Advertisement
FestiwaleFilmyRecenzje

“Queen & Slim” – Naelektryzowany politycznie “Drive” [RECENZJA]

Szymon Pietrzak
Queen & Slim
fot. Kadr z filmu "Queen & Slim"

Już na dwa dni przed swoją amerykańską premierą, Queen & Slim posiadało zatrważającą ilość wystawionych jedynek na portalu IMDb. Wojna kulturowa w USA trwa i przybiera na sile każdego dnia. Do niej wraz z jasnym stanowiskiem dołącza reżyserka Melina Matsoukas. Ze swoim debiutanckim kinem drogi próbuje wpisać się w ramy aktualnie przybierającej fali filmów zainspirowanych powstałym przed sześcioma laty ruchem Black Lives Matter. Towarzyszący temu gniew i rozpacz są na miejscu, ale o czym właściwie chce nam opowiedzieć reżyserka?

Matsoukas, po tym jak stworzyła dla Beyonce obsypany nagrodami teledysk do piosenki „Formation” i wyreżyserowała parę odcinków serialu Specjalista od niczego, stała się jedną z najbardziej rozchwytywanych twórczyń w branży. W swoim pierwszym filmie pełnometrażowym nadal możemy obserwować jej wyróżniający się styl opowiadania obrazami; surowe emocje znów łączy z zaskakująco poetycką narracją, żonglując kadrami i dźwiękiem, osadzając dialogi jakby poza tym, co widzimy na ekranie, czy zestawiając ze sobą w fascynujący sposób sceny o całkowicie różnych wydźwiękach. W efekcie Queen & Slim przypomina raczej naelektryzowany politycznie Drive Refna, aniżeli kolejną historię w stylu Bonnie & Clyde’a, co w pierwszej kolejności sugerowałby opis fabuły.

Zanim nasi bohaterowie wyruszą w ucieczkę przez kraj, spotykają się na tinderowej randce. Ona – oschła prawniczka, która ma za sobą kiepski dzień, bo jej klient został skazany na śmierć; On – sympatyczny, blisko związany ze swoją rodziną kasjer-abstynent. W prowadzonej rozmowie, reżyserka prezentuje jeden ze swoich wielu talentów – rysowanie cienkiej linii pomiędzy nieoczywistym humorem, a poważnym tonem. Dowcip na temat dość taniego miejsca, w którym jedzą kolację, szybko zostaje ucięty chłodnym wyjaśnieniem, że są tutaj ze względu na czarnego właściciela. Para bada się wzajemnie i droczy, działa między nimi chemia, którą da się poczuć praktycznie od razu.

Przeczytaj również:  "Eden", czyli węgierski eko-thriller w psychologicznym tonie [RECENZJA]
Queen & Slim
fot. Kadr z filmu “Queen & Slim”

Kiedy w drodze do domu zostaną zatrzymani przez rasistowskiego funkcjonariusza policji, w powietrzu momentalnie zawiśnie aura nadchodzącej tragedii. Przekroczenie przez policjanta granicy szybko doprowadza do eskalacji i działania w samoobronie. Para, która zna się dopiero od kilku godzin, ucieka z miejsca zdarzenia. W końcu Queen wie z zawodowego doświadczenia, że ​​tacy jak oni nie mają szans w sądzie, nawet jeśli są niewinni. Rozpoczyna się ogólnokrajowe polowanie na duet, który przemierzając kolejne stany, może liczyć na pomoc wielu sympatyków, których zdobyli sobie po tym, jak do mediów trafił film z miejsca zdarzenia.

I ta pomoc będzie im niesamowicie potrzebna. Na początku ich drogi nie będzie się między nimi kleić rozmowa, a do głowy obojgu wpadają skrajnie różnie pomysły. Ich życie na banicji to seria wpadek i naiwności; błędów popełnionych podczas prób zdobycia pieniędzy i pojazdów, czy zakamuflowania się.

Daje to Queen i Slimowi czas na powolne zbliżenie, by w końcu stać się kochającą parą. Brytyjski aktor Daniel Kaluuya po raz kolejny hipnotyzuje swoją niesamowitą grą oczami, którą już tak imponująco pokazał w Uciekaj!, a filmowa nowicjuszka, Jodie Turner-Smith (o pół głowy od niego wyższa) rzuca mu całkiem sporo aktorskich wyzwań. Jest idealnie obsadzona jako silna czarna kobieta, która walczyła o swoje życie z wielką ambicją i poradziłaby sobie w tej podróży sama – ale jest zmęczona ciągłym udowadnianiem tego przed wszystkimi. Jej rolę można spokojnie nazwać przełomem w aktorskiej karierze. Samą przyjemnością jest oglądanie jej ekranowej przemiany – od kobiety ukrytej w biały, elegancki golf, po taką, która nie wstydzi się pokazać sporej części swojego ciała.

Przeczytaj również:  "Proste rzeczy", czyli codzienna proza życia [RECENZJA]
Queen & Slim
fot. Kadr z fiilmu “Queen & Slim”

Twórczynie chciały na każdym kroku uniknąć porównań do gangsterskiego kina drogi. Gatunkowe ramy zacierają się nie tylko za sprawą wspomnianych poetyckich kadrów, ale również za pomocą muzyki. Jesteśmy w stanie wręcz zatopić się w gęstej atmosferze filmu, który mimo swojej gorzkiej wymowy, stara się być niczym relaksujący album jazzowo-rapowy (Tutaj szczególnie trzeba pochwalić soundtrack stworzony specjalnie na potrzeby filmu). Po drodze jest miejsce na momenty wyciszenia, na poznanie parunastu ciekawych osób – którym zaproszeni jesteśmy się przyjrzeć. To czy skorzystamy, to inna sprawa.

Ta koncepcja zaczyna się jednak w pewnym momencie lekko gubić. Piękne słowa, którymi obdarzają się nawzajem kochankowie; porównywanie swoich wyobrażeń idealnej miłości i śmiałe deklaracje, że będą się trzymać za rękę do samego końca, jeszcze piękniejsze korzystanie z wolności, wyłapywanie oddechów powietrza, które nie jest skazane strachem, jaki spotkał ich w miejscu, z którego uciekają – wszystko to, znów przenosi nas w ramy kina, które jest zaledwie ekstremalnym listem miłosnym.

Wszyscy wiemy, że ta historia musi skończyć się tragicznie, a pod koniec i tak pojawiają się łzy wzruszenia. Tytułowy duet bohaterów stanowił dla czarnej społeczności ikonę, dodał siły i otuchy – i to niejako wbrew samym bohaterom. Niejednokrotnie reżyserka pokazuje, że cała sława, którą nasi bohaterowie sobie zyskali, przyszła do nich wbrew ich woli. I może jest to pewnego rodzaju krytyka – przestroga, żeby nie przypisywać automatycznie każdej niewinnej śmierci wymiaru politycznego. W tym sensie Queen & Slim nie jest filmem o opresji i o walce z nią, a o wolności i o jej pragnieniu.

Ocena

7.5 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Drive", "Atlantę", "Specjalistę od niczego"

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.