniej tych zbiorów wspólnych się ze społeczeństwem ma, tym bardziej schodzi się do marginesu. W efekcie, ci którzy są w jego centrum, patrzą na marginesy i próbują je obcinać, tworzyć coraz mniejszy krąg, a w efekcie końcowym coś z tymi, którzy nie pasują, próbują zrobić.

Kadr z filmu “Angelo”

W związku z takimi ruchami, podpisał Pan przed rokiem manifest Klappe Auf wraz z innymi twórcami filmowymi w Austrii. To było co prawda jeszcze za czasu poprzedniego rządu, ale jak ten manifest Pana zdaniem zadziałał? 

Myślę, że największym sukcesem tej akcji, było ponowne uświadomienie sobie, że jako twórcy filmowi tworzymy obrazy, które niosą za sobą pewną odpowiedzialność i znaczenie. Musimy szczególnie dziś, w dobie zwiększonej naiwności, jeszcze mocniej zastanowić się, co tymi obrazami możemy poruszyć. Oczywiście, nie chodzi o to, żeby krytykować kino rozrywkowe, wciąż powinny wychodzić takie filmy jak Love Machine (2019, reż. Andreas Schmied). Nie chodzi o to, żeby teraz każda produkcja dotyczyła bieżących, skomplikowanych tematów, ale uważam, że nie możemy sobie nadal pozwalać na naiwniactwo. Kino, tak jak to robiło do tej pory praktycznie zawsze, musi być wyraźnym, akutalnym głosem politycznym. Ja chcę być każdego dnia, tak w moim prywatnym życiu, jak i w zawodowym, politycznie aktywny. I myślę, że nasza akcja pomogła wielu ludziom uświadomić lub przypomnieć sobie, że film jest i był politycznym medium. 

Czyli Pańskim zdaniem nie da się oddzielić sztuki od polityki?

Myślę, że nie da się w ogóle oddzielić życia od polityki. Wszystko w naszym życiu ma wymiar polityczny, zawsze i wszędzie. Sama definicja tego pojęcia sugeruje, że każda forma jakiegoś wspólnego bycia jest polityką. Nawet odmowa udziału w polityce, ma wymiar polityczny. Niegłosowanie i niebranie udziału w polityce jest silnie oddziaływającą akcją polityczną i trzeba to sobie uświadomić. Tak długo, jak jeszcze będziemy jako ludzie koegzystować na tej planecie, wszystko będzie związane z polityką. 

Jeśli więc po wyborach wyklarowałby się jakiś nowy manifest, to by go Pan podpisał?

To oczywiście zależy, co by w nim zostało napisane. Na pewno nigdy nie zrezygnuję z bycia człowiekiem zaangażowanym politycznie. Nie uważam też, że wraz z upadkiem rządu minął prawicowo-populistyczny klimat. Ten klimat był tu już na długo przed tym rządem, jeszcze za czasów rządów socjaldemokratów z chadekami. Jest duża różnica między tym, jakie są wyniki wyborów i późniejszych koalicji, a tym, co siedzi w ludzkich sercach i umysłach. I moim zdaniem Austria jako kraj już dawno skręciła w prawo. Ale to nie jest kwestia tylko i wyłącznie rządów, bo politykę uprawiają nie tylko politycy, ale my wszyscy, całe społeczeństwo. 

Stara się Pan być politycznym nie tylko w życiu prywatnym, ale także jako reżyser. W przypadku “Angelo” nie obyło się formułowanych w pańską stronę przez krytyków zarzutów o rasizm. Jak duże jest ryzyko nieporozumień, gdy zajmuje się w filmach tematami tabu?

