Advertisement
PublicystykaTydzień Filmu Niemieckiego 2022Wywiady

“Chcieliśmy przedstawić wszystko jak najbardziej autentycznie”. Rozmawiamy z reżyserem filmu “Wolni albo martwi”

Szymon Pietrzak
Oliver Rihs
Oliver Rihs, mat. promocyjne

W ramach trwającego Tygodnia Filmu Niemieckiego rozmawiamy z Oliverem Rihsem, autorem filmu “Wolni albo martwi” poruszającego biografie Waltera Stürma oraz Barbargy Hug. 

Walter Stürm, jeden z protagonistów szwajcarsko-niemieckiego filmu Olivera Rihsa, był barwną postacią przestępczego świata, który zaliczył liczne pobyty w więzieniach Szwajcarii, Włoch, Francji i Hiszpanii. Choć pochodził z zamożnej rodziny przemysłowców jego profesją była wszelkiego rodzaju działalność kryminalna: od sprzedaży kradzionych aut, poprzez włamania i kradzieże, aż po napady na banki. W swoich akcjach nie używał przemocy, a spektakularne ucieczki z więzień budowały legendę ludowego bohatera, który, niczym filmowi herosi, grał na nosie nielubianym policjantom i na swój sposób sprzeciwiał się niesprawiedliwemu, patriarchalnemu systemowi.

Lata 80., kiedy rozgrywa się akcja filmu, to w Szwajcarii czasy niepokojów społecznych i walki o prawa kobiet. Jedną z aktywistek jest prawniczka, Barbara Hug, która nie tylko walczy o uwolnienie aresztowanych na protestach działaczek, ale też wykorzystuje salę sadową jako polityczną trybunę do prezentowania swoich wolnościowych poglądów. Walter Stürm, „król ucieczek”, którego obrony się podejmuje, kiedy ten ogłasza głodówkę w proteście przeciwko osadzeniu w izolacji, staje się dla niej symbolem oporu. (opis festiwalowy filmu)


Czy Walter Stürm był dla ciebie bohaterem w młodzieńczych latach? Czy kibicowałeś mu, słysząc o jego poczynaniach?

Można powiedzieć, że był dla mnie idolem. Młodemu punkowi z własną kapelą bardzo imponował taki ktoś jak on – Szwajcar, który z sukcesem buntuje się przeciwko władzy. Odważny, pełen humoru, charyzmy i szyku. I kiedy przygotowywałem się do tego filmu i miałem okazję przyjrzeć się jego postaci jeszcze bliżej, stało się dla mnie jasne, że rzeczywiście jest on tak niesamowitą postacią, za jaką go miałem wtedy.

Czyli można powiedzieć, że był on w pewien sposób heroizowany?

Na pewno był przez lata heroizowany, co też jest pokazane w filmie, a przez szwajcarską lewicę nawet zinstrumentalizowany. Spopularyzowano go jako rodzimego Che Guevarę, kogoś, kto miał pomóc lewej stronie nagłośnić jej postulaty. Z drugiej strony również Stürm wykorzystywał środowiska lewicowe, żeby uzyskać lepsze warunki w więzieniu czy łagodniejsze kary. Wszystko wynikało z dość powszechnie przypisywanego mu egoizmu i chęci bycia coraz bardziej popularnym w narodzie.

Przeczytaj również:  „Na pełny etat". Miejski dreszczowiec | Recenzja | Nowe Horyzonty 2022

A jaki był Stürm twoim zdaniem naprawdę? Co go motywowało, dlaczego czynił to, co czynił?

Myślę, że naprawdę ciężko pojąć, kim był naprawdę. Zajmowałem się teraz jego postacią przez dłuższy czas i ciągle miałem wrażenie, że coś mi umyka. Ciężko rozczytać coś z jego wielu różnych twarzy, więc być może on sam nie do końca wiedział, jaki jest naprawdę. Myślę, że na pewno stał się bardzo samotną osobą o skłonnościach socjopatycznych i z czasem przestał wyrażać jakąkolwiek empatię wobec innych ludzi.

Film skupia się przede wszystkim na relacji Stürma z Barbarą Hug. Jak opisałbyś ich znajomość?

