Advertisement
Recenzje

“Paterno” – Recenzja

Maciej Kędziora
Kadr z filmu “Paterno” – HBO

Gdyby duet Levison – Pacino nakręcił coś parenaście lat temu, prawdopodobnie mówilibyśmy o premierze miesiąca. Teraz oboje pomagają sobie nawzajem godnie żegnać się z światem filmowym. Szkoda, że w tym miłym duecie obu panów, nie zachowano równie godnego podejścia do widza.

W roku 2011 na uniwersytecie Penn State wybuchła jedna z największych afer – jeśli chodzi o prześladowanie seksualne – w historii Stanów Zjednoczonych. Chwilę po 409 zwycięstwie zespołu pod wodzą legendarnego Joe Paterno (w tej roli Al Pacino), do prokuratury wpływają zawiadomienia o molestowaniu nieletnich przez wieloletniego współpracownika i defensywnego koordynatora drużyny, do których miało dochodzić od 1998 roku.

Levison skupia się na pierwszym tygodniu po wyjściu na jaw zarzutów. Jak zmieniało się podejście telewizji, dziennikarzy, ludzi, aż wreszcie do tego – jakie decyzje zostały podjęte w stosunku do osób uwikłanych. Problem w tym, że reżyser nie radzi sobie z wielowątkowością swojej opowieści. Żaden bohater nie czuje się dla nas ważny, a przesadna próba obiektywizmu powoduje, że ma się momentami poczucie lawirowania między “winny” a “niewinny” (problem w tym, że w tej sprawie nie powinno być żadnych wątpliwości). Wątek Sary Ganim zamiast stworzyć z niej interesującej protagonistki, której z początku nikt nie wierzył, przedstawia ją jako uciekającą i ignorującą swoje źródła dziennikarkę. Nie ma tu też ani jednego elementu tworzącego z jego wcześniejszych dzieł (patrz “Rain Man”) filmów warte obejrzenia. Szczególnie brakuje logiki w wartościach, które te film przedstawia, choć – trzeba tutaj twórcy oddać – próba rozłożenia przyczyn kultu Paterno na czynniki pierwsze i masowe protesty studentów to naprawdę dobre 20 minut. Całkowicie nieudolnie poprowadzony jest również wątek choroby trenera, który oprócz operowania jedną wielką kliszą (samą historię problemów zdrowotnych dało się zrobić znacznie lepiej), nie daje odbiorcy powodów by zastanowił się nad moralnością “wielkiego” Joe, mimo że taki jest tu widoczny cel.

Przeczytaj również:  "Potwór" - cyberpunk i przekleństwo pamięci [RECENZJA]

Brakuje też, typowego dla Levisona, prowadzenia aktorów. Al Pacino by błyszczeć w obecnych czasach potrzebuje świetnego kontrastu. Tak było w Idolu,  czy Upokorzeniu, tutaj nie dość, że nie ma kontrastu, to tak naprawdę nie ma żadnej innej interesującej postaci. Pacino nawet gdy nie wygląda na zbyt zainteresowanego – głównie dlatego, że jego bohater cały czas odpływa gdzieś myślami (może do Irishman) – nadal wnosi do filmu jakiś, choć w ostatnich latach coraz niższy, poziom. Szczególnie tutaj wychodzi, jak bardzo jest to film telewizyjny. Drugoplanowi aktorzy, z pojedynczych ról w serialach czy filmach, którzy zamiast próbować zabłysnąć na ekranie, decydują się na przeszywająco nędzną poprawność. Na recytację scenariusza. Jest to do przełknięcia gdy ta nijakość jest w grupie, gorzej gdy trzeba ograć dramat danej osoby, czy też uświadomienie sobie własnych błędów – wtedy dopiero  można sobie uświadomić, że produkcja HBO upadła bardzo nisko.

Poprawność przeszywa nas też w warstwie formalnej. Levison często decyduje się na przeskakiwanie między dwoma gatunkami – dramatem rodzinnym i filmem dziennikarskim. Pierwszy objawia się przyciemnionymi kadrami i wiecznymi retrospekcjami (co z tego, że w nich Pacino najczęściej wygląda tak samo jak 30 lat później), drugi ciągłymi przebitkami wstawek z programów TV i wypowiedziami ekspertów. Nawet w tym aspekcie nie chciano ryzykować. Nie ma tu nic co byłoby jakkolwiek pomysłowe, niespotykane i nietypowe. Wszystko co widzimy niczym nie różni się od innych filmów biograficznych na potrzeby telewizji. Pytanie tylko – po co w takim razie robić film?

Przeczytaj również:  "Malcolm i Marie" – Imitacja życia [RECENZJA]
Kadr z filmu “Paterno” – HBO

Afera w Penn State była drugą tak nagłośnioną aferą związaną z pedofilią w Stanach, po tej Bostońskiej znanej z filmu “Spotlight” (Sara Ganim za jej ujawnienie otrzymała nagrodę Pulitzera – podobnie jak dziennikarze Boston Globe). I ma się poczucie, że Levison chciał bardzo mocno pójść w stronę McCarthy’ego, dodając do “Oscarowej fabuły” znaną w USA postać, która w parę dni straciła cały swój wizerunek i dorobek. Problem w tym, że dla twórców filmu z 2015 roku ten temat był ważny i dało się to wyczuć w każdym ujęciu. Może przez to, że byli świadomi, że poprawność nie zmieni poglądów niektórych osób i nie otworzy innym oczu. Ale pan Levison zamiast włożyć w coś serce, chyba po prostu wolał dostać wypłatę i zrobić coś poprawnego, niż postarać się i wrócić do lat świetności.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.