“Miszmasz, czyli Kogel Mogel 3”, albo “M jak miłość wg Gaspara Noé” [RECENZJA]

Pierwsze wspomnienie pamiętam jak przez mgłę. Słabo odbierający telewizor kineskopowy na strychu campingowej świetlicy, niedomagające już PRL-owskie głośniki i jeden kanał na krzyż. Cowieczorny wspólny obozowy seans stanął wówczas pod znakiem klasycznej komedii, jaką niewątpliwie jest Kogel Mogel. Parę miesięcy później do zestawu – już na bardziej przyswajalnym technicznie gruncie – dołącza druga część – Galimatias, którą to obejrzę jeszcze, często nie do końca z własnej woli, parę razy. Niemniej jednak, mimo bycia umiarkowanym fanem serii, wieść o trzeciej części Koglu Moglu wywołała we mnie bardzo znamienne zakrztuszenie się śmiechem i następujące po nim pytanie “A po co?”. Na szczęście “ja” z przyszłości mogę już sobie na to pytanie odpowiedzieć: “Po to, byś wreszcie zobaczył najgorszy film swojego życia”.

Zanim jednak przejdę do krytyki filmu per se, spróbujmy zrozumieć po co powstała trzecia część “Kogla – Mogla”. Zdaje się bowiem, że z całym szacunkiem do popularności pierwowzoru, nikt, w tym nawet najbardziej zagorzali fani, nie czekał na kontynuację perypetii Kasi Zawady (Grażyna Błęcka-Kolska). Nikt również nie wierzył, że okaże się on być hitem finansowym, gdyż samozwańcza “plejada gwiazd” przypomina bardziej odpustowe mrożonki spod budki na jarmarku w Świętochłowicach, niźli faktycznie popularnych aktorów (nawet jak na poziom tvn-owskich romkomów). Pomijając już nawet mój sceptycyzm do całej produkcji, jest ona całkowicie niepotrzebna, iście archaiczna od samego momentu narodzenia się pomysłu, a przy okazji, już na etapie scenariuszowym, wierutnie głupia. Czas odwiedzić kręgi piekielne zamieszkiwane przez twórczość Ilony Łepkowskiej.

W jednej z pierwszych scen pojawia się Mikołaj Roznerski. I mimo że jego rola będzie zdumiewająco krótka, a pierwszy amant polskiego kina wygłosi zaledwie trzy kwestie dialogowe, spełnia on rolę symboliczną. Nie da się bowiem ukryć, że jest on ostatnimi czasy nieodłączną częścią polskiego kina klasy P. Znamienne jest jednak, że nawet dla niego poziom “Miszmaszu” okaże się tak słaby, że już na początku postanawia uciec z planu. On – fatum polskiego paździerza, egzemplifikacja powiedzenia “casanova z Ursynowa” – znika w popłochu z ekranu już w prologu. A my zaczynamy rozumieć, że prawdziwa zabawa dopiero się zaczyna.

Największym problemem jaki mam z Koglem moglem 3 jest zdefiniowanie tego, o czym opowiada. Możemy wskazać parę wątków – Marcina (Nikodem Rozbicki), który na strychu hangaru babci zaczyna uprawiać marihuanę (w końcu wrócił z HOLANDII, a tam NARKOTYKI są legalne – chciałbym tutaj hiperbolizować ale o tym de facto jest jego wątek), Kasi, która jest…… nieszczęśliwa (?) i samotna, Profesor Wolański dużo pije i ma dość swojego życia, a Barbara Wolańska (Ewa Kasprzyk) odnalazła swój punkt G i daje swojemu Yorkowi Shakirze – uwaga, zabawny żart – dildo do lizania na antenie programu śniadaniowego. W skrócie – “Miszmasz” traktuje swój tytuł bardzo dosłownie i łączy w sobie popłuczyny po koglu-moglowskim benefisie, tani romans, kampanię antynarkotykową oraz surrealistyczny atak na krasnale ogrodowe w rytm “Bohemy” Wilków.

Kogiel Mogiel 3 de facto trudno nazwać filmem. Jest to bardziej dziwny zlepek mniej lub jeszcze mniej udanych żartów, przy których Kabaret Skeczów Męczących uchodzi za rodzimą inkarnację trupy Monty Pythona. Dlatego też odwdzięczę się reżyserowi Kordianowi Piwowarskiemu pięknym za nadobne i opiszę trzy najbardziej absurdalne, tryskające pastiszem gagi.

I – Na pohybel Krasnalom

Kluczowym żartem dla całego filmu będzie stan uniesienia narkotykowego, objawiającego się tutaj w postaci zielonego skręta, który przywozi wcielony demon w postaci Marcina. Gdy jednak diabelski towar znajdują Goździkowie i decydują się zapalić szatańskie dzieło zniszczenia, otrzymujemy sześciominutową sekwencję, której nie powstydziłby się David Lynch. Otóż nasza para emerytów siada za kierownicą ciągnika i jedzie zniszczyć sołtysowi krasnale ogrodowe (które ten kombajn – o zgrozo – dosłownie je), obrzucić zgniłymi pomidorami dom starosty (w tej roli majestatyczny Wiktor Zborowski), by wreszcie stanąć oko w oko z radiowozem i ruszyć na niego pełną parą, potęgując wrażenia iście belzebubskim śmiechem. W tym całym ekranowym żarcie znamienne są nawet reminiscencje “Climaxu” Gaspara Noe, problem w tym, że cała absurdalność sytuacji w pewnym momencie nas przerasta, a zjazd narkotykowy jawi się jako ceremonia przejścia, gdy wkraczamy w świat zwierzęcego kampu, z którego już nie ma ucieczki

