FilmyKinoRecenzje

“Sonic. Szybki jak błyskawica”, czyli spektakularna wywrotka na zakręcie [RECENZJA]

Szymon Pietrzak
Sonic
fot.: Materiały prasowe / UIP

Pewnie minie wiele lat, zanim dowiemy się ze strony osób zaangażowanych, co tak naprawdę wydarzyło się 4 miesiące temu za kulisami filmowego Sonica. Ciężko sobie wyobrazić panikę, która musiała ogarnąć studio – na czele z reżyserem projektu, Jeffem Fowlerem – po tym jak w internecie pojawiły się jednoznacznie negatywne komentarze dotyczące wyglądu ich głównego bohatera. Ostatecznie premierę przełożono, grafikom kazano pracować bez wolnego po paręnaście godzin dziennie, a po tym jak skończyli, to się ich pozbytoa nowy design niebieskiego jeża okazał się być plasterkiem na ranę zawiedzionych, przestraszonych fanów.

Całe to zamieszanie całkowicie się jednak nie opłaciło – chyba, że od początku celem było stworzenie najbardziej bezpiecznej produkcji familijnej tego roku i cofnięcie już i tak słabo rozwiniętego rynku filmowych adaptacji gier o kolejnych parę lat. To się twórcom zdecydowanie udało osiągnąć. Choć sam początek filmu jeszcze nie zapowiada tak wielkiej katastrofy. Widać tam przez moment, że sam koncept na umieszczenie Sonica w ramach naszej rzeczywistości był. Dowiadujemy się też, w ramach krótkiego wprowadzenia, skąd niebieski jeż pochodzi i dlaczego posiada takie zdolności.

Historia okazuje się jednak przedstawiona zbyt szybko, zupełnie jakby twórcy bali się, że powstaną w ich fabule pewne nielogiczności i pytania, na które nie mają ochoty póki co odpowiadać. I mimo, że w tym działaniu na niedopowiedzeniach szukali metody, to i tak zostajemy na końcu z całą masą scenariuszowych dziur, których nie da się ignorować. W końcu nie przyszliśmy do kina tylko po to, żeby przyglądać się jak Sonic szybko zasuwa. Oczekiwaliśmy choć odrobiny zabawy formą i uwypuklenia świata, z którego Sonic pochodzi (I który na ekranie choć pojawia się na dosłownie parę minut, wygląda obłędnie dobrze).

Sonic
fot.: Materiały prasowe / UIP

Ciężko jest zdradzić elementy fabuły filmu. Jest jej na tyle mało, że czasami staje się sprawą wręcz trzeciorzędną. Pretekstowy scenariusz w bardzo prosty sposób wysyła Sonica na naszą planetę, a konkretniej do amerykańskiej Montany, gdzie nasz pozaziemski niebieski jeż musi się ukrywać i radzić sobie z samotnością. Przywiązuje się do dwójki tutejszych mieszkańców – lokalnego oficera policji i jego żony, podglądając ich w ich codziennych czynnościach. Szczególnie na tym pierwszym koncentruje się opowiadana historia, przybierając formę najbardziej niezręcznego komentarza społecznego, który ostatni raz w kinie miałem okazje widzieć przy okazji seansu filmu Klik: I robisz, co chcesz. Bo filmowy Sonic próbuje podjąć temat białego mężczyzny z klasy średniej, który mieszka na prowincji i nie potrafi zaspokoić swoich ambicji. Ambicją tą oczywiście jest udział w sytuacjach, w których na szali jest ludzkie życie, a w Montanie czekają go jedynie zbyt szybko jeżdżący kierowcy. Rozpatrywany przy tym nie jest aspekt ryzyka, z jakim się to wiąże – tylko, dość trywialnie, fakt iż nasze małżeństwo będzie musiało opuścić ich ukochane miasteczko.

Przeczytaj również:  "Dark": Sezon trzeci | Serialawka #11

Z nieba spada mu jednak Sonic, który oferuje zaspokojenie potrzeby stania się czyimś superbohaterem i przywrócenie miłości do prowincji. Muszą tylko się połączyć w niesamowity duet i wyruszyć w podróż przez USA. Po drodze mamy więc okazję zobaczyć do bólu familijny, stereotypowy obraz współczesnej Ameryki. Wisienką na torcie jest wątek maniakalnego wyznawcy teorii spiskowych, który próbuje przekonać całe miasteczko, że widział Sonica. A nie, przepraszam – prawdziwą ozdobą filmu jest postać grana przez Jima Carreya, czyli najbardziej schematyczny złoczyńca w kinie tej dekady. Do tego dochodzi też aktorska szarża. Tańczenie do piosenek w procesie analizowania, zbyt duża wiara w swoje umiejętności, niemożność oceny własnej sytuacji, miesza się z kamiennym wyrazem twarzy, nadzwyczaj ekspresywnymi wybuchami gniewu – sprawiając, że jego postać wygląda komicznie, jak wyciągnięta z kreskówki. Podobnie komicznie wypadają jak jego powiązania z rządem – który bardzo szybko wyciąga go jako “szalonego naukowca” zdolnego ogarnąć chaotyczną sytuację zagrożenia narodowego. I gdy w filmie rzeczywiście wybrzmiewa, jak potężną technologią dysponuje główny Villain, to praktycznie w ogóle nie podkreśla się, jak wielkim wyczynem jest radzenie sobie z tym z pomocą zaledwie Toyoty.

Zamiast na tworzeniu postaci, twórcy szczególnie dużo uwagi poświęcili nawiązaniom do kultury popularnej. Ulubionym komiksem Sonica jest oczywiście Flash, a z aktorów najbardziej ceni “national treasure”, czyli Keanu Reevesa. Pojawiają się nawet dosłowne cytaty do Szybkich i wściekłych, co jest obrazą dla tej trzymającej mimo wszystko jakiś poziom serii, do której najwidoczniej rozpędzony kolczasty bohater próbuje się porównywać. W każdym razie miłośnicy lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych, ludzie zapoznani z popkulturą, czy w końcu gracze, dostrzegą parę nawiązań, które na początku ucieszą, ale z czasem to puszczane do widza oczko stanie się tylko i wyłącznie nachalne, pozbawione jakiejkolwiek treści.

Przeczytaj również:  "Amazing Stories": Sezon pierwszy | Serialawka #13

Szczególnie, że Sonic. Szybki jak błyskawica to film skierowany głównie do młodszych widzów. Płascy, czarno-biali bohaterowie, pozbawieni wiarygodnych motywacji, żyją w świecie, w którym największym problemem są skradające się do ogródka szopy. Dzieciaki mogłyby się może i dobrze bawić, ale tylko pod warunkiem, że choć trochę będą kojarzyć postać Sonica. Tylko, że tu nawet największy potencjał, jakim są sceny w zwolnionym tempie, jest niewykorzystany i użyty w bodaj zaledwie dwóch scenach. Ostatecznie, seans Sonica staje się dla dorosłego widza prawdziwą męczarnią i zachęca przede wszystkim do opuszczeni sali. Jeśli jednak się wybierzecie, zostańcie na scenie po napisach. Jest ciekawa, otwiera możliwości na sequel, a na samych napisach końcowych możecie posłuchać naprawdę ciekawego utworu w wykonaniu m.in. Wiza Khalify. O samym seansie zapomnicie w ciągu tygodnia, gwarantuję.

Ocena

2 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Alvina i wiewiórki", "Stuarta Malutkiego", szrot z Disney Channel

Jedna odpowiedź do ““Lola” – bird girls can fly [RECENZJA]”

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.