Nasz kanon amerykańskiego kina, czyli 10 filmów na 10-lecie AMERICAN FILM FESTIVAL

Na początku lipca organizatorzy American Film Festival postanowili wyjść naprzeciw oczekiwaniom swoich widzów i zapytali ich o ulubionych reżyserów, których twórczość przybliżyli na przestrzeni 10-ciu lat istnienia festiwalu. Filmy tych twórców zostaną pokazane w tym roku w specjalnej sekcji Kanon.

Również my zadaliśmy sobie pytanie – które z filmów pokazanych przez AFF w ciągu ostatniej dekady pokochaliśmy najbardziej? Oto nasza lista!


1. Tylko kochankowie przeżyją

Niezależne kino amerykańskie ostatnich 10 lat to filmy często trawestujące, bawiące się i przekraczające granice gatunków. Nie inaczej jest z Tylko kochankowie przeżyją, w którym legendarny Jim Jarmusch przez filtr własnej wrażliwości opowiada wampiryczną historię o samotności i wykluczeniu społecznym.

W typowym, mocno przegadanym i wypełnionym ukochaną przez twórcę Kawy i papierosów muzyką dziele, w sposób nader subtelny – szczególnie wziąwszy pod uwagę bijących obuchem Truposzy… – opowiada o komercjalizacji u schematyzacji codzienności, dotykającej nawet wampirów.

To również dzieło, w którym główne kreacje tworzą przyjezdni niczym ich bohaterowie aktorzy, kreujący obraz amerykańskiego, współczesnego kina – Tilda SwintonTom Hiddleston.

Aff-owy kanon nie może obejść się bez postaci Jima – od którego często przecież zaczyna się z szeroko pojętym kinem indie.

(Maciej Kędziora)

2. Projekt Floryda

Pamiętam jakby to było dziś, gdy dwa lata temu podczas mojego pierwszego American Film Festival wyczekiwałam w sali na Projekt Floryda. Ekscytacja, niepewność i wielkie zmęczenie – na ostatnim bloku zostawałam naprawdę rzadko, ale wtedy nie umiałam sobie go odpuścić. Cieszę się, że zielona tabliczka z napisem „wyjście” mnie wtedy nie podkusiła, bo mogłam uczestniczyć w naprawdę wyjątkowym seansie wyjątkowego filmu.

Projekt Floryda to opowieść oczami sześcioletniej rozrabiaki imieniem Moonee. Dziewczynka nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji w której się znajduje ani z jej ciężkości. Widzowie mogą przyjrzeć się jej sytuacji z większą dozą obiektywizmu i zrozumienia otaczającego ją świata, co skutkuje bardzo smutnym seansem. 

To kino takie jak jego główna bohaterka. Roześmiane, kolorowe i pogodne. Jednak pod fasadą tego wszystkiego nawet ta mała dziewczynka zaczyna zadawać pytanie – dlaczego tak się dzieje? No, a taka zagadka nigdy nie jest czymś pozytywnym.

Mimo swojej ciężkości to też kino, które potrafi balansować między trudami a pociechami Moonee. Trudy nie są dla niej tak dostrzegalne, jak pociechy – a te docenia w stu procentach. Przed naszymi oczami Moonee delektuje się lodami, bawi z najbliższymi przyjaciółmi a reżyser robi wszystko byśmy mogli poczuć się równie beztrosko. Ujęcia, chociażby nawiązują tu do wzrostu głównych bohaterów. Taki zabieg to rzadkość w popkulturze.

(Maja Głogowska)

3. Creep

Dysturbujący romans amerykańskiego arthouse’u i metody found footage to jedna z najlepszych rzeczy, jakie mogły spotkać człowieka żyjącego w tej dekadzie. Creep znalazł się w sekcji Spectrum na AFF-ie w 2014 roku, a niedługo później wylądował na Netfliksie. To znakomite, pyszne opracowanie amatorskiego horroru za grosze z przaśnym mumblecore’em. Choć nakręcony przez Patricka Brice’a, który odpowiada też za sequel i mającą nadejść trzecią część franczyzy, film jednoznacznie kojarzy się z symbolem kina niezależnego w USA, Markiem Duplassem, którego rola tak bardzo zdaje się nie pasować do jego emploi. Ale to właśnie przez ten wzgląd materializuje się geniusz tego projektu.

