“The Florida Project” – Recenzja

Gdy końcówka roku została zagarnięta przez ciemną stronę mocy, troszkę niezauważona przeszła perła amerykańskiego kina niezależnego – “The Florida Project”.

Sean Baker po raz kolejny w swojej krótkiej karierze podjął się bardzo wymagającego zadania/ Po nakręceniu pełnego metrażu Iphonem (“Mandarynki”), zdecydował się stworzyć opowieść o dzieciństwie, powierzając główne role dzieciakom, co w większości przypadków kończy się wpadką i dużą dawką zażenowania (tak patrzę się na ciebie “Mroczne Widmo”). Twórca udowodnił jednak, że zdanie “Nie da się” nie widnieje w jego słowniku, a z Brooklyn Prince stworzył jedną z najważniejszych młodych aktorek, która pojawia się nawet jako kandydatka do nagród w nadchodzącym sezonie.

“Florida Project” w czasie niecałych dwóch godzin zahacza o najważniejsze problemy związane z światem. Mamy tutaj slumsy (które początkowo slumsów całkowicie nie przypominają), mamy różne próby zarobienia pieniędzy przez samotną matkę, która z powodu braku szans na lepsze jutro posuwa się do kradzieży i prostytucji (w tej roli magnetyzująca i debiutująca Bria Vinaite), mamy również ukazanie całkowitego nieprzygotowania do roli rodzica. Rodzica, który nie umie kontrolować swojej córki. Który chce, żeby mimo całkowitego braku środków, miała szczęśliwe dzieciństwo. I mimo tak trudnej tematyki, film nie jest ckliwy, czy pompatyczny. Mamy tu masę humoru, świetnych dialogów, a co ważniejsze – po raz pierwszy od dawna tak dobrze ukazaną magię dzieciństwa i perspektywę z jaką bardzo młodzi ludzie patrzą na świat. Najlepszą częścią produkcji są bezsprzecznie sceny z kierownikiem motelu, granym przez Willema Dafoe, który mimo bycia momentami gburowatym, chce dla wszystkich jak najlepiej. Z oczu Dafoe płynie dobroć i wiara w to, że będzie lepiej, mimo że sam nie ma łatwo – czy to przez odpowiedzialność przed właścicielem motelu, czy przez kłopotliwe relację z synem (choć tego wątku jest troszkę za mało).

Film czaruje nie tylko historią, ale również stroną wizualną. Slumsy przedstawione jako kolorowe motele, jakby prosto wyciągnięte z bajki Disneya (skojarzenie na miejscu – niestety). Warto docenić również zdjęcia (szczególnie ujęcia z Willemem Dafoe, które wydają się być najlepiej zaplanowane i wykadrowane), które napędzają tę historię i każdą scenę.

I cała magia filmu trwa, aż do ostatnich dziesięciu minut. Spadek jakości wywołany obecnością policji i tak naprawdę usilną próbą zamknięcia historii, która nie potrzebowała zamknięcia. Epilogu, który z magicznego filmu o życiu codziennym, staje się prostą bajką. Epilogu, który znacznie obniżył obraz całej produkcji, która w pewnym momencie przestała wiedzieć w którą stronę chcę iść i co przekazać odbiorcy.

Nie zmienia to jednak faktu, że Florida Project to film bardzo dobry. Baker ma potencjał do zostania jednym z najważniejszych nazwisk kina niezależnego, oraz na znalezienie się na mojej osobistej liście ulubionych scenarzystów. Więc jeśli nie macie co robić na Sylwestra/Nowy Rok, przejdźcie się do kina i zobaczcie najpiękniejszy film o dzieciństwie jaki zrobiono od dawna.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.