Advertisement
PublicystykaRecenzjeTemat Miesiąca 12/19

Roman Polański: “Lokator”

Szymon Pietrzak

Praktycznie wskazanym jest obejrzeć Lokatora przynajmniej dwukrotnie. Wykreowany przez Polańskiego świat nosi w sobie bowiem więcej niż jesteśmy w stanie odkryć, śledząc jedynie fabułę. Szczególnie za pierwszym razem porozrzucane w różnych momentach filmu wskazówki zdają się przeciekać przez palce, co na szczęście w efekcie końcowym nie wpływa na naszą zdolność do wyznaczenia właściwego klucza interpretacyjnego. Za taki stan rzeczy odpowiada w dużej mierze materiał źródłowy – książka Rolanda Topora, wyjątkowego nie tylko pisarza, ale również artysty wizualnego, filmowca i aktora specjalizującego się w twórczości surrealistycznej. Reżyserowi udało się jednak przenieść tę absurdalną, oniryczną opowieść w filmowe ramy praktycznie bezstratnie, łącząc elementy koszmaru z czarnym humorem i dając wybrzmieć obu stronom paranoi – tragedii i farsie.


Zobacz też: Roman Polański: “Chinatown”

Protagonistą tego kafkowskiego świata jest polskiego pochodzenia biurokrata Trelkovsky (w tej roli sam reżyser), który stara się o wynajęcie mieszkania w nieco zrujnowanej kamienicy w Paryżu. Bezkompromisowy właściciel, Monsieur Zy, informuje jednak, że poprzednia lokatorka znajduje się obecnie w szpitalu, po tym jak przed paroma dniami wyskoczyła z okna swojego mieszkania. Główny bohater będzie mógł się wprowadzić tuż po tym, jak pani Simone Choule odejdzie z tego świata, co – jak zapewnia mężczyznę właściciel – ma się wydarzyć już niebawem.

Wszystko w otaczającym naszego protagonistę świecie wydaje się być już ustalone i zaplanowane. O regułach gry zostaje on poinformowany na samym początku – w mieszkaniu ma być cisza, żadnych kochanek, na co Trelkovsky oczywiście przystaje. W końcu, co podkreśla bardzo wyraźnie i parokrotnie w czasie trwania filmu Monsieur Zy, sytuacja na rynku nieruchomości jest obecnie bardzo ciężka, a decyzja właściciela o wynajęciu mieszkania świadczy nie o jego chęci zarobienia, lecz o jego dobrym sercu.

Zaskakującym pozostaje jednak fakt, że choć tak wiele się mówi o ciężkiej sytuacji mieszkaniowej, świat w Lokatorze sprawia wrażenie pustego, a przynajmniej pełnego wolnej przestrzeni. Mając bardzo niewiele informacji na temat rodziny bohatera czy obserwując jego relacje ze znajomymi z pracy, można wysunąć wnioski, że zmaga się on ze straszliwą samotnością. Jest on nie tylko samotny, ale również obcy – ciężko nie zwrócić uwagi na jego egzotycznie brzmiący akcent i nazwisko, co oczywiście wypomina mu się w czasie filmu, w kontekście niesamowicie przygniatającym. Bo kiedy Trelkovsky zostaje okradziony, zostaje z tym problemem sam. Ponadto ostrzega się go przed zgłoszeniem tego zajścia na policję, bo ta, przez jego pochodzenie, może oskarżyć także jego samego.

Przeczytaj również:  "Pinokio", czyli ekonomiczna opowieść o kukiełce, która chciała zostać chłopcem [RECENZJA]

Zobacz też: Historyk w mieście grzechu [FELIETON]

Co gorsza, sąsiedzi wydają się spiskować przeciwko nowemu współlokatorowi, straszyć go skargami i wywierać ogromną presję. Przybysz stopniowo popada w dezorientację, a jedyną osobą, która oferuje mu jakiekolwiek poczucie poczytalności, jest przyjaciółka Simone, Stella (Isabelle Adjani), poznana przy jej łożu śmierci. Jednak nawet relacja z dziewczyną nie jest w stanie powstrzymać jego drogi do szaleństwa… a w kulminacyjnym momencie nawet ten bezpieczny azyl, do którego ucieka nasz protagonista, okazuje się być kolejną pułapką i częścią spisku.