I o ile fabuła ma znamiona typowego psychopatycznego horroru, to Bryce’owi udaje się zniuansować tę historię, nadać jej nieoczywistego dramatu. Kiedy Aaron jedzie do Josefa, nie wie o nim nic. Wie tylko, że za nagrywanie go przez calusieńki dzień dostanie pokaźną wypłatę. Nowo poznany mężczyzna okazuje się samotnym, miłym, a z każdą chwilą coraz bardziej niepokojącym typem, który usilnie potrzebuje towarzystwa, obecności. Atutem Creepa jest to, że absolutnie nie daje się zdiagnozować, ciężko odróżnić “na serio” od Josefa surrealnego, a nakładana na twarz maska przyjaznego wilka Peachfuzza wcale w tym nie pomaga.

Kolejna część serii jeszcze mocniej przełamuje formułę niezależnego horroru, usilnie drwiąc ze schematów jedynki, także zachęcam do zapoznania się z całą dylogią (a mam nadzieję, że w przyszłości trylogią). Jeśli Creep ma pozostawić jakąś trwałą bliznę, to niech będzie ten niewinny uśmiech Josefa. Przypomnicie sobie o nim, gdy następnym razem zobaczycie Marka Duplassa w jakiejś indie komedii romantycznej.

(Kamil Walczak)

4. Ghost Story

Jak wskazuje sam tytuł, A Ghost Story, jest opowieścią o duchach. W filmie nie straszą jednak widma pokazujące się znienacka w lustrach czy wyciągające domowników z łóżek za kostki. W tej historii przerażać może raczej poczucie naszej ludzkiej tymczasowości. 

C (Casey Affleck) mieszka ze swoją żoną M (Rooney Mara) w małym domu w Dallas. Ona chce się przeprowadzić, on woli zostać. Jego życzenie spełnia się w dość przewrotny sposób. C ginie w wypadku samochodowym. Budzi się w szpitalu jako duch okryty prześcieradłem. Wraca do domu i tam przygląda się, jak jego żona przeżywa żałobę. Z czasem M postanawia się wyprowadzić. C zostaje w domu i przygląda się codziennemu życiu kolejnych lokatorów. 

A Ghost Story pokazuje, że równie bolesna, jak przemijanie może być nasza obecność. Żyjąc, pozostawiamy po sobie ślad we wspomnieniach, szafach wypełnionych po brzegi naszymi rzeczami i w domach, które zamieszkiwaliśmy. Takie pozostałości zmywa nieubłagany upływ czasu. Niestety – a może i na szczęście – stopniowo wypiera się też pamięć o nas. 

David Lowery stworzył film poetycki, przepełniający serce widza goryczą w sposób subtelny, niemal niewinny. Jego duchy są niezdarne, zagubione, pozostawione samym sobie. Zabawny wygląd widm podkreśla ich nieszkodliwość – kto boi się snujących się bez celu postaci w prześcieradłach z wykrojonymi dziurami na oczy, a kto woli je przytulić? Wkrótce dostrzeżemy jednak, że rozczulając się nad błądzącymi duchami, rozczulamy się nad samymi sobą.

(Marcelina Kulig)

5. Legendarne amerykańskie pidżama party

Chociaż nazwisko Davida Roberta Mitchella szerzej znane jest dopiero od momentu premiery doskonałego Coś za mną chodzi (a jeszcze szerzej od zeszłorocznych Tajemnic Silver Lake), American Film Festival odkrył tego twórcę już dziewięć lat temu, podczas pierwszej edycji festiwalu, kiedy to zaprezentowany w sekcji Spectrum został jego pełnometrażowy debiut – Legendarne amerykańskie pidżama party. Teraz, na dziesiątej odsłonie tego święta amerykańskiego kina, możliwe będzie obejrzenie dwóch późniejszych filmów Mitchella i chociaż z tej okazji warto przypomnieć sobie o tym, jak zaczynał ten twórca.