Ryzyko jest naturalną częścią tej aktywności. Publiczność nie jest przecież jedną osobą. W idealnym przypadku publiczność składa się z wielu przeróżnych indywiduów. I to naturalne, że opinii o filmie będzie równie dużo, co osób, które go zobaczyło. Nie możesz robić filmów tego typu i liczyć, że każdy będzie cię klepał po plecach i wyznawał miłość. Kiedy chcesz, żeby twoje filmy były zapalnikiem dyskusji, musisz mieć to naprawdę na myśli i być na to przygotowanym. Nie możesz jednocześnie chcieć wywołać dyskusję i odcinać ludzi, którzy mają inne zdanie niż ty. Taka filmowa dyktatura jest niemożliwa. “Angelo z wielu powodów jest nazywany rasistowskim. Mogę to jedynie zaakceptować, ale nie mogę tego zrozumieć. Uważam, że takie zarzuty można łatwo zweryfikować, doczytując nieco więcej o temacie filmu. Podobnie było przy moim poprzednim filmie. Zarzucano mi, że zbezczeszczenie niewinności dzieci przez domniemanie wojerystyczne skłonności. Michael to był jeden z pierwszych filmów o tej tematyce, ciężko było go w ogóle wprowadzić do kin. 

kadr z filmu “Michael”

Słyszałem głosy, że przedstawił Pan pedofila zbyt ludzko. 

Zadaniem tego scenariusza było pokazać to, co w nas straszne, ale też z jaką łatwością my jako społeczeństwo mówimy o kimś jak o potworze. Nie wiemy, jak sobie radzić z pewnym ludźmi, odraza do nich prowadzi do degradacji ich ze statusu człowieka do potwora. I to podejście jest zrozumiałe, lecz w dyskusji nie prowadzi nas nigdzie dalej, zabija ją. 

Pokazywanie tego podejścia i naszych najgorszych cech bardzo przypomina styl Michaela Hanekego, który chyba miał na Pana bardzo duży wpływ, prawda?

Michael na pewno mnie ukształtował. Jest dla mnie najważniejszym i najbardziej poruszającym artystą. Ale ukształtował mnie na pewno na innej zasadzie, niż jego studentów i studentki. Ludzie, którzy się u niego uczyli – jak na przykład Jessica Hausner – mają trochę inne podejście niż ja. Nigdy nie byłem jego studentem, pracuję w branży filmowej odkąd miałem 18 lat. Miałem nijakie pojęcie o kinie arthouse’owym, bo wychowałem się na tym, co serwowała mi telewizja. Kiedy byłem w Cannes z moim pierwszym filmem, jakiś francuski dziennikarz chciał go porównać z filmami Roberta Bressona i musiałem mu odpowiedzieć, że przepraszam, ale nie widziałem jeszcze żadnego filmu Bressona – a miałem wtedy 38 lat. Nic się nigdy nie uczyłem, nic nie studiowałem, kino mnie zainteresowało nie dlatego, że poruszył mnie jakiś obraz, a tylko dlatego, że obserwowałem Hanekego przy pracy. Od samego początku brałem udział w intensywnym procesie twórczym przy większości jego projektów. Energia, jaką ten człowiek w sobie ma, zrobiła na mnie niesamowite wrażenie i zawsze próbuję w pierwszej kolejności właśnie to przenieść na swój własny proces tworzenia. 

Jeśli chodzi o treść, to obaj wywodzimy się z tego samego austriackiego kręgu, zdołał się w tym austriackim kinie arthouse’owym wytworzyć pewien oddzielny język filmowy i staram się na tej płaszczyźnie pracować. Zrobiłem do tej pory dwa filmy, już zajmuje się tworzeniem nowego. Gdy przyglądam się tym trzem projektom, to najbardziej kocham w nich tę artystyczną podróż. Zarówno “Michael”, jak i “Angelo” czy nadchodzący projekt “Rose” poruszają tematy, z którymi nie potrafię sobie poradzić jako osoba prywatna, bez zaangażowania i przepracowania ich w procesie twórczym. To, jak prowadzę research przy tworzeniu filmów, jest równie interesujące, przerażające, bolesne jak sztuka performatywna. Tak jak pani Abramović konfrontuje się ze swoimi odbiorcami, tak ja silnie konfrontuje się ze swoimi tematami. To taki eksperyment, którego często jestem niepewny, mam wątpliwości co do swojej postawy wobec danych tematów i muszę sam siebie testować, tak żeby na końcu być przed publicznością i przed samym sobą całkowicie szczery. 

