Ostatni dialog filmowy – “Perfekcja”: Czy mamy do czynienia z udanym filmem? [DWUGŁOS]

Bartek:
Też masz taki problem z pełnymi metrażami od Netflixa co ja? Ichniejsze originalsy grają trochę w swój własny sport, gdzie łatwiej porównywac je między sobą, niż mówić o nich po prostu jako o filmach. I tak samo mam z Perfekcją, bo jak na netflix-core było co najmniej intrygująco, natomiast czy to jest udany film? No nie wiem.

Szymon:
Rzeczywiście, choć uważam, że jest to w miarę udany film, to jednak na każdej płaszczyźnie Perfekcja zaledwie porusza się po powierzchni. No bo mamy tutaj kino rewanżu, elementy body-horroru, sporo groteski i wpada jeszcze jakiś tam komentarz społeczny. Tylko no właśnie, Netflix zrobił to trochę jak pierwszy stopień wtajemniczenia, taka wersja demonstracyjna gatunków. I mi to pasuje, bo można to sobie zobaczyć ze znajomymi, trochę się pośmiać, ale można też samemu dojrzeć pewne środki formalne i się nad nimi zastanowić, co jeszcze działa, a co już nie? Chociażby następujące po sobie plot twisty były dla mnie wystarczająco satysfakcjonujące, żeby nie oderwać się od filmu do samego końca.

Perfekcja
“Perfekcja”

Bartek:
Plot twisty, temat rzeka. O ile pierwszy z niekończącej się ich serii bardzo mi podszedł, zwłaszcza, że wiązał się z takim mikro mrugnięciem do fanów społecznie zaangażowanego horroru, to kaŻdy z następnego miliarda stawał się coraz to bardziej naciągany, aż w końcu doszliśmy do clue motywów postępowania bohaterów i nie wiedziałem już, czy śmiać się czy płakać. Postanowiłem się śmiać, dzięki czemu seans wspominam bardzo przyjemnie, niemniej nagromadzenie skrótów fabularnych i psychologicznej płycizny od lewa do prawa wyrzucił w moim mniemaniu Perfekcję z szuflady solidnego kina. I do tego te amatorskie, formalne dziwadła jak czerwony ekran po tzw. bombie na ryj lub kamera kręcąca 360tki przy twarzy bohaterki jak w teledysku Billie Eilish. Nie wiedziałem o co chodzi w ten zły sposób.

Co natomiast zasługuje moim zdaniem na wielkie pochwały to aktorstwo i szeroko rozumiana “chemia” między głównymi bohaterkami. Chciałem napisać dynamika, ale ta w pewnym momencie wsiada na plecy logice i znika gdzieś za horyzontem.

Szymon:
Ja mam wrażenie, że dopiero kiedy cały film zaczyna iść w taką szaleńczą groteskę, jakoś od połowy, to dopiero wtedy aktorki wchodzą na wyżyny. W sensie, cała początkowa sekwencja, ich poznawanie się i ich rozmowy, wydają mi się jakieś takie sztuczne, w taki zły sposób – bo ja rozumiem, że do pewnego stopnia twórcy chcieli, żeby dialogi wychodziły nienaturalnie, a z drugiej strony fajnie byłoby zobaczyć tam więcej szczerości niż taka tania zabawa z widzem, czy one się faktycznie lubią czy raczej rywalizują.

Natomiast kiedy już jest jasne, że mamy do czynienia z historia miłosną, to tak – działa chemia, działa wspólny cel, cały taki #girlpower uruchomiony samą świadomością dziewczyn, że wcale nie muszą być idealne, wcale nie muszą godzić się na świat, w którym są karane przez jakiegoś zwyrola z Bachoff. Zanim jednak przejdziemy do zwyrola – sceny z wycieczki są o tyle fajne, że foreshadowują nadchodzące halucynacje Lizzie, widać w tym takie powierzchowne staranie o elementy scenografii i scenariusza. I dochodzimy tu też do mojej ulubionej sceny – czyli pełna napięcia przejażdżka autobusem. Bawiłem się wyśmienicie w tej zamkniętej przestrzeni!

Bartek:
Zgodzę się co do sceny autobusowej, pięknie podkręcała grozę, której źródła widz nie mógł być świadomy, wkręcając nas razem z Lizzie w coraz gorszego tripa. Czuć było panikę i szok wszystkich zaangażowanych. Ale znowu – patrząc na tę scenę z perspektywy całego cholernie misternego planu – wygląda to trochę tak, jakby ktoś chciał wbić gwóźdź i zamiast młotka używał wielkiego zderzacza hadronów. Rozwój fabuły nie jest oparty na bohaterach i towarzyszących im wydarzeniach, wszystko dzieje się wyłącznie dla widza. To moim zdaniem największy grzech, jaki może popełnić horror, gdzie moim zdaniem immersja jest wartością absolutnie nadrzędną, a przy takim podejściu jej nie uświadczyłem.