A zaczynał w sposób bardzo ambitny, bo od zdemitologizowania zarówno procesu dorastania, jak i filmów o tym procesie traktujących. Przedstawione w Legendarnym amerykańskim pidżama party przedmieścia Detroit mogłyby być jakimkolwiek innym miastem, a sportretowani na skraju dorosłości bohaterowie mogliby być kimkolwiek innym niż są w rzeczywistości. Całość jest w pełni uniwersalna i skupia się na emocjach, które charakteryzują, charakteryzowały lub będą charakteryzować każdego młodego i nie tylko człowieka: samotności, dezorientacji i tym obezwładniającym poczuciu życiowego bezsensu. Brakuje tu tak zwanych fajerwerków, brakuje radosnej kakofonii młodzieńczych lat, brakuje wyidealizowanych uczuć i wzniosłych obietnic. Jest tylko szara rzeczywistość częściej obfitująca w rozczarowania niż niespodzianki i pojedynczy człowiek pozostawiony samemu sobie i wyalienowany od reszty pomimo splatającej się, mozaikowej konstrukcji filmu.

Już od samego początku było widać autorskie cechy stylu Mitchella: jego kino jest odzwierciedleniem społecznych i personalnych lęków, a jego bohaterowie są przyciągani przez niszczycielską siłę świata, który być może na im coś do zaoferowania. Hipnotyczna, stonowana praca kamery, zimne barwy i aż nazbyt spokojne tempo: wszystko to nie tylko przypomina o cztery lata młodsze Coś za mną chodzi, ale również wpływa na całość produkcji w dojmujący i głęboko przenikający sposób. Legendarne amerykańskie pidżama party to wielkie małe kino dla każdego i doskonały wstęp do równie doskonałej twórczości Davida Roberta Mitchella.

(Michał Piechowski)

6. Przechowalnia numer 12

Przechowalnia numer 12 – zwycięski film w sekcji “Spectrum” w 2013 roku – to przejmujący film o ludzkiej walce z wrogim otoczeniem. Walce o poskładanie w całość swojej własnej zniszczonej tożsamości. Destin Daniel Cretton stworzył doskonały przekrój nastoletnich problemów, który w półtorej godziny nie tylko naświetla wpływ rasizmu, przemocy, odrzucenia na psychikę młodego człowieka, ale również ich efekt długotrwały. Emitowanej przez tę produkcję empatii wystarczyłoby na wypełnienie kilku podobnych dramatów – jest to doskonały przykład humanistycznego, niezależnego, a jednocześnie zaskakująco crowdpleaserowego kina.

Przechowalnia… jest też istotnym filmem dla współczesnej amerykańskiej kinematografii, bo stanowił przełom w karierach aktorów, którzy obecnie lub w przyszłości najprawdopodobniej staną się jej ikonami. Brie Larson (wybitna rola), Rami Malek oraz Lakeith Stanfield wypadają w niej tak autentycznie i naturalnie, że nie sprawiają wrażenia, jakby właśnie odgrywali napisane wcześniej postaci. W produkcji wypełnionej wzruszającymi, tragicznymi, łamiącymi serce momentami pojawia się miejsce na dojrzałe aktorskie kreacje i postaci, o których nie da się po seansie zapomnieć. Reżyser nie ma oporów przed pokazywaniem ich w niezwykle krępujących, niezręcznych i przykrych sytuacjach, lecz nie służy to prostej eksploatacji cierpienia, lecz nadaniu prowadzonej przez nich walce bardziej osobistego wydźwięku. Nie każdy ma siły, żeby żyć w tym świecie – to boli, ale, co Destin Daniel Cretton przekazuje w swoim dziele, nie zasługuje na stygmatyzację.

(Wiktor Małolepszy)

7. Mulholland Drive

Dreszcze, niepokój i potrzeba rozwiązania zagadki towarzyszą nam nie tylko w trakcie seansu, ale i długo po nim. David Lynch prowadzi widza śladami Naomi Watts opowieść, w której jawa miesza się ze snem. Przekaz reżysera nie jest jasny – dopiero dostrzeżenie konkretnych symboli oraz próba połączenia ich ze sobą w całość pozwalają podjąć się interpretacji filmu, który do każdego przemawia inaczej. Lynch potrafi jednych obrzydzić scenami erotycznymi, a innych zainspirować do zrozumienia losów protagonistki, marzącej o zostaniu gwiazdą amerykańskiego kina.

