KomiksKultura

“Moon Knight” – stygmatyzacja leczenia chorób psychicznych? [RECENZJA]

Andrzej Badek
Moon Knight recenzja egmont
Fragment okładki Moon Knighta fot. Materiały prasowe

Moon Knight to jeden z superbohaterów ze stajni Marvela. Po raz pierwszy pojawił się w komiksowym świecie w 1975 roku; pierwotnie jako antagonista, ale szybko został wcielony do barwnej plejady “dobrych” jako bohater, który w swojej działalności zwalczania przestępstw funkcjonuje w nieco podobny sposób co Batman. Z tą różnicą, że Moon Knight cierpi na poważne zaburzenia osobowości.

Choć zagadnienie podwójnej osobowości dotyczy większości herosów, Moon Knight wyróżnia się na ich tle posiadając ich nie dwie, lecz znacznie więcej. Gdy nie przemieszcza miasta w białym stroju, zdarza mu się być zamożnym producentem w Hollywood – Stevenem Grantem, kierowcą taksówki – Jakiem Lockleyem, czy nawet pilotem kosmicznego myśliwca.

W każdej z tych ról jest wysłannikiem staroegipskiego boga Khonshu. Czy aby na pewno? A może Marc Spector, bo tak brzmi jego prawdziwe imię, to tak naprawdę ciężko chory człowiek, a wszystkie jego przygody to efekt urojeń?

Te pytania stanowią punkt wyjścia dla utworu Jeffa Lemire’a Grega Smallwooda. Akcja komiksu zaczyna się w szpitalu psychiatrycznym, ale bardzo szybko uświadomimy sobie, że wędrówka głównego bohatera nie ograniczy się do przybytku, stacji metra i ulic miasta. Łamiąc wszystkie zasady decorum, autorzy przerzucają nas w różne miejsca czasu i przestrzeni.

Zabieg ten to zdecydowanie najmocniejszy atut komiksu. Nasz bohater jest w ciągłym biegu, ale środowisko wokół niego nieustannie ulega zmianom. W jednej chwili kieruje taksówką, żeby po przewróceniu strony znaleźć się w urządzonej z przepychem willi, albo za sterami ostrzeliwanego statku kosmicznego.

Wraz ze zmianą otoczenia gwałtownej zmianie ulega też kolorystyka i choć nie ma tu miejsc na jakieś szalone popisy artystyczne, poszczególne lokacje różnią się na tyle, że kolejne gwałtowne przeskoki nie przestają nas zaskakiwać.

Przeczytaj również:  "Saga Winlandzka" - manga, wikingowie i wspaniałe bitwy! [RECENZJA]
Moon Knight recenzja egmont
Niekiedy chaotyczny układ kadrów pozwala zobrazować poszatkowaną osobowość bohatera fot. Materiały prasowe

Ludzka psychika od zawsze stanowi przedmiot inspiracji artystów; pisarzy, malarzy czy rysowników. A w świecie komiksów superbohaterskich został ustalony nawet specyficzny kanon, jak należy przedstawiać ośrodki psychiatryczne.

Przed oczami z pewnością stanęły Wam już obrazy Rorschacha ze Strażników w trakcie terapii, ewentualnie zamknięte pokoje badań w koszmarnym Arkham Asylum, w których gościli najbrutalniejsi przeciwnicy Batmana.

I choć psychiatria jako dział medycyny istotnie rozwinęła się na przestrzeni ostatnich dekad, to obraz szpitala psychiatrycznego w Moon Knight jest niemalże tożsamy z tym, który został ukuty dziesiątki lat temu. Podstępni lekarze, którzy nie dowierzają pacjentom i szprycują ich lekami. Sanitariusze, którzy z użyciem pałek znęcają się nad podopiecznymi. Obraz szpitala jako miejsca, które na celu ma nie leczenie ale izolację chorych. To wszystko w dalszym ciągu standard.

Scenarzyści ubierają to wszystko w postmodernistyczną otoczkę, biorą temat w nawias, dystansują się. Ostatecznie komiks to historia superbohatera, który dla odmiany nie stawia czoła złu, które jest na zewnątrz, ale temu które czai się w samym jego środku. Działa to dobrze i z pewnością wystarczy, żeby uznać, że dzieło stoi po “jasnej stronie mocy”.

Zastosowanie tej utartej w umysłach ludzi symboliki wywołuje we mnie ambiwalentne uczucia. Z jednej strony rozumiem twórców, którzy postanowili odwołać się do tematu wielokrotnie eksploatowanego i jednocześnie połączyć rozrywkę z nieco poważniejszą problematyką. Z drugiej, dokładają cegiełkę do utrwalenia tych najgorszych i stygmatyzujących stereotypów.

Przeczytaj również:  "Siła ognia", czyli piękny manifest ekokina [RECENZJA]

Jak choćby taki, że należy konfrontować urojenia z rzeczywistością. To pierwsze co robi lekarka w rozmowie ze Spectorem, a na przestrzeni jednego tygodnia zetknąłem się z tym samym podejściem u terapeutki w pierwszym tomie Gideon Falls. Takie podejście nie ma sensu i sprzeczne jest z medycznymi wytycznymi z prostej przyczyny: pacjenci cierpiący na urojenia są wobec nich bezkrytyczni i jakiekolwiek uwagi pod adresem zaburzonych procesów myślowych odbiją się od ściany.

Przez ostatnie lata udało się zwiększyć społeczną świadomość na temat depresji. Niesławne podejście “masz depresję? idź pobiegaj” stało się już poniekąd memem, który wyśmiewa brak świadomości istnienia choroby. Niestety, podejście “masz urojenia? Weź się w garść i zacznij logicznie myśleć” w dalszym ciągu ma się dobrze. A z nim wiąże się duży sceptycyzm do leków przeciwpsychotycznych, które w przypadku takich objawów są jedynym skutecznym rozwiązaniem.

Moon Knight recenzja egmont
Staroegipski bóg Khonshu. Geneza i historia postaci Moon Knighta są silnie związana z egipską mitologią. fot. Materiały prasowe

Zeszłoroczny Joker z niezawodnym Joaquinem Phoenixem potraktował wsparcie psychiatryczne jako daleką od doskonałości, ale bodajże jedyną pomocną dłoń, którą społeczeństwo wyciągało w kierunku ludzi pokroju Arthura Flecka. Choć obraz daleki był od doskonałości, pochylił się nad tym, jak istotnym i złożonym zagadnieniem jest zdrowie psychiczne.

Cieszę się, że komiksowe światy poruszają tę tematykę. Moon Knight robi to o tyle dobrze, że zwyczajnie doskonale się go czyta i stanowi rewelacyjną rozrywkę. Chciałbym jednak, żeby twórcy, gdy już zdecydują się sięgnąć po takie zagadnienia, zgłębili temat i zamiast powielać stereotypy, stawili im czoła. Każdy świat stanie się wtedy trochę lepszy: ten rzeczywisty i te, po których biegają Batman czy Moon Knight.

Jedna odpowiedź do ““Córka Draculi” – Chrońcie swoje niewiasty przed lesbijką o ostrych kłach [CAMPING #64]”

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.