Przed odsłonięciem kart owszem – uważam, że poranek po upojnej nocy, szlajanie się po mieście i pogarszające się samopoczucie Lizzie wygrane zostały w bardzo intymny i wiarygodny sposób. Później owszem, #girlpower i tłuczemy degeneratów, ale samo doprowadzenie do finalnego rozwiązania (o którym też chętnie usłyszę Twoją opinię, bo za cholerę nie wiem, o co mogła tam chodzić) zdawało mi się sklejone na ślinę i silną wolę scenarzysty. No i pan zwyrodnialec – co sądzisz o tym przemiłym jegomościu?

Perfekcja
“Perfekcja”

Szymon:
Zgadzam się, że w pewnym momencie film traci swoją immersję, stając się jedynie zabawką publiczności. Najbliżej temu co się dzieje od drugiej połowy jest chyba do efektu łamania czwartej ściany, tylko nie na zasadzie mówienia do kamery, a po prostu zbyt jasnym wskazywaniu użytych środków. Sam zwyrodnialec jest dla mnie o tyle ciekawą postacią, że reprezentuje całe środowisko – ludzi podziwianych, z wyśmienitą renomą.
Wiadomo, że to nie jest pierwszy raz, kiedy zło i zwyrodnialstwo czai się właśnie tam, ale jednak właśnie moim zdaniem końcówka udowadnia, że “Perfekcja” wnosi pewną świeżość w gatunkowym rewanżu. Twórcy mogliby pójść w brutalny spektakl przemocy i  stworzyć z naszych heroin po prostu maszyn do zabijania, a jednak, przynajmniej takie było założenie (i ja je dostrzegam!), zdecydowali się na pewnego rodzaju Katharsis.

Po serii okaleczeń i zrobienia z bohaterek osób niezdatnych do kontynuowania swoich pasji, okaleczenia ich w ten najgorszy sposób – nadchodzi moment, w którym przestaje się liczyć rewanż per se – a swoje prawdziwe pięć minut dostają faktyczne ofiary gwałtu i molestowania. Wreszcie, po tym jak unieszkodliwiły swojego oprawcę, mogą grać swobodnie. Mam dużo szacunku, że nie skończyło się na krzykach, kopaniu, rozlewie krwi – a na faktycznym szczęściu Lizzie i Charlotte.

Bartek:
No dobra, z perspektywy czasu zakończenie (samiuteńkie, wyrażane w zasadzie ostatnim kadrem) rzeczywiście mi trochę w głowie urosło i zaczynam je doceniać, jednak droga do niego, przynajmniej dla mnie, była bardzo bolesna. Pan zwyrodnialec, będący dziwaczną hybrydą Fletchera z Whiplasha i antybohaterów filmu Sekielskiego kradł moim zdaniem każdą scenę, w której się znalazł, mimo tego, że włożono mu w usta kwestie dość groteskowe.
Rozumiem też doskonale ekscytację momentem, w którym protagoniści w końcu zaczynają wygrywać (kocham Rocky’ego miłością niezmierzoną), ale w przypadku akurat Perfekcji nie widziałem w nich na tyle charakterów, żeby z czystym sumieniem dziewczynom kibicować. Zdaje mi się, że zmierzamy powoli do bardzo nudnego kompromisu? Podpiszesz się pod tym, że Perfekcja to zdecydowanie film wart obejrzenia, wyłamujący się poniekąd z ogólnej originalsowej nijakości, mający swoje mocne momenty, ale o tym, czy ta unikatowość przekłada się w jakość najlepiej przekonać się samemu?

Szymon:
Na pewno warto wyciągnąć z tego filmu wnioski, docenić kolejną świetną rolę Allison Williams, pochwalić reżysera, że stworzył coś wybijającego się z originalsów na tyle, że o tym piszemy w takiej formie na dwa głosy. Ten rok na Netflixie wygląda zdecydowanie lepiej niż poprzedni i być może faktyczna ocena Perfekcji dopiero nadejdzie z czasem. Zobaczymy, w którą stronę pójdą produkcje oryginalne streamingowego giganta i może być tak, że to pierwszy krok Netflixa ku obrazom odważniejszym.

Miłośnik kina niejednoznacznie wspaniałego. Wierzy, że forma w pewnych warunkach staje się treścią. Jego życie zmieniło się, kiedy obejrzał po raz pierwszy “Martwe Zło 2”.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.