Advertisement
Recenzje

“Nasze Najlepsze Wesele” – Recenzja

Maciej Kędziora
Kadr z filmu “Nasze Najlepsze Wesele”

Jest kilka pewnych rzeczy, jeśli chodzi o coroczny zestaw filmowy. Na pewno wyjdzie nowy film Allena, Patryk Vega pobije kolejny rekord w rodzimym Box Office, a Polacy będą oblegać francuskie komedie. Ja często zaliczam się do tych oblegających, bo nie ukrywam, że francuskie poczucie humoru jest mi wyjątkowo bliskie (w końcu do Włoch niedaleko). Jednakowoż ostatnimi czasami poziom tych produkcji drastycznie spadł. Na szczęście wraz z 2018 rokiem na ekrany zawitali twórcy Nietykalnych i dostarczyli jeden z najlepszych feel good movies prawdopodobnie całego roku. Oto Nasze Najlepsze Wesele.

Max Angély (w tej roli cudowny Jean – Pierre Bacri) to właściciel firmy organizującej wesela. Właściciel bardzo zmęczony, który nie może porozumieć się z żoną, jego kochanka ma wyrzuty, że nadal nie jest z nią szczery, klienci wypominają mu brak innowacji, a ostrzejszy system podatkowy zmusza go do zatrudniania ludzi na czarno. Dodatkowo tego wieczora ma odbyć się jedna z najważniejszych imprez w historii jego firmy, na potrzebę której musiał wynająć XVII wieczny zamek. Przybywając na miejsce jedyne co widzi to coraz większe podziały w drużynie, Adele (Eye Haidara) – jego asystentkę – niepotrafiącą poradzić sobie z zespołem prowadzonym przez Jamesa (Gilles Lellouche) – całkowicie nie pasującego do eleganckiego klimatu wydarzenia wodzireja, przywodzącego na myśl francuską gwiazdę sceny techno lat 70-tych. Max czuje również na plecach oddech wiecznie czuwającego pana młodego Pierre’a (Benjamin Lavernhe), rozkapryszonego i bardzo snobistycznego francuza, który uważa, że wszystko mu się należy.

Kadr z filmu – “Nasze Najlepsze Wesele”

I w pozornie zwyczajnym scenariuszu, Oliver Nakache i Eric Toledano zawierają wiele słusznych obserwacji dotyczących obecnego społeczeństwa. Tak szwagier Maxa, dorabiający u niego jako kelner, znikając na miesiąc z życia swoich znajomych, został uznany za martwego czy też uciekiniera, Roshan będący pomywaczem, okazuje się muzykiem Sri Lańskiej orkiestry (zresztą to on będzie wypowiadał najwięcej słów krytyki w stronę Francuzów jako społeczeństwa), czy też Guy, fotograf, który traci zlecenia przez wzrost znaczenia telefonów komórkowych i stopniowo uświadamia sobie, że nie jest już potrzebny. Nie ma tu też typowej ostatnio dla komedii próby moralizatorstwa, czy też krytyki w stylu Twarzy Szumowskiej – jest umiejętne pokazywanie swoich poglądów (bardzo liberalnych), ale nie ma w tym przysłowiowej “łopaty”. Dodatkowo podobnie jak w Nietykalnych, panowie mają wielki talent w ukazywaniu relacji bez dużej ekspozycji. To co najczęściej przedstawia się masą dialogów, tu zawierają w dwóch – trzech spojrzeniach, czy paru słowach, które nie wydają się wymuszone.

Przeczytaj również:  "Malcolm i Marie" – Imitacja życia [RECENZJA]

Największym zwycięstwem “Wesela” jest zamknięcie akcji na przełomie jednego dnia. Chroni nas to od nieudanego montażu, wielu retrospekcji. Zamiast tego jesteśmy wrzuceni w życie Maxa, a po jednym dniu jesteśmy w stanie podać więcej informacji o nim samym, niż w produkcjach ciągnących się przez rok. Dodatkowo każda z drugoplanowych postaci wydaje się ważna – od kochanki szefa, po kelnera, który przez zamknięcie opowieści w 24 godzinach, cały czas pojawia się na trzecim planie, krążąc po terenie zamku. Do tego dostajemy wiele świetnych dialogów, które – szczególnie w ustach Bacriego – brzmią szczerze i wydają się niewymuszenie zabawne.

Kadr z filmu “Nasze Najlepsze Wesele”

Nakache i Tolendo dostali jeden z najlepszych zestawów aktorskich, jakie widziałem ostatnio we francuskiej komedii. Bacri z wielką swobodą porusza się po ekranie, wydobywając z każdego członka obsady jakąś krztę energii, oraz pomagając oswoić się z kamerą. Najlepiej wypada przy nim Lellouche, który mimo lekkiej szarży nie wydaje się w żadnym momencie przerysowany, ba – w większości scen to on zdobywa serca widzów, przypominając Bastylijską wersję Zenona Martyniuka, który na potrzeby chwili jest w stanie wymyślić sobie nowy język, imitując włoskie piosenki lat 40-tych. Wielkie brawa należą się również Vincentowi Macaigne wcielającego się w rolę szwagra, na którego twarzy przez cały czas wymalowana jest depresja i ból egzystencjalny wynikający z samotności.

Wesele francuskie nie ma wiele wspólnego z tym z filmów Kusturicy czy Smarzowskiego, nie oznacza to jednak, że nie jest bezproblemowe, czy też, że nie ma tu degeneracji. Francja nie cierpi na problem pijaństwa, tylko wieczny problem snobizmu i zamiatania wszystkiego pod dywan. Świetnie wyciąga to również muzyka, będąca prawdopodobnie najlepszą częścią filmu i jednym z najciekawszych OST jaki było mi dane ostatnio usłyszeć.

Przeczytaj również:  "Palm Springs" – czyli powrót magii kina [RECENZJA]

Nasze Najlepsze Wesele nie jest w żadnym elemencie filmem rewolucyjnym. Każda zagrana scena gdzieś już była, przynajmniej w dość podobnym kształcie. A z drugiej strony mimo powtarzalności i przewidywalności jest bardzo przyjemnym powiewem rześkiego wiosennego powietrza. Jeśli chcecie wyjść kiedyś z mroku codzienności, to kupcie bilet na tę produkcję do dowolnego kina i rozkoszujcie się jednym z najpiękniejszych wesel, jakie możecie sobie wyobrazić. Przez te  dwie godziny poczujecie, że miłość jest wśród nas i nawet jeśli wszystko zaczyna się rozpadać, jest szansa, że na stole pojawi się przynajmniej dobry deser. 

 

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.