Advertisement
Recenzje

“Serpentário” – Co o kinie drogi ma do powiedzenia Carlos Conceição? [RECENZJA]

Andrzej Badek

Ze wszystkich gęsto zamieszkanych kontynentów świata, Afryka w dalszym ciągu jawi się jako najbardziej dziewiczy ląd w zakresie kinematografii. Nasze wyobrażenie o tym gigantycznym kontynencie pochodzi nadal zbyt często ze zmieszania wizji starych książek, które czytano nam w dzieciństwie, powierzchownych programów podróżniczych, czy nielicznych doświadczeń turystycznych. Co więcej, na skutek nieszczęsnego odwzorowania Merkatora, umniejszamy rozmiary Afryki w naszych umysłach, jakby podświadomie nie chcąc dopuścić do umysłu, jak wielkie przestrzenie pozostają poza granicami naszego pojmowania. Stąd, tak cenne dla mnie wszystkie te produkcje, które oferują inny punkt widzenia; ludzi, dla których kontynent nie jest abstrakcją, ale miejscem pochodzenia. Festiwal Ars Independent przychodzi mi w tej sytuacji z pomocą prezentując pełnometrażowy debiut Carlosa Conceição, który urodził się w Angoli, ale tworzy na co dzień w Portugalii.


Przeczytaj również: “Firecrackers” – Zjarany lont, zjarane małolaty [RECENZJA]

Kino drogi, podobnie jak samo podróżowanie ma dwie strony. Pierwsza, oczywista, to fizyczne przemieszczanie się. Tym jest w filmie podróż młodego, bezimiennego bohatera do swojego macierzystego kontynentu, w celu odnalezienia zaklętego w ptaka Głosu zmarłej matki. Główny bohater jest w dużym stopniu personifikacją samego reżysera, który zdradza na samym początku, że choć wyjechał z Angoli jako nastolatek, co roku przemierza tysiące kilometrów, żeby spotkać się ze swoją matką.

Serpentário

Druga strona podróży ma wymiar duchowy. Podczas dalekich lotów, marszy czy przejazdów, myśli wędrują w różnych kierunkach, przekraczając granice czasu i przestrzeni. Dla Podróżnika wymiar duchowy to próba rozliczenia się z historią kontynentu i kolonializmem. W trakcie swej podróży zestawia on przeszłość i teraźniejszość. Przemieszczając się po pustych ziemiach, na których napotyka jedynie nielicznych ocalonych po bliżej nieokreślonej tragedii. Tym samym Conceição zespala w jedność dwa motywy: osobisty i kulturowo-historyczny. Jego historia to jednocześnie prywatny powrót do ojczyzny, jak i próba uchwycenia poszarpanej i poranionej afrykańskiej duszy, która w dalszym ciągu nie może podnieść się po ranach zadanych jej przez Europejczyków.

Przeczytaj również:  5 rzeczy, które musicie zrobić na tegorocznym Ars Independent

Afryka to kontynent niezwykle zróżnicowany pod względem kulturowym, językowym i klimatycznym. Poszczególne ludy znacznie więcej dzieli niż łączy. W związku z tym, jestem stanowczo przeciwny mówienia o nich jako o jedności, czymś całym i niepodzielnym. Reżyser stawia tutaj jednak na ten jeden jedyny element, który łączy wszystkie ludy na południe od Sahary: wspólną tragedię niewolnictwa. Jego film broni się tym, że prawie nigdy nie sięga po dosłowne środki, uciekając w poetyzm i oniryzm. Prawie nigdy, bo w pierwszej połowie utworu kilkukrotnie ulega pokusie ubierając swojego bohatera w szaty przeszłych epok w pokracznych retrospekcjach, które wzbudziły we mnie obawy, że twórca nie pohamuje swych ambicji i, jak wielu debiutantów, będzie chciał sięgnąć po zbyt wielu tematów naraz.

Tak się na szczęście nie dzieje. Conceição jakby w porę zdaje sobie sprawę, że dosłowność i rozmach nie służą jego produkcji i wycofuje się z tego. Tym samym w drugiej połowie otrzymujemy już czystą immersyjną podróż, przerywaną jedynie gdzieniegdzie narracją z offu. Pod tym względem reżyser wpisuje się doskonale w ogólnoświatowy trend artystycznego kina, które mniej więcej od czasów Drive tonie w neonach i oniryzmie. O ile neonów Serpentário brak, o tyle cała historia ma w sobie wiele cech podróży, które odbywamy w nocnych marzeniach,

Serpentário

Bardzo dobrze zgrywa się to z pięknymi zdjęciami afrykańskich pustyni i ruin. Czy to aluzja do wielkiej śpiącej krainy, która musi się w końcu obudzić i przestać żyć przeszłością, czy może po prostu jesteśmy wszyscy przedstawicielami pokolenia, które żyje tak szybko i intensywnie, że w kinie szuka ucieczki w oniryzm? Odpowiedź na to pytanie pozostawiam już Tobie, Czytelniku.

Przeczytaj również:  Dom woskowych Mansonów. Recenzja płyty "We Are Chaos"

Portugalsko-angolański reżyser z pewnością nie jest obiektywnym głosem w temacie Afryki. Nie jest też na pewno całkowicie tamtejszy. Jego twórczość, światopogląd i punkt widzenia zostały w dużej mierze ukształtowane przez lizbońskie studia nad literaturą epoki romantyzmu. Głęboko w jego sercu, podobnie jak na ekranie, rozbrzmiewa gorycz i tęsknota, które są szczere, dużo bardziej szczere niż te portretowane przez zachodnich korespondentów i pisarzy. Choćby dlatego i dla tych licznych niebanalnych przemyśleń reżysera-podróżnika, warto wybrać się na ten seans na festiwalu albo znaleźć produkcję gdzie indziej. Z mojej strony pozostaje podziękować selekcjonerom – tym z Ars Independent i tym z Berlinale, że upatrzyli sobie ten film spośród wielu i postanowili przedstawić go publiczności środkowoeuropejskiej.



Film bierze udział w konkursie Czarny Koń Filmu na tegorocznym festiwalu Ars Independent.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.