Advertisement
Recenzje

“Trafikant”, czyli Bruno Ganz w roli Sigmunda Freuda [RECENZJA]

Szymon Pietrzak

Studiując na Uniwersytecie Wiedeńskim każdego dnia natyka się na któreś z nazwisk powiązanych z tą uczelnią. Choć takich nazwisk jest wiele, to jednak ponad wszystkie wybija się Sigmund Freud, który odcisnął piętno nie tylko w tutejszych kręgach akademickich, ale w bardzo szeroko rozumianym społeczeństwie, w którym żyjemy. W stolicy Austrii do dziś bardzo poważnie podchodzi się do zagadnień związanych z psychoanalizą, a sam Freud stał się już nawet tutejszym elementem popkultury. W Trafikancie, filmie opartym o bestsellerową powieść o tym samym tytule z 2012 roku, Sigmund Freud (w tej roli zmarły niedawno Bruno Ganzstara się pomóc młodemu chłopakowi z austriackiej prowincji, którego przygniatają pierwsze problemy miłosne. Tymczasem w tle w siłę rośnie nazizm, stanowiąc coraz większe zagrożenie dla aktualnego porządku świata.

Zobacz również: „Powrót”, którego nie było [RECENZJA]

Akcja filmu zaczyna się w 1937 roku, gdy siedemnastoletni Franz Huchel (Simon Morzé) w skutek niefortunnego zdarzenia zmuszony jest opuścić swój dom rodzinny nad Attersee i rozpocząć praktykę jako trafikant w zakładzie u Otto Trsnjeka (Johannes Krisch) w Wiedniu. U Trsnjeka nie sprzedaje się jednak tylko gazet i wyrobów tytoniowych. Dobry trafikant, jak mawia właściciel, sprzedaje przyjemność i pożądanie, a czasami nawet grzeszne namiętności. Warto podkreślić tę ogromną miłość do zawodu trafikanta, bo mówimy przecież o narodzie, który pali najwięcej w Europie. Zakład odwiedza więc każdego dnia wielu dobrze usytuowanych ludzi, z czego większość to stali klienci. Trsnjek powoli uczy Franza dbałości o nich, pokazując im ich nawyki, naciskając na dyskretność i uprzejmość.

Trafikant

W międzyczasie chłopak poznaje czeską imigrantkę Aneczkę, która już tego samego wieczoru daje mu do zrozumienia, że nic z tego nie będzie, ale niestety Franz nie będzie potrafił o niej zapomnieć – wszak to jego pierwsza miłość. Gdy pewnego dnia w sklepie zjawia się profesor Freud, młody praktykant decyduje się wykorzystać okazję i wybiera się z nim na spacer. Między tą dwójką rozkwita niesamowita więź, która owocuje serią spotkań i rozmów o młodości, miłości, seksualności i życiu w ogóle.

Zobacz również: Marcin Czarnik: „Bliskie mi są postacie rewolucjonistów” [WYWIAD]

Nacisk w Trafikancie kładziony jest na życie zawodowe i miłosne młodego Franza, a zmieniające się społeczeństwo służy jako swoiste zwierciadło jego życia wewnętrznego. Siła filmu Nikolausa Leytnera leży bowiem przede wszystkim w przedstawieniu kiełkującego narodowego socjalizmu gdzieś na drugim, lub nawet trzecim planie. Krok po kroku małe złośliwości drugorzędnych postaci stają się coraz większe, ludzie stają się coraz bardziej bezwzględni, a krajobraz miasta zaczyna zmieniać się na coraz bardziej złowrogi. W centrum nie stoi bowiem sam Hitler czy Goebbels – ale zwyczajni ludzie, tacy jak sąsiadujący z trafiką rzeźnik, czy klient zirytowany tym, że nie sprzedaje się u Trsnjeka gazet nazistowskich. To oni posłużą jako ucieleśnienie społecznej porażki i przyzwolenia na rozwinięcie się tak obrzydliwej ideologii.

Przeczytaj również:  Ada - owca z klasą. Recenzujemy "Lamb" Valdimara Jóhannssona

Reżyser wrzuca Franza w nowy świat i kreśli opowieść dość uniwersalną – mimo maszerującego nazizmu, dla głównego bohatera największe problemy zostaną gdzieś w środku, z samym sobą. Mimo iż reżyser stawia Franza przy ludziach jawnego oporu antynazistowskiego, to jednak jego samego trzyma przez większość filmu z dala od polityki. Chłopak nie zdążył jeszcze zbyt dobrze poznać miasta i czuł się tu wystarczająco obco, nawet bez otaczających go nazistów.