Mnie w tej relacji najbardziej zastanawiała postać Barbary, która na swój sposób również była osobą zniewoloną przez swoją niepełnosprawność ruchową, a która jednocześnie całe swoje życie poświęciła w walce o prawa innych. Aktywnie działała na rzecz praw kobiet, przeciwko izolacji, polityce uchodźczej. Z kolei Stürm zajmował się tymi tematami, ale głównie kiedy został złapany i trafiał na pierwsze okładki gazet. Kiedy udało mu się zbiec, zachowywał się bardzo egoistycznie i nie dbał o to, co zostawia za sobą. Interesowało mnie, co dla obojga znaczy wolność. Chciałem przeanalizować te dwa zupełnie różniące się od siebie charaktery, których łączyła bardzo intensywna więź, ale nie nam to oceniać, czy to była miłość, czy coś jeszcze innego.

Film w dużej mierze oparty jest o warsztat aktorski Marie Leuenberger i Joela Basmana. Jak udało ci się ich znaleźć i jak przebiegała wasza współpraca na planie?

To był naprawdę długi i chaotyczny proces. Przez dwa lata szukałem młodych, szwajcarskich aktorów i aktorek, którzy mogliby zagrać te naprawdę skomplikowane charaktery w wiarygodny sposób. Początkowo miałem nawet plan, żeby zatrudnić aktorów początkujących, praktycznie nieznanych. Skończyło się jednak tak, że miałem okazję współpracować z jednymi z najbardziej popularnych twarzy młodego pokolenia w Szwajcarii. Po drodze okazało się, że Joel wychowywał się w tej samej kamienicy, w której mieszkała Barbara Hug i był w stanie wnieść do pracy na planie swoje wspomnienia z nią związane. To było naprawdę fascynujące.

Przeczytaj również:  „Blisko". Film płynie, meandruje, porywa, przejmuje | Recenzja | Nowe Horyzonty 2022

To był twój pierwszy projekt biograficzny. Co było dla ciebie najważniejsze?

Rzeczywiście, nie mam wielkiego doświadczenia z kinem biograficznym czy dokumentalnym. Dlatego najważniejsze dla mnie było przedstawić wszystko tak autentycznie, jak się da. Opierając się na wspomnieniach i oglądając odpowiednią ilość materiałów na VHSach, byliśmy w stanie całkiem dobrze odwzorować klimat oraz modę epoki. Z kolei aktorzy zachwycili tak bardzo, że ludzie na premierze byli zachwyceni podobieństwem z granymi przez nich postaciami.

Zatrzymam się na chwilę przy twoim doświadczeniu. Czy fakt, że nie ukończyłeś szkoły filmowej, utrudnił ci drogę w branży filmowej?

Zdecydowanie było ciężej, szczególnie na początku. Osobiście byłem od zawsze bardzo przeciwny szkole filmowej, ponieważ bałem się, że wykładowcy zabiją moją kreatywność. Byłem wielkim fanem Fassbindera, który również nie skończył szkoły filmowej – tak jak w zasadzie większość moich idoli. I nie poszedłem, a przez to jako filmowiec jest się branym mniej na poważnie. Natomiast kiedy los się do mnie uśmiechnął i mój film krótkometrażowy zdobył nagrodę na festiwalu w Locarno, zrozumiałem, że to jest to, że warto to robić.

Wywiad przeprowadzamy w ramach Tygodnia Filmu Niemieckiego, który jest przeglądem najnowszego kina niemieckiego w Polsce. W jego ramach szukamy odpowiedzi, czym ów kino jest, ale ciebie chciałbym zapytać przewrotnie – czego twoim zdaniem w brakuje w filmach tworzonych w krajach niemieckojęzycznych?

Powiedziałbym, że brakuje naprawdę innowacyjnych filmów, które mogłyby ponieść szerokie masy. Tutejsze kino arthouse’owe jest pełne eksperymentów, powstaje naprawdę dużo dobrych i profesjonalnych projektów, ale brakuje odwagi i konsekwencji, która pozwoliłaby nam stworzyć coś w rodzaju nouvelle vague. Szczególnie patrząc na to, ile filmów powstaje u nas rocznie. I muszę przyznać, że pod tym względem można dojść do wniosku, że polskie kino arthousowe ma w sobie tej odwagi i konsekwencji więcej.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

Również bardzo dziękuję!

Więcej o trwającym Tygodniu Filmu Niemieckiego znajdziecie tutaj.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.