Część fanów poskłada historię w całość za sprawą obłędu i emocji ukazywanych na ekranie przez fantastyczną Naomi Watts. Reszta widowni zwróci uwagę na to, jak reżyser krytykuje Hollywood i ciemną stronę tutejszego kina. Mulholland Drive to jeden z tych filmów, gdzie do końca seansu nie mamy pewności, które fragmenty opowieści należą do rzeczywistości. Atmosferę tajemnicy jedynie podsycają czerwone zasłony, demoniczny nieznajomy czy niepokojący Michael J. Anderson vel Little Man – jakże dobrze znane nam elementy układanki Twin Peaks. Produkcja idealna dla tych, którzy Lyncha kochają, ale sprawi też przyjemność osobom, pragnącym wejść do jego intrygującego umysłu po raz pierwszy.

(Paweł Gościniak)

8. Moonlight

Wydawało mi się, że widziałam już dziesiątki filmów o bohaterach odkrywających swoją homoseksualność i nic w tym temacie nie jest w stanie mnie zaskoczyć. A potem obejrzałam Moonlight w reżyserii Barry’ego Jenkinsa i zmieniłam zdanie. Film ten ujął mnie przede wszystkim piękną formą wizualną, grą kolorów w zależności od okresu życia Chirona. “Mały” dorasta w niebezpiecznym świecie z matką-narkomanką i opiekunem-dilerem, gdzie on sam jest jeszcze jasnym punktem mogącym wyrwać się z życiowej beznadziei. Nastoletni Chrion spowity jest niebieską poświatą, kolorem smutku, który pozbawia go nadziei. Wyrasta na “Blacka”, człowieka z mrocznego świata, gdzie liczy się tylko to, czy spłacasz swoje długi. Jednak im bliżej końca, tym z chłodnej bieli Jenkins przechodzi do ciepłej żółci, barwy przywodzącej na myśl wnętrze przytulnego domu. Moonlight jest też aktorskim popisem Naomie Harris i Maharshali Aliego, który słusznie został wyróżniony za rolę Juana Oscarem. Jest to film, do którego nie raz będę wracać.

(Marta Ossowska)

9. Mother!

Było to do przewidzenia, że w 2017 r. mother! podzieli widownię. Tak też się stało. Niektórzy, zagubieni i niepewni w nowym świecie Darrena Aronofsky’ego podążali coraz to dziwniejszymi ścieżkami interpretacji. Pozostali, opierając swoją opinię na dotychczasowym dorobku reżysera, określili film mianem ekscentrycznego arcydzieła, nie zadając zbyt wielu pytań. Zarówno mother! samo w sobie, jak i jego odbiór to artystyczny chaos w przerażająco ładnym opakowaniu. 

Dramat twórcy w krwawym wydaniu, widziany oczami jego zatroskanej żony, która, podobnie jak widz, nie potrafi zrozumieć, co dzieje się wokół niej. Aronofsky już wcześniej stosował metodę „przyklejania” kamery do głównej bohaterki. W „Czarnym łabędziu” dało się wręcz fizycznie odczuć ból obsesyjnego dążenia Niny do perfekcji. W przypadku mother! to szok, skrajne wyodrębnienie i niezrozumienie sytuacji towarzyszą widzowi przez cały czas trwania seansu. Próba stworzenia idylli dla twórcy może skończyć się fiaskiem w czerwonym kolorze. 

Dzieło Aronofsky’ego nie stroni również od nawiązań do pozaekranowej prywatności aktorów. W owym czasie Jennifer Lawrence była związana z dużo starszym od siebie mężczyzną. Bohaterka grana przez nią w filmie także mocno angażuje się w bardzo niepewny związek z artystą, który zapewne podwaja jej wiek.  Czy była to sugestia, że mother! uderza w osobiste tony? Nawet jeżeli film jest swoistą spowiedzią reżysera, to czasami, aby lepiej zrozumieć dzieło, nie należy zadawać zbyt wielu pytań. Paradoks psychologicznego dramatu artysty. 