Trafikant

Trafikant jest jednak przede wszystkim produkcją, która na pewnym etapie mimo solidnych fundamentów zaczyna mocno zawodzić. Z budżetem czterech milionów euro, jawi się jako jedna z najdroższych austriackich produkcji ostatnich lat. I na pierwszy rzut oka, pod względem wizualnym, nie ma się do czego przyczepić. Zdjęcia mają bardzo profesjonalny sznyt, scenografia jest pełna szczegółów i smaczków, kostiumy są starannie dobrane, a postaci tła całkiem dobrze uzupełniają sceny. Wszystko jednak wydaje się nie mieć klimatu, pewnej artystycznej wizji i staje się w efekcie końcowym dość puste, schematyczne i bez kinowej magii.

Zobacz również: „Schyłek dnia”, albo koniec świata, na jaki zasługujemy [RECENZJA]

Również aktorsko bywa różnie – bo choć Johannes Krisch wypada dość przekonywująco jako tytułowy trafikant, to jednak rola głównego bohatera z czasem zaczyna wypadać z głowy, a Bruno Ganz, który niegdyś był przerażającym, autentycznym i wspaniałym Adolfem Hitlerem, jako Freud wypada bardzo monotonnie, jakby od niechcenia, zupełnie pozbawiony iskry, za którą podziwiamy Ganza jako aktora. Irytują także kwestie językowe – wiedeński dialekt miesza się z hochdeutschem, co mnie osobiście dość często wybijało z immersji i na co zwracają również uwagę znajomi krytycy w Austrii. Jednak trzeba zostawić, że akcent czeskiej bohaterki wreszcie nie był po prostu rosyjski, a rzeczywiście brzmiał na polski/czeski/słowacki.

Przeczytaj również:  "Chłopiec zwany Gwiazdką", czyli magiczny film na mroźne dni

Film próbując przedstawić profesję profesora ucieka się głównie do marzeń sennych, próbując niejako zekranizować podróże głównego bohatera po różnych poziomach podświadomości. Sny będą służyły mu i jego przyjacielowi do analizowania skrytych potrzeb. I tu mam dość mieszane uczucia – bo z jednej strony sceny te popadają czasem w lekki kicz, to jednak bronią się tym, że dość odważnie pokazują surrealizm w kinie mainstreamowym. Mimo wszystko, chcąc pokazać tak ciekawą tematykę jaką jest psychoanaliza, można było postarać się bardziej. Nie mam również żadnego zrozumienia dla powtarzanego przez cały film sztampowego zabiegu, w którym sytuacje dzieją się tylko w głowie bohatera. Takie sceny przestały śmieszyć już parę dobrych lat temu, a reżyser jakby zupełnie nie zdaje sobie z tego sprawy.

Trafikant

Zresztą pewna pułapkę popadnięcia w infantylność Leytner zastawił sobie już na samym początku. Początkowo subtelnie pokazywany nazizm, skupiony raczej na niuansach, zostaje całkowicie rozmyty pod sam koniec produkcji. Dramat i niewyobrażalna brutalność austriackiego faszyzmu i narodowo-socjalistycznego przejęcia Austrii z całym fanatycznym posłuszeństwem ludności są w najlepszym razie jedynie lekko wskazane. Dylemat Freuda o wyjeździe do Londynu umniejsza natomiast losowi większości austriackich Żydów i nie pokazuje rzeczywistego okrucieństwa.

Zobacz również: „Powrót”, którego nie było [RECENZJA]

Mimo dość profesjonalnego podejścia do odtworzenia ducha epoki, Trafikant cierpi na brak jakiejkolwiek wizji artystycznej. Reżyser porusza tutaj cały wachlarz tematów, z których dla każdego znajdzie się lepszą produkcję. Nie można mu jednak odmówić pewnej odwagi, z której kino coming-of-age dość rzadko korzysta. Reżyser wciąga bowiem swojego dorastającego bohatera do świata, który wydaje mu się z dnia na dzień coraz bardziej obcy. Franz bowiem to prosty chłopak z austriackiej wsi, który mimo złego miejsca i czasu próbował odnaleźć siebie i sobie wiernym pozostać. Tak jak go nauczył jego mistrz, trafikant Trsnjek.

Ocena

6 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.