KomiksKultura

“Mroczna otłchań”- Wielkie rekiny i antyczne cywilizacje, czyli blockbuster po francusku [RECENZJA]

Michał Skrzyński

Pamiętacie te wszystkie delikatnie pulpowe historie, w których nagle okazuje się, że świat nie jest taki, jak się wydaje? Wiecie – Święty Graal istnieje, potwór z Loch Ness to nie bujda, a wpływowi ludzi od dawna ukrywają rzeczy, które się filozofom nie śniły. Zwykle logika nie stoi tam na pierwszym planie, a do dobrej zabawy wymagane jest zawieszenie niewiary. Jeśli przyszły Wam teraz do głowy jakieś konkretne tytuły, które ciepło wspominacie, to prawdopodobnie jesteście potencjalnymi odbiorcami Mrocznej otchłani.

Mroczna otchłań (w oryginale Carthago) to pierwszy na Filmawce typowy frankofon. Czym dokładnie są frankofony, możecie przeczytać w tym tekście: Powieści graficzne, zeszyty i albumy – Jak zacząć czytać KOMIKSY? Krótko tylko przypomnę, że to wydawane w albumach francuskie lub/i belgijskie serie skupiające się przede wszystkim na dostarczaniu rozrywki. W Polsce Egmont zaprezentował nam wydanie zbiorcze pierwszych trzech z dziesięciu wydanych na ten moment albumów. Za scenariusz odpowiada Christophe Bec, francuski scenarzysta i rysownik, który ma na koncie kilka głośnych serii. Tym razem nie rysował jednak on, a Éric Henninot (pierwsze dwa albumy) i Milan Jovanović (trzeci album). Dodatkowo muszę wspomnieć, że każdy album kolorowała inna kolorystyka/kolorysta. Dlaczego muszę? Ponieważ nawet laik zobaczymy różnicę między pierwszą a drugą częścią.

Pierwszy album wręcz odrzuca. Kolory są brzydkie, gubią się pod nim kontury i tusz, a w wielu miejscach widać pośpiech lub niechlujstwo. Zmienia się to w drugiej części – tła są ciekawsze, kolory lepiej dobrane i nie mamy wrażenia, że w trakcie procesu dobierania barw zniknęła gdzieś połowa pracy rysownika. Ten zaś, podobnie jak potem Jovanović, spisuje się dosyć przeciętnie. Nie jest to z pewnością najładniejszy frankofon na tynku, a sceny rozgrywające się na powierzchni w świetle dnia wypadają naprawdę słabo. Lepiej jest gdy akcja dzieje się pod wodą, ale i tam nie ma co liczyć na wizualne fajerwerki.

Przeczytaj również:  "Naprzód", ale jednak stagnacja [RECENZJA]
Mroczna otchłań recenzja
Jak widzimy – bywa tutaj całkiem krwawo / fot. reprodukcja własna

Zacząłem od narzekania na rysunki, ale o czym tak w ogóle jest Mroczna otchłań?! Cóż, łatwiej powiedzieć, o czym nie jest! Mamy tutaj złą korporację Carthago zajmującą się wydobyciem ropy, której pracownicy podczas wiercenia w dnie rowu Tonga (niestety, nie wyjaśniono, w jakim celu w ogóle rozpoczęli ten proces) natrafiali na zbiornik wodny, w którym przetrwały podobno wymarłe od milionów lat gatunki zwierząt. Wiecie – tak jak w Podróży do wnętrza ziemi tylko mamy wodne stworzonka. I tej korporacji próbuje pokrzyżować szyki tajna, zbrojna organizacja proekologiczna, która współpracuje z Greenpeacem. Co zabawne, z samej fabuły wynika, że “zieloni” nic nie wiedzą o tej współpracy. Trójkąt dopełnia ekscentryczny miliarder mieszkający w rumuńskim zamku i zafiksowany na punkcie kryptyd, czyli zwierząt, które rzekomo istnieją, ale w żaden sposób nie dowiedziono tego naukowo.

Trzymacie się tam? Jeśli tak, to wiedzcie, że oprócz tego wszystkiego jest jeszcze główna bohaterka Kim i jej córka. Jak się zresztą okaże, z początku nie wiemy o tej dwójce całej prawdy. W tle przewija się też masa postaci drugo- i trzecioplanowych, a to wszystko dopełniają liczne retrospekcje. Aha, a fabuła jako taka kręci się (między innymi) wokół megalodona, czyli największej w historii planety ryby drapieżnej. Jak widzicie, wątków jest tu sporo i niestety scenarzyście nie udało się tego wszystkiego opanować. Co chwilę trafiają się mniejsze lub większe głupotki fabularne, nie zawsze wiemy, dlaczego jakaś postać tak właśnie postąpiła i regularnie zastanawiamy się, dlaczego oglądamy taką, a nie inną retrospekcję.
Narzekam, narzekam, a ostateczna ocena pod artykułem wcale nie jest aż tak niska, jak mógłby sugerować wydźwięk pierwszych kilku akapitów.

Przeczytaj również:  "Hellblazer", czyli drugi tom zbiorczy napisany przez Gartha Ennisa [RECENZJA]
Mroczna otchłań recenzja
Komiks reklamowany jest jako “eko-thriller” i rzeczywiście znajdziemy tutaj takie wątki, ale są raczej trzecioplanowe / fot. reprodukcja własna

Dlaczego? – zapytacie. Wszystko dzięki przywołanemu na wstępie zawieszeniu niewiary. Jeśli zamiast analizować, po prostu przyjmiecie, to wszystko, co się dzieje, dostaniecie uczciwą dawkę rozrywki. Może trochę archaicznej, takiej w stylu losowego filmu z lat 90., który oglądaliście kilka lat temu od połowy w telewizji, ale jednak. Ja po pierwszym albumie (który jest po prostu słaby) bawiłem się całkiem nieźle. Poziom głupoty nie odbiega chyba jakoś bardzo od stereotypowego hollywoodzkiego blockbustera, a nawet jak odbiega, to raczej bawi, a nie irytuje.

Jeśli lubicie alternatywną archeologię, kryptydy oraz potraficie dać fabule taryfę ulgową w kwestii logiki, będziecie się przy Mrocznej otchłani prawdopodobnie dobrze bawić. Historia ma w sobie koniec końców sporo uroku i nostalgiczną nutę oldschoolu. Jeśli tych warunków nie spełniacie – czujcie się ostrzeżeni i odejmijcie od końcowej oceny oczko, albo i dwa. Ja sam może nie będę odliczał dni do premiery, ale chętnie sięgnę po następny tom, by zobaczyć, jak to wszystko się rozwinie i ile jeszcze cliché motywów przygotował dla nas scenarzysta.

Ocena

5 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.