To nie pierwszy raz, kiedy Polański poruszył temat zatracenia swojej własnej tożsamości i stopniowej utraty zmysłów we własnych czterech ścianach. Takie przejście z bezpiecznej i jednoznacznej rzeczywistości do tej pełnej niepokoju, leków i złudzeń możemy obserwować już we Wstręcie czy późniejszym, hollywoodzkim Dziecku Rosemary. Lokatora można uznać za odważny koniec jego trylogii wielkomiejskiego „horroru mieszkaniowego”. Po Londynie i Nowym Jorku przenosimy się do Paryża. Zamiast Mii Farrow i Catherine Deneuve pojawia się sam Polański. Reżyser ponownie przyjmuje maksymalnie subiektywną perspektywę protagonisty, zacierając kolejny raz granice między jawą a majakami.

W przeciwieństwie do Wstrętu, z pewnością nie ma tu mowy o studium przypadku psychopatologicznego. W Lokatorze jednostka zlewa się z tłem, a jedyną rzeczą, która temu indywiduum pozostała, jest przerażenie. Ten posiadający wymiar metafizyczny horror nie rozwinąłby się odpowiednio, gdyby nie wyrafinowanie reżysera. Każdy kadr z finezją aranżuje atmosferę ciągłej duszności, nawet jeśli przez sporą część filmu nie wiemy, co się dzieje, skąd nadchodzi zagrożenie ani czy w ogóle istnieje. Nawet elementy egiptologii mogą być fałszywym tropem, zmorą senną, czymś co albo ma wymiar paranormalny, albo go nie ma – interpretacja należy do nas, choć w efekcie końcowym odpowiedź nawet nie jest tak ważna.

Przeczytaj również:  Premiera "Króla" w dobie protestów społecznych - BEZSPOILEROWA RECENZJA odcinków 1-2

Oczywiście osiągnięcie takiego nastroju niesie za sobą pewne konsekwencje – pewna przesada i powtórzenia zdecydowanie zwiększają czas trwania filmu, co ostatecznie ratują przede wszystkim wyraźne role aktorskie. Poznawanie coraz to nowszych postaci w tym obłędzie pozwala wyznaczać nowe granice, punkty odniesienia, zastanawiać się na nowo i co ważne – odnajdywać, przynajmniej pozorny, balans. To, jak Polański równoważy nastroje i napięcia, podkreślają również środki muzyczne. W chwilach filmowego szoku sięga zarówno po oryginalne i intensywne kompozycje Philippe’a Sarde’a, jak i po całkowity brak muzyki w tle, co jeszcze bardziej zwiększa poczucie przerażenia.


Zobacz też: Roman Polański: “Autor widmo”

Polański wraz ze swoim szwedzkim operatorem Svenem Nykvistem, laureatem dwóch Oscarów, wielokrotnym współpracownikiem Ingmara Bergmana, pozostawiają otwartymi wszystkie szczegóły i zagadki świata przedstawionego. Kiedy głównego bohatera prowokuje jeden z jego kolegów głośną marszową muzyką lub gdy w osiedlowym barze ciągle brakuje papierosów Gauloises, więc musi wybrać uwielbiane przez Simone Marlboro; albo gdy niespodziewanie uderza dziecko w parku – to z jednej strony wyraźnie przedstawia nam stan umysłu bohatera(-ki), ale sceny te są również precyzyjnie zarysowanymi miniaturami absurdalnego świata, który nas otacza. Pośrodku tego wszystkiego jest zagubiony bohater, outsider – jeden z wielu, których spotykamy w prawie wszystkich filmach Polańskiego, od Olivera Twista, przez Pianistę aż po Autora widmo. Protagonista zawsze podkreśla, że jest obywatelem francuskim, mimo iż tytułu tego nie przyznaje mu nikt poza nim samym. Usilna chęć przynależności doprowadza do dosłownego potępienia. Triumf zła jest nieunikniony, bo o jego obecności dowiadujemy się zbyt późno. Bo nawet kiedy Trelkovsky miał przebłyski świadomości o stanie sytuacji, w jakiej się znajduje, kolejne kroki doprowadziły go jeszcze szybciej do krawędzi. I z tej krawędzi pozostało mu jedynie skoczyć, dwukrotnie.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.