(Joanna Kowalska)

10. Dope

Rick Famuyiwa w swoim filmie wykorzystuje bardzo prosty zbieg okoliczności, aby opowiedzieć wielobarwną historię nastolatków tkwiących w społeczno-kulturowym impasie. Osobowości typowych, szkolnych nerdów łączy się w Dope z miłością do hip-hopu, popkultury, nowinek technicznych czy mody. Stereotyp szkolnego nerda w drugiej dekadzie XXI wieku musiał bowiem zostać zaktualizowany – podobnie jak stereotyp reprezentanta mniejszości rasowej słuchającego rapu. Luźny w swojej konwencji film wpycha trojkę bohaterów do świata, do którego nigdy nie chcieli trafić i spotykają ludzi, których nigdy nie chcieli spotykać. Jak sobie z tym poradzą? Komediowa forma, świetny soundtrack, trafny humor i świetnie rozpisane oraz zagrane postaci na pewno dostarczają w tej przygodzie dużo satysfakcji. Jeśli więc jesteście fanami amerykańskiego rapu, ale ze znajomymi wolicie spędzać czas na zajęciach dodatkowych w szkole niż w klubach – zagłębcie się w Dope i szukajcie inspiracji. Inspiracji do łamania stereotypów i wyrywania się rolom społecznym.

(Szymon Pietrzak)


Dajcie znać w komentarzach, który z filmów podobał Wam się najbardziej, a który najmniej. No i jesteśmy ciekawi – czy czegoś w naszym zestawieniu nie brakuje?

Fanka i pasjonatka kinematografii, wielbicielka muzyki oraz serialowa łowczyni. Najbardziej przemawiają do niej tematyki kryminalne, psychologiczne, socjologiczne i fantastyczne. Na co dzień obcująca z literaturą i tekstem studentka, dla której zarówno wielki, jak i mały ekran, to nie tylko źródło rozrywki, ale przede wszystkim kopalnia wiedzy i inspiracji.

Miłośniczka kina dokumentalnego, niezależnego i zaangażowanego społecznie. Ale nie pogardzi też każdym filmem z udziałem Leonardo DiCaprio czy Adama Drivera.

Niedoszły psychoterapeuta, który analizuje filmy pod kątem zmian w ludzkim zachowaniu. Amator chińskiego kina i tamtejszej kultury. Wkręca sobie, że tak naprawdę jest Dalem Cooperem z Twin Peaks.

pisanie recenzji.
plusy: pomnik trwalszy niż ze spiżu
minusy: pisanie recenzji

Strateg, nonsensistka, estetka, serendypitystka. Zachwyca się ambitnym kinem, by potem z lubością grzebać w popkulturowym śmietniku. Znakomicie bawi się, oglądając filmy najlepsze z najgorszych. Płakała na “Midsommar”. Kocha niemiecki ekspresjonizm na równi z kuriozami ery VHS-ów. Godzilla, Potwór z Czarnej Laguny i Ro-Man to jej dobrzy kumple.

Prestidigitator trudnych słów i impresario tych nieistniejących. Zakochany bez pamięci (a szkoda) w filmach Tarkowskiego i Resnais’go. Bardzo chciałby mieć psa. Lub kota.

Nie wie kiedy zaczęła się jej przygoda z kinem, bo Hollywood brało duży udział w jej wychowaniu. Interesuje się trochę wszystkim, już od czasów wczesnego dziecińśtwa rozdziela swój czas poprzez wszystkie sekcje popkultury a nigdy nie chce wypaść z obiegu. Uważa, że to ważne by być na czasie z tym co lubią inni -nieważne czy jest to streetwear czy Hannah Montana. W wolnym czasie masteruje Fifę, bo to jedyna gra w której nie jest dobra.

Od kiedy po raz pierwszy obejrzał “Złodziei Rowerów” zrozumiał, że kino to jego przyszłość, podobnie jak przeprowadzka do Toskanii na emeryturę.  Coraz częściej dochodzi do wniosku, że mumblecore to najlepsze co przydarzyło się kinematografii, choć w jego żyłach od lat płynie miłość do włoskiego neorealizmu. Najskrytsze marzenie – domek nad wybrzeżem, zakurzony projektor i obejrzany z drugą połówką seans “Przed wschodem słońca”.

Fascynat koreańskiej nowej fali, o której może rozmawiać godzinami. Nie rozumie współczesnej fascynacji “Rejsem”. Płakał na trzech filmach – “To wspaniałe życie”, “Coco” i “Won’t You Be My Neighbor?”.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.