II – Jak znalazłam punkt G

Wątek Barbary Wolańskiej wyskakuje na nas znikąd i prawie nokautuje. Pomijając już wspomnianą scenę z psim fellatio, czy też opowieść o rozmowach z łechtaczką (przy której nawet profesor Lew Starowicz mógłby się z lekka zarumienić), największą eksplozję obrzydliwie dosłownych żartów z erotyki otrzymamy dopiero po wykładzie o dietach cud. Trudno bowiem inaczej traktować makietę promocyjną przyniesioną do domy przez Wolańską, która w okolicy sfery intymnej kobiety ma przyczepioną tarczę strzelecką z namalowanym na środku punktem G. Trudno także pojąć, czemu kreowana na femme fatale femina za cel swojej nienawiści obiera swoją córkę graną przez Aleksandrę Hamkało. Pomijając już ten odstraszający seksizm i uprzedmiotowienie Oli, trudno jakkolwiek uwierzyć w to, że ktokolwiek uznaję Hamkało za brzydką i nieatrakcyjną dziewczynę. Nie wiem co chciała ugrać tym “wątkiem” Łepkowska, ale wyszedł jej dziwny mariaż Greya z Kamasutrą za pięć złotych okraszoną żartami z ostatniej strony Super Expressu, gdzie słowo sex nadal wzbudza ciarki podniecenia.

III – Panie i panowie: Zenon Martyniuk

Umówmy się – ten film nie mógł się skończyć inaczej. Gdy bowiem wodzirej wieczoru krzyczy “Czekaliście na niego całą noc – Zenon Martyniuk“, a na scenę do legendarnego wokalisty discopolo dołącza wijąca się wokół niego Katarzyna Skrzynecka (co spowodowało, że przed oczami stanęła mi scena z Festiwalu w Opolu, gdy wraz z polskim Eminemem prowincji, Mezo, wykonywała równie przaśny utwór o symptomatycznym tytule “Opluj.pl”), na sali rozpoczęła się niema modlitwa o napisy końcowe. Bowiem sam Zenek, człowiek który niejedno w swoim życiu zapewne widział, miał wymalowaną w oczach, iście kmicicowską rozpacz, która zadawała się mówić “Boże, cóżem ja uczynił”.

Co jednak chyba najciekawsze jeśli chodzi o interpretację całego “Miszmaszu”, jest to jak bardzo ten film przypomina wprawki reżyserskie i iście historiograficzną podróż przez trendy w filmie. Od czystego slapsticku, gdy Rozbicki przez parę scen siłuje się w swojej limuzynie z drzewkiem z Holandii, przez niewybredne rasistowskie żarty (przy których “Murzynek Bambo” zdaje się być najbardziej otwartym światopoglądowo przykładem poezji polskiej) rodem z kina późnego PRL-u i sekwencje pościgów niczym w ‘Szybkich i wściekłych”, aż do kina LGBTQ (choć nadal mam wątpliwości czy jest on przedstawiony w pozytywnym czy też negatywnym świetle). Piwowarski staje się bowiem takim samym Woodym Allenem, co Tommy Wisseau Jamesem Deanem.

W tym wszystkim najbardziej mi żal Aleksandry Hamkało, Grażyny Błęckiej-Kolskiej i widowni. Hamkało dlatego, że jest najjaśniejszym punktem produkcji, starając się troszkę utemperować bardzo irytujące i rozbuchane ego Nikodema Rozbickiego, Błęckiej-Kolskiej dlatego, że w “Ułaskawieniu” pokazała, że nadal tkwi w niej wielki potencjał, z tym że – również przez pryzmat prywatnych tragedii – nie jest on już komediowy. Wreszcie widzów, szczególnie tych starszych, gdyż przed rozpoczęciem seansu widziałem pewną ekscytację na twarzy starszego małżeństwa, dla których z wychwyconej przez moje ciekawskie ucho historii, było to pierwsze od trzech lat wyjście do kina. Niestety na napisach końcowych pękło mi serce, gdyż lekko zawiedziona pani powiedziała, że to chyba ostatni seans w kinie, bo już słabe filmy robią.

Miszmasz, czyli Kogiel Mogiel 3 to jedna z najbardziej bezwstydnych prób wyciągnięcia pieniędzy od starszych osób, będąca filmową egzemplifikacją metody na wnuczka. Dlatego też jeśli wasi dziadkowie mają w planach pójść na film Piwowarskiego, odwiedźcie ich od tego pomysłu. Jeśli natomiast sami nie macie planów na najbliższy tydzień, a chcielibyście odpłynąć do filmowego Hadesu, z którego aż kipi zgnilizną żenady i przaśności – to to jest film dla was. BA! Nie zdziwi mnie jeśli za paręnaście lat uzyska on status kultowego i będzie oglądany na wspólnych sesjach kinematograficznych doznań masochistycznych. Mam jednak nadzieję, że tylko tam.


0/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.