FilmyRecenzjeStreaming

“Sala samobójców. Hejter” – Nowe pole bitwy [RECENZJA]

Szymon Pietrzak
Hejter
fot. Materiały prasowe / Kino Świat
Jan Komasa zdołał podbić pierwszą Salą samobójców serca Polaków. Projekt, który po latach co prawda z lekka kłuje w oczy, wówczas zachwycił zarówno większość widzów, jak i krytyków. Słowa uznania płynęły również zza granicy. Komasa stworzył bowiem w Polsce film, który swoją powagą, estetyką, czy ciężarem dramaturgicznym, przypominał coś, czego szukalibyśmy w pierwszej kolejności raczej w kinie skandynawskim. I choć dziś jest to pierwszy tytuł na liście filmów, które się zestarzały, to od tego czasu niesamowity talent reżyserski Komasy wyłącznie się rozwinął i zyskał jeden, bardzo ważny element. Tym elementem jest Mateusz Pacewicz, scenarzysta Hejtera.

W Hejterze bogate dzieciaki żyją życiem bogatych dzieciaków, a biedne dzieciaki gonią za marzeniami, próbując się dostosować. Jeden konkretny dzieciak, student prawa Uniwersytetu Warszawskiego, zostaje przyłapany na plagiacie i wydalony z uczelni. O Tomku w trakcie filmu dowiadujemy się tylko szczątkowych informacji. Twórcy najwidoczniej uznali, że widzowi powinny wystarczyć o nim jedynie trzy informacje – że główny bohater pochodzi ze wsi, z niezbyt dobrej rodziny, ale dzięki odpowiedniemu stypendium bogatej rodziny z Warszawy, która na jego wsi, prawdopodobnie działkę obok, spędzała wakacje, mógł wyruszyć do stolicy i wyrwać się z objęć najniższej warstwy społecznej.

Dlaczego Tomek tej szansy nie wykorzystał? Pacewicz i Komasa starają się na to pytanie znaleźć odpowiedź – nie tylko dogłębnie analizując świat, w którym żyje ich bohater, ale przede wszystkim nie odklejając wzroku od samego zainteresowanego, śledząc jego każdy ruch, przez cały film każąc kwestionować nie tylko jego, ale też i widza moralność. Bo główny bohater co prawda pnie się do góry za wszelką cenę, niejednokrotnie wywołując naszą odrazę wobec niego, ale przecież to nie on ustalał zasady, na jakich zbudowany jest świat, w którym funkcjonuje.

Hejter
fot. Materiały prasowe / Kino Świat

Co więcej, twórcy w ciekawy sposób umieszczają Tomka pośrodku tej społecznej dychotomii, wywołując złudne wrażenie, jakby nie należał on do żadnej z grup czy warstw. Symbolicznie co prawda co jakiś czas dostajemy solidne przypomnienie, skąd pochodzi – czy to ujmująca za serce scena z podarowaniem wiejskiego dżemu, czy pojawiające się na ekranie zupki chińskie – nie jako element scenografii, a jako przypomnienie, że choć Tomek zmienił mieszkanie, pracę i towarzystwo, to wciąż jest człowiekiem przyzwyczajonym do śmieciowego jedzenia. Z punktu widzenia głównego bohatera, fakt wyrwania się z biednej wsi pod Warszawą, to coś, co go motywuje i pcha dalej do przodu, natomiast ogromną frustrację wywołuje to, że niezależnie od intensywności jego starań, zawsze będzie na marginesie dla ludzi wychowanych w szklanych domach.

Przeczytaj również:  „Przeklęta” - i do tego niezbyt ciekawa [RECENZJA]

I wszystko to w kontraście do drugiej najważniejszej osoby tego filmu – córki ze wspomnianej wcześniej szczodrej rodziny. Podczas czasu spędzanego wspólnie każdego lata bohater rozwinął pewne uczucia do dziewczyny i zabiega o ich odwzajemnienie. Gabi, choć informacje o niej są o wiele mniej pogłębione, również ma swoje tło psychologiczne. Żyje w cieniu naturalnie utalentowanej siostry, w nieodpowiedni sposób wspierana przez rodziców i nieradząca sobie z uzależnieniem od narkotyków. I choć współczucie do niej jest przynajmniej w moim wypadku bardzo duże, to trochę boli fakt, że w przeciwieństwie do Tomka, niezależnie od tego, jak wiele okazji zmarnuje Gabi, zawsze będzie miała miękkie lądowanie.

