Advertisement
Recenzje

“Supernova” – Climax w biały dzień [RECENZJA]

Szymon Pietrzak
Supernova

Nie tak łatwo zaakcentować swój debiut filmowy. W swojej pierwszej pełnometrażowej produkcji Bartosz Kruhlik sugeruje to już na poziomie tytułu – Supernova to w końcu potężny i jasny wybuch, który z czasem przygasa i szybko się o nim zapomina. Takie myśli w swoisty sposób korespondują z fabułą filmu, która eksploruje ludzką naturę pod wieloma kątami, pochylając się nad rolą przypadku i przeznaczenia w życiu i kontemplując smutne wnioski na temat kondycji społeczeństwa, w którym żyjemy.


Przeczytaj również: “Wszystko dla mojej matki”, czyli odkrycie Festiwalu w Gdyni [RECENZJA]

Wykorzystując wciąż rzadko spotykanego w polskim kinie bohatera zbiorowego, reżyserowi udaje się wywołać kontrolowany chaos za pomocą jednego wydarzenia, które dotyka wielu postaci. Chaos, który tylko wspierany jest przez zabiegi formalne świadczące chociażby o słabym budżecie produkcji. Szczególnie prześwietlone kadry działają na plus – bowiem wszystko co widzimy dzieje się na malutkim odcinku drogi, na zapomnianej przez świat wsi w niedzielny poranek. Umiejętności operatora pozwalają zamknąć świat przedstawiony w sposób frustrujący – nie wszystko zawsze widzimy, często budowany jest suspens, zanim odsłonione zostanie źródło uprzednio usłyszanego dźwięku.

Supernova

Z czasem zaczyna być coraz bardziej intensywnie – bohaterów zaczyna przybywać, na jaw wychodzą nowe fakty, a sytuacja zaczyna być duszna. Oczywiście nie każdy może lubić kino, w którym rozwój wydarzeń wpada w pewien chaotyczny ciąg i wręcz przygniata widza im dłużej się temu przygląda. Na miejscu jest porównanie, które podsunęła mi Maja Głogowska, że Supernova to polski Climax dziejący się w biały dzień na otwartej przestrzeni

Taki rodzaj prowadzenia historii pozostawia za sobą oczywiście pułapki, w które łatwo wpaść. No bo jak zbudować odpowiednie zakończenie do fabuły, która w czasie jej trwania zdążyła się mocno skomplikować i rozgałęzić? Każdy z widzów stworzy sobie w pewnym momencie własną, idealną wizję zakończenia. Kruhlik nie pozwala jednak na różne intepretacje – w pewnym momencie jego film zaczyna lekko wytracać tempo, a na końcu dość sprytną klamrą przedstawia jedyną dopuszczalną interpretację.

Przeczytaj również:  "Pierwsza krowa" – Bydła naszego powszedniego [RECENZJA]

Można powiedzieć więc, że zabrakło odrobinę odwagi w samej końcówce, ale zdecydowana większość filmu pozostaje praktycznie bez skazy. Reżyser nie pozwala sobie na żadne półśrodki – chcąc pokazać rzeź, pokazuje finalnie wszystko w kadrze – nie ignorując przy tym oczywiście emocji. Tu akurat przyswaja mu obsada – każdy, z Markiem Braunem na czele, stanął na wysokości zadania. To właśnie na barkach aktorów spoczywa największy ciężar filmu. I choć czasem niektóre przekleństwa czy inwektywy rzucane są zbyt teatralnie, to nie ma nawet szansy, aby zdołało to publiczność w jakikolwiek sposób wytrącić z imersji – scenariusz bowiem cały czas brnie do przodu, zapętlając fantomową pętlę wokół szyi.

Supernova

I choć film urzeka w pierwszej kolejności stroną formalną, to nie oddziałowywałby tak przekonywująco, gdyby nie tematy, które porusza. Ciężko mówić o banałach, jeśli na szali są tematy śmierci, ludzkiej egzystencji, voyeuryzmu czy psychologii tłumu. Bo choć całość dzieje się na wsi, to jej krajobraz jest tylko jednym z komentowanych przedmiotów. Podobnie jak część bohaterów, jesteśmy ustawieni w pozycji widzów. I to bardzo ważne, jakie reakcje wywoła u nas ten film. Gdy siedząca obok mnie pani postanowiła przerwać panujące w sali kinowej milczenie, nie spodziewałem się, że z jej ust padnie lekkie nawoływanie do linczu i rozprawienia się z niektórymi bohaterami metodą “ząb za ząb”.

Nie ma w filmie Kruhlika ani jednej fałszywej nuty. Reżyser od początku do końca wiedział, jaką historie chce opowiedzieć. Pozwolił jednak swoim postaciom na wystarczająco dużo swobody, dzięki czemu można uwierzyć, że scenariusz rosnął realnie wraz z wydarzeniami, które śledzimy na ekranie. Jako twórca, nie stał na drodze logicznym konsekwencjom działań – starannie prowadził ich jedynie do końca. I być może trochę brakło tej odwagi, żeby może zostawić otwarte zakończenie, żeby widz był zmuszony trochę pomyśleć – bo film kończy się jasną, podaną wprost klamrą. Ale w takiej zabawie też jest metoda. Bo wnioski pozostawione są w próżni – a reżyser nie wodzi nas finalnie za nos. I nawet jeśli wnioski z filmu są raczej smutne, to warto czasem pochylić się nad tym, jak jedna chwile może zmienić całe życie.

Ocena

8 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.