Pisząc historię Angelo Solimana porusza się Pan między filmową fikcją a faktami historycznymi. Jak one się między sobą poruszają?

Jedyne fakty, jakie o nim znamy to początek i koniec jego życia, kiedy to został wypchany i na 10 lat wystawiony jako wystawa w muzeum, a później spłonął. To jedyne fakty historyczne.

A reszta historii, jego życie, to wyłącznie Pana interpretacja.

Dokładnie. Przy czym próbowałem podejść do tego z dużą wstrzemięźliwością. W tym wszystkim interesowało mnie szczególnie to, jak wiele fałszywych anegdot czy wpisów można znaleźć o tym człowieku w internecie. Jak na przykład, że Angelo skomponował i wystawił operę. Nie wiem, skąd ci ludzie to biorą – Wiedeń to naprawdę małe miasto, dowody na takie rzeczy by się po prostu musiały zachować, jakieś notatki, cokolwiek. Soliman jest tak interesującą postacią nie ze względu na to co zrobił, ale na to ile ciężaru musiał unieść i znieść. Czarna społeczność w Wiedniu jest naprawdę mała, z tego co wiem to jakieś 40 tysięcy ludzi, w moim środowisku też znajdują się osoby czarne. I wiem, że na co dzień spotykają się ze spojrzeniami ludzi – nawet jeśli nie są to spojrzenia rasistowskie, a wynikające wyłącznie z jakiejś ludzkiej naiwności, to i tak potrafią być bolesne. Wiem, że ci ludzie mają niejednokrotnie dość bycia innymi.

Pamiętam taką zabawną historię jak David Alaba, jeden z naszych najbardziej utalentowanych piłkarzy, na początku swojej kariery miał spotkanie z prezydentem Heinzem Fischerem, którego bardzo lubię, i prezydent gratulując mu, zaczął do niego mówić po angielsku. Po prostu jakoś sobie połączył, że czarna skóra to na pewno nie umie po niemiecku. I Alaba mu odpowiedział, że mogą przecież rozmawiać też po niemiecku. I nie uważam, że to zachowanie Heinza Fischera wynikało z rasizmu, a ze zwyczajnej naiwności. Ale to też niesie za sobą jakiś ból, jakiś ciężar. I jestem w stanie zrozumieć, że dla czarnej społeczności Soliman jest kimś w rodzaju bohatera. Wiem to sam po sobie – czasem potrzebujemy kogoś, kto przetarł szlaki, postawił kroki, za którymi można po prostu podążyć. Można się naprawdę zmęczyć cały czas być tym innym; tym który musi zrobić coś, czego nikt nie zrobił wcześniej. Czasem chciałoby się być po prostu częścią społeczeństwa, jakoś się wreszcie wtopić i odetchnąć. No bo skoro wszyscy wokoło głosują na FPÖ, to może oni mają rację? Być innym niż wszyscy jest naprawdę ciężko. I potrafię zrozumieć, że tacy ludzie potrzebują kogoś, kto mógłby być ich bohaterem, przykładem. Kogoś, kto byłby emancypacyjnym impulsem. Oprócz samego Solimana, istnieje też niesamowicie wiele materiałów dotyczących jego córki, Józefiny. I również tam jest wiele inspiracji do znalezienia. 