Ciężko więc powiedzieć, czy ostatecznie to miłość i chęć udowodnienia swojej wartości, czy raczej czysta ambicja i pokusa zemsty pociąga Tomka do łamania wszelkich zasad. Widzimy tylko, jak objawia się w nim człowiek niesamowicie sprytny, znający nie tylko sposób, w jaki działają ludzie, ale też metody, jak za pomocą internetu sterować ludźmi, wywoływać pożądane w danym momencie reakcje, skłócać ich i pociągać do rzeczywistych aktów.

Dobrze rozpisane zasady funkcjonującego świata pozwalają czarno na białym wyczytać motywacje kierujące jeszcze lepiej napisanymi bohaterami. Tutaj przede wszystkim pochwalić należy Mateusza Pacewicza, który na jednym ze spotkań po premierze filmu przyznał, że ciężko było mu pisać o przygodach postaci, której szczerze nienawidzi. Za resztę ukłony należą się Komasie – znów tworzy nowe, młode gwiazdy polskiego kina. O Macieju Musiałowskim i Vanessie Aleksander na pewno jeszcze niejednokrotnie usłyszymy, po tym, jak zachwycili swoimi rolami, dodając do nich pewnej odwagi – coś, czego ten film na pewno wymagał.

Przeczytaj również:  "Maggie", czyli doskonały seans na letni wieczór ze szklanką wina [RECENZJA]
Hejter
fot. Materiały prasowe / Kino Świat

Można się co prawda zastanawiać, czy jakiekolwiek nawiązanie do pierwszej Sali samobójców było tutaj potrzebne. Na szczęście, można o tym zapomnieć, bo nawiązania zrobiono w świetny, przede wszystkim bardzo subtelny sposób. Ostatecznie warto zastanowić się nad drogą, jaką przeszedł internet w te prawie dziesięć lat. I również nad tym, jak ten internet jest prezentowany na ekranie. W jakiś sposób udało się Hejterowi nie wypaść przestarzale – dziejące się na ekranach komputera rzeczy tworzą jakby osobną warstwę fabularną filmu, będąc bardzo mocno z nim związane. Zupełnie tak, jak w naszym codziennym życiu. Zawsze ciekawie ogląda się bohaterów, korzystających z Facebooka w sposób jakkolwiek zgodny z rzeczywistością – ze wszystkimi tego wadami i zaletami. Tego wciąż na dużym ekranie niestety brakuje.

Najsłabiej w tym kontekście wypadają po raz kolejny sekwencje w świecie gier. Nie tylko nie przypominają żadnej dostępnej na rynku gry, ale przede wszystkim ukazane są raczej jak animacje w stylu Avatara, całkowicie ignorując właściwą mechanikę gier komputerowych. Dziwi to tym bardziej że twórcy zdają się nie być całkowicie oderwani od tego świata – wzorując, moim zdaniem, postać prawicowego ekstremisty, na prawdziwej postaci łączącej content gameplayowy z polityką.

Pacewicz i Komasa postanowili w swoim filmie nie oszczędzać na intensywności. I gdy zazwyczaj skupienie się na większej liczbie wątków kończy się naturalnym fiaskiem, tak tutaj poruszane tematy wychodzą z siebie bardzo naturalnie. Po seansie na pewno nie będzie brakować dyskusji – bo twórcy wzięli sobie na tapet naprawdę spory przekrój społeczeństwa. A na pewno na podobne kontemplacje nie ma czasu w trakcie filmu – bo nie ma tutaj nawet pozostawionego miejsca na wzięcie oddechu.

Wszystkie wydarzenia brną do przodu i dzięki niesamowicie wciągającej historii, nie pozwalają się zdekoncentrować. I choć można odetchnąć na chwilę w momencie, gdy zaczynają się napisy końcowe, tak prawdziwy strach powinien zacząć się rodzić, gdy po seansie znów zalogujemy się na swoje media społecznościowe. I wtedy trzeba zadać sobie pytanie, czy aby na pewno nie jesteśmy częścią nowego, cybernetycznego pola bitwy.

Ocena

8 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Boże Ciało", "Black Mirror"

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.