potrafię to zrozumieć, choć nie uskuteczniam tego w swoim filmie. Rozumiem, że jakaś część czarnej społeczności poczuła się zawiedziona po “Angelo”, bo postać Solimana w filmie nie jest żadnym herosem czy superbohaterem. Z moich poszukiwań nie wyniknął taki obraz. Nie rozumiem też takiego przywiązywania uwagi, do tego, jak Soliman władał językami. Mówił po prostu językami, które były ważne i używane w jego otoczeniu. Podobnie moja babcia mówiła w 4 językach, bo w tylu się wychowała (węgierski, rumuński, niemiecki i francuski). Myślę, że Soliman był bardzo mądrym człowiekiem i potrafił się niesamowicie dobrze dopasować. Naturalnie, że to był pewnego rodzaju sukces – bo przecież sam tego chciał. To, co przeżył na tej łodzi w drodze do Europy, kiedy zobaczył, jak biali traktują dzieci jemu podobne. I nie dość, że zostawiło to po sobie jakąś traumę, to przede wszystkim musiało mu uświadomić, że nie chce znów wrócić do statusu “dzikiego czarnucha, nie-człowieka” i próbował zrobić wszystko, aby żyć na lepszym poziomie. Ale tego superemancypacyjnego czynnika, niestety, osobiście w tej historii nie dostrzegam. Próbowałem też nie stawiać się w roli człowieka rozumiejącego czarną społeczność, jej duszę. Myślę, że “Angelo” nie jest wyłącznie filmem o posiadaniu czarnej skóry, to tylko przyczynek. Mógłbym zrobić taki sam film o kimś, kto ma odmienne poglądy polityczne, odmienną seksualność czy wyznanie. Koniec końców to film o nas – być może jako białym społeczeństwie – ale przede wszystkim o nas i o tym, jak traktujemy i jak patrzymy na innych. I myślę, że to jest najbardziej bolesny aspekt filmu. 

kadr z filmu “Angelo”

Wracając do czarnej społeczności w Wiedniu, o której mówił Pan, że jest tak mała. Chciałem zapytać – z tego względu, że jest Pan również dyrektorem castingowym u Hanekego – jak skomplikowany był proces dobrania aktorów do “Angelo”?

Jako, że szukaliśmy nie tylko w Austrii, ale też we Francji, zdziwiłem się, że ta branża potrafić być tak rasistowska na tak szeroką skalę. Wytworzył się niesprawiedliwy wobec czarnych system, w którym jedyne propozycje ról, jakie otrzymują to albo diler narkotyków, albo ewentualnie gangsta raper. I oni muszą w tym systemie funkcjonować, godząc się na takie propozycje jakie są, bo przecież muszą jakoś zarobić na życie. Powoli się to zaczyna zmieniać, ale bardzo powoli.

Ostatnie pytanie. Dwa lata temu austriacka reżyserka Barbara Albert również stworzyła doceniany na międzynarodowych festiwalach film kostiumowy, Mademoiseille Paradis. Czy chciałby Pan, aby w Austrii pojawiało się więcej filmów z tego gatunku?

Mój nowy film prawdopodobnie znów będzie kostiumowy, jeśli uda mi się otrzymać fundusze. Jeśli chodzi o filmy kostiumowe Austria ma niesamowitą tradycję, która została przerwana przez II wojnę światową. Później przez prawie 30 lat nie istniała na dobrą sprawę austriacka branża filmowa, nie licząc tych filmów z ludźmi w skórzanych spodniach. 

Ma Pan na myśli powstały gatunek Heimatfilm, tak?

Dokładnie. To filmy, które moim zdaniem były przede wszystkim filmami dla turystów, w głównej mierze służące budowaniu naszego statusu ofiary i odcinaniu od nazizmu. Oczywiście, że społeczeństwo austriackie potrzebowało czegoś takiego, żeby się odbudować, ale jednocześnie wpadliśmy w pułapkę ekstremalnego oszukiwania samych siebie. Dopiero później tacy artyści jak Jelinek, Bernhard czy Haneke odważyli się ten obraz zburzyć i pokazać, jacy jesteśmy naprawdę. Ale tak, jestem fanem inteligentnych filmów kostiumowych i historycznych, więc jeśli nadejdzie coś ciekawego – z chęcią go obejrzę. 

Dziękuję za rozmowę. 

Również dziękuję.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.